warto go przeczytać
Zachowanie Maćka zaniepokoiło mnie. Z jego wyrazu twarzy niczego nie mogłam odczytać, był bardzo poważny i taki inny. Droga powrotna do domu minęła w niezręcznej ciszy, a ja nie miałam dość odwagi, by wszcząć rozmowę. Kiedy Opel z donośnym rykiem silnika zatrzymał się przed blokiem, spojrzałam pytająco na Maćka. W końcu przemówił. Dość oficjalnym tonem, ale jednak.
- Wejdź do domu – polecił. – Zaraz przyjdę.
Skinęłam głową i bezszelestnie wysiadłam z samochodu. Normalnie zasypałabym go wiadrem pytań, tym razem nie mogłam wydusić z siebie słowa. Pochłonięta myślami, pokonywałam stopień za stopniem, aż w końcu stanęłam przed drzwiami. Drżącą ręką przeszukałam dno torebki, znajdując w końcu pęk metalowych kluczy. Co się ze mną dzieje – pytałam samą siebie. Moje zdenerwowanie sięgało zenitu, a tłumaczenie "pewnie chce coś wyjaśnić" nie uspokajało mnie. Szybkim ruchem przekręciłam zamek i wślizgnęłam się do środka. Zdjęłam buty, rzuciłam niedbale płaszcz na przeciwległą pufę i pomaszerowałam do kuchni. Widok brudnych naczyń w zlewie, zabrudzonej posadzki i przypalonego sosu na kuchni gazowej to próby czegoś, co miało być obiadem. Maciek nie umiał gotować, a ja zawsze się zastanawiałam, jak on sobie radził przez te wszystkie lata po śmierci Anny. Od czasu, kiedy przygarnął mnie do siebie, to ja spełniałam rolę "kury domowej". Prałam, sprzątałam i przygotowywałam posiłki, a w zamian otrzymałam dach nad głową i niezastąpionego opiekuna. Nie narzekałam, bo i na co. Czasem tylko, okazywane mi czułość i współczucie drażniło mnie, wręcz irytowało. Ale tylko czasem.
- Magda?
- Tutaj jestem – zawołałam.
Zziajany wszedł do pomieszczenia, a jego nierównomierny oddech był jednym z nielicznych dźwięków unoszących się nad nami.
- To ja może zrobię herbaty – wydukałam.
Maciek rozsiadł się wygodnie na krześle przy stole śniadaniowym, a ja zaczęłam krzątać się po kuchni. Złapałam za czajnik, napełniłam go wodą i postawiłam na kuchence. Wydobyłam z szafki obok dwa przezroczyste kubki, postawiłam na stole i sięgnęłam po pudełko herbaty "Lipton". W oczekiwaniu na zagotowanie wody, usiadłam naprzeciwko Maćka i zaczęłam wystukiwać palcami w blat stołu.
- Jak tam w szkole?
- Nic nowego. Kiziołek jak zwykle miał paskudny humor, przez co nam się oberwało – odpowiedziałam smętnym głosem.
- Ach - wycedził.
Nie minęły dwie minuty, kiedy silnym i opanowanym głosem przemówił.
- Musimy porozmawiać, Magda.
- Przecież rozmawiamy – odparłam nieco zuchwałym tonem.
- Oj przestań. Wiesz, o co mi chodzi.
- Nie - przerwałam mu. - Właśnie nie wiem, o co chodzi. Zjawiasz się rozgorączkowany na cmentarzu, mówisz mi, że musisz mi coś wyznać, a co nie może dłużej zwlekać. Potem zadajesz głupie pytania na temat szkoły, choć wiesz jaka padnie odpowiedź, trzymając mnie przy tym cały czas w napięciu. Może raczysz mi w końcu powiedzieć to, co masz mi do powiedzenia? – wyrzuciłam potok chaotycznych słów.
Łamiącym wzrokiem spoglądał w moją stronę. Wyczułam jego wahanie, co jeszcze bardziej podtrzymywało moje zdenerwowanie.
- Maciek?
- Magda... Chodzi o twojego ojca.
O czym on mówił? Jakiego ojca? Mój ojciec nie żyje od dwunastu lat. Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką, mama opowiadała mi, że tata miał straszny wypadek, że go nie przeżył, że umarł...
- Nie rozumiem – mruknęłam zamyślona.
- Marek... On wcale nie umarł, Magda. Twój ojciec żyje.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 01.05.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(42): 35 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka