warto go przeczytać
Szybkim krokiem schodzę po schodach. Płytki są oblodzone i śliskie, dlatego muszę czujnie stawiać każdy krok. Mógłbym złapać się poręczy, ale starsza pani mozolnie kroczy przede mną. Pośpiech to zły doradca, ale innego wyjścia nie mam. Szybki tramwaj wcale taki szybki nie jest, a wkradać się na salę wykładową nie cierpię. Zdaję sobie sprawę, że winne jest moje lenistwo, ale teraz za późno jest na rozpamiętywanie i użalanie się nad sobą.
Mam okropne włosy. Bolą mnie za każdym razem, gdy zakładam czapkę - może dlatego nie lubię takich mrozów, może dlatego tak mnie ta długa i sroga zima drażni. Jeszcze jak na złość kurtka zaczepia się o kępki włosów na brodzie. Z tego wszystkiego kolejny dzień się nie ogoliłem. Ludzie pewnie śmieją się z komicznego zarostu albo uważają, że to jakiś chory wymysł chorej młodzieży. Prawda jest bardziej prozaiczna, ale nikt prócz bliskich osób przecież jej nie pozna. Nie przejmuję się spojrzeniami przechodniów czy pasażerów publicznego transportu. Nie miałoby to większego sensu, a mi przecież na tej opinii nie zależy.
Tramwaj odjechał, nim zdążyłem zbiec na dół. Jedynie cień dostrzec można było w wąskim tunelu. Rozkładam bezradnie ręce i nerwowo przechadzam się wzdłuż torów. Zawsze w tym miejscu mój wzrok staje się zbyt zainteresowany wszystkim wokół. Każdy szczegół urasta do nieprzyzwoitych rozmiarów. Nowy ochroniarz, jakiś student, który dziwnie blisko podchodzi do torów – może samobójca, starsza pani, zziajana i niesympatyczna, jakiś staruszek, który strasznie kaszle, i ona.
Dziewczyna. Ma śliczne oczy, spod powiek uwalnia ich czar i oplata mnie swoim spojrzeniem. Uśmiecha się niepewnie i wcale na mnie nie patrzy, ale to ja, to moja wyobraźnia... spaceruje. Mijamy się, przesadnie dbając, aby się nie dotknąć, aby nie musnąć. O czym myśli? Badam dokładnie każdy element barwnych płytek, którymi wyłożona jest stacja. Nawet skostniałe dłonie już tak nie przeszkadzają. Tylko czasami podrywam głowę, by uchwycić blask szafirowych tęczówek, ale gdy jestem już blisko i nasze spojrzenia mogłyby zetknąć się w mistycznym świecie ciszy, z przestrachu opuszczam wzrok. To głupie, ale gdy stąpamy obok siebie - wolno, nieco chwiejnie, jakbyśmy nudę czekania chcieli zdeptać - myślę, że rodzi się między nami więź. Kątem oka wydaje mi się, że i ona to czuje, że i ona, krążąc w kółko, myśli o mnie, że wydałem się jej interesujący.
Rodzi się napięcie i przystaję. Znów próbuję nieznośny rozum zająć obserwowaniem czekających. Pojawił się ktoś nowy - śliczna dziewczyna, ładniejsza od niebieskookiej, ale jedno spojrzenie, które nas połączyło, rozczarowuje. Chciałbym nie myśleć o niej źle, ale w na neuronach rodzi się opinia: nadęta lalka.
W sercu gości się żal. Na zegarze jeszcze tylko wspólna minuta chodzenia. Zapamiętam jej szary płaszczyk na długo, ale boję się, że rysy twarzy zginą w bezbarwnym tłumie. Gotów jestem, żeby ją zaczepić, śmielej kroczę w jej stronę, ale już bardzo blisko pękam jak suchy orzech i odwracam się. Chciałbym, żeby zmieniła tempo i mnie dogoniła, ale nic takiego się nie dzieje. Porządek, który został ustanowiony niepewnymi gestami, drżeniem rąk i stukotem obcasów, wydaje się być niezachwianym. Kimże jestem, że mógłbym ingerować w iście Boży ład mijania się?
Tramwaj podjechał i czar prysł. Siadła gdzieś z tyłu. Całą drogę pochłaniałem ją spojrzeniem, gotów na konfrontację, ale ona mnie nie widzi. Jest za daleko, zbyt obojętna. Może dzięki temu zdobywam się na odwagę patrzenia. Ma ładne włosy - puszyste, lekko pofalowane, ciemne, ale nie całkiem czarne. Raz uśmiechnęła się radośnie, pokazując wszystkie równe ząbki - chyba przeczytała jakiegoś smsa, a może gdzieś w szybie widziała głupka stale się w nią wpatrującego.
Ciekawe, jak miała na imię? Nie dowiem się. Pojechała dalej.
Tego samego dnia, idąc ramię w ramię z Anetką - moją dobrą przyjaciółką ze studiów - zostaję zaczarowany. Na przejściu dla pieszych zauroczony. Włącza się czerwone światło i spoglądając przed siebie, widzę czarnowłosego anioła. Bardzo bym chciał schować to spojrzenie we wstydzie, ale nie mogę, nie umiem oderwać oczu. Włoski ma krótkie, wiatr delikatnie nimi szarpie, a biały puch leniwie spadający z nieba dodaje im blasku i lśni ich mrok srebrem. Jedno oczko chowa za grzywką i śmieje się. Na pewno cieszy się białym śniegiem, a może powrotem do domu. Nie patrzy na mnie, tylko raz... a może mi się wydawało?
Samochody mkną szybko i - jak złe duchy, podłe cienie - przesłaniają jej oblicze. Ubrana jest w ciemną kurtkę, na pewno zimno jej w niej jest. Ciepły szalik oplata szyję. Nie widzę, jakie nosi buty, auta zbyt szybko, zbyt gęsto przecinają pasy. Z każdą sekundą jej obraz ginie w tłumie ludzi, ale jakby te osoby były przezroczyste, nawet przez ich nudne twarze widzę jej uśmiech.
Aneta stoi obok mnie. Ciekawe co myśli? Czy widzi to samo co ja? Może patrzy na mnie jak na szaleńca, może pragnęłaby, żebym na nią tak patrzył, tak samo jak na nieznajomą po drugiej stronie ulicy? Wszystko to traci wartość, czas spowalnia, każdy gest urasta do rangi cudu. Ona sama staje się ważniejsza niż cały nieboskłon, jest jak tęcza, na tle której ogrom nieba milknie. Żeby nasze spojrzenia się spotkały, żeby stanęła tak jak ja na samym środku jezdni i wpadła w moje ramiona. Bez większych wyjaśnień, bez konkretnego celu, żeby siebie poczuć.
Ale ona widzi mnie kątem oka i odwraca wzrok. Nie chcę wiedzieć dlaczego, a jednak wiem.
Światło się zmienia. Przechodzimy przez pasy i odwracam się, gdy w głębi czuję, że mnie mija. Ginie w smutnej masie. Aneta patrzy na mnie obojętnie. Jedynie śnieg nie przestaje padać.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 06.02.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(38): 30 gości i 8 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski