warto go przeczytać
Na początku przybyły zapachy. Korzenna woń pokrytej ściółką ziemi wypełniła nozdrza kobiety. Niezliczona ilość aromatów, jakie doznawała prowadziła jej świadomość dalej poprzez pola usłane zbożem, purpurowe wrzosowiska i kwitnące łąki, aż na skraj przepaści, gdzie mieścił się pierwotny las, a za nim wieczna pustka...
Leżące nieruchomo ciało, poruszyło się nieznacznie na kozetce. Oczy powoli otworzyły się. Choć wizja nagle znikła, pamięć o niej pozostała. Drzwi gabinetu uchyliły się lekko, a delikatny, prawie niewyczuwalny przeciąg poruszył zawieszonymi pod sufitem dzwoneczkami, które wprawione w ruch zaczęły wydawać z siebie chaotyczne dźwięki. Zimno otuliło kobietę, a ciarki przepłynęły po skórze. Czarny cień przesunął się po zawieszonych na białej ścianie obrazach przedstawiających atramentowe plamy, po czym zatrzymał nad niewielką lampką, rzucającą blade światło. Ostry, drażniący zapach piżma wydobył się spod kozetki. Cień spłynął po ścianie i powoli zaczął pełznąć po podłodze niczym wąż ku swej ofierze. Gdy zbliżył się do zwisającej dłoni, szorstka, wilgotna materia prześlizgnęła się po skórze. Kobieta odruchowo cofnęła rękę. Zdezorientowana rozejrzała po zatopionym w półmroku pomieszczeniu. Sen dobiegł końca, ale ona nadal czuła, jakby pozostawała w innym świecie. Niespodziewanie usłyszała znajomą melodię, wypływającą z komórki. Ignorując ją podniosła się i usiadła na brzegu kozetki. Pogrążona w śnie zatraciła poczucie czasu. Spojrzała na swój zegarek. Było później, niż się spodziewała.
- Kurwa... - wydobyło się przekleństwo z ust kobiety.
Telefon ucichł, a cisza znów opanowała pomieszczenie. Odgarnęła roztrzepane włosy z czoła, po czym niechętnie podniosła się z kozetki i zbliżyła do biurka. Nie patrząc nawet na wyświetlacz komórki, włożyła przedmiot do torebki, zgasiła lampkę i opuściła gabinet. Idąc długim korytarzem, poczuła czyjś świdrujący wzrok. Odruchowo spojrzała za siebie. Pręgowaty kot wpatrywał się w nią żółtymi oczami. Przez dłuższą chwilę stali naprzeciw siebie, przyglądając się sobie i jednocześnie nie dowierzając, że obydwoje znaleźli się w tym samym miejscu. W głowie kobiety ciężko poruszały się zmęczone pracowitym dniem trybiki myśli, gdy w tym samym czasie w maleńkiej łepetynce kota pokazywały się na przemian jedynie wizje różnego rodzaju jedzenia oraz lizanej niedawno dłoni – co musiało być zaskoczeniem również dla niego samego. „Nie powinno cię tu być”, pomyślała. Zwierzę przyglądało się jej z obojętnością. Dotknęła swoich skroni, by delikatnymi masażami przywrócić odpowiednie funkcjonowanie swojego umysłu. Na chwilę znowu odpłynęła. Poczuła ciepło, a przed oczyma rozbłysła potężna jasność. Cały budynek zadrżał. Na niektórych szybach ukazały się niewielkie pęknięcia. Kot uciekł spłoszony hukiem, znikając gdzieś w głębi długiego korytarza, częściowo zatopionego w mroku. Kobieta spojrzała w stronę okien. Na tle nocnego horyzontu wznosiła się łuna ognia. Ronton – jedna z najbardziej kontrowersyjnych stacji telewizyjnych, płonęła. Gęsty dym unosił się ponad budynkami, przypominając swym wyglądem oddech rozgniewanego smoka, a ostre języki ognia pieściły wszystko co znajdowało się w ich zasięgu. Kolejny huk, oznajmił zawalenie się części budowli. Obserwując widowisko, dostrzegła odcisk szkarłatnego pocałunku na tafli szyby. Ostra rysa przedzierała go wprost na pół. Niepewnie dotknęła jej powierzchni koniuszkiem wskazującego palca. Jeden ze strażackich helikopterów przeleciał nad budynkiem, wprawiając szybę w drgania. Na ogonie widniał wyraźnie dostrzegalny numer identyfikacyjny ΩR – 0526. Kobieta spuściłam wzrok, a komórka ponownie zaczęła dzwonić. Wyciągnęła ją pośpiesznie z torebki, po czym odebrała połączenie.
- Halo?
- Czekam na ciebie w podziemnym parkingu – odezwał się głos po drugiej stronie.
- Zaraz tam będę – odpowiedziała, poznając rozmówcę.
Ruszyła szybkim krokiem w stronę windy, która w odróżnieniu od nowoczesnego wnętrza budynku, wyglądała na starą i sponiewieraną przez czas. Nacisnęła przycisk z symbolem P. Winda lekko szarpnęła, po czym delikatnie zaczęła opadać w dół. Gdy zatrzymała się na ostatnim piętrze, drzwi rozsunęły się przed nią, rażąc jej wzrok ostrą smugą światła. Odruchowo przymrużyła oczy, zmuszając swoje zmysły, by dostrzec co kryło się za oślepiającą bielą.
- Ike? - zapytała niepewnie.
Nikt nie odpowiedział. Jedynie promień światła obniżył się na poziom jej kolan. Dopiero teraz mogła dostrzec powoli cofający się samochód oraz po chwili wysiadającą z jego wnętrza męską sylwetkę.
- Przepraszam, Neli, ale gdy zgasły światła w parkingu, pomyślałem, że oświetlę ci drogę...
Kobieta podeszłam do auta i bez słowa wsiadła do środka.
- Zawieś mnie do domu... - odezwała się, gdy mężczyzna usiadł za kierownicą.
Żółty kogut umieszczony na dachu samochodu podświetlił napis: TAXI. Samochód wycofał się do końca parkingu, po czym wyjechał z niego na główną ulicę, gdzie stopniowo tworzył się korek.
- Jesteś dzisiaj jakoś nienaturalnie cicha... - odezwał się mężczyzna lekko strapionym głosem, zerkając jednocześnie w lusterko.
Kobieta nie miała ochotę na pogawędki, była zbyt wycieńczona i dodatkowo zaczynała boleć ją głowa. Odwróciła więc wzrok w stronę szyby, wbijając go w przemykające auta.
Eksplozja stacji wywołała istny chaos na drogach. Ludzie wylali się ze swoich budynków i samochodami zakorkowali całą ulicę. Dźwięki klaksonów, syreny strażackie i policyjne, cały ten hałas doprowadzał ludzi do szaleństwa. Opuścili swoje pojazdy i zaczęli krzyczeć na siebie nawzajem, przeklinając cały zaistniały burdel. Taksówka, w której znajdowała się kobieta również musiała stanąć. Minuty czekania przerodziły się w kolejną godzinę. Nagle, uderzona impulsem, otworzyła drzwi.
- Neli, co robisz?! - zapytał mężczyzna, widząc w lusterku jak wysiadam z auta.
- Pójdę na piechotę – oświadczyła. - W tym korku i tak nie ruszymy się przez co najmniej trzy godziny.
- Ale... Neli? - chciał jeszcze coś powiedzieć, ale drzwi zatrzasnęły się za nią.
„Ludzie popełniają błędy. Tysiące błędów...”, pomyślała, idąc przed siebie. Jej myśli mimowolnie zaczęły gromadzić się wokół własnego życia.
Jej rolą było pomaganie innym w rozwiązywaniu ich problemów. Miała za zadanie słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać, aż w końcu gdy skończyli mówić, wygłosić swoją opinię, która miała zaważyć na dalszym ich życiu. Większość z nich wybuchała płaczem, inni pogrążali się w ciszy. Bywali też tacy, którym jej słowa od razu dodawały otuchy. Ci jednak rzadko kiedy wracali z powrotem do jej gabinetu. Nie czuli już takiej potrzeby, bowiem wszystko stało się dla nich jasne. Natomiast dla tych, którzy powracali regularnie, starała się nie być surowa. Niczym wyrozumiała matka siedziała na ruchomym krześle z przeplecionymi placami dłoni, które spoczywały na podołku. W odróżnieniu od reszty kolegów i koleżanek tej samej profesji, nie robiła notatek. Uważała je za zbędne. Czasami nawet uważała za zbędne samą rozmowę, ponieważ często już po wyglądzie i języku ciała, wiedziała gdzie leży problem. W ocenie ludzi od lat nie popełniała błędu. Kiedyś kłopoty innych ją fascynowały, a raczej fascynowało ją ich rozwiązywanie, nie wiedząc nawet, że podświadomie szukała rozwiązania dla własnego problemu. Problemu, którego przez długi okres czasu nie dostrzegała.
„Wszyscy udajemy. Udajemy, że żyjemy, udajemy, że kochamy i że jesteśmy prawdziwi. Okłamujemy siebie na każdym kroku, przy każdym wypowiedzianym słowie. Po co? By nie poznać prawdy. Prawdy, która może zniszczyć nasz sztuczny świat. Czy moja rzeczywistość była udawana?”, zapytała siebie w myślach. Stukot obcasów ucichł, gdy zatrzymała się nagle przed żelaznym mostem. Kiedyś często przechodziła nim, idąc na wykłady. Te dni, kiedy wyczekiwała ich wydawały się teraz takie odległe i nieprawdziwe. Była wtedy taka młoda, pełna życia i energii. Teraz brakło jej celu, który dałby jej satysfakcje dalszej egzystencji. Rozciągający się przed nią most był jak odzwierciedlenie wybranej niegdyś drogi, która miała dać jej szczęście w przyszłości. Przejście przez niego objawiło się niczym cofnięcie czasu. Niczym ogromna fala tsunami spływająca na nią w formie wizji samej siebie biegnącej w jej stronę. Letnie popołudnie, ona w kwiecistej sukience z teczką pod pachą i ten uśmiech pełen nadziei. Wyciągnęła ku sobie ręce, jakby chciała schwytać w objęcia dawną Neli. Młodsza wersja, nim zdążyła dotknęła jej palców, rozpłynęła się. Wizja znikła, a na policzku kobiety pokazała się zbłąkana łza. Wytarła twarz rękawem, po czym zrobiła do przodu kilka kroków. Inne wspomnienie zawitało w jej głowie. Ona w gabinecie z pierwszym w swej karierze pacjentem. Świeżo po praktykach, wciąż jeszcze niedoświadczona. On skołowany, lecz wciąż pewny siebie.
- Czuje się pani czasami samotna? - zapytał ni stąd ni zowąd po półgodzinnej ciszy.
- Oczywiście. Każdy czuję się czasami trochę samotny. Mimo wszystko ludzie to zwierzęta stadne i lubią towarzystwo innych – odpowiedziała, starając się nie pokazywać emocji.
- Nie miałem na myśli takiego rodzaju samotności... - sprostował, jeszcze bardziej wbijając w nią swój szafirowy wzrok.
- A jaką?
- Samotność w tłumie.
- Możesz wyjaśnić... – poprosiła.
Zamyślił się na chwilę, szukając odpowiednich słów, które najlepiej wyraziłby, co czuje.
- Niech pani wyobrazi sobie siebie będącą na koncercie. Tysiące ludzi podekscytowanych jest płynącymi z ust wokalisty słowami. Sławią jego talent i gust. Jednak pani słyszy jedynie ciszę przerywaną chrząkaniem. Na początku nie dowierza pani swoim zmysłom. Lecz gdy okazują się funkcjonować doskonale, zaczyna pani rozmawiać z innymi, ukazując im prawdę. Niestety za każdym razem gdy stara się pani im uzmysłowić, że zachwycają się chrząkaniem świni, patrzą na panią jak na odmieńca, wariata, który jest dla nich zagrożeniem, ponieważ ośmielił się wybić z tłumu i dostrzec prawdziwą rzeczywistość. Niezrozumiana i zastanawiająca się nad słusznością swojego toku myślenia, zaczyna pani czuć się coraz bardziej samotna, samotna wśród kupy bezmózgiego mięcha, która wywiera coraz to mocniejszą presje przyłączenia się do niej. Chcąc czy nie chcąc staje się pani z czasem samotna w tłumie.
- I to cię przeraża? - zapytała.
- Nie... pozbawia sensu dalszej egzystencji.
- Każdy istnieje dla siebie samego, a nie dla innych – stwierdziła, przekładając nogę na nogę, starając się ukryć jak bardzo trafiły do niej jego słowa.
- I w tym tkwi problem. Dla siebie samego wolałbym nie istnieć.
Mężczyzna podniósł się z kozetki i pochylił nad kobietą. Z początku starał się zachować dystans, lecz nagle z niewiadomego powodu postanowił złamać stworzoną przez siebie zasadę.
- A więc i pani czuje się samotna w tłumie? - zadał pytanie, w którym już znajdowała się narzucona odpowiedź.
Milczała. On jednak dostrzegł w jej oczach potwierdzenie wraz ze strachem przed przyznaniem się do niego. Dotknął delikatnie policzka kobiety koniuszkami palców, po czym z powrotem opadł na kozetkę. To było wszystko. Nic więcej... Następnego dnia odebrał sobie życie. Cicho i prosto. Strzałem w skroń. Przez pierwsze lata czuła się winna. Powinna zapobiec jego śmierci, pomóc mu za wszelką cenę. Inni pocieszali ją, że nie była jego pierwszym psychologiem, a on nie raz próbował się zabić. To wszystko było tylko kwestią czasu.
Ruszyła dalej przed siebie. Wspomnienia rozproszyły się wraz z kolejnymi krokami. Przesunęła wzrok po budynkach. Kiedyś mieszkała w tej dzielnicy. Lubiła ją, ponieważ mieszkający tu ludzie byli sympatyczni i nigdy nie stwarzali problemów. Poza tym stąd zawsze miała blisko do uczelni. Gdy zaczęła pracę, przeprowadziła się dalej i od tego czasu rzadko bywała w okolicy.
Przechodząc obok sklepu monopolowego zwolniła kroku. Nigdy nie topiła smutków w alkoholu i uważała, że nie jest on dobrym środkiem na zapomnienie. Lubiła sobie wypić w dobrym towarzystwie, ale nie robiła tego często, ponieważ mało było osób, z którymi chciałaby zasiąść przy kieliszku czystej wódki czy drinka. Dzisiaj jednak poczuła nietypową dla siebie chęć upicia się, nawet w towarzystwie własnego odbicia. Skręciła więc w stronę sklepu i weszła do środka.
- ...a jednak zaczęło się... - usłyszała gardłowy głos opasłego sprzedawcy, który wsłuchiwał się w wiadomości podawane w radiu.
Spiker mówił coś o rewolucji, buntu ludzi i zawaleniu się stacji telewizyjnej.
- Poproszę Ekskluzywną... - odezwała się do mężczyzny.
Sprzedawca spojrzał na kobietę spod łba, cmoknął, po czym lustrując od szyi w dół, podał małą buteleczkę o pojemności 100ml. Neli przeniosła wzrok z butelki na mężczyznę, zastanawiając się, czy miała przyjąć to jako komplement, czy zniewagę. To prawda, że wyglądała elegancko w swojej czarnej marynarce, obcisłej spódnicy oraz wysokich, skórzanych kozakach i daleko było jej do ulicznego żula. Jednak uważała, że zachowanie sprzedawcy było lekką przesadą.
- Poproszę litr.
- Pani na imprezę? - zapytał, zamieniając butelki.
Przez chwilę zastanawiała się, co odpowiedzieć. Nie wiedziała również dlaczego czuje się bardziej głupio, kupując dla siebie samej litr wódki, niż jakby robił to wieloletni alkoholik.
- Nie...
- Dla męża? - dociekał dalej.
Zażenowanie przerodziło się w nagłą irytację. Starając się ją ukryć, wyciągnęła z portfela banknot i położyła go na blacie. Sprzedawca powolnym ruchem wydał jej resztę, ciągle czekając na odpowiedź.
- Nie. Dla odkażenia rany - powiedziała w końcu.
Głowa mężczyzny zakołysała się parę razy w dół i górę. Nagle gdy coś w niej zaiskrzyło, gwałtownie znieruchomiała, a na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zdziwienia. Jednak na dalsze pytania było już za późno. Kobieta zdążyła bowiem opuścić sklep.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 12
Data dodania: 29.11.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(40): 33 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii, Wojtex81