warto go przeczytać
Życie każdego w pewnym momencie po prostu staje.
Zwykle trwa to sekundę, naprężoną i spiętą chwilę przebłysku zrozumienia. Człowiek nagle mimowolnie zatrzymuje się i rozgląda się wokoło – co? dokąd? dlaczego? To rodzaj spóźnionego, dziecięcego niemal zdziwienia światem. Mija szybko, nie znajduje warunków do zamieszkania w ludzkiej czaszce.
Są jednak osoby wyczulone na tego rodzaju bodźce. Raz dotknięte tą nagłą, pierwotną emocją nie potrafią poskładać się z powrotem. Gromem z jasnego nieba spada na nie uczucie depersonalizacji, wyalienowania, obcości. Odległości mnożą się przez siebie, bliscy wywracają się na lewą stronę, powstaje piąty wymiar, a wszystkie przedmioty zyskują duszę pulsującą własnym, indywidualnym życiem.
Pół biedy, jeśli trwa to sekundę. Gorzej, jeśli świat przystaje na godzinę, dwa dni albo – jak w moim przypadku – cztery miesiące.
Cztery miesiące trwania w takim stanie to naprawdę dużo. Wyobraźcie to sobie – kładziecie się spać i wstajecie z poczuciem, że wszystko to, co was otacza, może być kłamstwem, przemyślną fatamorganą, snem szaleńca. Dzień po dniu udajecie, że funkcjonujecie normalnie, mimo, że w środku nie ma nic, prócz echa, które zwielokrotnia każdą myśl. No i może jeszcze prócz gęstych, duszących oparów naprędce wypalanych papierosów.
Pewnego dnia wszystko się we mnie skumulowało, przekroczyło jakąś granicę dobrego smaku. Niespodziewanie przestałem cokolwiek robić, co było niejaką ulgą od ciężkiego zachowywania pozorów w ostatnich tygodniach. Moja egzystencja stała się nieważna, utonęła gdzieś w mroku, nieosiągalna dla nieskomplikowanych, człowieczych zmysłów. Egzystencja jest złożona, a ja byłem prosty. Nie zmieściła się we mnie, tak, jak nieposkładane ubrania nie mieszczą się w szafie. Sama stała się mrokiem.
Ale czym więcej właściwie mogłaby być? Tak niewiele o niej wiadomo. Ciemność pozostawia przynajmniej miejsce dla fantazji. Życie można interpretować dowolnie właśnie dlatego, że jest niezbadane; powstało przecież mnóstwo teorii na ten temat. Ludzkość zastanawia się nad istotą istnienia od tysięcy lat, a nic nie ustaliła na pewno.
Wszystkie codzienne sprawy wydały mi się nie tyle błahe, co śmiertelnie nudne. Zupełnie oczywiste, odarte z tajemnic i filozofii; nie mogłem w nich uczestniczyć, wyobraźnia nie lubi pracować na jałowym biegu. Moje myśli same odpływały w stronę wielkich zagadek i bezkresów niewiedzy. Zacząłem rozmawiać ze wszystkim, co widziałem. Jak się okazało, czajnik czy wieszak bywali lepszymi partnerami do rozmów niż ludzie.
Nie wiem, ile to trwało. Czas jest taki subiektywny, jak wszystko.
Co parę dni (a może tygodni?) przychodziła do mnie dziwna osoba przyprawiająca mnie o ból głowy i zirytowanie. Miała brązowe włosy i ciemną karnację. To pamiętam najbardziej, bo kiedy do mnie mówiła, nie patrzyłem jej w oczy, lecz błądziłem wzrokiem po całym ciele. Ubierała się w długie swetry. Wyglądały na miękkie i wełniste, ale nigdy ich nie dotknąłem, by się o tym przekonać. Przedstawiała się jako Moja Dziewczyna.
Chodziła ze mną po jakiś biało-szarych budynkach i kazała rozmawiać z biało-szarymi ludźmi. Jeśliby się nad tym zastanowić, to oni denerwowali mnie jeszcze bardziej od Mojej Dziewczyny. Pytali o różne rzeczy, których nie znałem lub nie pamiętałem. Doprowadzali mnie do szału, a ją do płaczu.
Raz na jakiś czas musiałem chodzić na spotkania z grupą obcych mi ludzi. Siadaliśmy w kole, a ubrana na biało kobieta krzątała się tu i tam, próbując zmusić nas do rozmowy. Nie powiedziałem na tych zajęciach ani słowa.
W końcu przestałem zmuszać się do wizyt w tych okropnych miejscach. Moja Dziewczyna chyba też. Przychodziła odtąd jeszcze rzadziej, niż wcześniej.
Moje myśli znów nabierały rozpędu, tak jak z cichych, ale bardzo szybkich stuknięć powstaje stała linia dźwięku, tak ich było coraz więcej, aż w końcu zamieniły się w nieustanny, nieznośny wizg. Był on chyba słyszalny również poza mną, bo co jakiś czas przychodził ktoś, krzycząc, żebym przestał krzyczeć.
Niewiele pamiętam z tego okresu, a nie mogę podeprzeć się czyimiś wspomnieniami, gdyż byłem sam. Jeśli się skupię, przypominam sobie długie wieczorne rozmowy – z kim? Nie wiem. Może z czajnikiem.
Coraz silniej brakowało mi mojej egzystencji. Próbowałem stać się szerszy i większy, by znalazła mnie i weszła z powrotem, ale chyba nie była zainteresowana. Złościło mnie to, że zadamawiała się u wszystkich, tylko nie u mnie. Byłem chyba wybrakowany, uszkodzony, ciasny. A inni nie.
Stopniowo zacząłem ich za to nienawidzić. Wszystko szło im łatwo, byli zamieszkani i w całości wypełnieni istnieniem, które wręcz w nich buzowało. Nie potrafiłem z nikim się dogadać, nawet przedmioty wydawały się szydercze. Przestawałem nad sobą panować i coraz częściej urywał mi się film, a potem nagle odzyskiwałem świadomość ze zdemolowanym pokojem i kijem bejsbolowym w ręce.
Zdarzało się to coraz częściej. A pewnego dnia ocknąłem się, trzymając siekierę. Na ulicy. Pode mną leżał człowiek w dużym, oliwkowozielonym swetrze zachlapanym jakby brązową farbą. Człowiek patrzył się na mnie, miał niebieskie, przestraszone tęczówki.
Było mi smutno.
Ale mrok, prócz ciekawości, budzi też strach.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 31.12.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 32 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii, Wojtex81