Megalopolis

Megalopolis – relacja z przyszłości Mam na imię Layla i mam piętnaście lat. Wyszłam na ulicę z mojej kryjówki, żeby poszukać jedzenia. Jest godzina czwarta trzydzieści po południu. Ulice są puste, a niebo szare, jak zawsze. Nie mam rodziny. Znalazłam kartkę papieru oraz pióro laserowe i pomyślałam, że warto spisać, jak wygląda mój świat. Dla tych, którzy być może przyjdą po mnie. Jednocześnie będę szukać odpadków. Wchodzę w Pierwszą Ulicę i zaglądam do pierwszego kontenera na śmieci. Żyję w Metropolis od urodzenia. Nad tym miastem panuje Superkomputer o nazwie „Kora”. Prawdopodobnie jest to skrót, nikt już jednak nie pamięta, co ma on oznaczać. Została stworzona wiele lat temu, w teorii miała być tylko jedną z wielu maszyn pracujących przy utrzymaniu nas przy życiu. Niestety, ktoś coś źle zainstalował, a może ona sama jakimś cudem zaczęła myśleć… Zabiła więc swoich twórców. I od tej pory nami rządzi. Co ciekawe, nie wygląda groźnie. Ma postać małej dziewczynki o białych włosach. Widziałam ją raz, gdy spacerowała sztywnym krokiem wokół swojej siedziby. Czasami musi wychodzić na powietrze, nikt nie wie, dlaczego. W ogóle niewiele o niej wiadomo. Nie wiadomo, czy taką ją zbudowano, czy sama stworzyła sobie taki wygląd. W każdym razie, zbudowała wielką i doskonale zorganizowaną administrację – swoistą kastę Platynowych, czyli ludzi lepszych genetycznie od wszystkich innych Ras. W naszym społeczeństwie o wartości jednostki decyduje Rasa – kolor włosów. Na szczycie społecznej drabiny są, jak mówiłam, Platynowi. Niżej Blondyni, potem Rudzi, potem Szatyni. Bruneci, tacy jak ja, w ogóle nie są uznawani przez prawo – oficjalnie nie istniejemy. Wchodzę w Drugą Ulicę. Metropolis jest wielką Kopułą, zawieszoną w jakimś odległym zakątku kosmosu. Mamy mniej więcej dziesięć tysięcy obywateli. Egzystujemy dzięki sztucznemu słońcu, które wstaje codziennie o szóstej rano naszego czasu i zachodzi dokładnie o dziesiątej wieczorem. Ale nie łudźcie się, w nocy nie widzimy gwiazd. Pod organicznych szkłem, z jakiego zrobiona jest Kopuła, unosi się zbyt gęsty smog, by można było ujrzeć cokolwiek. Niebo obserwują tylko Astronauci, dla których zrobiono specjalną, mniejszą kopułę, połączoną z naszą kilkoma miliardami tytanowych rurek. Wypatrują jakiegoś świata nadającego się do zamieszkania… Na razie jednak widzą pewnie tylko ogromne, puste przestrzenie z jasnymi punkcikami gwiazd przy których albo nie ma planet, albo nie nadają się one do zamieszkania. Przynajmniej… Tak myślę. Chyba że Kora nam o czymś nie powiedziała. Nie mówi przecież o wielu rzeczach. Nie wiem zresztą, czy chciałabym, aby znaleźli jakiś świat. Na pewno łatwiej byłoby w nim uciec od społeczeństwa gdzieś, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Ale po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że skoro ludzie nie umieją uszanować Kopuły – czego najlepszym dowodem jest ten smog - to nie będą umieli uszanować żadnego innego świata. Żadna planeta nie zasługuje na takich gości, jak my… Tak czy inaczej, naszą noc rozjaśniają tylko latarnie uliczne. Niebo jest czarne niczym smoła. Wchodzę w Trzecią Ulicę. Urodziłam się, spędzę życie i umrę na ulicy. Czarnowłosi przecież oficjalnie nie istnieją, nie są uznawani przez Korę. Nie wolno nam posiadać czegokolwiek, nie mamy też wstępu do żadnego budynku. Dzieci innych Ras, Rudych, Brązowych i innych pomiędzy nimi mają dostęp do edukacji i mogą kupować w sklepach, mogą też jeździć metrem. Jednak robią to rzadko, ponieważ głównie się uczą, by w przyszłości zajmować stanowiska, z których można wyżywić rodzinę. Poza tym, nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie można by chodzić, ponieważ Kora nie uznaje rozrywek. Mamy tylko uczyć się i pracować. A Ona i Platynowi to nadzorują. Czasami im współczuję. Nam dano przynajmniej tworzyć pary z tymi, których pokochamy. U Platynowych, partnerów wybiera Kora. A gdy narodzi się dziecko, to ona decyduje, czy będzie żyć, czy jest zbyt słabe i ma zostać anihilowane, atomy w jego ciele mają zostać rozproszone. Dlatego u Platynowych nie ma kalek i chorych. Genetycznie są już prawie idealni, ostateczna doskonałość to kwestia dwóch, trzech pokoleń. I dlatego Kora tak łatwo nimi manipuluje. Widziałam kiedyś, jak skazała jakieś niemowlę na śmierć, bo miało mały pieprzyk za uchem. Rodzice oddali je w jej ręce i zwyczajnie odeszli, bez jakichkolwiek emocji. Blondyni też nie okazują zbyt wielu uczuć, wszakże są tylko o stopień niżej w Hierarchii niż Platynowi, ale mogę się założyć, że żadna matka nie dałaby tak po prostu odebrać sobie swego dziecka… Tym bardziej, gdyby wiedziała, że w ciągu pięciu minut nie będzie już istniało. A Rasy niższe? Nigdy. Nie mogę sobie tego wyobrazić. Chociaż, gdy rodzinie doskwiera głód, a w tym samym czasie rodzi się kolejny potomek, różne rzeczy się mogą zdarzyć… Gdy dziecko przejdzie wstępną selekcję, może być z rodzicami jeszcze przez dwa lata. Później jest wysyłane do Internatu, gdzie przebywa do ukończenia dwudziestu lat. Tam uczy się wszystkiego, co będzie mu potrzebne do życia wśród Elity. Nie tęskni za rodzicami, bo praktycznie ich nie pamięta. A nawet jeśli, to Profesorowie potrafią skutecznie „wyprać” je ze emocji. Po ukończeniu nauki z Internatu wychodzi kolejny robot, który nie potrafi się nawet uśmiechać ani smucić – wszyscy Platynowi mają zawsze ten sam, obojętny wyraz twarzy. Między Brunetami nie ma oczywiście zawsze pełnej zgody, wprost przeciwnie. Gdy mieszkasz na ulicy, musisz troszczyć się przede wszystkim o siebie i swoją rodzinę. Dlatego, gdy znajdziesz coś do jedzenia, trzeba zjeść to szybko. Inaczej ktoś wyrwie ci to z rąk. Nie można ufać sobie nawzajem. Nauczyłam się tego od mojego dawnego przyjaciela, Kaja. Szukaliśmy razem odpadków. Wszystko było dobrze przez kilka miesięcy. Bardzo się lubiliśmy, może nawet go kochałam? Nieważne. Kiedyś znaleźliśmy całą kromkę chleba. Gdy podniosłam ją z ziemi, Kaj się na mnie rzucił i chciał mi ją zabrać. Wrzeszczał, że nie zasługuję, że to jemu się należy. Strasznie mnie przy tym wyzywał. W końcu wyciągnął nóż. Odruchowo puściłam kromkę, a wtedy on zaczął uciekać. Pobiegłam za nim i dopadłam go w jakimś ciemnym zaułku. Szarpaliśmy się przez chwilę. A potem wbiłam mu nóż w brzuch, wzięłam chleb i poszłam do swojej kryjówki. Między Czarnowłosymi zabójstwa są na porządku dziennym. My nie nazywamy tego anihilowaniem. Tylko zabójstwem. Ale one i tak wszystkim już spowszedniały… Ale po Kaju nosiłam żałobę. Płakałam potem przez wiele nocy. Był pierwszy, którego naprawdę lubiłam i który naprawdę czasami pomagał. Dobrze nam się rozmawiało. Wchodzę w Czwartą Ulicę z pustymi rękami. Ledwo pamiętam moją mamę, myślę, zaglądając do kolejnego kontenera. Jej obraz zatarł mi się w pamięci. Anihilowali ją, gdy miałam cztery lata, tatę też. Na pewno oboje mieli Czarne Włosy, to pewne, kojarzę też, że matka miała zielone oczy. Mam niejasne wspomnienie tego, jak brała mnie na kolana i przytulała, choć według Psychologów jest to wysoce niewskazane, gdyż rozpieszcza dzieci i sprawia, że są przez to nieporadne życiowo. Chyba tylko Czarnowłosi jeszcze tulą swoich potomków, reszta Ras prawdopodobnie nie okazuje im żadnych uczuć. Ważne jest, żeby się uczyły i nie sprawiały kłopotów. Nic poza tym. Pamiętam łzy matki, gdy ją zabierali, widziałam zza szafy, za którą się schowałam w naszym baraku. To schronienie uratowało mi życie. Jednak mój mały braciszek, starsza siostra i babcia nie mieli tyle szczęścia co ja. Tak, miałam dość liczną rodzinę… Nie pamiętam twarzy mamy. Nie pamiętam też jej imienia ani tego, ile miała lat. Tęsknię za nią. A gdy staje się to nie do zniesienia, myślę sobie, że przecież śmierć wyrwała ją z tego koszmarnego miejsca, jakim jest Metropolis. I mimo tego, że Naukowcy stanowczo zaprzeczają istnieniu jakiejkolwiek innej rzeczywistości niż ta, w której jesteśmy skazani żyć, ja wierzę, że jest gdzieś, gdzie jest jej dobrze, lepiej niż tu. Może w Tamtym Miejscu wszyscy są traktowani równo? Może tam nie ma głodu? I zimna? Jeśli tak… Ja też chcę tam być. Dobrze, na Czwartej Ulicy nic nie ma, przechodzę na Piątą. Aż tu nagle zza rogu wychodzą dwie Furie. Natychmiast chowam się za ścianę pierwszego z brzegu budynku, mając nadzieję, że nie zobaczą mnie w pancernym szkle, z którego jest zrobiony. Przechodzą. Wstrzymuję oddech. Idą dalej. Co za ulga, nie zauważyły. Ale ja chyba jeszcze nie opowiedziałam o Furiach. Są to roboty o wyglądzie bardzo ładnych, wysokich kobiet. Chodzą po ulicach i wyłapują złodziei, włamywaczy i tych, którzy ośmieli się powiedzieć lub pomyśleć coś przeciwko Korze. Zabierają ich potem do swojego Posterunku i anihilują. Szczególnie upodobały sobie, oczywiście, Czarnowłosych, którzy najwyraźniej są dla nich źródłem wszelkiego zła w Metropolis. Nie mam o to do nich pretensji, są tak zaprogramowane i tyle. W tym mieście trzeba bardzo uważać na słowa, a nawet na myśli, ponieważ Kora umie się dowiedzieć o wszystkim. Prawdopodobnie za tę kartkę jestem już skazana. Zbyt wiele moich Niebezpiecznych Myśli krąży już w tym zatęchłym powietrzu. Ta kartka będzie ostatecznym dowodem i pewnie nie przetrwa następnego tygodnia, podobnie zresztą jak ja. Ciekawe, kiedy Kora postanowi nas wszystkich zaprogramować… Powstałoby wtedy społeczeństwo ludzi-robotów, w których nie ma już żadnych uczuć. Tylko rozkazy. Gdy każesz komputerowi otworzyć plik, robi to. Gdy każesz mu anihilować kogoś, też to robi. Straszna wizja, jednak prawdopodobnie w końcu się spełni… o ile będziemy mieć szczęście. Jeśli los się uśmiechnie, zostaniemy bezwładnymi marionetkami w rękach Wielkiego Komputera… Wchodzę w Szóstą Ulicę. Czyżby ludzie naprawdę zaczęli się bać głodu i zjadać całe swoje jedzenie? Już od dwóch godzin chodzę po śmietnikach i nic nie znalazłam. Zazwyczaj wystarczało piętnaście minut i już coś było: kawałek mięsa, warzywa… A teraz takie rozczarowanie! Wiem, że Naukowcy przestali nadążać z produkcją, ale żeby społeczeństwo się tym przejęło? Niespotykane. Chyba że Kora wprowadziła jakieś nowe restrykcje dotyczące wyrzucania odpadków. Całkiem możliwe. Tylko, że jednocześnie skazała mnie i innych Czarnowłosych na śmierć głodową. Ale kto przejmowałby się kimś takim, jak my? Czasami zastanawiam się, jak długo jeszcze pozwolą nam żyć. Mój najczarniejszy scenariusz zakłada, że w końcu zostaną tylko Platynowi, ludzie, którzy przecież są przystosowani genetycznie do zarządzania niższymi Rasami i nie umiejący samodzielnie pracować nad wyżywieniem. Tak, Naukowcy, którzy pracują w Metropolis nad kwestią żywienia, zazwyczaj są Blondynami. Zdarzają się nawet Rudzi. Platynowi tylko rządzą. A gdy zabraknie klasy robotniczej, oni też wymrą. I taki będzie koniec tej namiastki normalnego świata. Wchodzę w Siódmą Ulicę. Patrzę w niebo: zaczyna robić się czarne, jak moje nieszczęsne włosy, które skazały mnie na los żebraczki. Pewnie spadnie deszcz, trzeba będzie znaleźć sobie schronienie albo skończę z dziurami w skórze. Woda już wcześniej była tu zanieczyszczona, ale ostatnio wręcz pożera ten przeklęty świat. Niektórzy mówią, że to dobrze, bo mają już dość takiej wegetacji. Zazwyczaj Kora się o tym dowiaduje. A wtedy dowiadują się Furie. I osoba, która wypowiedziała te Niebezpieczne Słowa, znika na zawsze. Nie wiem, czy sama boję się śmierci. Przecież… Gdy umrę, nie będę już czuć głodu ani strachu, prawda? I może spotkam się z moją rodziną… Chyba się jej nie boję. Może dlatego teraz zapisuję te myśli, którymi prawdopodobnie pieczętuję wyrok na siebie… Babcia, kiedy jeszcze żyła, opowiadała mi, że kiedyś ludzie żyli na jednej planecie i było ich aż osiem miliardów! I że kiedyś były rzeki, łąki… A nawet drzewa, na których rosły prawdziwe, nie modyfikowane genetycznie owoce. Nie było za to komputerów. To było dla mnie tak niewyobrażalne, że zaczęłam się śmiać i powiedziałam: „Babciu, przecież to niemożliwe!”. A ona pokazała mi dziwne zdjęcia, które, jak mówi, dostała od swojej prababci. Takie na kawałku plastiku, kolorowe co prawda, ale nieruchome. Zobaczyłam więc i uwierzyłam, że coś takiego kiedyś naprawdę istniało… Pamiętam to wyraźnie, mimo że miałam tylko trzy lata. Pamiętam też babcię, chyba najwyraźniej z całej rodziny. Pamiętam jej pomarszczoną twarz, czarne włosy – ludziom już dawno przestały siwieć z wiekiem – i smutne, błękitne oczy. Zawsze siedziała w starym, odrapanym fotelu w baraku, w którym mieszkaliśmy, tuż pod ścianą kopuły. Wiele opowiadała mi o dawnych czasach. Te opowieści słyszała od swoich starszych krewnych, gdy była małą dziewczynką, więc pewnie wiele w nich było przesady… No bo pomyślcie, prawdziwe owoce? I kwiatki? Nie, teraz, gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że musiała mnie okłamać. Przecież… kwiaty to tylko kawałki barwnych kryształów na stalowych rurkach, które niektórzy stawiają w oknach domów w niewiadomym celu. A może mówiła prawdę i kiedyś mogło być coś takiego jak żywe, oddychające rośliny… Nawet jeśli, to teraz już tego nie ma, myślę, chodząc po szarych ulicach naszego Metropolis. Nie ma i nigdy już nie będzie. Nie znałam tego. I nie chcę znać. Gdybym to kiedyś widziała, gdybym czuła zapach kwiatów i prawdziwego morza… Tęsknota byłaby pewnie nie do zniesienia. Babcia mówiła, że ludzie nigdy nie szanowali swojej planety. Chcieli podporządkować sobie wszystkie żywioły, ujarzmić je i sprawić, by im służyły, nie myśląc o tym, że nie powinno się igrać z siłami przyrody. Wszystko ostatecznie zepsuło się jakieś pięćset lat temu, kiedy sztuka kontrolowania przez ludzi Pogody i Procesów Geologicznych wymknęła się spod kontroli i ten jeden świat, w którym żyli – już wtedy niemal całkiem pozbawiony żywych roślin, które zastąpiono sztucznymi – zaczęły pustoszyć niszczycielskie huragany, fale tsunami, zalewające całe kontynenty, destrukcyjne trzęsienia i obsunięcia ziemi, wybuchające wulkany i niszczycielskie susze. To wszystko sprawiło, że elektrownie atomowe zaczęły się psuć i wybuchać, rozsiewając opady radioaktywne w promieniu tysięcy kilometrów. Ziemia przestała nadawać się do życia. Ostatecznie, dobiła ją wojna jądrowa, która wybuchła, gdy przywódcy różnych Partii zaczęli obwiniać się wzajemnie za klęskę programu Regulacji Pogody. W tamtym świecie dawno już nie było państw, jednak nie oznacza to, że nie było broni… A gdy ludzie zaczęli „rzucać” w siebie nawzajem rakietami atomowymi, los planety został ostatecznie przypieczętowany. Całe szczęście, mieliśmy już wtedy dużo stacji kosmicznych, inaczej z cywilizacji nic by nie zostało. A może tak by było lepiej? Jednak przez chaos organizacyjny udało się ewakuować zaledwie kilka tysięcy ludzi, w tym kogoś z mojej rodziny. I teraz żyję wśród nich w Metropolis. Jesteśmy zawieszeni gdzieś w kosmosie i sami nie wiemy, dokąd zmierzamy. Czasami w nocy, gdy nie mogę spać z głodu lub zimna, myślę, że nie zmierzamy nigdzie. Z winy naszych ojców, którzy nie potrafili uszanować swojego świata, jesteśmy skazani na wieczną tułaczkę… * Layla zginęła następnego dnia. Nad ranem Furie wtargnęły do jej kryjówki, zabrały na posterunek i anihilowały, razem z dziesiątką innych Czarnowłosych, z których czwórka brała udział w ruchu oporu przeciwko Korze.



        Dedykacja: Pisane gdy miałam mniej więcej 15 lat - nagrodzone w konkursie "Lecieć z Pegazem".

Płeć: nieznana
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 30.01.2013r.

1     

cichociemny Użytkownik wpmt 06 02 2013 (00:32:54)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Wstrzymywałem się z własnym komentarzem, do czasu oficjalnej oceny i (jak się spodziewałem) przyjęcia pracy :)

To, co według mnie, zasługuje na pochwałę, to wszystkie pomysły i motywy sci-fi zawarte w tak krótkim opowiadaniu - główna zła, maszyna o wyglądzie dziecka, motyw hierarchii opartej na kolorze włosów, kreacja świata skrytego pod kopułą z organicznego szkła, "Furie", czyli kobiety-roboty, jako milicja. Mógłbym wymienić jeszcze kilka podobnych motywów, ale jeden urzekł mnie najbardziej - kwiaty z kryształów. Naprawdę świetne.

Jeżeli faktycznie napisałaś to mając 15 lat, to chylę czoła :)

Angelika596 Użytkownik WPMT 06 02 2013 (00:20:02)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Praca na piątkę. Bardzo mi się podoba, jest spójna przemyślana, nie zawiera błędów.

Zredagowałabym tylko dwa zdania:
"Urodziłam się, spędzę życie i umrę na ulicy" > "Na ulicy się urodziłam, tu spędzę życie i tutaj umrę"
"Dzieci innych Ras, Rudych, Brązowych i innych pomiędzy nimi mają dostęp do edukacji i mogą kupować w sklepach, mogą też jeździć metrem." Tutaj powtórzenia do likwidacji.

Poza tym język, tematyka dojrzała, choć smutna. Zwłaszcza jeśli wyszła ta praca spod pióra 15-latki.
Skojarzenia tutaj z gettem i sytuacją Żydów, bądź też z wykluczeniem czarnoskórych są tutaj skłaniają do refleksji nad światem doczesnym, mimo, a może właśnie dlatego, że opisujesz w opowiadaniu świat przyszły. Ten, który może nastąpić, jeśli ludzie nie zmienią zachowania. A wtedy co? Wtedy historia zatoczy koło.

Żeby nie wierzyć w kwiatki? Niemożliwe. A jednak.

Zasłużona piątka:)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(25): 25 gości i 0 zarejestrowanych: