Moja Annalogia cz.1

Podchodzisz do mnie tym dobrze znanym mi krokiem, uśmiechasz się i wyciągasz do mnie ręce. Biorę Cię w ramiona. Wtulam się w ciebie jak małe dziecko, czując się przy Tobie jak zwykle bezpieczny. Zapach twoich włosów wypełnia otoczenie, a ja zamykam oczy, aby odnaleźć ukojenie w tej chwili. Uczucie szczęścia przytłacza mnie, ale lubię trwać w tym stanie, wiedząc, że posiadam coś ponad marzenia. Czuję się całkowicie spełniony, jak gdybym wygrał najcenniejszy los na loterii życia. Powoli otwieram oczy. Przeciągam się leniwie patrząc na elektroniczny zegarek stojący na szafce. Jest dziewiąta, sobota. "Dobry czas” myślę, biorąc pod uwagę fakt, że w weekendy potrafię przespać całe południe. Odruchowo, z przyzwyczajenia, poklepuję dłonią miejsce obok mnie. Jak zwykle jest zimne, nie ma śladów, że tu spała. Nie ma tam jej. Cóż, dziwne żeby była, skoro to nie jej łóżko. Nie jej dom, nawet nie jej dzielnica. A przede wszystkim – nie jej życie. Zwlekam się z łóżka wciąż rozpamiętując co noc powracający sen. Nie lubię poranków, nie lubię się budzić. Nie lubię, gdy nasze wspólne życie, choć tylko wyśnione, tak po prostu się kończy. Słyszę dźwięk telefonu, który dochodzi z głębi salonu. Idę więc w tamtą stronę, zastanawiając się czy mam w lodówce cokolwiek, co nadaje się jeszcze do spożycia. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty na jakąkolwiek rozmowę, więc pozwalam Sonacie Księżycowej Beethovena, którą jakiś czas temu ustawiłem jako dzwonek, rozbrzmiewać przez kilka długich sygnałów. Rezygnuję z posiłku widząc w lodówce nędzne resztki tego, co kiedyś można było nazwać pożywieniem. Zastanawiam się co robić z tyloma wolnymi godzinami. Mógłbym wziąć się za sprzątanie, jednak nigdy nie miałem smykałki do porządku. Spacer? Kino? Nie, takie formy rozrywki wymagały towarzystwa, a ja zdany byłem tyko na siebie. Pakowanie się znowu do łóżka i przespanie całego dnia też nie za bardzo mi odpowiadało. Zerknąłem na kalendarz wiszący w kuchni z nadzieją, że zaznaczyłem na dzisiaj jakieś spotkanie. Nic. Ziewając usiadłem więc przy stole, po drodze zgarniając ledwo piszący długopis i kawałek papieru. Zacząłem tworzyć listę zakupów, dyktowaną przez burczenie mojego brzucha, aby zmarnować popołudnie w najbliższym supermarkecie. Sobota zapowiadała się niezwykle ciekawie. Wędrując z wózkiem po hali pobliskiego marketu, rozglądam się za swoimi potencjalnymi ofiarami w postaci produktów spożywczych, odznaczonymi na liście zakupów. Nie często bywam w tym miejscu, preferuję raczej małe sklepiki pod blokiem ze znajomym sprzedawcą, który wita cię powiedzeniem w stylu "Szczęść Boże!” bądź "Witam szanownego sąsiada!”. Tutaj raczej nikt mnie nie witał. Wręcz przeciwnie, jedyne, czego można było oczekiwać od stada tych dzikich ludzi, którym oczy aż świeciły się na widok promocji, to szturchnięcia lub kąśliwych uwag na temat wtargnięcia na ich terytorium. Jednak coś podkusiło mnie, aby moja lodówka została wypełniona artykułami o krótkiej przydatności i chemicznym składzie. Zaczynam rozmyślać jak inaczej mógłbym spędzić tę sobotę. Powinienem robić coś ambitnego. Siłownia. Basen. Charytatywna pomoc lub inwestowanie na giełdzie. Przejażdżka Cadillaciem po pustej autostradzie. Albo chociaż spacer z psem. Piknik w parku… -Nataniel? – z zamyśleń wyrywa mnie głos wymawiający moje imię. Znam ten głos. Znam go lepiej niż każdy inny dźwięk na świecie. Napływa mi do uszu, rozlewa się we wszystkich zakamarkach mojego ciała, aż mrowieję od dreszczu. Chociaż wypowiedzenie tego jednego słowa trwa zaledwie sekundę, wciąż czuję drgające powietrze. Wychwytuję je, jakby było moją ostatnią deską ratunku, jakby bez niego oddychanie okazało się niewykonalne. Nie chcę się odwracać. Powinienem uciec stąd jak najprędzej. Powinienem… -Nataniel? Wszystko w porządku? – ta sama osoba przerywa mi ciąg myśli i kładzie dłoń na moim ramieniu. Jej dotyk sprawia, że chcę się w nim zatracać i zatrzymać przy sobie na zawsze. Próbuję jednak dojść do siebie i robię coś, co graniczy z cudem. Odwracam się i umieszczam na twarzy sztuczny uśmiech imitujący słowa "Wszystko jest w jak najlepszym porządku!”. - Witaj Anno. Przepraszam, zamyśliłem się. Zastanawiałem się nad sensem… - chwytam pierwszą lepszą rzecz z półki - …pakowania kukurydzy do puszki. Czy to nie najbardziej durna i żałosna rzecz jaką mogłem powiedzieć w tej sytuacji? - Nie wyglądasz zbyt dobrze. Atmosfera supermarketu chyba ci nie sprzyja. – Anna ignoruje moją jakże błyskotliwą uwagę i przygląda mi się troskliwie. Rozczulam ją. Jak mały, niezdarny chłopiec. To chyba gorsze niż gdyby brała mnie za idiotę. - Nie, wszystko w jak najlepszym porządku! Wiesz, po prostu mam ostatnio tyle do roboty, ciągle jakieś spotkania, wyjazdy służbowe, imprezy firmowe, konferencje… - Nie wiedziałam, że jako rysownik wyjeżdżasz na konferencje. Ja też nie. - Od niedawna szef zarządził, abym szukał inspiracji na takich wyjazdach. Mówił coś o lepszym projektowaniu, większym zaangażowaniu i zrozumieniu tematu – kłamstwa w jej towarzystwie wydają mi się najgorszym złem. - Musisz być bardzo zmęczony. Gdy Oskar wyjeżdża na weekendy reprezentować firmę jest wykończony po powrocie. W takim razie może wpadłbyś dzisiaj do nas na kolację w ramach rozluźnienia? – na jej twarzy pojawia się uśmiech. To najpiękniejszy widok jaki miałem szansę zobaczyć w całym moim życiu. Pamiętam, gdy uśmiechnęła się do mnie pierwszy raz. To był czerwiec, wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień. Zorganizowałem z Oskarem, moim najlepszym przyjacielem, wyjazd pod namioty nad jezioro oddalone od naszego miasta około 50km. On wziął ze sobą dziewczynę, którą poznał kilka tygodni wcześniej, ja zaś jakąś rudą panienkę, której imienia nie zapamiętałem. Gdy podeszła do mnie, aby się przedstawić popatrzyła mi w oczy tak głęboko, jakby chciała poznać każdą tajemnicę, którą chowam w środku. Staliśmy tak dłuższą chwilę. I ta chwila sprawiła, że już wiedziałem, jak na imię ma miłość mojego życia. Anna. - Więc? Dzisiaj o szóstej? Proszę, zgódź się – patrzy na mnie wyczekująco, a ja jeszcze chwilę zastanawiam się co robić w tej sytuacji. Nie jestem masochistą. Nie chcę patrzeć na sielankę szczęśliwego małżeństwa, na ich wspólne mieszkanie, nie chcę przechodzić obok ich wspólnej sypialni i głaskać ich wspólnego kota. Nie, bo to powinna być moja żona, moje mieszkanie moja sypialnia i mój cholerny kot! - Nie – odpowiadam trochę niegrzecznie, z czego zdaję sobie sprawę dopiero po chwili. – To znaczy, dzisiaj miałem trochę inne plany. Przepraszam. - Jasne, nie ma sprawy – uśmiecha się, jednak dostrzegam malujące się na jej twarzy rozczarowanie. Czy ona jest rozczarowana tym, że nie przyjdę? Błagam Boga, aby tak właśnie było, chociaż wiem, że moja wyobraźnia wykracza poza granicę normy. - Może jeszcze zmienisz zdanie. Zadzwonię! - rzuca i odjeżdża ze swoim wózkiem w stronę nabiału. Stoję tak jeszcze przez chwilę, próbując wychwycić z powietrza zapach jej perfum. Christian Dior - Forever and Ever. Czy jest rzecz, której o niej nie wiem?



Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 03.06.2010r.

1     

ulciak Użytkownik wpmt 03 06 2010 (13:12:04)

miałam ostatnio mało czasu na dokończenie poprzedniego opowiadania, ale niedługo usiądę na nim i skończę :) dziękuję za bardzo miłe słowa i obiecuję być bardziej wytrwała w tworzeniu :) :*

Idan Użytkownik WPMT 03 06 2010 (12:33:20)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Czytało mi się bardzo, bardzo miło. Czuję takie... rozsmakowanie każdym słowem. Przedstawiana sytuacja jest bardzo sugestywna, działa na mnie. Twój styl pisania sprawia, że wyobrażam sobie wszystko, każdy szczegół, a emocje bohatera są niezwykle wyraźne. Starasz się - to widać. Chciałabym czytać i czytać, jak najdłużej; niewiele jest opowiadań, które po jakimś czasie mnie nie nudzą, lecz w Twoim przypadku znudzenie jest niemożliwe. Masz lekki styl, wszystko jest płynne, powiązane ze sobą... ciężko określić mi, w czym tkwi siła pracy, ale naprawdę dobrze Ci ona wyszła. Jeżeli chodzi o błędy, znalazłam ich niewiele, były to głównie literówki. Początkowo za błąd wzięłam także tytuł, ale po poznaniu imienia miłości Nataniela stwierdzam, że to ciekawy neologizm dodający całości uroku. Historia, jak na razie, nie jest zbyt skomplikowana, ale dzięki temu staje się realna, bliska, prawdziwa. Naturalne dialogi ożywiły postacie, które według mnie mogłyby żyć dwie ulice dalej od mojego domu. Na razie nie oceniam pomysłu, bo nie wiem, jak to dalej rozwiniesz. Postawię Ci mocną piątkę, zaczarowałaś mnie taką z pozoru prostą opowiastką, co świadczy o Twoim talencie. Więcej, życzę Ci wytrwałości w pisaniu tej serii, bo widzę, że zaczęłaś już pisać jeden cykl, ale go nie kontynuujesz. Gratulacje.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(50): 50 gości i 0 zarejestrowanych: