warto go przeczytać
Pseudonim: ulciak
Wchodzę do domu i od razu rzucam się na kanapę. Zakupy były bardzo złym pomysłem. To spotkanie rozkojarzyło mnie do tego stopnia, że oprócz siatek naładowanych bezsensownymi i niepotrzebnymi rzeczami, mój portfel przypomina czarną dziurę. Zastanawiam się czy Anna spełni swoją obietnicę i zadzwoni. Nie mam zamiaru skorzystać z propozycji wspólnej kolacji, jednak pragnę znów usłyszeć jej głos. Dziękuję Bogu, a zarazem przeklinam go za to dzisiejsze spotkanie. Na dodatek nie jestem pewien, czy to, co znalazło się w moim koszyku, a następnie zostało przeze mnie zakupione, nadaje się do spożycia. Spoglądam na paragon. Większość pozycji ma dziwne nazwy, nie jestem nawet w stanie ich odczytać. Zapewne zgarnąłem je z półek z działu "Potrawy Świata”. Gratuluję sobie w myśli. Nie potrafię przyrządzić najprostszego obiadu, a co dopiero poradzić sobie z tymi produktami. Zrezygnowany zanoszę torby do kuchni. Stawiając je na blacie zerkam ukradkiem na telefon, który jak na zawołanie zaczyna drżeć i wydawać dźwięki informujące o tym, że ktoś czeka, aż odbiorę. Dosłownie rzucam się w kierunku słuchawki, potykając się o własne nogi. Udaje mi się jednak utrzymać równowagę i już po chwili wciskam zieloną słuchawkę.
- Tak, słucham? – rzucam jak najbardziej na luzie, choć moje serce wybucha w piersi.
- Cześć Nataniel – rozbrzmiewa łagodny głos Anny. Uwielbiam, gdy w tak miękki sposób wymawia moje imię. – Obiecałam, że zadzwonię, a ja zawsze dotrzymuję obietnic – zaśmiała się.
"Więc obiecaj, że spędzisz ze mną resztę życia” mówię w myślach. Do słuchawki kieruję jednak tylko:
- Jak miło cię słyszeć. Dzwonisz w sprawie kolacji? – zmuszam się do jak najbardziej beztroskiego tonu.
- Mam nadzieję, że zdecydowałeś się jednak wpaść. Oskar bardzo nalega abyś przyszedł. Mnie także ucieszyłaby twoja obecność.
- Słucham? – udaję, że nie dosłyszałem. Anno, powtórz to.
- Oskar bardzo by się ucieszył gdybyś zgodził się spędzić z nami ten wieczór – mówi, a mnie ogarnia nieopisany smutek. Jestem już tak zrezygnowany, że nie wiem kiedy z mych ust pada słowo odpowiedzialne za doszczętne zrujnowanie dzisiejszego dnia.
- Dobrze.
- Świetnie! – cieszy się Anna. – Bądź o szóstej, przygotuję coś pysznego. Do zobaczenia! – rzuca i po chwili odzywa się do mnie sygnał kończący rozmowę.
I tak skazałem się na najgorsze cierpienie zakochanego idioty.
Jak opisać moment, w którym słyszysz jak głośno pulsuje ci krew, błyskawiczne bicie serca przyprawia kończyny o drżenie, a powietrze wydaję się być za gęste i za gorące? Jak opisać chwile, gdy czujesz taniec wszystkich swoich narządów wewnętrznych, jak gdyby wbudowano ci pralkę w brzuch i włączono maksymalne odwirowanie? Tak mniej więcej wyglądał mój wieczór. Utopia. Raj. Bajka cudownego małżeństwa, idealne życie idealnych ludzi. I tylko ja nie pasujący do tego kolorowego obrazka. Choć potrafiłbym się wpasować w miejsce Oskara, jestem tego pewien. Ale na to nie ma szans. Nie mam pojęcia jak wytrzymałem te kilka godzin. To zapewne zasługa wina. Pozwoliło mi na chwilę zapomnieć gdzie się znajduję.
Anna wyglądała olśniewająco. Swoje długie brązowe włosy spięła w kok i tylko kilka kosmyków okalało jej twarz. Miała na sobie srebrne kolczyki, które wraz z Oskarem wybraliśmy na zeszłoroczne walentynki. W zasadzie był to mój pomysł i to ja pokazałem mu, które najbardziej by do niej pasowały. On nigdy nie miał czasu na takie rzeczy. Wątpię nawet, czy zauważyłby, że zbliża się czternasty luty, gdyby nie moje pytanie, co ma zamiar podarować żonie. Gdy byliśmy w salonie jubilerskim dał mi wolą rękę. Przystałem na to z dwóch powodów. Po pierwsze gdy zobaczyłem, że przyczynia się do zakupienia masywnych bursztynowych klipsów, które za nic nie pasowały do urody Anny, wiedziałem, że muszę przejąć inicjatywę. Po drugie fakt, że prezent, który miała dostać kobieta mojego życia w dniu zakochanych, byłby w jakimś sensie podarunkiem ode mnie, sprawiał, że na chwilę mogłem udawać, że to moja żona. I nasze święto.
Choć Anna zachwycała mnie urodą i osobowością cały wieczór, chciałem być od niej jak najdalej. Kiedy zbierałem się do wyjścia żałowałem jednak, że tą noc znowu spędzę sam. Bez niej. Bez jej kasztanowych włosów rozrzuconych na poduszce. Bez jej gładkiej skóry, która pachnie brzoskwiniowym balsamem. Bez jej głębokich, błękitnych oczu, które za każdym razem błyszczały, jakby były pełne łez. Bez jej cudownie długich nóg, które mógłbym całować poczynając od jej najmniejszego palca u stopy. Bez jej głosu, który szeptałby mi cichutko Dobranoc kochany, gdy wstaniesz rano ja wciąż tu będę. Tylko dla ciebie”. Bez jej słodkich ust w kolorze bladego różu, które budziły by mnie pocałunkiem. Bez niej…
Ale teraz jestem tu. Jest niedziela. Nie mam zamiaru ruszać się dzisiaj z łóżka. Za wczorajsze cierpienia coś mi się należy. Dlatego zamawiam pizzę, a odebranie jej z rąk pracownika pizzerii to jedyna aktywność fizyczna, którą dzisiaj wykonuję.
Jest niedziela. Moja samotna, ale własna niedziela.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 06.06.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46542 | Użytkownicy: 3566
Online(41): 34 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii, Wojtex81