Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt

Niby-komedia

Trzyaktowy żart z samego siebie

Akt I

Zawsze chciałem się zmierzyć z formą na tyle uświęconą i pobłogosławioną od góry do dołu przez tyle pokoleń intelektualistów, jaką jest teatr. Zasiadłem więc do napisania sztuki. Miała to być moja pierwsza sztuka, czyli debiut na deskach teatru, stąd też zabrałem się do tego z jak największą powagą. Owa odgórna powaga nieco mnie paraliżowała, tak więc aby zneutralizować ten niepotrzebny patos, zdecydowałem się na napisanie komedii. Ażeby do końca dokonał się gwałt na powadze, postanowiłem nazwać ją „Komedia”. Przyznać muszę, że komedia o nazwie „Komedia” brzmi trochę tandetnie, jednak zawsze podpiąć pod to można jakąś ideologię życiową, wrodzoną przekorę albo niebanalną potrzebę łamania konwenansów i konwencji. Stanąłem więc przed nietuzinkowym zadaniem napisania komedii, która miała otworzyć mi bramy do tego mętnego półświatka artystów najwyższego formatu.

Zanim zabrałem się do pisania, postanowiłem pójść za przykładem wszystkich wielkich komediopisarzy i zebrać nasamprzód trochę „pozytywnej energii”. Pozwoliłem sobie na krótki spacer ulicami Warszawy, a następnie odwiedziłem kilka alternatywnych barów, gdzie gromadziła się elita intelektualna naszych czasów. Przeprowadziłem parę niemrawych rozmów o tematyce artystyczno-światopoglądowej i poznałem paru niespełnionych artystów. Wszyscy oni zdawali się być w jakimś obopólnym amoku, jak gdyby pod wpływem środków odurzających i kiedy tylko padało słowo „sztuka”, wszyscy jednocześnie, jak jeden mąż osiągali kolektywny orgazm. Było to ze wszech miar odrażające i obrzydliwe jednak miało to równocześnie w sobie coś niebywale twórczego i inspirującego. Przepełniony świeżymi pomysłami oraz sporą ilością alkoholu i dymu papierosowego, byłem w idealnym stanie, aby rozpocząć pracę nad dziełem mojego życia.

Pisanie szło mi bardzo sprawnie, bo już po paru godzinach miałem dobrych kilka stron maszynopisu. Nie koncentrowałem się zbytnio na formie, bo chciałem jak najszybciej zakreślić główną oś mojego dzieła. Historia była nader banalna, jednak okraszona licznymi dowcipami, zwrotami akcji i zbiegami okoliczności. Był to mało wysublimowany humor, w sam raz na dzisiejszych odbiorców, gdzie główny bohater wzorowany był oczywiście na samym autorze. Po przewertowaniu tych kilku pierwszych kartek zdałem sobie jednak sprawę, że spod mojej ręki zamiast komedii wymsknęła się tragedia. Po prostu przypadkiem, bez głębszej przyczyny przytrafiła mi się sztuka w całej rozciągłości dramatyczna i wulgarna w miejsce subtelnej komedii. Dowcipy były rzeczywiście śmieszne, dialogi miały liczne podteksty, a wszystko było naprawdę mocno przesiąknięte ironią, jednak wciąż przebijał się jakiś fatalny pesymizm, którego nie dało się zatuszować. W teatralnym geście zgniotłem te kilka felernych kartek w kulkę i cisnąłem nimi w stronę śmietnika. Oczywiście nie trafiłem, ale przynajmniej mogłem zabrać się znów, od nowa do pracy.

Tym razem obiecałem sobie, że będę uważał na każde słowo i nie zboczę z obranego wcześniej kursu. Znowu między wersami pojawiłem się ja, a wraz ze mną kilka dowcipów i żartów sytuacyjnych. Miałem całe sterty pomysłów jednak po następnej godzinie pracy zapisałem ledwie jedno, marne zdanie. Próbowałem zmierzyć się z własną treścią i wyselekcjonować te najśmieszniejsze żarty, te perełki z mojego osobistego arsenału, ale coś wewnątrz mnie kazało mi wciąż skreślać kolejne zdania i wyrzucać kolejne pomysły. Nie mogłem, nie potrafiłem i szczerze mówiąc, nie chciałem napisać komedii. Za każdym razem, kiedy zabierałem się od nowa do jej napisania, wychodził mi dramatyczny dramat i to nie z mojej winy. Chodziło o to, że ja zawsze pisałem tylko po swojemu, bo pisałem to ja, a ja inaczej niż po swojemu nie potrafię. Pisząc swoje, po swojemu nie mogłem sam siebie oszukiwać. Nie miałem prawa zgwałcić swojej dramatycznej połówki i pominąć prawdy. Gdyby to była jakakolwiek inna sztuka, jedna z wielu, którą miałbym napisać, to bym się nie przejął, nie mrugnąłbym nawet okiem. Ta sztuka miała być jednak moją pierwszą i w dodatku sam miałem być jej bohaterem. Miałem przedstawić ludziom samego siebie i nie mogłem ich bezwstydnie okłamać.

Podjąłem się napisania przekornej komedii o nazwie „Komedia” i nie chciałem zaniechać tego zamiaru. Mimo iż wszystkie części mojego ciała krzyczały ażebym tego nie robił, to po prostu nie mogłem się wycofać. Powód był dosyć błahy, bo sęk tkwił w tytule. Z tytułem miałem zawsze największe problemy i wiele z moich dzieł nie zostało opublikowanych tylko dlatego, że nie mogłem znaleźć dla nich odpowiedniego tytułu. Teraz jednak miałem tytuł, czyli tym samym miałem temat na sztukę. Był on oczywiście bardzo ogólnikowy, a jednak był to mimo wszystko już jakiś konkret, którego nie można było zaniedbać. Postanowiłem połączyć kilka poprzednich pomysłów w całość. Wyłowiłem też z jakiejś starej szuflady moje dawne prace, z których także dało się coś posklejać i tak powoli, w bólach, powstawała moja pierwsza sztuka. Długo się wahałem i wielokrotnie zmieniałem całą koncepcję, aż w końcu dzieło się dokonało i spełniło. Musiałem być konsekwentny i wziąć odpowiedzialność za obrany tytuł, dlatego po wielu trudach zdawało się, że dobrnąłem do mety. Sztuka była pokraczna, jasne było, że to tylko zlepek różnych innych prac, jednak zawierała także dużo dobrego humoru i kreatywnych pomysłów. Posunąć by się można było nawet do stwierdzenia, że byłem z niej umiarkowanie zadowolony.

Na wystawienie mojej dziewiczej komedii zgodził się warszawski Och-Teatr. Szybko zebrała się skromna ekipa niskobudżetowych aktorów i rozpoczęliśmy próby. Na próbach, jak to zwykle bywa, próbowaliśmy. Ja próbowałem przewodzić temu bałaganowi, a oni próbowali nie bałaganić. Dla mnie każde takie spotkanie było kosmicznym wysiłkiem, który wielokrotnie mnie przerósł. W związku z naprawdę licznymi trudnościami, dialogi zmieniały się prawie na każdej próbie, a fabuła była na tyle płynna, że nikt na początku próby nie mógł przewidzieć, na czym stanie na końcu. Chciałbym powiedzieć, że z czasem było już tylko lepiej, ale tak wcale nie było. W końcu jednak dopadła nas data premiery i po prostu jedno z naszych kolejnych towarzysko-artystycznych spotkań, musieliśmy określić mianem próby generalnej. Potem mogłem już tylko bezczynnie czekać na to, co się wydarzy na premierze.


Akt II

Zasiadłem w pierwszym rzędzie, tuż przed sceną, otoczony przyjaciółmi i znajomymi. Nie chciałem jednak tu i teraz widzieć żadnej znajomej twarzy. Wszyscy wokoło naciskali abym zaprosił na premierę ludzi szczególnie mi bliskich, a więc idąc drogą kompromisu rozesłałem zaproszenia tylko do tych, z którymi już od dłuższego czasu przestałem utrzymywać kontakty i którymi już dawno wzgardziłem, licząc, że w końcu się odwdzięczą. Znaleźli się jednak tacy głupcy (oni zawsze się znajdują), którzy jednak przyszli i chcieli obserwować mój własny, osobisty pogrzeb. Czułem się źle, wszystko w środku przewracało mi się na wspak, jednak nie wynikało to bynajmniej z tremy czy niepewności albo strachu przed recenzjami. Byłem przekonany, że sztuka spełni pokładane w niej nadzieje i rozśmieszy wszystkich do łez, jednak problem leżał gdzie indziej. Mimo moich usilnych zabiegów dekoratorskich i konserwacyjnych, ta sztuka nadal była o mnie. To ja byłem w niej zaklęty, byłem bezbronny i goły jak na dłoni. Nie mogłem się bronić, bo po prostu rzuciłem w świat któregoś siebie, którego oni mieli nadgryźć, przeżuć i wypluć. Obarczyć mnie mieli stekiem cech i epitetów, z których miałem wyłonić się ja. Tego, kim będzie to „ja”, obawiałem się właśnie najbardziej.

Kurtyna poszybowała w górę i spektakl się rozpoczął. Czułem jak umyka mi ster spod moich rąk i grunt spod moich nóg. Nie zwracałem uwagi na nikogo innego jak tylko na tego chłystka, który miał być mną, a to raczej ja byłem nim. Już po chwili cała sala wybuchła śmiechem i tak bez przerwy wiła się w tych konwulsjach przez następne parę dobrych minut. Czułem lekką satysfakcję, jednak powoli ustępowała ona miejsca frustracji. Patrzyłem na tych błaznów na scenie, wsłuchiwałem się w ich dialogi i nie mogłem uwierzyć, że zgodziłem się na wystawienie czegoś takiego. To nie było moje ani to nie było o mnie, bo to był jakiś żałosny twór mojej imaginacji, za którego teraz wszyscy mnie wezmą. Czułem się, jak gdybym właśnie został skazywany na dożywocie, sam na siebie, przez mój niewinny wybryk. Bo to w rzeczywistości miał być taki sobie bezwiedny figiel, którego za nic nie chciałem brać poważnie. Patrzyłem na tę nieszczęsną parodię komedii i powoli oswajałem się z moją nową maską błazna. Nie miałem nic przeciwko opinii żartownisia, jednak bałem się tej przyśpieszonej krystalizacji w oczach widzów. To było zbyt proste, aby stado zboczeńców kulturalnych mogło mnie wykreować od stóp do głów w przeciągu godziny. Chciałem krzyczeć, ale się opanowałem i powoli wydostałem się z sali teatru.

Wyszedłem na powietrze, przed upstrzony budynek Och-Teatru, na ulicę Grójecką. W akcie desperacji sięgnąłem po odpieczętowaną paczkę papierosów i zapaliłem jednego. Nienawidziłem tego jednak, w samym tym ruchu było coś niesamowicie finezyjnego i na wszelki wypadek zawsze wolałem mieć przy sobie zapas. Zaciągnąłem się gorzkim dymem i przyjrzałem się plakatowi reklamującemu „Komedię”. Widniało tam moje zdjęcie wykonane przez jakiegoś znanego, warszawskiego fotografa. Było to jedno z tych artystycznych zdjęć, na którym równie dobrze można było rozpoznać, zamiast mnie, każdą inną postać (wliczając w to żeńską część populacji). Kolejny raz od strony sali doszła mnie niekontrolowana salwa śmiechu i wtedy jeszcze dobitniej zlustrowałem swój własny wizerunek na plakacie. Nie miałem teraz ani czasu, ani ochoty zastanawiać się, kim tak naprawdę jestem, jednak wiedziałem tylko, że tam w środku budynku to nie byłem ja. Po części oczywiście zdawałem sobie sprawę, że problem, z którym teraz się mierzę i borykam, jest w znacznym stopniu urojony i prawdziwy artysta cieszyłby się teraz udanym debiutem. Mi chyba jednak dużo jeszcze brakowało do artysty i poza tym brakowało mi także dystansu do własnej fikcji literackiej. Mogłem przecież powiedzieć, że to tylko od tak, bez powodu mi się napisało i zrzucić z siebie całe jarzmo odpowiedzialności. Taka niekonsekwencja, taka dziecinna intryga wewnątrz dostojnego świata osób dorosłych skończyłaby się jednak linczem. Musiałem coś począć, bo dopóki przedstawienie jeszcze trwało, nie wszystko było stracone.

Gwałtownie wtargnąłem za kulisy i złapałem od razu aktora, który grał mnie. Mieliśmy na szczęście chwilę przerwy między kolejnymi scenami i mogłem pokrótce wyłożyć mu plan, którego jeszcze nie miałem. Byłem zbity z tropu, całkiem wyrwany z twórczej weny, ale nie miałem wyjścia i musiałem coś wymyślić. Jedyne, co przychodziło mi do głowy to, wstyd przyznać, pojedyncze słowo, na pięć liter, zaczynające się od „k”. Osobiście staram się zawsze dbać o czystość i piękno rodowitego języka nie zaśmiecając go zbędnymi wulgaryzmami, szczególnie w tego typu ośrodkach kulturalnych. To była jednak sytuacja wyjątkowa i ten niefortunny zlepek liter miał być symbolem, najgłębszą metaforą w całych dziejach teatru. To był mój krzyk rozpaczy i sprzeciwu przeciw własnemu dziełu. Zdawałem sobie sprawę, że to może być źle odebrane przez publikę, jednak tu już nie chodziło o publikę. Nie chodziło już nawet o mnie, a raczej o jakieś dziwaczne wartości, którym ślepo hołdowałem. Te pięć liter miało być prawdą o mnie. Wcale nie wulgarną prawdą o wulgarnym człowieku, lecz najprawdziwszą prawdą o kimś prawdziwym w swej twórczości. Wypchnąłem owego aktora na scenę i przykazałem, aby swoją ostatnią kwestię skwitował krótkim i dziarskim k****.


Akt III

Nie zebrałem zbyt wielkich braw ani też nazbyt pozytywnych komentarzy. Nie wiem czy to przez owo przekleństwo na końcu sztuki, czy może przez ogólną jej pokraczność, ale kiedy kurtyna opadła, byłem naprawdę zadowolony. Uzyskałem kilka skromnych uścisków dłoni od moich dawnych znajomych, jako nagrodę pocieszenia i prędko się oddaliłem. W drodze powrotnej, w tramwaju spotkałem starszą kobietę, która najwyraźniej wracała z pracy, obładowana zakupami. Tramwaj był pusty, lecz ona ulokowała się w jego tylnej części i wytrwale stała, przez całą podróż. To zmusiło mnie do pewnej refleksji. Zaintrygowała mnie ona, bo widać było, że nienawidziła swojego życia, kulała na zdrowiu, a ludzie wokoło zawsze nią gardziły i to wszystko spowodowało, że ona po prostu musiała stać. Stała, bo nie potrafiła oszukać samej siebie, nie umiała rozsiąść się na tramwajowym siedzisku jak wszyscy, bo nie była jak wszyscy. To było przygnębiające, jednak była w tym wszystkim jakaś głęboka, życiowa konsekwencja. Kiedy spokojnie w zaciszu domu zalewałem sobie czarną herbatę i kiedy pociągałem pierwszy łyk, czułem się szczęśliwy. Czułem, że znów odzyskałem sam siebie.

Następnego dnia rano usiadłem przy stole ze świeżą gazetką i gorącą kawą. Od razu zabrałem się do wertowania dodatku kulturalnego z nadzieją na jakieś komentarze mojego debiutanckiego występu. Rzeczywiście na stronie piątej, tuż obok informacji o przyjeździe do Polski nikomu nieznanego wokalisty z Anglii znalazła się krótka nota na owy temat. Pokrótce był to dość pochlebny komentarz jak gdyby skierowana do małego dziecka, aby nie poddawało się w swoich dalszych staraniach, bo może w końcu coś mu wyjdzie. W końcu jednak przybrało to formę nagany za nadużywanie wulgaryzmów i nieumiejętne ich wykorzystanie. Uśmiechnąłem się, bo ta fatalna hiperbolizacja nieco mnie rozbawiła, choć nie taki przecież był zamysł mojej komedii. Chciałem skwitować to jakimś trafnym hasłem, że, mimo iż nie zyskałem sławy, to odnalazłem sam siebie, jednak nie byłem w nastroju na takie banały. Włączyłem telewizor, gdzie akurat leciał wywiad z jakąś sławą show-biznesu. Wyłączyłem głos i przyjrzałem się tej oto pani. Pomiędzy zachwytami nad jej wdziękiem i urokiem nasunęła mi się pewna niefortunna myśl. W życiu tych wszystkich gwiazd każda taka porażka czy omsknięcie, jest w gruncie rzeczy tylko krokiem naprzód ku jakiejś wieczystej chwale i świetlistej przyszłości, a dla mnie to było po prostu kolejne niepowodzenie i kolejna kartka wyrwana z kalendarza. Takie było już życie, jednak ja w gruncie rzeczy lubiłem to swoje.


T.S.



Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 30.08.2010r.

1     

Kredka 30 08 2010 (14:52:52)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Teatr jest niewątpliwie sposobem wyrażania siebie - zarówno przez autora, jak i wykonawcę sztuki. Do tekstów związanych z tym tematem zwykle odnoszę się sceptycznie. Tak było i tym razem. Formą stanowczo oddzieliłeś od siebie trzy etapy: czas poświęcony tworzeniu, oglądanie przedstawienia z punktu artysty oraz refleksja. Jest to porządek odpowiadający właściwie przeżyciom każdego autora. Niektóre momenty mnie rozbawiły, niektóre zastanowiły. Śmiejesz się swojej postaci w twarz, kreując ją na z jednej strony niedojdę, a z drugiej - człowieka poważnego. Mieszanka dosyć interesująca, szczególnie, że na wstępie zasugerowałeś, że to Ty jesteś głównym bohaterem. Opowiadanie z pozoru skupia się na jednym temacie, lecz w rzeczywistości jest wielopłaszczyznowe: niekonwencjonalne poszukiwania własnego "ja", przebywanie w otoczeniu ludzi i trudy pracy... Wiesz, udało Ci się. Wciągasz mimo elementów do poprawki, o których wspomnę niżej. Cały ten pomysł podzielenia wszystkiego na akty (co nasuwa przypuszczenie, że ten fragment życia także jest sztuką) oraz ogólna konstrukcja bardzo mi się podoba. Skupiasz się głównie na odczuciach reżysera-amatora, jednocześnie wplatając tu i ówdzie własne przemyślenia i poglądy. W czytaniu przeszkadzały jednak rażące błędy interpunkcyjne, językowe oraz stylistyczne. Musisz zdecydowanie popracować nad przecinkami, bo nie raz i nie dwa były wstawione w miejscach, które nawet nie przyszłyby mi do głowy. Zdarzyło Ci się też napisać "wymyśleć" zamiast "wymyślić". Jeśli zaś chodzi o stylistykę - na dłuższą metę zdania wielokrotnie złożone napisane tak patetycznie zwyczajnie męczą. Wszystko pochłania się jednym tchem, co gdzie indziej może byłoby pochwałą, ale tutaj traktuję to jako potknięcie. Z jednej strony ciekawy pomysł, a z drugiej strony technika... Wystawiam czwórkę z dużym plusem w domyśle. Na przyszłość, poza fabułą, zwracaj także uwagę na formę, która, broń Boże, nie jest beznadziejna, ale na pewno wymaga dopracowania. Pozdrawiam i gratuluję takiej - mimo wszystko - udanej pracy(:


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(38): 30 gości i 8 zarejestrowanych: exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl