Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Portal cz. I" 05.06.2013
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013
"Śmierć w odcieniu bieli" 30.03.2013
"Pierwszy stopień" 23.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Negocjator

Odkąd pamiętam, zawsze towarzyszył mi ten mroźny wiatr, który w swój osobliwy sposób przenikał moje ciało aż do szpiku kości i wstrząsał bardziej niż wydarzenia, rozgrywające się przeważnie w tym samym czasie. I tak było za każdym razem. Mroźny Wiatr orał pole ostrego zarostu, którego nie zdążyłem zmieść ze skóry elektryczną golarką Remingtona, którą dostałem zaledwie wczoraj pod choinkę. Pierwszy dzień świąt, poranna toaleta, poranny posiłek i poranny telefon, który zmienił azymut mojego życia, doskonale zorganizowanego i zaplanowanego minuta po minucie na następnych kilka lat do przodu. Telefon, po którym w półgodzinnym odstępie czasu wspinałem się na dach dziesięciopiętrowego biurowca w centrum Warszawy. Telefon, po którym znalazłem się właśnie tutaj i ze wzrokiem znudzonego kierowcy patrzyłem na człowieka, który niepewnie pochylał się nad krawędzią budynku. Wiatr zdmuchiwał mi ogień, który mimo uporczywego starania nieustannie gasł na końcu drewnianej zapałki. Zapytałem mężczyznę, czy ma zapalniczkę. Nie odpowiedział, spojrzał zamiast tego na mnie w taki sposób, jakbym roześmiał się na pogrzebie kuzyna. Mroźny Wiatr na tej wysokości – podszedłem właśnie do krawędzi i zajrzałem, co jest za nią – wiał nieustannie, lato czy zima i za każdym razem był to wiatr niepewności. Wiatr przesycony zapachem beznadziei, a niekiedy cuchnącą wonią śmierci. W końcu wytrząsnąłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza, którego kołnierzem starałem się usilnie osłonić od wiatru, zapalniczkę i odpaliłem papierosa ze świeżej paczki L&M. Pozwalałem sobie na palenie jedynie przy takich okazjach i tylko kilka pięter nad ziemią. – Zimno mi – powiedziałem głośno, patrząc cały czas przed siebie. Nawet nie mrugnąłem, kiedy mężczyzna obok spojrzał się na mnie z wyraźną dezaprobatą. Znów nic nie odpowiedział. Zbliżyłem się do niego na nieznaczną odległość. – Nie zbliżaj się do mnie – ostrzegł – jeśli to zrobisz, zabiję się. Wdmuchnąłem tytoniowe powietrze do płuc i wyprostowałem się. – Pokrzepiające – odparłem krótko. Mężczyzna wytrzeszczył oczy. W tym momencie jeszcze raz podszedłem do krawędzi budynku, na dachu którego staliśmy i wyrzuciłem tlącego papierosa za burtę. Opadał powoli, pozostawiając za sobą krótkie smużki dymu z gasnącego w locie tytoniu. Opadł miękko na śnieg, gdzie przeleży zapewne do wiosny. Było to zagrane czysto, bez fałszu czy zająknięcia. Podręcznikowy trik jakiego uczysz się na pierwszym szkoleniu czy zajęciach z psychologii. Człowiek jest jedynie człowiekiem. A gdy dodatkowo przeraża go sama wizja śmierci, tak jak w rzeczywistości być powinno, prześledzi lot tego papierosa i zobaczy na własne oczy, jaka dzieli go odległość od ziemi. Uruchamia to nie tylko jego wyobraźnię, ale coś z czym walczyć jest raczej trudno: instynkt samozachowawczy. Sztuczka, jakkolwiek mało wysublimowana i dziecinna, ale uświadamia człowiekowi – którego nieszczęsny los lub zawiłości własnego umysłu doprowadzają tutaj, gdzie zadaje sobie to fundamentalne pytanie: „być albo nie być” – obecność w nim samym pierwotnych lęków. Widziałem rozszerzone źrenice w jego oczach. Ledwie dostrzegalny ruch końcówki buta, jak gdyby tracił pewność. Od mojego przyjścia wypowiedziałem dokładnie pięć słów, ale już zdobywałem nad nim przewagę – byłem milczący, nieco tajemniczy i do tego nie używałem oklepanych powiedzeń typu: „Nie rób tego”. Byłem czymś, co warto byłoby zbadać przed skokiem w dół. – Zimno mi – powtórzyłem. – Może chociaż mi powiesz, dlaczego chcesz to zrobić? – A co cię to obchodzi? – zapytał. – Kim ty w ogóle jesteś? Poprawiłem czapkę i kołnierz. – A co to CIEBIE obchodzi? – zrewanżowałem się. – Przecież miałeś skakać, a nie zajmować się typkiem, który się skarży na zimno wobec twojego życiowego dramatu – zakpiłem. Na jego twarzy zaległa dziwna konfuzja. – Palisz? – zapytałem. Spojrzał na wyciągniętą ku niemu otwartą paczkę papierosów. – Rzuciłem – powiedział, ale ukradkiem spojrzał na rudawy filtr wystającej fajki – ale chyba już mi nie zaszkodzi. Rzuciłem mu opakowanie, jednak specjalnie chybiłem, w związku z czym paczka upadła na zmrożoną dachową papę. Żeby ją podnieść, musiał opuścić krawędź budynku. Zawahał się, po czym niepewnie odjął jedną nogę i przerzucił ciężar ciała na bok. Wylądował bezpiecznie na dachu, a ja swobodnie podszedłem do niego i podałem mu ogień. – Dziękuję – powiedział, kiedy szarobury dym ulotnił się z końca papierosa. Spojrzał na niego, pokiwał głową z niedowierzaniem i uśmiechnął się ironicznie – nie sądziłem, że jeszcze do tego wrócę. Przycupnąłem obok niego i również zapaliłem. Siedzieliśmy przez moment w zupełnej ciszy, ja, mężczyzna i Mroźny Wiatr, pan wszelkich powietrznych prądów i surowego syberyjskiego zimna, który niekiedy odzywał się głośnym świstem. – Zatem jak brzmi twoja historia? * Coś, co zdecydowanie cenię w sobie samym, jeśli nie zabrzmi to nieco zbyt narcystycznie, to fakt, że całe życie pozostawałem niewzruszony na ludzkie problemy. Nieprawdą jest, że nie odczuwam żadnych silniejszych uczuć; po prostu uważam, że przesadna empatia jest czymś nienaturalnym, wymuszonym i teatralnym, a ponieważ nienawidzę wszelkich sztucznych rzeczy — począwszy od kwiatów, skończywszy na dziewczęcych atrybutach —wykluczyłem ją z gry, będąc jeszcze niewielkim szkrabem. Umiejętność pozostawania neutralnym pozwalała mi dobrze spełniać swoje obowiązki i chłodno myśleć w sytuacjach, w których bieg wypadków powoli uciekał mi spod kontroli. Czasem to przywiązanie do bycia pragmatykiem było zmorą dla mojej żony, ale w obliczu tylu lat, których ze mną spędziła, sądzę że w końcu do tego przywykła; stało się to dla niej czymś tak normalnym jak poranna kawa i rogalik z dżemem. Nie zwracała na to uwagi. Nigdy nie poddawałem się chwili i nie bywałem zmienny w nastroju czy uczuciach. Moje działania, które bardzo starannie wykalkulowałem wcześniej, zawsze prowadziły do jakiegoś celu. Dlatego czasem nie rozumiałem, dlaczego ludzie z którymi rozmawiam, chcą popełnić samobójstwo. Podobno dobry psycholog nigdy do końca nie rozumie swoich pacjentów; pozwala im to utrzymać wrażenie, że choć mówią mu o wszystkim, wciąż posiadają jakąś strefę nietykalności — strefę równie intymną, co ich problemy. Empatia, współczucie — to tylko puste słowa, terminy wymyślone przez filozofów-teoretyków, którzy wiedzę o życiu oparli na myślowych wywodach. Te terminy nie znaczyły dla mnie nic i to właśnie dlatego, wbrew pozorom, zawsze potrafiłem rozmawiać z ludźmi, którzy — zarówno w przenośni jak i dosłownie — stali nad krawędzią i powoli przesuwali ciężar własnego ciała w mroczną, niezbadaną otchłań. Oni nie oczekiwali zrozumienia. Oni potrzebowali zwykłej, normalnej rozmowy, jak równy z równym, nie jak desperat ze swoim lekarzem. Tak. Właśnie na tym polegała ta sztuka. Siedzieliśmy na dachu opierając się o jeden z kominów. Nie mówiłem nic, mężczyzna również pozostawał milczący. Siedzieliśmy jak dwaj Indianie, paląc jedyną fajkę pokoju, na jaką stać nasze nędzne czasy. Powoli wydmuchiwałem dym przez nos. Gdyby nie wiatr, można by uznać, że spędzamy czas całkiem przyjemnie. Poznałem jego historię. Po raz pierwszy poruszyła mnie. * Znacie to uczucie, kiedy w parę godzin po jakimś wydarzeniu, najczęściej bardzo nieprzyjemnym w skutkach, po waszych żyłach zaczyna krążyć kwaśna substancja, która kruszy wam serce? Dojmujący żal i smutek. Przeświadczenie, że czasu już nie da się cofnąć, właściwe oczywiście w założeniach. Bo tak właśnie jest. Działania mają konsekwencje. Zmiany mają konsekwencje. Możesz stać po jednej stronie przepaści zwanej Teraźniejszość Jest Niezła i Okazja Na Zmianę Życia, ale nigdy nie będziesz mógł stanąć między jedna a drugą. A jeśli przeskoczysz to czy zmiana będzie na lepsze czy też na gorsze? Co czeka nas po drugiej stronie? A może zmiana będzie na tyle dotkliwa, że nie będziesz już w stanie żyć normalnie? Zwykły, banalny ludzki dylemat. Zwykłe i banalne ludzkie myślenie. Konsekwencje, pamiętaj synu. Ich nie da się cofnąć choćbyś posiadał górę pieniędzy i spał na obligacjach. Człowiek, który palił teraz ze mną papierosa, zrozumiał dobrze, co to dokładnie oznacza. Nazywał się Dawid Brutter i był dobrze znaną postacią w przemyśle farmaceutycznym. Miał wszystko, cholera, więcej niż wszystko. Przepiękny dom o metrażu przekraczającym zwykłe oczekiwania śmiertelnika. Na podjeździe czerwone porsche, na górnych piętrach dwie wspaniałe córki oraz kochająca żona z książką i lampką wina przy kominku. Miał wszystko, czego dusza zapragnie. Rodzina, pieniądze, sukcesy w pracy. Jednak Dawid Brutter nigdy do końca nie doceniał tego wszystkiego, co posiadał. Jak większość ludzi, dążył do czegoś więcej – więcej pieniędzy, więcej sukcesów. Udawało mu się to. W społeczeństwach, gdzie ludzi młodych powoli zastępuje rzesza schorowanych, niedomagających staruszków, branża farmaceutyczna rozwija się w zatrważającym tempie. Dlatego jego koncern był jak Wilczy Szaniec – niewzruszony na żadną zmianę i na żaden atak. Imperium, które utworzył, zapewniało mu byt. I to całkiem dostatni byt. Ale jednak wszystko, co dobre kiedyś musi się skończyć. Zwykle jest wiele różnych odmian tego końca – czasem są to czarne, mroczne litery układające się na obszernej kopercie w napis „pozew o rozwód”, czasem bankructwo twojej firmy spowodowane ogólnoświatowym kryzysem. Ale Brutterowi nie groziło ani jedno, ani drugie. Po pierwsze dlatego, że był doskonale przygotowany na gorsze czasy. Po drugie dlatego, że jego żona zdążyła już odejść. Wybrała się w podróż do Paryża i , zupełnie niezamierzenie, znalazła się po drugiej stronie. Samolot lądował awaryjnie. Płomień strawił większą część dolnego pokładu. Żona Bruttera zatruła się tym, co pozostaje z kontaktu plastiku i tlenu. Paryskim lekarzom nie udało się przywrócić jej życia. Wróciła do kraju jedynie po to, aby pożegnać się ostatni raz. Traumatyczne przeżycia wyciskają piętno na nas samych i na każdej następnej kartce kalendarza, którą czas przewraca po tym konkretnym wydarzeniu. Wkrótce po śmierci matki doszło do kłótni między nim a jego córką. Błaha sprawa. Jak na ironię, od tego właśnie zaczynają się z reguły te najcięższe konflikty. Błąd w rozumowaniu, przejęzyczenie, nadinterpretacja słów. Czynniki, na które przeciętna kobieta jest podatna dużo bardziej niż facet. Nie miał żadnych szans. Wyprowadziła się dwa dni później. Dawid — jak sam stwierdził — przyjął to gorzej niż śmierć swojej własnej matki. Swoją drugą córkę natychmiast wysłał do szkoły z internatem tylko po to, aby nie miała z nim wtedy żadnego kontaktu. Pijani rodzice — zmora naszych czasów. Cieszył się, że przyjął chociaż postawę protekcyjności. Jeśli nie możesz zapobiec szkodom — ogranicz je. Przez miesiąc w biurze, gdzie na drzwiach widniało jego nazwisko, panował jego zastępca, próbując ograniczyć entropię w papierach i zapomnianych propozycjach kontraktów. Podpisywał, co mógł, a to, na co nie pozwalała mu posada, przesyłał do Bruttera z jednoczesną prośbą, żeby w końcu wziął się w garść. Nie była to głupia rada. W końcu wrócił do pracy. W zaskakująco szybkim czasie i, do czego się przyznał w owej rozmowie na dachu wieżowca, jedynie pozornie, pogodził się z odejściem dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu i utraty tej trzeciej. Było mu ciężko, ale żył dalej tym samym trybem, licząc, że kiedyś szczęście się do niego uśmiechnie. Nie wierzył jednak, że tak promiennie jak w przeszłości. To było po prostu fizycznie niemożliwe. Już nie. Ale jednak życie dostarcza nam tych drobnych przyjemności. Niespodziewamy się ich i myślę, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Całe nasze życie jest niespodzianką. Czasami, nieco mniej optymistycznie – niespodzianką dla naszych rodziców – ale za każdym razem przede wszystkim dla nas samych. Bo co by było, gdybyśmy niespodziewanie nie zwrócili na to uwagi, że żyjemy? Że posiadamy świadomość? Było by to czymś na kształt wegetatywnej, długiej śpiączki. Śpiączki, z której jedynym wyjściem byłaby śmierć. Na dachu nachodzą człowieka różne myśli. Niechciane czy chciane wspomnienia docierają do nas z możliwie największą dokładnością. Być może to właśnie to spowodowało ten nagły potok słów u niedoszłego samobójcy, z którym paliłem papierosa. Z którym solidaryzowałem się — nieświadomie — w bólu i rozpaczy. Być może potrzebował tego od dłuższego czasu. Często, zwłaszcza wtedy, gdy coś w nas pęka i stajemy się niewolnikami wypowiadanymi przez nas słów, przekraczamy jakąś metafizyczną granicę. Słowo – wyraz określający daną rzecz lub zjawisko – w odróżnieniu od słowikowej definicji, jest czymś znacznie więcej niż tylko ciągiem połączonych ze sobą liter. Słowa posiadają znaczenie. Posiadają zabarwienie, którego nie możemy zmyć. Potrafią ranić, rozpalać, nawet doprowadzać do sytuacji skrajnie ekstremalnych. Ile razy płakaliście tylko dlatego, że ktoś powiedział wam złe słowo? Ile razy musieliście opierać się przemożnej chęci wybicia kumplowi zębów i rozsypania ich po podłodze, dlatego że wyraził się źle o waszej dziewczynie? Jeżeli ktoś używa ich, aby opowiedzieć historię swojego własnego życia, wiedzcie, że ten ktoś właśnie przekroczył Rubikon; coś w nim pękło, a uwolnione ciśnienie wypchnęło z jego gardła potok słów – bezcielesnych wysłanników, mącących wewnętrzny spokój słuchacza. Brutter opowiadał, jednocześnie zaciągając się papierosem. Cera na jego twarzy była szarawa, jakby pobladła już dawno i nie wróciła do dawnego stanu. Wydawał się być jeszcze całkiem młody, możliwe że nawet nie przekroczył czterdziestki. Rysy jego twarzy były niepospolite, a w liceum zapewne był królem pięknych dziewcząt z równie pięknymi uśmiechami i kasztanowymi włosami, opuszczonymi luźno na ramiona. Przynajmniej tak wyglądała jego żona. Stara fotografia pokryta ozdobną sepią ukazywała jej twarz z lat młodości. Z lat, w których Dawid Brutter był jeszcze nic nieznaczącym siuśmajtkiem. Ale kilka lat później Brutter odziedziczył po swoim ojcu małą fortunę, którą pomnożył i zainwestował na rynku piguł i strzykawek i jego sukces stał się rzeczywistością. W chwilę później ożenił się z dziewczyną ze zdjęcia barwionego sepią i zarobił swój pierwszy milion. W dziesięć lat po tym sukcesie, dokładnie rok temu, w jego życiu pojawiły się dwie informacje: pierwsza w kolejności była wiadomością o śmierci żony, a druga… no właśnie, a druga wywróciła jego świat do góry nogami, kiedy jeden z jego chemików, wynalazł lekarstwo na raka. * – Co z tym zrobiłeś? – zapytałem, nie siląc się na jakikolwiek tytuł grzecznościowy. Westchnął krótko, zanim odpowiedział. Nieznaczna wilgoć pojawiła się w jego oku, jednak zamrugał instynktownie oczami, aby ją ukryć. – Uznałem to za prawdziwą żyłę złota – powiedział. – Wiedziałem, że to przełom, wiedziałem, że tego nie ma jeszcze nikt inny. Jestem biznesmenem do cholery, mam robić pieniądze nie zbawiać świat! – Co z tym zrobiłeś? – naciskałem. – A co ty być z tym zrobił? – zapytał. – Przesłałem wyniki badań do konkurencji. Zaproponowali mi udziały w swoich firmach, morze pieniędzy i patenty na swoje lekarstwa, pod warunkiem, że nie wydam nikomu receptury. Mieliśmy cichą umowę. To jedna z tych, które podpisujesz własną krwią i idziesz do piekła, jeśli jej nie dotrzymasz. Albo to piekło przychodzi do ciebie. – Nie wprowadziłeś tego na rynek, do szpitali? Ręka powędrowała do oka i przetarła je. Udawałem, że tego nie dostrzegłem. – Nie. Musiałem mieć pewność, że receptura pozostanie niedostępna i szybko opatentowana. Ale nie było to takie proste i wymagało czasu. Zresztą, nasz cichy kontrakt był lukratywniejszy niż cała reszta umów z służbą zdrowia. Wybrałem szybki i pewny zysk. Wybrałeś. Ty skurwielu. – Było naprawdę cudownie. Kasa lała się strumieniami na zagraniczne konta. Szwajcaria, Cypr, Kajmany, Monako, Luxemburg. To był ewenement na skalę światową, ale farmaceutyka to również biznes. A w biznesie najważniejszy jest pieniądz. Nie człowiek. Firmy farmaceutyczne blokowały wprowadzenie produktu na rynek z jednego prostego względu – na chemioterapii zbija się fortunę. A zachorowalność idzie do góry. Miałem szansę wygryźć konkurencję, ale wiedziałem, że nie będzie to trwało wiecznie. W końcu jakiś przekupny chemik odda recepturę w obce łapy. A wtedy moje porsche nagle skurczy się do poziomu fiata. Minęło kilka lat, ale w firmie wszyscy milczeli. W obieg puściłem plotkę, że pozorny sukces wynikał jedynie z błędnie odczytanych danych . Wykryto tragiczne skutki uboczne. Nikt nie wierzył w to, że raka faktycznie można wyleczyć, więc przyjęto je z praktycznie wyczekiwaną ulgą. A prezes miał spokój. Spokój i pieniądze. Zatrzymał się na chwilę. – Więc? – Więc co? – zapytał. – Więc dlaczego jesteś tutaj? Zwiesił głowę. Nagle przypomniał sobie z jakich powodów wszedł na dach biurowca. Wstał. Myślałem, że w porywie emocji zechce zrobić to teraz, szybko, póki jeszcze nie ogarnęły go wątpliwości. On jednak wyciągnął portfel z tylnej kieszeni i wręczył mi zdjęcie. – To moja córka – wyjaśnił. Z fotografii uśmiechała się do mnie przystojna kobieta. Zdjęcie wyglądało na stare, mogłem to stwierdzić po fakturze papieru i jakości aparatu, który je wykonał – na tym zdjęci ma nie więcej niż dziewiętnaście lat. – Co się teraz z nią dzieje? Brutter odwrócił się w stronę wiatru. Myślę, że dyskretnie uniknął mojego wzroku. Nie chciał poczuć znów tej samej winy, jaką czuł przez wszystkie lata począwszy od pogrzebu. – Umarła – powiedział bezbarwnie, stojąc plecami do mnie. – Miała raka. Przełknąłem głośno ślinę. Ironia? Wyglądało mi na coś gorszego. Życie to ździra, która czasem z ironii, po prostu musi przejść do sarkazmu. Nie mówiłem nic. Ledwie przyjąłem fakt, że stworzył lekarstwo na raka, ale teraz było już tego za wiele. Był tylko jeden malutki problem: ludzie nad przepaścią nie mają ochoty kłamać. – Nie zadzwoniła do mnie. Wciąż winiła mnie za śmierć matki. Nie miałem szans jej pomóc, bo nie powiedziała mi o chorobie. Zbliżył się do krawędzi budynku. Wstałem posłusznie, kiedy to zrobił. – Pomyśl o drugiej córce. – Ma dobre zaplecze finansowe, jest już prawie dorosła. Nie chcę, żeby miała do czynienia z mordercą. Szybko zaprzeczyłem: – Nie jesteś mordercą. Postawił nogę na podwyższeniu. – Nie zabiłeś swojej córki – powtórzyłem z naciskiem. – Zabiłem dwójkę innych osób. Wspiął się na podwyższenie. Mój oddech stał się płytki. Byłem w odległości najwyżej pół metra. Zdążyłbym go złapać. – O czym ty mówisz? –Zabiłem córkę – pokręcił głową, ale mówił wyraźnie – i zabiłem tego chemika. Nikt nie mógł się dowiedzieć o recepturze. Zabiłem ich, rozumiesz? Przestąpił z nogi na nogę. Widziałem wyraźnie jak kontur jego ciała przemieszcza się o kilka, kilkanaście centymetrów, stopniowo nabierając szybkości. Ciężar ciała zepchnął go w dół i niósł, niósł poprzez morze wilgotnego powietrza. A ja nawet nie próbowałem go ratować. Pewien znajomy chirurg powiedział mi kiedyś, pijąc ze mną wódkę, że czasami nie warto walczyć o czyjeś życie. Że czasem sprawa jest już z góry przegrana. Cóż, chyba wreszcie nauczyłem się to rozpoznawać.



        Dedykacja: Postanowiłem rozwinąć wątek

Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 08.05.2013r.

1     

RattyAdalan Użytkownik wpmt 11 05 2013 (21:24:16)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj. Powiem Ci, że Twoje opowiadanie jest naprawdę świetne. Dawkujesz emocje tak, by na końcu czytelnik doznał szoku, coś chwyciło go za serce, wbiło w fotel. Masz bardzo dobry styl i świetnie prowadzisz tekst. Nieczęsto czytam tak dobre opowiadania na tym portalu, zwłaszcza, że w ostatnim okresie dodawany jest pseudo-miłosny chłam. Naprawdę opowiadanie godne wydania i rozwinięcia. Mam tylko jedną uwagę. Dopełnienia w dialogach nie piszemy z kropką. Wyjątkiem jest to, gdy je zakańczamy. Nie mam większych uwag, ponieważ widać, że dopracowałeś tekst i nie ma w nim żadnych zgrzytów. A to mój ulubiony fragment: "Działania mają konsekwencje. Zmiany mają konsekwencje. Możesz stać po jednej stronie przepaści zwanej Teraźniejszość Jest Niezła i Okazja Na Zmianę Życia, ale nigdy nie będziesz mógł stanąć między jedna a drugą. A jeśli przeskoczysz to czy zmiana będzie na lepsze czy też na gorsze? Co czeka nas po drugiej stronie? A może zmiana będzie na tyle dotkliwa, że nie będziesz już w stanie żyć normalnie?". Świetna refleksja. Podoba mi się też lekka ironia w tekście, którą uwielbiam w literaturze. Dziękuje za dobrą lekturę. Akceptuję z oceną 5. Pozdrawiam R.A.

RattyAdalan Użytkownik wpmt 11 05 2013 (21:25:43)
Mogłam się spodziewać, że to ty. Naprawdę uwielbiam Twój styl.

civilizacja Redaktor 11 05 2013 (21:59:00)
Dzięki wielkie.
To zabawne, że Ty również zwróciłaś uwagę na ten "pseudo-miłosny chłam", ostatnio dyskutowałem o tym z "Animą". Ale niestety mnie też coraz częściej rzucają się w oczy te chwytliwe tytuły romansideł, których chyba nawet kosz nie mógł przetrawić... no ale każdy ma oczywiście swój "styl".

Jeszcze raz dzięki za pozytywne odebranie i cóż... zapraszam do czytania innych moich tekstów, chętnie poznam Twoją opinię.
Pozdrawiam

RattyAdalan Użytkownik wpmt 11 05 2013 (22:12:19)
Zawsze z chęcią Cię przeczytam. Pozdr.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(66): 66 gości i 0 zarejestrowanych: