warto go przeczytać
Pseudonim: Magdaleine
Kiedy Tekla Claiborne zniknęła, nikt specjalnie się tym nie przejął.
Starsza kobieta nie była lubianą osobą. Gderliwa, marudna, nieprzystępna postać pojawiała się w osiedlowym sklepie Olivii Warner co sobotę, aby zaopatrzyć się na następny tydzień. Rutynowo kupowała chleb, margarynę, mleko i kilka warzyw. Olivia Warner oczekiwała starszej pani około godziny dziesiątej. Staruszka nigdy się nie spóźniała, odkąd przybyła do Midland piętnaście lat wcześniej. Nigdy.
Początkowo właścicielka sklepiku o wdzięcznej nazwie „u Olivii” myślała, że Tekla Claiborne zachorowała – ale przecież na tę babę nie wymyślono choroby, która by ją zmogła! Gdy starucha nie dotarła do sklepu do dwunastej, Olivia zaczęła się martwić.
Stwierdziła jednak, że w gruncie rzeczy to nie jej sprawa. Z właściwym sobie spokojem wróciła do swoich obowiązków – ale nadal czuła się dziwnie, nie usłyszawszy opryskliwego komentarza stałej klientki.
Adrian Smith dorabiał jako roznosiciel ulotek i gazet. Zwykle jeździł na swoim ulubionym rowerze, rzucając tylko rulonami w drzwi mieszkańców. Zanim nauczył się celnie umieszczać prasę pod drzwiami, kilka razy udało mu się trafić w szybę i ją uszkodzić, bądź dostarczyć gazetę prosto na twarz adresata.
Nigdy nie zapomniał pierwszego spotkania z rozwścieczoną Teklą Claiborne. Nie podejrzewał, że przez usta staruszki może przejść tak soczysty stek przekleństw. Od chwili, w której wysłuchał różnorakich epitetów na temat swój i swojej matki, prasa dla pani Claiborne była przez niego własnoręcznie kładziona na wycieraczce o ósmej rano.
Claiborne wychodziła po rulon dosłownie kilka sekund potem. Adrian zdziwił się, gdy trzeciego sierpnia starsza kobieta nie pojawiła się u progu swojego ponurego domostwa. Nie poświęcił jednak temu faktowi więcej uwagi, niż sprawa wymagała. Wsiadł na rower i pojechał dalej. Mimo początkowej ignorancji, ta myśl co jakiś czas pojawiała się w jego umyśle, nie pozwalając o sobie zapomnieć.
Anthony Jones nie przepadał za swoim zajęciem. Chodzenie od domu do domu i comiesięczne wysłuchiwanie niewysublimowanych opinii na temat rosnących cen wody, prądu, gazu i innych niezbędnych do życia rzeczy, było po prostu ponad jego wyczerpujące się siły. Mężczyzna po pięćdziesiątce z początkami łysiny i wiecznie zmęczonym wyrazem twarzy, powoli zbliżał się do domu starej Tekli.
Jak zwykle zapukał we frontowe drzwi i czekał, aż niemiła staruszka pojawi się w ich i wpuści Tony\'ego do mieszkania, aby mógł odczytać liczniki i pobrać stosowne opłaty.
A tu nic.
Cisza.
Odczekał dwie minuty, co jakiś czas stukając w drzwi. W końcu poszedł dalej mówiąc sobie, że do domu starej Claiborne jeszcze wróci. Mimo to musiał przyznać przed samym sobą, że coś było nie tak.
Drugiego sierpnia, jak co wieczór, Tekla Claiborne siedziała na werandzie i piła herbatę, jednocześnie czytając książkę. Ta nader cicha i spokojna pora była jedną z niewielu rzeczy, które stara kobieta lubiła.
Tak naprawdę nie przepadała za przebywaniem w towarzystwie ludzi. Z natury była samotnikiem, wolącym błogą ciszę od zgiełku miasta. Chodziła tam tylko dlatego, że nie mogła – bądź nie potrafiła – samodzielnie wyprodukować niektórych przedmiotów lub produktów. Wiedziała dobrze, jak postrzegają ją inni ludzie. Nie mogła jednak nic na to poradzić. Na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat swojego życia taka się stała. Zgorzkniała, nieufająca nikomu, spędzająca czas z dala od ludzi, zamknięta w czterech ścianach.
Starsza kobieta zauważyła, że skończyła jej się herbata, podczas gdy zostało jej jeszcze kilka stron do przeczytania. Weszła do domu i przygotowała świeżą porcję napoju, po czym wróciła do lektury.
– Proszę pani!
Kobieta poderwała się, jakby ją kopnął prąd. Głos dobiegał z lewej strony, zza domu.
– Pani Teklo! – Cienki, dziewczęcy głos ponowił wzywanie staruszki. – Proszę podejść!
– Niby po co? – spytała podejrzliwie.
– Nie mogę wyjść – zapiszczał głosik. – Pomoże mi pani?
Co jak co, ale stara Tekla nie była, aż tak zatwardziała. Chociaż niektóre dzieci wzorem rodziców również jej ubliżały, nie mogła zignorować próśb małej dziewczynki. Ułożywszy wąskie wargi w coś przypominającego uśmiech, podeszła do źródła głosu. Po kilku sekundach znalazła się w cieniu ulicznych świateł, o krok od żywopłotu. Ostrożnie zaglądnęła za zielony mur. Nic nie widząc, wydobyła z siebie najserdeczniejszy ton, jakim dysponowała – a którym i tak nie zjednałaby sobie żadnego dziecka.
– Gdzie jesteś, dziecino? Nie widz...
Czyjaś dłoń w skórzanej rękawicy mocno zacisnęła się na jej twarzy, wyłamując kilka zębów. Nie zdążyła nawet się poruszyć, gdy jej głowa została mocno odchylona do tyłu; usłyszała trzask łamanych kręgów. Resztkami zmysłów zarejestrowała dotyk zimnego ostrza na swojej szyi. Poczuła przeszywający ból i ciepło uciekające z jej ciała ze straszliwą prędkością. Oczy zaszły złowieszczą mgłą. Czuła, jak zapada się w ciemność bez dna, dusiła się napierającym na nią mrokiem. Próbowała mu się oprzeć, ale on był silniejszy. Szybko zrezygnowała. Kilka sekund przed zaśnięciem usłyszała bicie zegara. Dziewiąta.... Ostatnia dziewiąta. A potem nie było już nic.
Po południu trzeciego sierpnia w sklepie „u Olivii” nie było zbyt wielu klientów. Ekspedientka obsłużyła małego chłopca, który kupiwszy paczkę Laysów wyszedł, i stanęła oko w oko z Adrianem Smithem, okolicznym roznosicielem gazet.
– Czerwone Marlboro, poproszę – powiedział z rozbrajającym uśmiechem.
Warner z podobnym grymasem schyliła się i zaczęła szperać w półce pod ladą w poszukiwaniu papierosów.
– O, pan Jones – usłyszała głos Adriana. – Skończył już pan obchód?
– Taa – burknął starszy z mężczyzn. – Jeszcze tylko została mi stara Tekla. Chyba nie ma jej w domu.
Na wzmiankę o pani Claiborne, Olivia zaczęła gorączkowo szukać fajek. Kiedy je znalazła, szybko wstała spod blatu. Podała chłopakowi cenę. W czasie, w którym szukał on pieniędzy, zwróciła się do Jonesa:
– Słyszałam, jak pan mówił o starej Tekli. Na pewno nie ma jej w domu? Nie przyszła dzisiaj do mnie na zakupy.
– A ode mnie nie odebrała gazety – wtrącił się Adrian. – Zawsze o ósmej wychodziła przed dom i na nią czekała. Dzisiaj nie.
– Dziwne – rzekł Jones. – Może jest chora?
– Panie, na to babsko nie ma zarazy, co by ją przygwoździła do łóżka – odparł Smith.
– A może by tak sprawdzić, co z nią? – zaproponowała Olivia, nabijając zakupy Adriana na kasę.
– A na której planecie ona mieszka? – spytał gazeciarz.
– Chciałeś być śmieszny, ale ci nie wyszło – skwitował Jones. – Dobrze wiesz, gdzie mieszka.
– W sumie...
– Dobra, panowie! I tak miałam właśnie zamykać sklep, więc możemy iść.
Trzy minuty później szli zgodnie główną ulicą miasta: Smith popalając sobie swoje czerwone Marlboro, Jones jak zwykle przygarbiony, a Warner zaciekawiona, rozglądając się wokoło. Skręcili w boczną uliczkę, która ciągnąc się pod las prowadziła do domu Tekli Claiborne. Była to niska, jednopiętrowa konstrukcja na planie prostokąta. Pośrodku opustoszałego ganku stał fotel z przewieszonym zmiętym kocem i nieduży stolik, na którym z kolei znajdowała się filiżanka herbaty oraz książka.
Olivia podeszła do drzwi i mocno w nie zastukała. Spotkawszy się z ciszą, ponowiła pukanie. Gdy i to nie pomogło, zaczęła nawoływać kobietę po imieniu. W końcu ze złością nacisnęła klamkę. Uniosła brwi, gdy drzwi z cichym skrzypieniem się otworzyły. Przedpokój był wyłożony ciemnobrązowym dywanem, a po jego dwóch stronach znajdowały się inne pokoje: niewielki salon, sypialnia, mikroskopijne kuchnia i łazienka.
– Pani Claiborne? – zawołała trwożliwie. – Słyszy mnie pani? Gdzie pani jest?
Odpowiedziała jej cisza. Warner zaglądnęła do wszystkich pomieszczeń, ale po starej kobiecie nie było śladu. Jakby z dnia na dzień rozpłynęła się w powietrzu. Sklepikarka wyszła przed dom.
– Panie Jones? Adrian? Macie coś?
– To może być interesujące... Co to...?
– Mój Boże!
Słysząc tę krótką wymianę zdań, Warner pospieszyła do jej źródła. Mężczyźni stali przy żywopłocie. Młodszemu z nich najwidoczniej zbierało się na wymioty. Jones pobladł, podobnie jak Olivia chwilę później.
Pod ogrodzeniem spora połać trawnika była uwalana krwią. Krzepnąca jucha wydzielała paskudny zapach, do którego z chęcią zleciały się muchy. Na białej ścianie budynku również odznaczały się ciemnoczerwone krople. Teraz już nikt nie miał wątpliwości: Tekla Claiborne została zamordowana.
– Ale gdzie jest ciało? – wyjęczał Smith. A potem oddalił się kilka kroków i obficie zwymiotował.
Komisarz William Jefferson jako jeden z pierwszych przybył na miejsce zbrodni. Nie przypuszczał, że sprawa będzie wyglądała tak, jak wyglądała. Ściana i trawnik zalane krwią. Znaleziono i zabezpieczono magnetofon z nagranym głosem małego dziecka. Nie było tylko dwóch rzeczy: narzędzia i ciała ofiary. Po kilkunastu godzinach znaleziono nawet potencjalny motyw i domniemanego zabójcę; ale najważniejszych podmiotów w śledztwie nie odkryto.
Ustalono, że powodem były poważne pieniądze, które staruszka jakiś czas temu otrzymała w spadku po starszej siostrze. Suma kształtowała się jako pozycja z jedynką i sześcioma zerami – która nie dalej jak kilka godzin po zabójstwie nieoczekiwanie zniknęła. Wciąż trwało ustalanie danych podejrzanych – wszystko wskazywało na brata kobiety. Robert Claiborne niedawno stracił ogromne pieniądze, kiedy firma, w którą bardzo dużo zainwestował, po prostu zbankrutowała. Należy także nadmienić, że nie miał żadnego udziału w spadku Dorothy Claiborne.
Ale gdzie było ciało? Narzędzie zbrodni spodziewali się znaleźć przy zabójcy, ale, na litość Boską, gdzie ukryto ciało!? Jefferson nakazał przeszukanie całego domu, okolicznych rzek, stawów, lasu, szop i garaży – funkcjonariusze wracali z pustymi rękoma.
Dochodziło południe czwartego sierpnia, gdy komisarz przechadzał się po domu ofiary. Zapewne nigdy nie było w nim takiego ruchu, jak po jej śmierci. Zatrzymał się w kuchni i nalał sobie trochę wody do szklanki, ponieważ dzień był naprawdę parny. Odstawił szklankę do kredensu – w tym momencie zegar w przedpokoju uświadomił mu, że mija godzina dwunasta. Wyszedł do holu i w zadumie patrzył na stary przedmiot. Przypomniał sobie, że jego dziadek też taki miał. Konstrukcja przypominająca szafkę miała otwierane drzwiczki pod cyferblatem. Wspomniał, jak lubił obserwować to duże wahadło, które niestrudzenie kołysało się od prawa do lewa, od prawa do lewa... Upewnił się, że nikt na niego nie patrzy; podszedł do zegara i szarpnął za drzwiczki.
– O k...
Jefferson widział wiele dziwnych rzeczy, bardzo często skrajnie makabrycznych. Ale to, co zastał w domu Tekli Claiborne prześladowało go do końca życia.
Na samym dole przekładańca były stopy i dłonie – obrzmiałe, sine, zakrwawione i cuchnące szczątki kończyn, których reszta znajdowała się wyżej. Brzuch rozcięty na pół, starannie upchany nad rękami i nogami. Klatka piersiowa również porcjowana i równiutko ułożona na zdeformowanym tułowiu denatki. Szyja pochlastana w plastry, w których środku, niczym w osobliwej szynce, jaśniał rdzeń kręgowy. I ta głowa. Zachowana w całości, postawiona pionowo, z wytrzeszczonymi oczyma i obrzmiałym językiem wystającym z posiniałych ust. Potworne popiersie starej kobiety ociekało krwią i cuchnęło śmiercią. Jefferson nie miał siły podnieść pagera i oznajmić kolegom, że znalazł ciało – a raczej to, co z tego ciała powstało. Trzasnął drzwiczkami z taką siłą, że te odskoczyły, a sam zegar zaczął ponownie wybijać swój rytm.
Wahadło uderzyło w zdekapitowany czerep, strącając go z krwawego podestu wprost pod nogi Jeffersona. Skryta w półmroku twarz zdawała się szyderczo uśmiechać. Komisarz cofnął się, a łeb przetoczył się tak, że zniekształcone oblicze zniknęło z jego pola widzenia. Chwilę później z zegara wypadła reszta poćwiartowanego ciała, rozpryskując się na podłodze. Ubranie Jeffersona zostało ubrudzone śmierdzącą posoką i niepokojąco bladymi kawałkami skóry. Gliniarz powstrzymując torsje ruszył tyłem ku wyjściu, a warstwy dantejskiego tortu rozjeżdżały się z cichym plaskaniem, jak ciasto z kremem pod wpływem słońca.
Komisarz wymacał klamkę i nacisnął ją. Drzwi ustąpiły, a Jefferson wypadł na ganek i od razu udał się do swojego zespołu. Ci, widząc go z autentycznie zieloną twarzą, zorientowali się, co spowodowało fatalne samopoczucie szefa.
– Gdzie? – spytał jeden z ludzi.
– Jak w zegarku – szepnął Jefferson, po czym dodał głośniej: – Wypadło z zegara, Stanley. Zajmijcie się tym. – Usiadł na składanym krześle i wziął kilka głębokich wdechów. – Ja już mam dość.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 22.05.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(40): 33 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii, Wojtex81