warto go przeczytać
MARZEC cz.1
Ranne wstawanie jest bardzo męczące, zwłaszcza, kiedy idzie się spać po północy. Fakt, da się do tego przyzwyczaić, problem w tym, że ja nie umiałam.
Jedyne, co budziło mnie do jako takiego stanu bycia, to był gorący prysznic i kubek gorącej kawy. Niestety trzeba przyznać, że praca w FBI jest nad wyraz męcząca. Jedynym pocieszeniem jest chyba tylko to, że dużo zarabiam i nie muszę martwić się o nikogo, bo byłam i jestem sama. Nie miałam męża ani dzieci, rodzice ciągle mi mówili, żebym wreszcie sobie znalazła faceta swojego życia, z którym będę na zawsze. Zacznijmy jednak od tego, że nie ma miłości for ever ani takiej z happy endem. Zresztą można to zauważyć po wszystkich osobach, na całym świecie, nigdy nie spotkałam takiej pary, co oznacza, że to wszystko bajki, a ja już w nie nie wierzę.
Spojrzałam sennie na zegarek, wskazywał, że za piętnaście minut będę spóźniona do pracy, po raz kolejny w tym miesiącu. Zgarnęłam szybko ze stołu torebkę i teczkę z dokumentami. Chwyciłam z wieszaka klucz i zamknęłam drzwi, po czym zbiegłam ze schodów, nie łamiąc przy okazji kolejnych obcasów ze szpilkami. Szpilki, jako buty, były nieodstępnym mundurkiem każdej federalnej, czasem było to korzystne, np. jak chciałaś zrobić wrażenie na koledze z pracy, gorzej, kiedy np. jak teraz biegłaś, o mało nie łamiąc sobie nóg i butów.
Do pracy wpadłam zziajana i zauważyłam, że wszyscy biegają od biurka do biurka, nerwowo rozglądając się dookoła. Niska szatynka zręcznym ruchem wzięła mi teczkę spod pachy i zaniosła ją szefowi. Robiąc slalom między biegającymi ludźmi, a stosami papierów walającymi się na ziemi, wreszcie dotarłam do swojego biurka, które po raz pierwszy w życiu zawalone było stertą zdjęć i nowych akt do jakiejś najświeższej sprawy. Nim jednak zdążyłam rzucić choćby okiem na to, ktoś złapał mnie za ramię, podniósł do góry i pociągnął do biura mojego szefa.
Kiedy drzwi się zamknęły, a mrok ogarnął mnie z każdej strony usłyszałam ciche westchnięcie. Potem ktoś zapalił światło i wcisnął mi do ręki teczkę z papierami.
- Przepraszam, że się znowu spóźniłam - powiedziałam zaciskając ręce na teczce.
- Teraz to najmniejsza sprawa. Niech pani przeczyta sobie i poogląda wszystko, co znajduje się w tej tece.
Odetchnęłam cicho, dziękując Bogu za to, że i tym razem mnie nie wylali. Otwarłam teczkę i delikatnie sięgnęłam po pierwszy papier. Znajdowała się tu jakaś notka pana Stefana K. Ciekawe, kim on jest… Omiotłam szybkim wzrokiem dziesięć linijek, wypisanych drobnym druczkiem. Kiedy doszłam do ostatnich zdań i ujrzałam słowa: "potwierdzono zgon", "młoda kobieta" i "nacięcie na skórze w postaci znaków", postanowiłam jeszcze raz powoli przeczytać całą notatkę. Kiedy zapoznałam się z tym dokumentem, sięgnęłam po zdjęcia. Na nich widniała młoda kobieta. Długie czarne włosy ktoś odgarnął jej z twarzy i zrobił zdjęcie pustych oczodołów. Potem kobiecie zrobiono zdjęcie jej pleców, na których wyryto znak zodiaku prawdopodobnie barana. Kolejne fotografie przedstawiały ślady ran, które zadał morderca. Kiedy skończyłam przeglądanie teczki, podniosłam głowę i spojrzałam na mojego szefa. Wiedziałam, kim była ta dziewczyna, mężczyzna, z którym byłam w jednym pokoju też wiedział. Spojrzał na mnie, głęboko westchnął i zaczął wrzeszczeć na cały głos, że zabije sukinsyna, który zrobił to jej córce. Potem usiadł na fotel i płakał, po raz pierwszy w życiu.
Wyszłam z tego pomieszczenia chwilę po tym, jak udało mi się uspokoić Anzelma, biedny facet stracił córkę. Kiedy tak o tym rozmyślałam, przypomniało mi się, jak dawno temu zginęła moja siostra. Zobaczyłam przed oczami jej czarne włosy i długą białą koszulę nocną. Widziałam jej niebieskie oczy, które patrzyły z przerażeniem na boki, a potem słychać było tylko krzyk. Kiedy biegłam do swojej umierającej siostry, słyszałam, jakby śmiech był dookoła mnie. Widziałam też jego, mordercę, ubranego w czarne palto i czarny kapelusz nasunięty aż na oczy. Wiedziałam wtedy, że i on na mnie patrzy. Podniósł palec do ust i przegryzł go sobie aż do krwi, a potem się zaśmiał i uciekł.
- Panno Majer, panno Majer! - Zawołał Larry, wysoki brunet o zielonych oczach.
- Tak? - Zapytałam.
- Pan Anzelm kazał pani iść do domu i przespać się porządnie, bo jutro ruszamy z robotą pełną parą.
- Ale…
- Nie ma żadnych "ale". No już, sio do domu - powiedział i uśmiechnął się, jako pierwszy tego dnia.
Odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam do domu, nadal słysząc śmiech mordercy sprzed parunastu lat.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 21.06.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(40): 33 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii, Wojtex81