Najgroźniejszy bioterrorysta

Arctur Vox Najgroźniejszy bioterrorysta [Ten dokument mój serdeczny przyjaciel, Nestor Penumbra, życzył sobie, bym opublikował po jego śmierci.] Zrozumiałem, że muszę w końcu wyznać prawdę o onym dziwnym, niepokojącym, a przecież wspaniałym epizodzie, który rozmyślnie przemilczałem, pisząc w zeszłym roku entuzjastycznie przyjęty, przynajmniej w pewnych kręgach, przekrojowy artykuł poświęcony Wielkim Juwenaliom. Wszystko rozegrało się może dwie godziny po rozpoczęciu święta. Stałem opodal łukowatej bramy wejściowej, wiodącej do krainy prostych uniesień; za mną gąszcz straganów serwujących lurowate piwo i słone przekąski . Ponieważ znajdowałem się na wzniesieniu terenu, mogłem podziwiać pyszną panoramę wielohektarowych błoni należących do głównego aeroportu, teraz gęsto zaludnionych przez kolorowych akademików. Ponad polami górował owal cyklopowego magazynu miejskiego. Lądujące samoloty, z oficjalnego zalecenia Kancelarii Rektora, maksymalnie zmniejszały obroty śmigieł, aby hałasem nie burzyć tętniącej magii zgromadzenia. Rektorowi bowiem wiele rzeczy leży na sercu, lecz przede wszystkim – szczęśliwość studenckiej braci. Sam, korzystając z dziennikarskiego przywileju, popijałem własny, bardziej cywilizowany alkohol i bacznie obserwowałem otoczenie, czyniąc w głowie szkice, notatki. Właśnie rozważałem przeniesienie się do innej, żywiołowszej okolicy, kiedy go ujrzałem. Z flaszką miętowej wódki i wielką pewnością siebie próbował przedrzeć się na tę stronę. Naturalnie został pochwycony mocnymi łapami dwóch uczelnianych gwardzistów i dokładnie przetrzepany. Konsekwentnie odmawiał im prawa zbadania swej klockowatej, skórzanej aktówki, aż dali za wygraną. Mimo gorącego wieczoru ubrany był w zielony płaszcz z grubym, futrzanym kołnierzem. Gdy już namacali kontrabandę wciśniętą do wewnętrznej kieszeni, jasnym się stało, że tą drogą nie przejdzie. Wrodzona duma czy pazerność nie pozwalały mu wyrzucić butelki do specjalnego, czarnego worka, jak sugerowali z politowaniem świadkowie awantury. Gniewnie pomaszerował za budynek techniczny z blachy falistej. Podszedłem tam, podglądając ciekawie. Na moich oczach odkorkował i, krzywiąc się przy tym oraz plując niemiłosiernie, opróżnił połówkę do dna. Cisnął szkłem o betonowy trotuar. Surowy trunek podziałał nań natychmiastowo. Zacietrzewiony, odbiegł jeszcze, by zacząć niezgrabnie forsować druciane ogrodzenie. Znalazłszy się u szczytu chwiejnego płotu, rzucił torbę w trawę, a zaraz sam poleciał jej śladem. Choć gruchnął ciężko o ziemię, to wstał bez trudu, otrzepał się z kurzu, po czym dziarsko ruszył na podbój – żakowskiego subświatka i mego serca. Najpierw odwiedził drewnianą zagrodę, gdzie rozwrzeszczane towarzystwo dla zabawy obrzucało się jaskrawymi proszkami. Już wówczas stwierdziłem, że jak płomień świecy ćmę, tak jego wabią przedstawicielki przeciwnej płci. Orbitował wokół nich. Pełne garście czerwonego pyłu rozrzucał przy co erotyczniejszych fragmentach odsłoniętych ciał, a żółte oczy błyszczały mu ekscytacją. Mały, ciamajdowaty, zapuszczony, nie oczekiwał chyba pozytywnego przyjęcia, zwłaszcza, gdy dookoła kręciło się tylu przystojnych studentów, w których uczestniczki mogły przebierać. A jednak lgnął niestrudzenie ku beztroskim kobietkom. Wreszcie ktoś porwał go za czuprynę i kopniakami wyrzucił poza tęczowy wir. Po takiej rozgrzewce zechciał znów przepłukać wyschnięte gardło. Dołączył do tłumku wystającego pod osobliwą wekselsztubą, zmieniającą pieniądz powszechny na wykonane z otoczaków żetony browarnicze, honorowane przez rozlewających piwa straganiarzy. Kiedy nadeszła jego kolej, wyłożył na ladę kilka paskudnych, pokrytych jakimś liszajem monet. Zapewne stanowiły one cenne zaskórniaki, uciułane z myślą o tej specjalnej okazji. Widziałem, że kasjerka przyjęła je z grymasem obrzydzenia. Otrzymawszy stosowną gratyfikację, udał się w stronę beczek. Nie starczyło mu tego na wiele – dwa lub trzy kubki wstrętnego, ochrzczonego napoju. Ale pił z nie mniejszą godnością, niż ja sączyłem szlachetną zawartość tytanowej piersiówki. Piwna wycieczka zaprowadziła nas bliżej serca Juwenaliów. Tutaj świętujący zbijali się w szczelne kliki. Pomiędzy nimi kursowały, niby wolne atomy, pary lub nieduże grupki osób. On, swym zwyczajem, poszukiwał strefy obiecującej najcieleśniejsze wydarzenia społeczne. Taki obszar większego, nawet jak na bieżące warunki, rozprzężenia obyczajowego, wytworzył się w pobliżu stojących rzędem toalet chemicznych. Nie musiał długo czekać. Rozkołysanym krokiem zbliżyła się do niego dziewczyna dość osobliwego wyglądu, w skład którego wchodziły: celowo porozdzierane odzienie, włosy elektrycznie niebieskiego koloru; rozczochrane, a po jednej połowie głowy zupełnie usunięte, mnóstwo ekstrawaganckiej biżuterii oraz wytatuowany na chudym udzie plan architektoniczny dwuskrzydłowego budynku, widoczny dzięki dziurawej pończosze. Rozpoznałem tę konstrukcję jako ponury, modernistyczny Dom Studenta straszący w centrum naszej skromnej metropolii. Ghulowata panienka uśmiechnęła się tak zalotnie, jak dopuszczała jej aparycja i zaświdrowała mu paznokciem w kościstej klatce piersiowej. Wycedziła: - Nie wiesz, jak bardzo chciałabym przerżnąć się z moim lubym na twoim płaszczyku. I poczęła praktycznie go z niego rozbierać. Stanowczo powstrzymał pajęcze paluchy napastniczki. - Och, dajże spokój – westchnęła. - Dostaniesz piwa w opór! - Nie zależy mi – po raz pierwszy usłyszałem z jego ust artykułowaną mowę; nie liczę postękiwań, stęknięć i mruknięć, jakich wydawał pokaźną ilość podczas wcześniejszych wypadków. Głos miał rozczarowujący: nijaki, słaby, bezbarwny. - Coś ty za student? Czymś chyba dasz się skusić! - O ta-ak, dam – z kolei uśmiech zagościł u niego – Twój luby cię przerżnie, to wychędożę ciebie i ja. Parsknęła mu prosto w twarz. - Kpisz? Ty mnie? - Dlaczego nie? Na obecność sił sakralnych, drzemiących w ludzkiej seksualności gwiżdżesz. Inaczej nie sprowadzałabyś wartości rzeczonego doświadczenia do poziomu faktury materiału, którym, dodatkowo w stanie nietrzeźwym, wyłożysz plastykową podłogę chemicznej toalety. Panna milczała. - Idźmy dalej - brnął beznamiętnie - Kwestia wierności partnerowi również nie jest tu żadnym problemem. Choć spotkaliśmy się dopiero przed minutką, oboje znamy siebie na wylot. Ja nie mam nikogo, zaś twoje prowadzenie, bijące ze wszystkiego, co zrobisz i powiesz, wyklucza dylematy moralne. Elektryczny ghul obruszył się trochę, ale raczej dla zasady, wyraźne przyznając gestem rację rozmówcy. Ten spokojnie kontynuował: - Co nas jeszcze zatrzymuje? Różnice w kwestii pożądanej u drugiego fizyczności? Wiem, że daleko mi do idealnego samca, ale ty także znaj własne skazy, których nosisz niemało. Gdzie zgubiłaś swoją kobiecość? Na pewno daleko stąd. Zresztą w tej nagrzanej, ciasnej budzie jest zbyt ciemno, żeby się sobie przyglądać. Poczujesz jeno napór mych bioder i ruchy frykcyjne; doznania właściwie takie same, niezależnie kto by cię brał. Jedyna istotna zmienna to czas trwania zbliżenia; biorąc pod uwagę me braki w praktyce, będzie niedługi – tym lepiej dla ciebie. Więc co powiesz? - Jesteś chory – odparła zimno. Puściła płaszcz i poszła zawisnąć na monitorującym rozmowę „lubym”. Oboje prędko się oddalili. Dobiegła mnie jej skrzekliwa tyrada na temat zdarzenia. Cóż na to posiadacz wygodnego płaszcza? Nie wyszło mu z kobietą posiadaną, uderzył zatem do niczyich. Na przemian rzężąc i chichocząc, obrał za cel samotne humanistki, izolujące się w cieniu dzikiej leszczyny. Podpełzł do nich na wpół zgarbiony. Jak zespolone organiczną nicią, wszystkie trzy równocześnie zwróciły na niego wzrok, wyostrzony grubymi, ale modnymi okularami. Ich równiutkie, proste grzywki zafalowały w jednym rytmie i symultanicznie każda akademicka literatka przyjęła pozycję obronną, krzyżując ramiona na piersiach powiększonych pomysłowym stanikiem. Zdawało się, iż stoi tam wielogłowa istota – hydra dobrze otrzaskana w twórczości ponowoczesnej i postmarksistowskiej. - Panie pozwolą, że się przedstawię… ja też jestem - literatem. Trzy pary ust mocno pokrytych karminową szminką wygięły się lekceważąco. - A co literat robi? - Pisuję. Jakby sejsmiczny wstrząs je przeszedł, burząc skwapliwie wypracowaną jedność biologiczną. Od razu przekonałem się, że w oczach dwóch panien był przekreślony. - Wszędzie pełno tych piszących; nikomu już niepotrzebni. Ze świecą szukać tego, który innym powie, co pisać! Druga głowa krytycznie ją otaksowała. - Na co w ogóle wam pisanie? Literat z krwi i kości, to niekłopoczący się żadną pisaniną. Coś tam wydał - uznanego - w zamierzchłej przeszłości i tyle. Ma swobodę. Jeżeli on stale żyje w napięciu; musi stworzyć, żeby zjeść - on nie dla mnie. Nudziarz. Tylko ostatnia zlitowała się nad niedoszłym zalotnikiem. - Dasz próbkę? Skwapliwie przytaknął i wygmerał zza pazuchy plik brudnych kartek odbitych na kserokopiarce, okropnie pomiętych. Ta forma wzbudziła żywe zainteresowanie humanistek; chwilowo odzyskały poprzednią jednolitość. - Oto wiersz i zgrabna nowelka – zachwalał swoje dzieła. - „Na wdzięki jej kształtów” – odczytały chórem tytuł erotyka i zaraz podarły go w strzępy. – A fe! Patriarchat naciera! - Nawet nie przeczytałyście… - mruknął cichutko. - Mamy gdzieś fallocentryczne twory kultury gwałtu. Co nas obchodzą obleśne fantazje uprzedmiotawiającego szowinisty? A jeśli przypadkiem przeczyta je osoba dwupłciowa? Doszczętnie jej się pomiesza! Twoje rupieciarskie wierszydło nie przechodzi podstawowej, trzeciofalowej analizy feministycznej. - Może proza do was przemówi. Ponownie pochyliły się nad papierami. - Tu na górze stoi „Przesłanie robotnika”. Jakaś wczorajsza bzdura! Każdy wie, że robotników już nie ma. Ja zrozumiem: „Prekariusz”, „Stażysta”, „Student-żebrak-stypendiobiorca”. Z tym owszem, utożsamimy się. Zmienić! - To wykluczone – zaoponował. - Więc do piachu! – i dziełko podzieliło los „Wdzięków”. - Jak ty z tego żyjesz? – zakpiła któraś głowa. - Kto mówi, że żyję? Od owego momentu humanistyczna hydra poczęła poświęcać mu mniej więcej tyle samo uwagi, co gęstemu juwenaliowemu powietrzu. Niezrażony, wyprowadził ostatni atak, chcąc skraść całusa. Środkowa literatka wpadła w szał. Schwyciła z torebki pilnik do paznokci i wywijała ostrzem niczym obłąkana. - Gały wyłupię, oślepię! Koleżanki, podajcie piekący gaz kobiecy! Spłoszony, odskoczył. Nagle zwrócił się wprost do mnie - był to pewien szok. Chichocząc szaleńczo, wypowiedział coś w najbardziej kuriozalny sposób. Spróbuję odtworzyć jego słowa, używając metajęzykowego piktogramu: - Studenckie tańce grupowe to dla mnie jedyna szansa, żeby dotknąć prawdziwej kobiety XD I wystartował sprintem. Ledwo dotrzymałem tempa gnającemu człowieczkowi. Dobiegliśmy do masywnej sceny, całej spowitej w oparach kurzu i dymu. Akurat ruszał koncert kultowego zespołu; niebo przecinały świetliste race, wskrzeszając długie, poszarpane cienie. Łomot instrumentów porwał potężny tłum, rozchlapujący rytualnie błotnistą breję. W ciżbę zanurkował mój uciekinier. Nic nie słysząc ani nie widząc, potrącany i miętolony przez spoconą tłuszczę, drałowałem po śladach. Wtem stanąłem jak wryty. Wewnątrz największego ludzkiego młyna zobaczyłem jego dumnie wyprostowaną postać. Tysiąc par rąk uniosło ubłoconą, całkiem pijaną studentkę w obcisłych denimowych spodenkach i podawało ją sobie, by dryfowała po powierzchni cielesnego morza. Nastąpiła doskonała symbioza społeczna – każdy mógł pomacać, posmakować dotyku intymnego; w zamian dając upojonej czempionce pełne wywyższenie. Lecz co takiego? Gdy nadeszła jego kolej, wycofał dłonie. Podniósł dotąd niedbale targaną, powalaną aktówkę. Delikatnie i w odpowiedniej sekwencji wdusił szereg guzków ukrytych około rączki. Torba otworzyła się. Wydobył z niej skórzaną maskę ochronną z ołowianymi wizjerami i naciągnął na głowę. Przydała mu ona przerażającego wyglądu. Przeczucie sprawdziło się – pod żenującą powierzchownością chował duszę prawdziwego kszatrija! Oparł aktówkę o wystający kamień. Rozległ się świst. Podłużna probówka wystrzeliła ze środka i rozprysła się w powietrzu, gdy eksplodował przyczepiony doń miniaturowy ładunek. Zawartość pomału opadła wilgotną chmurą. Bioterrorysta obrócił się na pięcie. Bez żadnych znamion niezgrabności posunął na wzór mrocznego ducha – i tyle go widziałem. Wkoło rzesza ciał wrzeszczała, piła, paliła i odbywała stosunki. Ale w niejednym krwiobiegu krążyła już zguba: cichy morderca z Czarnego Lądu. Jednak dobrze się stało, że wypuścił wirusa Ebola pomiędzy studentów. Znając jego plan, i tak nie powstrzymałbym bioterrorysty. Później, w trakcie panicznej ewakuacji, na piętrzących się stosach trupów spopielanych przez funkcjonariuszy Służby Plagi z miotaczami immolacyjnymi, rzuciła mi się w oczy niejedna postać spotkana na Wielkich Juwenaliach. Widok nagich, powykręcanych ciał nie wzbudził we mnie wcale żalu… Umysł mój ogarnięty pojedynczą myślą – co zrobić, by więcej było dziś podobnych, mężnych kszatrijów, noszących futrzany płaszcz latem i neseser zdolny oczyszczać dzieje? In memoriam Nestor Penumbra 1957 – 20**



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 02.07.2015r.

1     

civilizacja Redaktor 16 07 2015 (23:48:13)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Ładnie. Dobrze opisujesz, to twoja zaleta. Czasem nieco zbyt mozolnie; wiem, że operujesz celowo (nazwijmy to) wyszukanym słownictwem, stąd twój tekst ma niebanalny charakter, jednak niekiedy dobrze zachować umiar.

W sumie nie mam uwag. Dobra robota. I chociaż nie moje klimaty, zdobyłeś moje zainteresowanie. Szacunek.

Pozdrawiam,
civilizacja


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(41): 41 gości i 0 zarejestrowanych: