warto go przeczytać
Jesień zawsze pachnie dymem. I ostrym zimnem. Atmosfera podmokłych grobów i szurających o marmur zniczy przyprawia mnie o dreszcze. Jesień jest gwałtownym, a zarazem subtelnym wygaszaczem po wibrującym powietrzu lata. Rdzawe liście pęcznieją od myśli.
Krok, krok, stuk, ślizg. Wszędzie rudość, wszędzie brąz, ciepłe kolory starają się przekonać mnie do życia. Tak pięknie kontrastują z chłodnym powietrzem. Tak pięknie jest pisać o tej porze wiersze. Myśleć o ponadmiejskich dachach uciekających ptaków.
Dochodziłam do domu. Dochodziłam do siebie. Dochodząc potknęłam się o jasnoczerwoną jarzębinę z ciemnym pniem. Nie chciałam dziś nigdzie dochodzić, nie chciałam mieć celu, nie chciałam być celownikiem ani celującym. Ani sobą.
Zamiast włączyć komputer, wyłączyłam go i napiłam się parzącej usta herbaty bez cukru. Potem wyszłam, nie przejmując się szkołą. Myślałam o tym, że mam piegi pasujące do pory roku, a moja cera współistnieje z jasnokremowym niebem. Moje włosy są niemal białe. Zaczęłam przypatrywać się dużej trawie rosnącej na pustej działce; marzyłam o prawdziwych emocjach, jednocześnie nie chcąc zakłócać marzenia bezsamotnością. Trawa właśnie obeschła z własnych łez, więc ruszyłam dalej. Niestety.
Cmentarz miał przeszywającą bólem metalową bramę. Ludzie kołysali się w różne strony, deptałam po nich niczym po ochrowej ziemi. Usiadłam na ławce i sięgnęłam po znicz, grzejąc zgrabiałe palce. Potem oddałam go świętej pamięci komuś, kto akurat przechodził alejką. Topole szumiały, mi było dobrze. Mogłam teraz stać na starówce albo oglądać zachód słońca na rosyjskim wzgórzu. Tymczasem położyłam się słuchając swej tożsamości po raz pierwszy.
Kupiłam świeczkę i postawiłam na przypadkowym grobie. Ona umarła w wieku trzydziestu ośmiu lat. Miała śmiertelną chorobę gdzieś w duszy. Może dlatego w jej śmierci było tyle niezwykłości.
Wróciłam do mieszkania. Niedomu jej. Upamiętniając dzień przemalowałam pokój na cynober, poczułam się niczym listek. Pająka tkającego sieć za oknem nazwałam Szymon. Jakiś Bóg wysłuchał modlitwy.
Następnego tygodnia umarłam na zapalenie płuc. Mieszkałam sama.
* * *
Widziałam, jak przyszła ze szkoły z błędnym wzrokiem. Oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie, ale nie lubiła tego koloru, więc o nic nie zapytałam. Poszła na chwilę na górę, po czym, ku mojemu zdziwieniu, zeszła, by napić się herbaty. Podsunęłam jej cukierniczkę, ale z obojętną miną powiedziała ciche „nie”. Założyła pła(sz)cz na grzbiet i, nic nie mówiąc, wyszła.
Nie było jej przez dwie godziny. Nigdy nie nosiła komórki, więc nie miałam z nią żadnego kontaktu. Nie namawiałam jej na podobny wydatek, i tak całymi dniami słuchałam tylko cichego szmeru palców stukających w klawiaturę. Martwiłam się, martwiłam się bardzo. Przekładałam z ręki do ręki kolejne minuty.
Gdy wróciła, położyła się do łóżka bez żadnych wyjaśnień. Kaszlała, więc przyniosłam jej tabletki, lecz nie chciała ich zażyć. Czwartego dnia zmarła, a szóstego została pochowana obok jakiejś trzydziestoośmioletniej kobiety.
Moja mała, kamienna Zosia.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 18.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46541 | Użytkownicy: 3566
Online(35): 29 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii