Pseudonim: Lack_of_SLeep
Imię: Marta
Skąd: Bouleverd of Broken Dreams / Batter City
O sobie: Nasza pasja jest naszą siłą - Billie Joe Armstrong
Napisanych prac:
- wiersze: 1
- proza: 7

Średnia ocen: 3.6
Użytkownik uzyskał: 49 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Gdy żądza mordu..." 02.05.2013
"List Do Zmarłego Przyjaciela" 11.05.2013
"Prolog - Wprowadzenie do..." 07.09.2013
"Gdy żądza mordu..." 01.05.2013
"Gdy żądza mordu..." 28.04.2013

Inne prace tego autora:
"List Do Zmarłego Przyjaciela" 11.05.2013
"Gdy żądza mordu..." 02.05.2013
"Prolog - Wprowadzenie do..." 07.09.2013
"Gdy żądza mordu..." 28.04.2013
"Gdy żądza mordu..." 01.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

My Sisters And My Brothers Still. I Will Not Kiss You.

[Od razu zaznaczam, że pomysł na to opowiadanie nie jest mój. Moja przyjaciółka (Skryta w Snach) podała mi temat i mniej więcej obecny stan bohaterów, ja to tylko ubrałam w słowa. Za powstanie tego podziękujcie jej.] Turn away, If you could get me a drink of water? Wiatr w uroczy sposób rozwiewał czarne, kręcone włosy dziewczyny. Ta jednym płynnym ruchem ręki odgarnęła je za ucho i po raz ostatni spojrzała tęsknie za wzburzone fale morza. Odkąd wykryto u niej białaczkę, często tu przychodziła. Siadała wtedy na mokrym piasku i po prostu patrzyła na fale. Od jakiegoś czasu chciała się wykąpać w morzu, jednak fakt, że jest dopiero kwiecień i woda jest strasznie zimna, odciągał ją od tego pomysłu. Alicja westchnęła głośno, nie bojąc się, że ktoś ją usłyszy. Była pierwsza w nocy, nikt normalny nie przesiadywał o tej godzinie nad wzburzonymi falami morza Bałtyckiego. Jednak, owszem, czasem jakiś podpity mężczyzna przechodził po piasku, starając się utrzymać równowagę. Alicja chowała się wtedy za budkę, w której można było wypożyczyć albo kupić, w określonych godzinach, leżaki. Gdy pijak już sobie poszedł, dziewczyna wracała na swoje miejsce i dalej patrzyła się tępo przed siebie. Och, ile ona by dała, by móc chodź na jeden dzień zapomnieć o swojej chorobie... Rozmyślania nastolatki przerwał głośny śmiech i wymianę zdań dwóch mężczyzn. Nawet po dźwięku ich rechotu mogła stwierdzić, że są pijani. W pośpiechu wstała i starając się jak najciszej przebiec, schowała się za budką z leżakami. Jednak głosy się przybliżały. Alicja czuła, że w jej oczach zbierają się łzy, zawsze miała złe wspomnienia związane z takimi właśnie ludźmi. Zielonooka delikatnie wychyliła się zza budynku i ujrzała, że mężczyźni podchodzą coraz bliżej miejsca jej kryjówki. Dziewczyna zaczęła powoli się cofać z zamiarem ucieczki do swojego bezpiecznego domu, który był oddalony od plaży o zaledwie kilometr. Już się odwróciła i chciała zacząć biec, kiedy na coś wpadła. Na coś dużego i ciepłego. Nie tylko nie to - pomyślała i zacisnęła mocno oczy, w których zaczęły zbierać się łzy. Chciała się odsunąć od mięśniaka i uciec. Uciec od tego przeklętego miejsca. Jednak mężczyzna mocna ją trzymał. - Puść - powiedziała i zaczęła wierzgać w jego ramionach swoim drobnym ciałkiem. - Proszę, zostaw mnie - szepnęła cicho i poczuła, że jej oczy opuszcza kolejna porcja łez. - No, proszę, proszę. A kto ci pozwolił chodzić całkiem samej po plaży? - Zaśmiał się perfidnie, udając, że nie słyszy jej prośby. - Nu, nu. Tak nie można. Alicja zobaczyła przez łzy drugiego mięśniaka. Zmierzał w jej kierunku z niemałym uśmiechem na twarzy. Najwidoczniej cieszył się z nowej małolaty dzisiejszego dnia. - Co tym razem złapałeś, Adam? - Spytał nowo przybyły i pieszczotliwie przecisnął jeden ze swoich grubych palców do nosa dziewczyny. - Jak się nazywasz? - Spytał nastolatkę. - Nie powiem - oświadczyła twardo. O nie, nie poniży się przed nimi. - Zostawcie mnie! - Krzyknęła. - Pomocy! POMOCY! - jej ostatni wypowiedziany wyraz został stłumiony przed dłoń Adama, który mocno zaciskał palce na jej szczęce. - Będziesz posłuszna - szepnął cicho drugi i pogłaskał ją po włosach. - Adam, puść ją. Niedługo sama zacznie śpiewać. Zobaczysz. Mężczyzna, który na początku mocno trzymał dziewczynę poluzował swój uścisk, z czego Alicja od razu skorzystała. Wysunęła się z jego ramion i zaczęła uciekać. Uciekać na tyle, na ile pozwoliły jej zmęczone nogi. Przebiegła może niecałe dziesięć metrów aż została powalona na ziemię, tak też leżała na plecach. W jej oczach znów zaczęły zbierać się łzy. Po chwili poczuła mocne uderzenie w twarz, gdy spróbowała się podnieść. I ostatnim co usłyszała był głośny krzyk, który nie należał na pewno ani do jednego, ani do drugiego mężczyzny: - Zostawcie ją... * * * Now turn away. 'Cause I'm awful just to see. Jónsi od zawsze był typem buntownika. Lubił, gdy ktoś się na niego patrzył, kiedy grał na swojej perkusji albo gitarze. Czuł się wtedy prawdziwie spełniony. Dużo marzył. W jego marzeniach zakładał własny zespół, w którym grał na gitarze, i stawał się sławny. Sławny tak jak Jason White z Green Day, albo Steve Jones z Sex Pistols. W jego zespole była wspaniała basistka ubierająca się z kuse spódniczki, druga gitarzystka chodząca tylko w spodniach i szarych bluzach, która jednak mimo wszystko była nastawiona do świata optymistycznie. Mieli jeszcze nieogarniętego perkusistę, który nigdy nie zjawiał się na próbach na czas. Oraz ją. Kobietę jego snów, która miała funkcję wokalistki. Dziewczyna o długich brązowych włosach z odcieniem czerwieni i o bursztynowych oczach. Ubierała się zwyczajnie. Gdy było ciepło, nosiła krótkie spodenki i bluzki na ramiączkach, w zimę natomiast miała na sobie długie, delikatnie obciskające jej szczupłe nogi spodnie i zwykłą kurtkę. Jednak Jónsi nigdy nie poznał jej imienia. A ona nie poznała jego. Chodź w jego snach robili razem różne rzeczy. Chodzili po jego rodzinnym mieście za rękę, wymieniali buziaki w usta bądź policzek. Razem żartowali. Wszystko robili razem. Trochę jak bliźniaki syjamskie, tylko u nich to było przyjemne. Chłopak potrafił dla niej przespać i piętnaście godzin. Ale dla niego było to mało, ponieważ dziewczyna nie zawsze się pokazywała w jego śnie. Mężczyzna westchnął głośno i zaczął przeczesywać palcami swoje, coraz rzadsze włosy. Tak. Miał raka. Pieprzonego raka. Odkąd się dowiedział o swojej chorobie, stał się bardzo nieprzyjemny. Jednak okazało się, że za odpowiednią zapłatę może wyjechać do Polski i poddać się operacji wycięcia guza. Nie wiedział, czemu akurat do Polski. Może dlatego, że był już bardzo zdesperowany, szukając pomocy. Tylko wszystko było takie drogie... Ale udało mu się. Codziennie wychodził na place, na których grał. Zawsze ktoś coś sypnął... A teraz... Był u szczytu celu. Kupił bilet na samolot i wykupił na dziesięć dni pokój w jednym z lepszych hoteli proponowanych przez Gdańsk. Niedawno dowiedział się, że jego operacja jest w pełni refundowana co oznaczało, że pieniądze, które uzbierał mógł przeznaczyć na wybrany cel. Nie miał komu ich dać, bo nie miał rodziny. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a że jego sytuacja rodzinna była co najmniej trudna, reszta bliskich nie chciała utrzymywać z nim kontaktu. Po raz kolejny głośno westchnął i odgarnął zbłąkany kosmyk na twarzy dziewczyny, która może nie występowała w jego snach, ale to nie zmienia faktu, że była prześliczna. Jónsi dalej zastanawiał się, co tak właściwie się wydarzyło niecałe dwie godziny temu. Przechadzał się spokojnie po plaży i usłyszał jakieś krzyki. Natychmiast pobiegł w stronę źródła dźwięku i ujrzał dwóch mięśniaków znęcających się nad młodą dziewczyną. Przegonił ich i zaniósł nastolatkę do siebie. Sam nie wiedział, jak udało mu się uniknąć pracowników hotelu. A nazwał ją nastolatką, ponieważ nie dałby jej więcej jak siedemnaście lat, choć wiedział, że dziewczyna w sumie może mieć i lat trzydzieści. Ale dlaczego? Dlaczego przechadzała się samotnie na plaży? Czyżby ją coś trapiło? Coś musiało, skoro przyglądała się wzburzonym falom morza o pierwszej w nocy. Ale ty też chodziłeś sam po plaży - zaszydził cichy głos w jego głowie. Ale ja miałem powód. Ja jestem chory... a ona... Ona też przecież może być na coś chora. Nie tylko ty jest taki biedny i skrzywdzony... Zamknij się. Och, Jónsi, Jónsi... Jesteś strasznie zabawny. Cicho bądź. Niby na co może być chora? - spojrzał na nią z delikatną kpiną. - Katar? Może i to. Poczekaj aż się obudzi i wypytaj ją o to. Wiem, że jesteś ciekawy. Oboje jesteśmy ciekawi... Popadam w depresję - stwierdził chłopak, wzdychając ciężko i kończąc rozmowę z samym sobą. Mężczyzna skierował swój znużony wzrok na budzącą się do życia nastolatkę. Dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się po hotelowym pokoju. Dopiero po jakimś czasie ujrzała zaciekawionego Jónsia. - Proszę, nie bij mnie - szepnęła ledwo słyszalnie chowając się pod kołdrę. Chłopak mocno zadrżał. Czyżby aż tak strasznie wyglądał? Ubierał się... Nie, nie jak typowy dwudziestolatek, bo obracał się w punkowym klimacie i podobnie się do tego ubierał. Czarne, obcisłe spodnie, czasem na szelkach, kolorowe bluzki z nadrukami jego ulubionych zespołów, pieszczochy, koszule... Nawet przefarbował sobie włosy na ciemną zieleń. I kupił sobie perukę na wypadek, gdyby jego wszystkie włosy wypadły, ale on chciałby żyć normalnie. - Nic ci nie zrobię - powiedział i odkrył głowę dziewczyny spod kołdry. Na co ta wyrwała z jego dłoni gruby materiał i ponownie zakryła sobie nim głowę. - Nie. Nie wierzę ci. Nie wierzę w obietnice - szepnęła cicho, dodatkowo głosem tłumionym przez pościel. - Ale ja dotrzymuję obietnic. Mi możesz zaufać... Proszę... To ja cię uratowałem przed... Nimi - powiedziałam z odrazą, przypominając sobie wizję mdlejącej dziewczyny i dwóch przygłupich mięśniaków, którzy po prostu chcieli się najprawdopodobniej tylko zabawić jej kosztem. - Na pewno? - Spytała i delikatnie wychyliła się zza okrycia. - Na pewno - potwierdził i uśmiechnął się do dziewczyny pokrzepiająco. - Zacznijmy od nowa. Jónsi - powiedział i wyciągnął do nieznajomej dłoń. - Alicja, ale możesz mówić mi Al - powiedziała dziewczyna i uścisnęła rękę chłopaka. - Nie jesteś Polakiem... Stwierdziła. - To imię mnie zmyla... - Pochodzę z Islandii. Przyjechałem dwa dni temu do Gdańska, bo okazało się, że mogę tu przejść operację wycinania guza nowotworowego - mruknął cicho, poprawiając swoje włosy, które nie były ani za długie, ani za krótkie. Miały po prostu odpowiednią długość. - Masz raka? - Spytała zdziwiona. - Tak. Co w tym dziwnego? Ktoś musi chorować... - Nie. Nic w tym dziwnego albo złego. Chodzi o to, że ja, ja też jestem chora - powiedziała na jednym wydechu, a po chwili ujrzała pytające spojrzenie mężczyzny. - Na białaczkę. - Dobraliśmy się - zaśmiał się cicho Jónsi. - Co robiłaś w nocy na plaży? Przecież mogłaś przewidzieć, że tak się skończy - szepnął cicho i pogładził dziewczynę czule po policzku. - Wiem. Byłam głupia, ale lubię chodzić sama. A robię to od... Od jakichś dwóch miesięcy... Czyli odkąd dowiedziałam się o mojej chorobie... - Też się zadręczałem - powiedział na swoje wspomnienie chłopak. - Czyli od dwóch miesięcy zarywałaś tak noce? W ogóle to ile ty masz lat? - Dziewiętnaście. I nie zawsze. Wstawałam tylko wtedy, gdy byłam przekonana, że nie zasnę. Czyli tak pięć razy w tygodniu, a później odsypiałam do południa... - Twoja mama nie martwiła się tym, że wracasz tak późno do domu? - Spytał troskliwie i otoczył ją ramieniem. - Nie miał kto się mną przejmować - powiedziała jakby do siebie. Chłopak zauważył, że to jest dla niej bolesny temat, więc otworzył usta, by już zażenowany ją przeprosić. Jednak Alicja uciszyła go gestem ręki i wtuliła się w jego ramię. Nie chciała słuchać. Chciał mówić. Wyrzucić to z siebie. - To niezbyt długa i nieciekawa pod względem fabuły historia, ale ja muszę... Muszę to z siebie wyrzucić. - Proszę - szepnął cicho chłopak i mocniej zacisnął ramiona na jej tułowiu. - Już odkąd się urodziłam czułam, że nie jestem taka jak wszyscy. Nie chodzi mi o jakąś chorobę bądź odmienność pokazywaną innym niż rówieśnicy gustem muzycznym, bądź stylem ubierania się. wychowywałam się i dorastałam w rodzinie bez miłości. Oczywiście moi rodzice kochali się i kochają się, a mnie bezwstydnie można nazwać wpadką przy pracy. Byłam od zawsze otoczona pokojówkami, kucharkami, kelnerami oraz inną służbą domową. Dorastałam woku mnóstwa zabawek, ubrań, czasopism dla nastolatek, płyt z popową muzyką... Jednak nikt i nic nie mogła dać mi tej jednej rzeczy, której tak pragnęłam... Matczynego uścisku. Desperacko szukałam pomocy. Starałam się jak najczęściej zwracać na siebie uwagę, szczyciłam się drogimi ubraniami, biżuterią, biletami na koncerty sław. Miałam wszystko, o czym przeciętna nastolatka marzy. Jednak ja nie tego pragnęłam. Jednak, mimo wszystko, zalepiałam sobie tymi drogimi prezentami ogromną dziurę w sercu, spowodowaną odrzuceniem i brakiem akceptacji. Jednak w moje osiemnaste urodziny rodzice kazali spakować paru pokojówkom wszystkie moje ubrania, biżuterię, buty i inne drobiazgi. A mnie wzięli na rozmowę. Powiedzieli, że ze względu na to, że jestem dorosła, postanowili mnie usamodzielnić. Dostałam na urodziny ogromny dom i ponad siedem milionów złotych, przelanych na moje konto bankowe. Pożegnali się ze mną strasznie sztywno i życzyli mi miłego nowego startu właśnie tu. W Gdańsku. Te siedem milionów ustawiło mnie do końca życia, które i tak się pewnie niedługo zakończy. Mimo że stać mnie na leczenie... Chemioterapia nic nie pomaga... Zaczynają mi tylko wypadać włosy. To wszytko. Od tej pory żyję sobie w dostatku i niczym się nie martwię. No może tylko moją niezwykle szybko postępującą chorobą. - Twoi rodzice wiedzą? Wiedzą, że jesteś chora? - Spytał Jónsi - Nie. Chyba nie. Tak czy inaczej nie informowałam ich o tym, a zresztą... I tak by się nie przejęli... A ty? Wiem tylko, że nazywasz się Jónsi, mieszkasz w Islandii oraz, że przyjechałeś do Gdańska na leczenie... - Hmm, ja... Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Rodzeństwa nie miałem, a rodzina mnie po prostu, szczerze mówiąc, nie lubiła. W wieku szesnastu lat usamodzielniłem się i zamieszkałem w starym opuszczonym domku na obrzeżach Patreksfjörður*. Rok później uzbierałem pieniądze na porządne, dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Teraz, jako dwudziestolatek przyjechałem tu w celu pozbycia się mojego utrapienia. to tyle - szepnął cicho ostatnie zdanie. - Miałeś gorzej niż ja - powiedziała i pogładziła go po policzku. - A teraz proszę, pokaż mi, dlaczego jeszcze warto jest żyć... * * * Counting down the days to go. It just ain't living! Cassie po raz ostatni spojrzała tęsknym wzrokiem na znikające daleko pod nią lotnisko w Londynie. Przeklęła cicho pod nosem i oderwała wzrok od znikających za chmurami szczytów wieżowców. Nie chciała wyjeżdżać. Nie teraz. Nie kiedy dowiedziała się, że lekarze nie dają jej więcej jak pół roku życia. Chciała ten czas spędzić na czytaniu książek w parku, na słuchaniu muzyki, na rozwijaniu swoich zainteresowań przed śmiercią. Nie chciała umierać. Ty było pewne. Jaka normalna szesnastolatka chce zejść z tego świat w tak młodym wieku? Poprawka: Jaka normalna szesnastolatka musiała borykać się z takimi problemami jak stwardnienie rozsiane? Prawie żadna, bo Cassie miała okazję w swoim krótkim i nędznym życiu zobaczyć już parę przypadków stwardnienia rozsianego u nastolatka. Każdy z przypadków kończył się na wózku inwalidzkim. Cass już miała trudności z utrzymaniem niektórych przedmiotów w ręce. Poruszać, też poruszała się coraz trudniej. Wiedziała, że nie uniknie w najbliższym czasie kul, a potem wózka inwalidzkiego. Najprostsze czynności zaczęły sprawiać jej problemy. Zdarzało się, że upuszczała w pewnym momencie marszu kubek z herbatą. Takie sytuacje doprowadziły to tego, że Cass chodziła tylko z plastikowymi butelkami i nie piła gorących napoi. Cass była ładna. Miała długie brązowe włosy, za łopatki z delikatnym odcieniem rdzawej czerwieni i przepiękne bursztynowe oczy... Ubierała się tak, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi podczas przechodzenia ulicą. Jednak jej choroba czasem wręcz, zapewniała jej rozgłos. Wiele razy już przewróciła się, idąc chodnikiem, bo po prostu jej nogi nie wytrzymywały. Zazwyczaj musiała sobie sama radzić sama, bo ludzie, którzy obok niej przechodzili, bo myśleli, że jest pijana albo naćpana. Dziewczyna po raz kolejny westchnęła i wyjrzała przez samolotowe okienko w nadziei ujrzenia Londynu z lotu ptaka. Jednak jednym co zobaczyła była warstwa chmur, które skutecznie zakrywały przepiękne widoki. Cassie po raz kolejny nabrała, a później szybko wypuściła powietrze ze swoich płuc. - Cass, nie martw się tak - szepnęła cicho jej siostra o bardzo oryginalnym imieniu. Hope. - Mama mówiła, że znalazła właśnie w Gdańsku jednego z najlepszych lekarzy Europy. Poza tym, nie wiem jak ty, ale ja bardzo chcę odwiedzić babcię... - Nie rwij się tak, Hope - powiedział cicho. Ile jeszcze będziemy lecieć? - Spytała i upiła łyk zielonej herbaty. Puszka niebezpiecznie zachwiała się w dłoni Cassie, na co Hope szybko zareagowała, odebraniem od niej przyczyny kłopotu. - Przepraszam. - Nie masz za co. Przywykłam - zaśmiała się poczciwie dziewczyna. - Zostało nam około dwóch godzin lotu. Czemu tego nie chcesz? - Czego? - Spytała tępo Cassie. - Wyjazdu. Ja się cieszę. Dawno nie wiedziałam babci, poza tym uważam, że ty też powinnaś ją zobaczyć przed... - Hope ugryzła się w język. - Wybacz. - Spokojnie. Pogodziłam się z tym - powiedziała i spuściła wzrok. Powiedziała swojej siostrze, że jest zmęczona i chce chwilę odpocząć. Odwróciła się od niej i pogrzebała w kieszeni spodenek do kolan. Znalazła to czego potrzebowała i już po chwili wsłuchiwała się w delikatne dźwięki It's Time, Imagine Dragons. Tak to jest czas. Czas, by umrzeć. * * * And I just hope you know That if you say goodbye today I'd ask you to be true Samolot wylądował. Cassie, głośno wzdychając, wyszła z kadłuba. Pomogła mamie i Hope wynieść torby podróżne, a potem walizki z lotniska. Dalej obrażona na wszystkich, którzy kazali jej spędzić swoje ostatnie chwile życia w tym miejscu. Cass wcale nie podzielała entuzjazmu, a wręcz przeciwnie. Zastanawiała się za jakie grzechy tu jest. Już dawno pogodziła się z faktem, że jest chora, umrze i nic jej już nie pomoże. Jedak jej siostra zachowywała się, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej choroba ma już niedaleko do poważnego stadium i przede wszystkim wózka. Westchnęła głośno i wsiadła do wypożyczonego, specjalnie wcześniej, przez ich matkę, samochodu. Na początku miała w planach pomóc rodzicielce i siostrze w pakowaniu prawie całego ich dobytku do samochodu, ale jej mama kategorycznie stwierdziła, że nie może pogarszać jej, jak to Cassie mówiła, nędznego stanu. Dziewczyna, niezbyt się tym przejmując, wsiadła do samochodu i zatopiła się po raz kolejny w delikatnych dźwiękach It's Time. Natomiast niecałe dziesięć kilometrów od lotniska, siedziała sobie bezpiecznie w domu inna dwójka. Tak. To byli Jónsi i Alicja. Dziewczyna powoli dochodząc do siebie, namówiła swojego nowego kolegę, by przeprowadził się na pozostały czas do niej i nie marnotrawił pieniędzy w hotelu. Jón się zgodził. Zapłacił za jedną noc oraz śniadanie, które zjadł w hotelowej restauracji, podziękował i odszedł z Al. Odszedł daleko z zamiarem zostanie w tym przepięknym kraju. Rozmyślając i jednocześnie rozmawiając ze swoją nową przyjaciółką. Po jakichś dziesięciu minutach marszu znaleźli się w prze dużym dwupiętrowym domu. Jónsi się zachwycał. Nigdy, w swoim dwudziestoletnim życiu nie miał okazji oglądać takiej wielkiej posiadłości. Lekko speszony ruszył wgłąb domu za dziewczyną. Wybrał sobie sypialnię i zostawił tam walizkę. A przez następną godzinę oglądał z Alicją dom. Naprawdę nigdy nie wyobrażała sobie, że można było być aż tak bogatym... - I co myślisz? - Spytała go dziewczyna, podając Jónsiemu kubek cytrynowej herbaty z cukrem. - O tym domu. - Hmmm... Trochę się krępuję w tym domu. No wiesz... Jest strasznie duży, a ja nie miałem okazji przyzwyczaić się do takich standardów - powiedział lekko zmieszany i upił łyk słodkiej herbaty ze swojego kubka - Rozumiem - powiedziała cicho i zjadła jedno, kruche ciastko z talerza, chrupiąc przy tym cicho. Sama była do takich standardów przyzwyczajona i nie widziała w tym nic niezwykłego. - Przepraszam - szepnęła, przerywając krępującą ciszę. - Za co? - Zdziwił się. - Chcę byś się czuł tu dobrze - powiedziała. - Jakoś dziwnie zależy mi na tobie. Znam się... Nie wiem nawet ile cię znam, ale jest to bardzo krótko, a czuję jakbyśmy znali się od co najmniej od piaskownicy. Nie wiem od czego się to wywodzi. Nie wyglądasz sympatycznie - stwierdziła krótko. - Miło to słyszeć. Głównie to, że nie wyglądam sympatycznie - zaśmiał się. - Nie musisz mnie przepraszać. Nie jestem po prostu do tego przyzwyczajony, ale o ile pozwolisz mi zostać dłużej niż jest to planowane, chyba przywyknę - spuścił głowę. - Zostaniesz? - Szepnęła przejęta. - Tak. Na zawsze? - Pewnie, o ile nie wywalisz mnie wcześniej. I tak niedługo umrę - wzruszył ramionami. - Zresztą, nie wiem czego ja się spodziewam po tej operacji. I tak umrę. - Nie umrzesz - powiedziała Alicja twardo - Bądź dobrej myśli. Ja już się pogodziłam z moją chorobą, ale mimo to wierzę, iż lekarz w końcu mi powie: Pani Alicjo, mamy lekarstwo dla pani... Wierzę, że uda mi się. - Chyba zaczynam dojrzewać - mruknął Jónsi. Alicja nie wiedziała czy to było skierowane do niej, czy jej kolega po prostu powiedział to do siebie. - W jaki sposób? - Zapytała, utrzymując się w przekonaniu, że to było do niej. - Po prostu. Przez mój czas chorowania, nie mogłem pogodzić się z tą myślą. Że umrę. Że zniknę. Tak po prostu. A teraz... Po prostu zaczynam czuć, że nadchodzi mój czas. Czas, by umrzeć - skończył krótko. Alicja nie rozumiała jego słów. Po jego wyglądzie stwierdziła, że jest typem imprezowicza, który nie może pogodzić się z losem. A teraz otwarcie przyznał się do tego, że ma dość. Może to czas? Czas, by powiedzieć do widzenia? Po tej rozmowie wywnioskowała jedno- i on i ona ma dość. To czas. Czas, by umrzeć. A teraz wracając do tematu nieszczęśliwej Cassie... Razem z siostrą i matką podjechała samochodem prosto pod dom babci, który znajdował się obok jakiejś wielkiej posiadłości. Od babci dowiedziała się, że mieszka w nim niespełna dwudziestoletnia dziewczyna, która zawsze wychodzi z domu prawie każdej nocy i kieruje się na plażę. Kobieta twierdziła, że najprawdopodobniej jest na coś chora albo kogoś straciła i nie może pogodzić się z tą myślą. Cass stwierdziła, że jeśli ta dziewczyna jest chora, to będzie musiała do niej iść i uprzednio poćwiczyć ojczysty język swojej babci, czyli Polski. Aktualnie nakrywała do stołu razem z Hope i jeszcze jedną wnuczką jej babci, której nie widziała w życiu na oczy. Kamila, bo tak miała na imię jej kuzynka, była wysoką blondynką, o przeciętym wyglądzie. Posiadała niebieskie oczy i bardzo jasne farbowane włosy. Ubierała się też przeciętnie. Jak Cass zauważyła, podążała za modą, bo gdy przyjechała razem z resztą rodziny miała na sobie zielone, obcisłe spodnie, czerwoną bluzę, zwaną bejsbolówką, a na twarzy mocny makijaż. Nie wiedziała, czy ciocia, którą też dopiero dziś poznała pozwalała jej no to, czy Kamila skorzystała z nieobecności matki, czy po prostu ciocia Marlena jej na to pozwala. Stawiała na pierwszą opcję, ponieważ dziewczyna miała niespełna trzynaście lat. Zaraz po obiedzie postanowiła, że wybiorą się do tajemniczej dziewczyny z opowieści babci. Szczególnie chciała ją poznać, gdy dowiedziała się, że jest chora. Możliwe, że mnie zrozumie, bo na razie mało kto rozumiał moją sytuację. Nawet Kamila śmiała się z niej, gdy upuściła dziś talerz z resztami posiłku na podłogę, choć po niej mogłam się tego spodziewać. Babcia Cass zaraz nakrzyczała na nią, bo chorej dziewczynie ta sytuacja przypomniała jedno zdarzenie w jej szkole, kiedy upuściła przez przypadek na jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole puszkę Coli. Teraz nie chodziła do szkoły, ponieważ nie widziała w tym sensu. Nie miała nawet po co się uczyć. I tak umrze. Westchnęła cicho i włożyła na stopy szare trampki, a na ramiona zarzuciła niebieską koszulę, która ładnie się komponowała z jej zielonymi spodenkami do kolan. Spięła w kok swoje włosy i namówiła Hope, by z nią poszła. Na początku jej mama chciała, by zaprowadziła ją Kamila, ale dziewczyna wyraziła sprzeciw, argumentując go dzisiejszą sytuacją mającą miejsce przy obiedzie.W końcu kobieta zgodziła się i powiedziała, że mogą iść. Hope przebrała się w wygodniejsze ubrania, w których skład wchodziła za duża na nią bluza, krótkie spodenki i bluzka informująca świat o tym, że Hope jest fanką Imagine Dragons. Cass sama lubiła ich muzykę. Tworzyli bardzo przyjemne dla ucha, a jednocześnie mądre, piosenki. Jednak w żadnym stopniu nie dorównywała starszej siostrze. Cassie potrafiła może wymienić osiem czy dziewięć piosenek na prawie czterdzieści, natomiast Hope znała i lubiła wszystkie. Dziewczyny już stały pod drzwiami tej wielkiej posiadłości, nie wiedząc, co dalej robić. Zapukać? I co mają niby powiedzieć? Nie. Co Cass ma powiedzieć, bo to przecież ona zainicjowała spotkanie. Cześć, nazywam się Cassie. Dopiero przyjechałam, razem z siostrą i chciałam cię poznać, bo ponoć jesteś na coś chora, a ja chciałam się z kimś zaprzyjaźnić, bo najprawdopodobniej zostanę tu resztę mojego życia. A ty jak się nazywasz? Nie, to głupie - pomyślała i zmusiła swój mózg do jeszcze większej pracy. Hej. Jestem Cassie. Przyjechałam dopiero z siostrą i mamą do Polski odwiedzić babcię, która powiedziała mi, że jesteś na coś chora. Zaprzyjaźnimy się? Nie. Jeszcze głupsze. Dziewczyna nie zdążyła ułożyć sobie w głowie kolejnego scenariusza, gdy drzwi się otworzyły. Już po mnie - pomyślała Cass i sprawdziła, czy Hope jeszcze tu jest. Była. Dziewczyna szybko nabrała dużą dawkę powietrza w płuca i zamknęła oczy. Bała się. Sama nie wiedziała czego, ale się bała. - Tak? - Usłyszała aksamitny, dziewczęcy głos. - Co się stało? - Zapytała lekko zaniepokojona. - Ja, ja... Nazywam się Cassie. To jest moja siostra - wskazała na dziewczynę stojącą obok niej, na co ta delikatnie się uśmiechając, pomachała nowej sąsiadce. - Dowiedziałam się od babci, że codziennie widzi jakąś tajemniczą dziewczynę, która wychodzi w nocy na plażę. Podejrzewa, że jesteś na coś chora... - Przyszłyście tu tylko, by się przekonać? - Spytała z wyrzutem. - Nie. Oczywiście, że nie. Hope... Możesz zostawić nas same? - Zwróciła się do siostry, na co ta kiwnęła głową i odwróciła się na pięcie, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Obie odprowadziły ją wzrokiem i po chwili spojrzały na siebie, a Cass zaczęła kontynuować. - Też jestem chora. I... Wpuścisz mnie do środka? To trochę dłuższa historia... - Pewnie - powiedziała Alicja, zastanawiając się, na co ta mała istotka choruje. - Wybacz, że tak... Po prostu się zastanawiam, na co chorujesz... - Mam stwardnienie rozsiane - powiedziała i zdjęła buty ze stóp. - Polega na zaniku mięśni. Przez to upuszczam w najmniej spodziewanych momentach różne rzeczy. Ale pogodziłam się z tym, że umrę. - Nie mów tak - mruknęła Alicja i wskazała na dużą kanapę. Cass usiadła na niej i spojrzała na starszą dziewczynę. - Mój współlokator też narzeka na to, że umrze. A ja wierzę, że wszyscy się uratujemy... - Słucham? Jest jeszcze ktoś? - Zapytała zdziwiona. Nie sądziła, że spotka tu tyle osób, które mogą ją wspomóc psychicznie. - Tak. Nazywa się Jónsi i pochodzi z Islandii. Uratował mnie, a ja w zamian dałam mu dom. Zresztą... O co tak właściwie ci chodziło. Czemu chciałaś się spotkać? - Po prostu... Od zawsze, przez moją chorobę czułam się... Inna. Nieakceptowana przez społeczeństwo... - Poczekaj chwilę ze swoją historią. Pójdę po Jónsiego. Coś czuję, że on też powinien tu być... * * * 'Cause the hardest part of this is leaving you Cass wcale nie chciała wracać do Londynu teraz. O nie. Nie teraz, kiedy tak blisko poznała Jónsiego i Alicję. Kiedy się z nimi zaprzyjaźniła i kiedy dowiedziała się, że istnieją na świecie ludzie, którzy potrafią zrozumieć jej lęki i obawy, ponieważ sami rozumieli, że niełatwo jest żyć ze świadomością, że może zostać ci niedługo okres czasu, by zasmakować życia. Przypuszczenia lekarzy się nie sprawdziły i Cassie nie umarła pół roku po wydaniu diagnozy. Mieszkała jeszcze w Polsce rok, ale jej matka stwierdziła, iż muszą już wracać do starego życia. Cass płakała, groziła, prosiła, by mogli zostać w Gdańsku parę miesięcy, ale Ewa była nieugięta i stwierdziła, że Hope musi już wrócić do szkoły, a nie może uczyć się tu, ponieważ nie dałaby rady w polskiej szkole bez dobrej znajomości języka. Więc dziewczynka, a tak właściwie już dorosła kobieta, oczywiście o ile można by tak nazwać zaledwie osiemnastolatkę, czekała. Czekała, aż matka obwieści jej, że muszą się zbierać, jeśli chcą zdążyć na samolot o piętnastej. Jednak ta chwila nie nadchodziła. Była już trzynasta, a Cass z doświadczenia wiedziała, iż o tej godzinie powinny już być wszystkie na lotnisku. Cała sytuacja wydawała się osiemnastolatce dziwna. Cassie wstała i cicho dudniąc stopami odzianymi w czarne balerinki, podążyła w stronę jadalni. Nie zastała tam bagażu, który dziewczyny miały zabrać do Wielkiej Brytanii. Ale zobaczyła złożoną na pół kartkę, z niestarannie nabazgranym imieniem dziewczyny gdzieś z boku. Wzięła ją w dłonie i otworzyła. To co tam zastała, doszczętnie ją zasmuciło, ale jednocześnie ucieszyło. Kochana Cassie! Nie chcę się rozpisywać, ponieważ zaraz muszę się wymknąć z Hope na samolot, więc powiem tylko, opuszczamy Cię. Nie chcę patrzeć, jak byś się męczyła w Londynie, dlatego ustaliłam razem z Hope, babcią, Jónsim i Alicją, iż zostawimy Cię w Gdańsku na stałe. To znaczy do czasu, kiedy nie umrzesz. Przepraszam, że mówię to tak wprost, ale nie potrafię inaczej. Wszyscy wiemy, że w końcu odejdziesz. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie, ale odejdziesz... Dobrze, wracając do tematu... Zostajesz z babcią albo z Jónsim i Alicją. Daję Ci wybór, możesz mieszkać z kim chcesz. Pisz czasem do mnie listy. Listy dlatego, że je zawsze mogę sobie gdzieś schować i mieć świadomość, iż Ty kiedyś ich dotykałaś, a esemesy... Kiedyś się skasują... Rozmowy... Nie lubię rozmawiać przez telefon... Proszę, nie gniewaj się na mnie i napisz jeszcze czasem. Mama Cassie starła z policzka parę łez wzruszenia. Sama nie wiedziała, dlaczego płakała. Czy dlatego, że jej matka i siostra zostawiły ją, czy dlatego, iż po prostu cieszyła się, faktem mówiącym, że nie musi wracać do Londynu. W końcu ustaliła, że płacze, bo jest jednocześnie smutna i szczęśliwa. Podniosła z podłogi kartkę i wrzuciła ją do przedniej kieszeni swojej bluzy. W pośpiechu podbiegła do przedpokoju, zrzuciła z nóg baletki i wciągnęła na bose nogi trampki. Musi przecież podziękować Jónsiemu i Alicji. *Jedno z miat w Islandii poniżej 1000 mieszkańców. ** Wszystkie fragmenty dzielące opowiadania na rozdziały to fragmenty piosenki My Chemical Romance "Cancer" Bardzo miło słucha się to przy czytaniu tego opowiadania.



        Dedykacja: Dedykuję to po raz kolejny mojej najlepszej przyjaciółce, Weronice. Najlepszego kochana :3

Płeć: kobieta
Ocena: 3.667
Liczba komentarzy: 14    
Data dodania: 07.07.2013r.

1     

Skryta_w_Snach Użytkownik wpmt 09 07 2013 (01:19:23)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Przeczytałam wszystkie komentarze i - w kwestii błędów - nie mam nic do dodania. To, że robisz błędy nie zmienia faktu, że masz ciekawe pomysły i umiesz pisać ;) Skarbie, tak jak napisałaś, Ty się dopiero rozwijasz! Gdyby przymknąć oko na błędy i popatrzeć na treść, pomysły i podobne rzeczy, to jesteś na tym samym poziomie, co ja. A przecież jestem 2 lata starsza, to o czymś świadczy. Jesteś bardzo dojrzała. Nie przejmuj się krytyką i pamiętaj - ona jest po to, byś była lepsza ;) Bo zawsze można oś poprawić. I nie rób tego błędu, który ja zrobiłam, gdy dołączyłam do wpmt - nie pisz dla nich.
Pisz dla siebie, lubisz to, sprawia ci to przyjemność, wiążesz z tym swoją przyszłość - i to się liczy! Wpmt tylko skoryguje ewentualne błędy lub wynagrodzi ciężką pracę pochwałami. Tylko, nic poza tym.
Chciałabym, byś zrobiła kontynuację. I zawsze możesz mnie poprosić o sprawdzenie błędów ;)
A tak na koniec - jeszcze raz dziękuję za to, że tak się dla mnie postarałaś :) I - mimo błędów - odwaliłaś kawał dobrej roboty, tworząc kultowe postacie (Cassie ♥) i zaskakującą fabułę (to, o czym wspomniała Rothie). Trzymaj się i pisz dalej, dla siebie ;)
Daję Ci czwórkę ;)
xoxo Wera

Lack_of_SLeep Użytkownik wpmt 08 07 2013 (21:09:50)

Dzięki. Ja na prawdę staram się być ciągle lepsza niż jestem. Dużo czytam. Nawet ostatnio przeczytałam trzy księgi Victora Hugo (Fantyna, Kozeta i Mariusz). Ale nie komentuje innych prac. Po prostu czuję się... Jakby to powiedzieć... Niegodnie, czy coś w tym rodzaju. Po prostu uważam, że jestem o parę poziomów za nisko.
I jeszcze... Prowadzę bloga. Tam gdy wstawiam swoje prace ludzie w dużej mierze się zachwycają. A gdy już wstawię coś tu, to widzę ile tak na prawdę jest w danym rozdziale/shocie błędów i niedociągnięć. I czasem nie wiem już komu wierzyć i zawsze dopuszczam do siebie te przyjemniejsze komentarze. Każdy lubi słyszeć komplementy, no nie?

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (21:24:33)
Myślę, że zarówno te achy, jak i nasze krytyczne uwagi powinny mobilizować do wytężonej pracy. Nie jesteś w redakcji ;p komentarz użytkownika to tylko Twoje podoba mi się lub nie. Kiedyś wpmt tylko na tym polegało i szczerzę tęsknie za czasami, gdy ludzie po prostu czytali nawzajem swoje prace.

Terila Redaktor 09 07 2013 (19:13:23)
Doświadczyłam tego samego, co Ty, i teraz z perspektywy czasu jestem za to wdzięczna, ponieważ nauczyłam się krytycznie spoglądać na krytykę. Ten, co Cię chwali jak i ten, co Cię gani nie zawsze mają rację. Zwłaszcza w internecie, gdzie znajdziesz mnóstwo anonimowych znawców literatury i edytorstwa. Powinnaś w tym wszystkich zachować niejaki rozsądek i dystans, ale nie dziwię się, że podchodzisz do tego zupełnie odwrotnie, ponieważ jesteś bardzo młoda. :)
Wydaje mi się, że najlepiej by było, gdybyś czerpała z tego fun, pozwalała rozwijać się wyobraźni, interpunkcji uczy się przecież w szkole, to nic strasznego.

Zachęcam do komentowania prac innych! Też kiedyś uważałam, że jestem na niższym poziomie niż autor, by oceniać jego pracę, ja to wiedziałam, ale zaryzykowałam. Po prostu, jako przeciętny czytelnik, uważałam, że należy mi się opisać swoje uczucia względem tego, co czytam. W końcu autor napisał to dla wszystkich, a nie tylko dla redaktorów czy mędrców, czy polonistów. Z czasem człowiek - czy tego chce, czy nie - szczerze pracując, rozwija się. Może to zająć miesiąc, sześć miesięcy, kto wie? Jednak prędzej czy później ten proces następuje.
Zobaczysz, że Twoje uwagi względem tekstów innych młodych twórców zaczną się zmieniać, a dzięki wyłapywaniu błędów u innych, będziesz ich bardziej świadoma, pisząc własne dzieła. Same plusy! :D

Każdy się boi odrzucenia, ale zobacz ile osób zajrzało tutaj dla Ciebie, poświęciło swój czas na przeczytanie, zrozumienie, przeżycie Twojej pracy; chwyciło Twoją literacką dłoń i dało się jej poprowadzić. Nie jestem za złośliwą krytyką i zauważyłam, że jej przejawy są na tym portalu bardzo szybko piętnowane. Nie rozumiem więc, dlaczego użytkownicy boją się ludzi szczerych, konstruktywnie krytykujących, naskakując na redaktorów, innych użytkowników, robiąc z nich potwory.

Możesz mi uwierzyć bądź nie, ale redakcja jedynego, czego chce dla Ciebie, to Twój własny, osobisty rozwój. Za darmo, bezinteresownie, z własnych chęci i sił.

Słońce, główka do góry, przed nami daleka droga, wszyscy się cały czas uczymy. :) Fajnie by było iść w tym razem, a nie wzajemnie się lekceważyć. :)

Lack_of_SLeep Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:58:10)

No dobrze. Przepraszam, trochę mnie poniosło. Po prostu... Jestem wrażliwa. I wiem, że tu wcale nikt nie musi się zachwycać nad moimi dziełami i to, że podobają się mi nie oznacza, iż muszą się podobać komuś innemu... Wybacz. Zrobiło mi się po prostu... Przykro?

Lack_of_SLeep Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:58:09)

No dobrze. Przepraszam, trochę mnie poniosło. Po prostu... Jestem wrażliwa. I wiem, że tu wcale nikt nie musi się zachwycać nad moimi dziełami i to, że podobają się mi nie oznacza, iż muszą się podobać komuś innemu... Wybacz. Zrobiło mi się po prostu... Przykro?

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (21:00:25)
Spoko przecież ani się nie denerwuje, ani nie złoszczę, ani nie obrażam. Uwierz mi, że wiem jak to jest. Zauważ, że nie tylko komentuje, ale też sam zbieram baty od redaktorów ;) Głowa do góry.

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:26:41)

Oceń to w ten sposób. Ktoś mógłby uznać to opowiadanie za idealne. Masz trzynaście lat i nie masz nad czym pracować, bo jest tak dobrze. Inna sytuacja, gdy masz 13 lat, ktoś Ci wytyka błędy, psioczy i tak dalej, ale jednak daje trzy. I ten moment od pracy odrzuconej do przyjętej jest ważny. Świadczy o tym, że ktoś dostrzega w Tobie potencjał, coś co mimo tych braków każe zachęcać do popraw i dalszych prób. To jest mega ważne. Nikt nie pisał z nas dobrze mając trzynaście lat, do tej pory jest pewnie słabo, ale tylko poprzez prace i ocenę innych możemy to zmienić. To jest prawdziwa siła wpmt, że nie ma tutaj przyjaciół czy rodziców, którzy wszystko pochwalą, ale ludzie, dla których jesteś kimś całkiem anonimowym. Jednocześnie żaden z redaktorów nie jest tu przypadkiem. Każdy poświęca swój czas, siły, zaangażowanie aby "Wspierać Polską Młodą Twórczość". Nie poddawaj się. Pewne rzeczy przychodzą po prostu z wiekiem. Pozdrawiam i życzę wszystkiego naj.

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (19:21:52)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Po pierwsze nie przed każdym "a" stawiamy przecinek. Przecinek dajmy wtedy, gdy mamy do czynienia z zdaniem podrzędnym, ale nie stawiamy gdy coś porównujemy, przykład "jest różnica między czerwonym dachem a zielonymi drzwiami. Nawet po poprawkach Rothie wciąż momentami stylistyka taka sobie. Dialogi nienaturalne, słabe opisy. Pomysł niezły, ale zdecydowanie brakło posiedzenia nad wykonaniem, a szkoda. Z minusem.

Lack_of_SLeep Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:24:54)
Cóż... Ten komentarz jeszcze bardziej przekonuje mnie do tego, że czas mojej kariery tu powinien się skończyć...

A wiesz co Ci powiem? Ja uważam, że ta praca, jest jedną z moich najlepszych... Mówcie sobie co chcecie. Ja jednak dalej będę pisać. I czy się to wam podoba czy nie, dalej będę tu wrzucać swoje opowiadania. Możecie je odrzucać, mam to gdzieś...

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:29:31)
Nikt nie nakłania Cię do skończenia z pisaniem. Wręcz odwrotnie. Jak już mówiłem, wolę mówić to co myślę niż tonąć w zachwytach nad czymś słabym.

Rothie Dell użytkownik 08 07 2013 (14:16:54)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Witaj.

No, powiem Ci szczerze, że zrobiłaś kawał roboty. Czy dobrej? W pewnym sensie tak. Na początek wypowiem się na temat samej treści. Fabuła bardzo dobra. Poruszasz trudne życiowe sprawy - stwardnienie rozsiane, białaczka, rak. Doskonale wykreowałaś swoich bohaterów, stworzyłaś ciekawe dialogi, w których Twoi bohaterowie opowiedzieli swoje historie. Wszyscy byli pewni, że umrą, ale tak się nie stało. Bardzo dobry punkt kulminacyjny. Przez całe opowiadanie utwierdzasz czytelnika w przekonaniu, że Jónsi, Alicja i Cassie odejdą z tego świata, ale w końcu okazuje się zupełnie odwrotnie. Pod tymi względami bardzo, ale to bardzo bardzo mi się spodobało. Nie spotykam na portalu dużej ilości takich prac, tak więc jestem mile zaskoczona; to taka odmiana.
Strona techniczna była znacznie gorsza. Na początku utworzyłam sobie na pulpicie dokument tekstowy, aby skopiować i wkleić tam zdania, w których znalazłam błędy. Niestety, wyłapałam ich okropnie dużo. A szkoda, bo byłabym skłonna postawić na nawet szóstkę.
Zapamiętaj: przed "bo", "ale", "ponieważ", "gdy", "kiedy", "dlaczego", "gdyż" , "a" stawiamy przecinek. Jeśli mamy spójniki: "albo", "lub", "bądź", "czy" stawiamy przecinek TYLKO wtedy, kiedy pojawiają się w zdaniu dwa lub kilka razy (wówczas stawiamy przecinek przed drugim spójnikiem). Pamiętaj także o stawianiu przecinków przed imiesłowami przysłówkowymi, np. rozmawiając, stojąc, mówiąc, idąc, robiąc itp. Ponadto czasowniki w trzeciej osobie liczby pojedynczej, np. stanął, szepnął, sypnął, uśmiechnął, przecisnął, stawiamy z "ł" na końcu!!!! To do zapamiętania na już. Raziło mnie także to, że spotkałam się z ogromem przejęzyczeń i literówek. Czasem zdarzał się błąd na błędzie. Poprawiałam też różnorodne błędy stylistyczne (był taki moment, że w kilku zdaniach pod rząd pisałaś "się" w niewłaściwym miejscu, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe). Teraz pokażę Ci kilka wybranych przeze mnie zdań, których błędy chciałabym Ci przytoczyć.
Dziewczyna zaczęła się powoli cofać do tył z zamiarem ucieknięcia do swojego bezpiecznego domu, który był oddalony od plaży o zaledwie kilometr.

Zdanie jest całkowicie niepoprawne. Wiadomo, że jak ktoś się cofa, to porusza się w tył, więc to jest niepotrzebne (nie wspominając już o literówce). "Z zamiarem ucieknięcia" - słucham? jak to brzmi? "Z zamiarem ucieczki" - chyba tak jest poprawniej. Zwrócę jeszcze Twoją uwagę na to, że "się" nie jest postawione w odpowiednim miejscu. Zdanie w stanie obecnym brzmi tak: "Dziewczyna zaczęła powoli cofać się, z zamiarem ucieczki do swojego bezpiecznego domu, który był oddalony od plaży o zaledwie kilometr". Lepiej?
Oraz ją. Kobietę jego snów, która miała funkcję wokalistki.

Nie pasuje mi wcale zdanie, a w zasadzie równoważnik zdania "Oraz ją". Nie lepiej byłoby, np. : "Oraz kobietę jego snów, która była wokalistką zespołu." Nie pasuje mi również "która miała funkcję wokalistki". Tego zdania jednak nie poprawiłam, ponieważ stwierdziłam, że zabieg jest zamierzony.
Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a że jego sytuacja rodzinna była co najmniej trudna, reszta bliskich

Tutaj jest fragment zdania, w którym nie rozumiem, dlaczego słowo "bliskich" chcesz, aby było napisane kursywą. Jeśli mogłabyś mi to wytłumaczyć, byłabym wdzięczna.
Często powtarzasz także zdanie "Czas by umrzeć" i za każdym razem brakuje przecinka przed "by". Jest to trochę irytujące.
Kolejna sprawa - orginalnym. Chyba orYginalnym! Tutaj, szczerze mówiąc, załamałam się.
powiedziała i spuściła wzrok w dół.

Usunęłam tutaj "w dół", ponieważ wiadomo z kontekstu, że skoro spuszczamy wzrok, to raczej do dołu, nie do góry, nie w bok itd.
Znalazła tego co potrzebowała

Kolejna załamka. Zmieniłam na: "Znalazła to, czego potrzebowała".
Poza tym, co to za przyzwyczajenie, żeby pisać "chodź" zamiast "choć"? Np.
A nazwał ją nastolatką ponieważ nie dałby jej więcej jak siedemnaście lat, chodź wiedział, że dziewczyna w sumie może mieć i lat trzydzieści.

Nie wspominając o braku przecinka przed "ponieważ", powinno być "choć", a nie "chodź". "chodź" to możesz użyć w zdaniu: "- Chodź, Romek. Zaraz się spóźnimy na autobus"
Moje porady są do Ciebie następujące:
- zapamiętaj sobie zasady interpunkcji, które wcześniej Ci wypisałam;
- zwracaj uwagę na przejęzyczenia i literówki, i najlepiej sprawdzaj swoją pracę, zanim zamieścisz ją na portalu;
- dużo czytaj i ćwicz;
- nie załamuj się :) ;
- weź pod uwagę wszystkie moje zastrzeżenia;
- popracuj nad stylistyką zdań.
Teraz kwestia oceny. Biorę pod uwagę nie tylko błędy, których jest dużo, ale także tematykę pracy, która jest trudna, a mimo to, podjęłaś się takowej napisania. W tym aspekcie jestem godna podziwu dla Ciebie. Na początku myślałam, że postawię 5, ale ze względu na dużą ilość literówek, błędów i przejęzyczeń, stawiam 4, na zachętę, bo uważam, że powinnaś się rozwijać, nie zniechęcać. Gdyby praca mnie nie zaciekawiła, najprawdopodobniej wskazałabym Ci błędy, ale pracę odrzuciłabym. A tak - stawiam czwórkę (w domyśle z minusem) oraz pracę akceptuję :)

Pozdrawiam,
Rothie


Lack_of_SLeep Użytkownik wpmt 08 07 2013 (20:20:02)
Wiem, wiem i jeszcze raz wiem. Robię błędy, zapominam o przecinkach i takie tam... Ja na prawdę po skończonej pracy staram się sprawdzać rozdziały i poprawiać błędy ortograficznie i interpunkcyjne. Nie wiem czy to dlatego, iż może przejawia się u mnie dyslekcjia, bądź po prostu za szybko piszę (mam tempo czytania 990 słów na minute, a to przejawia się podczas pisania. Czyli można powiedzieć, że szybciej czytam/piszę niż mówię i myślę.)
A co do zaznaczonego wyrazu, przez kursywę bliskich... Czy kimś, kto mimo, że pochodzi z naszej rodziny, ale nas całkowicie ignoruje można nazwać kimś bliskim? Jednakże osoby z rodziny są nam mimo wszystko bliskie, ale dla Jónsiego jednocześnie dalekie. Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi.
Poza tym... Ja ciągle nad sobą pracuje. Staram się robić jak najmniej błędów, pilnować się podczas pisania... Jednak im więcej piszę zauważam, że wytykacie mi więcej błędów... Cóż... Może się ja po prostu do tego nie nadaję? I jeszcze, doszło do tego to, że czasem mimo, że dany rozdział/shot mi się podoba, wiem, że po tym jak go tu wstawię to już będę go nienawidzić. Po prostu boję się tu wstawiać moje prac, chodź wydaje mi się, że są w porządku, zawsze ktoś znajdzie w nich błędy.
Więc... Może to czas skończyć z pisaniem, bo jestem w tym beznadziejna? Ale... Ja mam niespełna 13 lat. Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie czy coś w tym rodzaju, ale ja się dopiero rozwijam. Przynajmniej próbuje.

Rothie Dell użytkownik 09 07 2013 (07:26:37)
Powiem Ci tak: nie bój się zamieszczać swoich prac. Czytałam kilka Twoich opowiadań uważam, że pomimo błędów masz naprawdę bardzo dobre pomysły. Na tym to polega - sztuka pisania, żeby się rozwijać. Pamiętaj - im więcej będziesz ćwiczyć, pisać i czytać, tym większe okażą się Twoje możliwości. Myślę, że wiek tutaj nic nie zmienia, bo i tak piszesz bardzo dojrzale, jak to już zauważyła Skryta_W_Snach. A jeśli się wcześniej zacznie swoją przygodę z pisaniem, tym lepiej. I na pewno wyrzuć z siebie takie myśli, że się do tego nie nadajesz. Takie rzeczy absolutnie i bez wyjątków nie powinny zaprzątać Ci umysłu. Ja też dużo piszę (teraz staram się napisać coś dłuższego), choć niewiele tutaj zamieszczam. I również często się załamuję, próbuję wychwytywać wszystkie, możliwe błędy. A następnego dnia rano znów biorę swój gruby notatnik <w którym to piszę> i albo jestem z siebie zadowolona, albo widzę masę błędów, które w ogóle nie wiem, jak się tam znalazły ;) Ja dołączam się do odpowiedzi Skrytej, że pisz dla siebie i tak jak Ci się podoba. Wyćwicz, wypracuj swój własny styl i przede wszystkim nie zniechęcaj się, nie załamuj i nie poddawaj. Przecież nie na tym to polega. Liczę, że ujrzę niebawem Twoje kolejne opowiadania na stronie :) Pozdrawiam cieplutko, Rothie.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(47): 47 gości i 0 zarejestrowanych: