Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Portal cz. II" 09.06.2013
"Pierwszy stopień" 23.05.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013
"Spotkanie po latach" 12.07.2013
"Portal cz. IV" 16.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Medalion cz. III

James obudził się z bólem głowy i pomyślał natychmiast, że tak już będzie zawsze. Przypomniał sobie jednak, że kiedy przyszedł wczoraj do pokoju, był w tak kiepskim stanie, że nie zdążył nawet zaaplikować sobie aspiryny. Ból nie był już tak silny, ale nadal pulsował gdzieś pod sklepieniem jego czaszki. Złapał się za głowę i mocno ją ścisnął. Zaklął pod nosem. Nie lubił bólu. Nie spodziewał się oczywiście, że – prócz paru drobnych zboczków – ktokolwiek mógł czerpać z niego przyjemność, ale James po prostu nie mógł znieść tego uczucia. Jeśli spojrzał pamięcią wstecz, widział siebie uzależnionego od proszków przeciwbólowych przez cały czas. Choć ten okres był za nim już naprawdę daleko, wciąż jakaś cząstka Jima pragnęła znów powrócić na tę przepastną krainę półświadomości i prochów. Kiedyś dałby wiele za jeden oxy. Teraz był już od tego wolny, nadal jednak wahał się, gdy musiał brać cokolwiek na ból. Ból jest dobry, Jimmy. Ból znaczy, że jeszcze istniejesz. Życie to ból. Rozpuścił aspirynę w wodzie i popił. Uważał to za cwane posunięcie. Podobnie jak przy papierosach, człowiek uwielbia nie tylko sam narkotyk, ale także rytuał jego podawania. W tym przypadku może nie było metalowej Zippo, ale łykanie piguł niosło za sobą jakieś nieznane błogosławieństwo, poczucie bezpieczeństwa. Jeszcze tylko ta jedna piguła i już wszystko będzie dobrze. Wypił napój duszkiem. Ból nie słabł, ale też się nie nasilał. James czekał cierpliwie, aż aspiryna zrobi swoje. Rozległo się pukanie do drzwi. ─ Czego chcesz? ─ zapytał, nie fatygując się, aby je otworzyć. Benny nie potrzebował jednak zaproszenia i otworzył drzwi do pokoju numer siedem, jakby wchodził do siebie. Technicznie rzecz biorąc, wchodził. ─ List ─ powiedział krótko, rzucając go na stół. James powędrował za nim wzrokiem, gwałtownie zastanawiając się, czy może ktoś przypadkiem nie założył jego fanklubu. Dwa listy na tydzień oznaczały jakieś wyłamanie w rutynie. Zazwyczaj dostawał jeden na miesiąc, a korespondencja pochodziła od banku. Nie uskarżał się. ─ Jeszcze coś? ─ rzucił w stronę Benny’ego. ─ Tak ─ powiedział urażonym tonem. ─ Nie jestem twoim pieprzonym listonoszem. I wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. ─ Jasne, że nie ─ mruknął pod nosem, obserwując jak Portorykańczyk wraca do swojego biura, po drodze wyganiając jakieś dzieciaki z parkingu. Obserwował je chwilę. Podniósł list, który dostarczył mu Benny i obejrzał go dokładnie z czterech stron. Zerknąłby na adres nadawcy, ale nie znalazł go na kopercie. Rozerwał ją gwałtownym ruchem. Ze środka wypadła pojedyncza kartka. Była to pocztówka, przewrotnie, z Nowego Jorku. Zdjęcie z przodu przedstawiało korowód żółtych taksówek na piątej Alei. Odwrócił ją i przeczytał: Chcesz się przejechać? Nie czuł już bólu. Po raz pierwszy w życiu pożałował, że go nie czuł. 2 Nikt jednak nie umiera z przerażenia. Dotarło to do Jamesa dopiero po chwili, w której ślepo wpatrzony w trzymaną przez siebie kartkę, pozostawał w kompletnym bezruchu. Jego serce stanęło, potem ruszyło, następnie znów zatrzymało się na moment, trwający dłużej niż wieczność. Odrzucił kartkę na łóżko i wybiegł z pokoju. Aspiryna musiała zadziałać, a może to był jedynie szok? Nie było to ważne. Wpadł do biura Benny’ego i zaatakował przycisk wzywania obsługi. Molestował go przez dłuższą chwilę, dopóki Portorykańczyk nie wyszedł zza drzwi zaplecza, mieląc w swoich szczękach coś, co musiało wyglądać na kawałek makreli. ─ Co, u diabła…? ─ Zamknij się, Benny. Od kogo masz ten list, do cholery? Musiał poczuć gniew, bo iskierki w jego oczach zatańczyły niebezpiecznie, kiedy patrzył mu prosto w te cygańskie oczka. Nie dbał o to. ─ Tylko dlatego mnie tu wzywasz? ─ zapytał. ─ Odpowiedz na pytanie, Benny. Od kogo jest ten list? ─ A od kogo ma być? Przyszedł z resztą poczty ─ powiedział. ─ Nie było adresu? ─ Nie. Czy widziałeś, jak dostarcza go listonosz? Zamyślił się na moment. ─ Chyba nie… zwykle zbieram po prostu to, co wrzucą do skrzynki. Ulotki i takie pierdoły. Czasem zdarzy się list. Dlaczego tak się wypytujesz? ─ zapytał podejrzliwie. Zawsze miał zboczenie na punkcie swojego motelu. Nie pozwoliłby mu pozostać dłużej, jeśli tylko dowiedziałby się o jakimkolwiek dziwnym zachowaniu, do którego niewątpliwie zaliczyłby pocztówkę takiej treści. Poza tym, kto normalny wysyła pocztówkę w kopercie? ─ Chciałem się dowiedzieć, kto do mnie napisał ─ wyjaśnił, starając się brzmieć normalnie. ─ Co napisał? ─ To moja sprawa. Zmierzyli się wzrokiem. ─ To ja już wrócę do pokoju ─ rzekł James. ─ Nie domknąłem drzwi. I ulotnił się stamtąd jak najszybciej. Miał przeczucie, że nie jest już bezpieczny w tej zapchlonej dziurze i chociaż starał się odsunąć od siebie mroczne myśli, wiedział, że nie ma sensu oszukiwać samego siebie. To nie była zwykła pocztówka od ciotki Helen czy wujka Arnolda. To może wyglądało niewinnie, ale niewinnie wygląda nawet czarna wdowa. Ale jad zawsze spływa od spodu. 3 Jillian wyszła od biura szefa i z furią zamknęła drzwi. Quentin jeszcze nigdy nie był w stosunku do niej taki nachalny. Dwuznaczne zachowania, traktowanie jej jak zatrudnianej przez niego dziwki, a nie pracowniczki, wszystko mogła zignorować z podobną łatwością, z jaką wycisza się głos w telewizorze. Nie mogła jednak być tak obojętna na otwarte składanie erotycznych ofert w zamian za awans. Dana Fulton, sekretarka Quentina, spojrzała na nią z troską. Nie była na tyle głupia, żeby nie domyślić się, dlaczego połowa personelu wygląda jak młode gwiazdy porno i dlaczego zachowują się w podobny sposób za każdym razem, kiedy opuszczą jego biuro. ─ I jak? ─ zapytała. Jill spojrzała na swoją rękę. Skóra na dłoni wciąż piekła od wymierzonego policzka, a przegub poczerwieniał od żelaznego uścisku Quentina. ─ Dobrze ─ skłamała. ─ Mówił o redukcji zatrudnienia. Dana kiwnęła głową. Wiedziała, że Jill kłamie jak najęta, ale grała w tę grę razem z nią. ─ Tak, krążyły pogłoski ─ potwierdziła, wrzucając do szerokich ust kawałek czekolady. Dana była jedyną osobą, której Quentin nigdy nie starał się podrywać i dało się zauważyć gołym okiem, że zapewnia to głównie dzięki wiekowi i swoim gabarytom. Jilllian podejrzewała, że mogło to mieć związek z uzależnieniem od czekoladek i wszelkiego rodzaju ciast i ciastek, które sama piekła. ─ Będą zwolnienia ─ powiedziała Jillian. Nie brzmiała na zawiedzioną. Jedynie jej głos lekko trząsł się, gdy mówiła. Trzasnęła go zbyt mocno, żeby nie dało to żadnych widocznych oznak. ─ Pewnie mnie wywalą ─ dodała. Dana spojrzała na nią. Miała łagodne usposobienie i nieco matczyny charakter, jednak Jillian nigdy nie skarżyła się na tę przywarę. Sama wychowywała się z ojcem i potrzebowała czasem odskoczni od twardych reguł. Dana zastępowała miękką, troskliwą dłoń matki, której tak desperacko szukała, gdy była nastolatką. ─ Nie martw się tym, skarbie ─ powiedziała. ─ Jeśli będą, jestem pewna, że to Quentin wyleci pierwszy, nie ty. To była pocieszająca myśl i zrobiło jej się trochę lepiej. ─ Czekolady? ─ Chętnie. Dana zastępowała jej również domowe wypieki, których ojcowie rzadko się podejmują. 4 Terry Stern zjechał z autostrady i kierował się ku śródmieściu. Jechał zamyślony, na siedzeniu obok trzymając pudło wypełnione papierami i foliowymi torebkami, które w policji zrobiły większą furorę niż pączki z kawą. Gdy jechał, a samochód miejscami podskakiwał na spojeniach rozgrzanego asfaltu, łagodnie dawał o sobie znać serią gwałtownych trzasków i szelestów. Co jakiś czas spoglądał na ten szary karton, delikatnie kręcąc głową, jakby nie bardzo wierzył w to, co robi, czasem zaś mruczał do siebie pod nosem „głupota” albo „nonsens”. Miał świadomość , że nie powinien ruszać tego pudła z komisariatu, a już na pewno pokazywać jego zawartości obcym ludziom. Dowody to mocna rzecz. Niejeden gliniarz już na nich się przejechał. Nie umiał odmawiać, zwłaszcza pięknym kobietom. Stało się to prawdopodobnie tuż po separacji z żoną, gdy po raz pierwszy zrozumiał, że jest na tym świecie zupełnie sam. Po śmierci dziecka, zaledwie siedemnaście godzin po jego narodzinach, Emily już nigdy nie wróciła do siebie. Winiła go za śmierć Annie, chociaż nie był lekarzem i nie potrafił jej pomóc. Opuściła go i przestała się odzywać. Nie wiedział nawet, co się z nią dzieje, miał jednak cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś do siebie wrócą, a on zamieni wynajmowane mieszkanie na swój własny, wygodny dom, z kochającą żoną przy boku. Nawet jeśli to były tylko wyjątkowo plastyczne wyobrażenia. Skręcił na światłach w lewo, następnie sunął prosto, potem znów skręcił w boczną uliczkę. Jechał, rozmyślając. Odkąd pamiętał, samochód zawsze stanowił dla niego coś w rodzaju sanktuarium, miejsca medytacji, oddania siłom wyższym. Głębokie refleksje nad życiem zawsze przychodziły tylko wówczas, gdy skupiał wzrok na kilkunastu metrach przed sobą i odchodziły dokładnie wtedy, gdy opuszczał auto, a cichy szmer silnika gasł. Nie do końca wiedział, czy było to jego przekleństwem, czy też zgoła odwrotnie. Nie było sensu się sprzeczać. To była idiotyczna walka z samym sobą. Potrząsnął ponownie głową, starając się skupić na drodze i wszystkim tym, co ją otaczało. Ponownie skręcił. Spojrzał na kierownicę samochodu. Samoprzylepna karteczka obracała się wokół własnej osi, kiedy lawirował między uliczkami miasta. Odczytał adres jeszcze raz, aby nie przejechać swojego pit-stopu. Zatrzymał się przed knajpą. Lubił być wcześniej niż o umówionej godzinie, nawet jeśli wiązałoby się to z dłuższym czekaniem. Silnik zgasł. Irytujące myśli cofnęły się w nicość, razem z kluczykiem. Wyszedł, poprawił marynarkę i zabrał ze sobą grzechoczące pudełko. Zamówił małe piwo i rozsiadł się wygodnie. 5 Jillian zauważyła srebrną Hondę na podjeździe i mimowolnie spojrzała do środka. Był to jedyny pojazd, który stał naprzeciwko baru, więc podejrzewała, że musi to być samochód sierżanta. Dana nie opisywała wyglądu jego gabloty, raczej skupiając się na prezentacji samego policjanta, ale to musiało być właśnie jego auto. Dobrze, bardzo dobrze, skoro przybył tutaj wcześniej, brał ją jak najbardziej na serio. Weszła do baru. Nie było to przyjemne miejsce dla młodocianych panienek, ale spełniało swoje zadania, jeśli tylko marzyłeś o tym, aby odbyć przy kuflu piwa rozmowę na poufny temat, o którym inni niekoniecznie musieli wiedzieć. Jillian zatrzasnęła za sobą drzwi. Ze starej szafy grającej sączył się potok trzeszczących dźwięków, w brzmieniu podobnych do muzyki Benny’ego Goodmana. Przy barze siedziało kilku mężczyzn o niechlujnym, nieapetycznym wyglądzie, którzy obdarzyli ją wygłodniałym spojrzeniem, kiedy szła na wskroś lokalu. Żałowała, że nie ma na sobie dłuższej spódniczki. Sierżant pomachał jej na powitanie, sygnalizując jednocześnie, gdzie siedzi. Kiedy podeszła do niego, rzuciła mu przelotne spojrzenie. Wyglądał równie niechlujnie co reszta kompanów z Good Harrow Tavern, ale w przeciwieństwie do nich nie cuchnął i nie miał czerwonego, nabrzmiałego od hektolitrów piwa i wódki, nosa. ─ Jillian Carter ─ przedstawiła się. ─ Terry. Miło mi poznać. ─ Nie pokusił się o zdradzenie swojego nazwiska. Spojrzała na niego jeszcze raz i zdała sobie sprawę, że swoje podobieństwo do pozostałych mężczyzn przy barze, zawdzięcza głównie trzydniowemu zarostowi. Nie golił się, bo tak było prościej. Więcej czasu na inne sprawy, wmawiał sobie. I tak nigdy nie wyglądał najlepiej. Było już nieco za późno, żeby bawić się w amanta. Postanowił, że spotka się z Jill, ale będzie wyglądał i zachowywał się naturalnie. Jill właśnie usadawiała się na krześle, gdy Terry zamówił od barmana jeszcze jedno piwo. Rzucił mu butelkę, a Terry złapał ją jednym, szybkim ruchem. Jill spojrzała na niego nieco zdezorientowana. Uśmiechnął się. ─ W Good Harrow zawsze panują inne obyczaje ─ skwitował. Przystawił kapsel do kantu stołu i uderzył w niego ręką. Wystrzelił lekko w powietrze. Stern przysunął butelkę pod jej nos, życząc smacznego. ─ Więc ─ zaczęła, pociągając z butelki długi łyk. Nie lubiła piwa, ale nie skrzywiła się na jego smak ─ czy przyniósł pan to, o co prosiłam? Terry podrapał się po wydatnym podbródku, po czym kiwnął głową. ─ Zastanawiam się, po co to pani do szczęścia? ─ Chcę znać prawdę. ─ Prawda nie zawsze sprawia, że czujemy się lepiej ─ powiedział. Jill znów łyknęła z butelki. Posmak chmielowej goryczki rozpłynął się po jej ustach. Zdusiła go w sobie. ─ Nie powinienem tego pani dawać ─ stwierdził. Jillian utkwiła w nim swoje spojrzenie, zupełnie jakby rzucała mu wyzwanie: „To się wycofaj, Terry; wycofaj się i wygraj plebiscyt na największego tchórza Nowego Jorku”. ─ Może i tak ─ potwierdziła. ─ Ale w takim razie, dlaczego pan tutaj jest? To było rozsądne pytanie i Terry wiedział o tym. Chociaż przy wynoszeniu pudełka z policyjnego komisariatu toczył ze sobą beznadziejną walkę, to jednak zdecydował się na przyjazd do tej zapyziałej tawerny. To było zbyt oczywiste, że się teraz nie wycofa. Nie zamierzał. Chciał jedynie wiedzieć, dlaczego tak bardzo jej na tym zależy. ─ Nie powiedziałem, że go pani nie przekaże ─ rzekł. ─ Powiedziałem jedynie, że nie powinienem tego robić. Etyka zawodowa mi na to nie pozwala. ─ Ale pan nie dba o etykę, prawda, panie Stern? Spojrzał w jej oczy, a lustrzana tafla źrenic pokazała jego własne odbicie. Nagle przypomniał sobie scenę z Wendellem Rowe i dyktafonem, którego ukrył w kieszeni marynarki. To był podstęp, nieczysta zagrywka i musiał przyznać, że choć te określenia nie należały do najłagodniejszych, były jednak w pełni trafne. Tak, etyka zawodowa była jedynie książkowym terminem, po który mógł sięgać podczas pisania urzędowych pism. Ale w prawdziwym życiu nie posiadały dlań większego znaczenia. Pokręcił głową. ─ Nie ─ potwierdził. ─ Nie, jeżeli działam w dobrej intencji. Jakie są pani intencje, pani Carter? ─ Wie pan, że jestem pracownicą… ─ O tak, słyszałem to. Ale opieka społeczna zajmuje się zaniedbanymi dziećmi i życiowymi nieudacznikami, nie ludźmi, którym wymordowano członków rodzin. ─ Nachylił się ku niej i ściszył głos. ─ Dlaczego chce pani grzebać w jego życiu? Milczała przez chwilę, nie spuściła jednak wzroku z twarzy Terry’ego. ─ To nie ja chce grzebać w jego sprawach. Robię to na polecenie jego żony. ─ Pani pracuje na polecenie szefa, nie upierdliwej żony. Po co pani się w tym chce babrać? Znam jego historię na pamięć. Znam ją, bo czasem w nocy nie pozwala mi zmrużyć oka. ─ Na chwilę zatrzymał się, sięgając wzrokiem gdzieś ponad jej lewe ramię. Wyglądał jakby stracił wątek i zamyślił się, po chwili jednak kontynuował, wciąż zapatrzony w jakiś odległy punkt. ─ Czasem pamięta się takie obrazy…. Straszne, brutalne sceny. Ta dziewczyna miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Dopiero teraz spojrzał na nią. Wyglądał poważnie. Jillian poczuła chłód, ale nie zamierzała ustępować. ─ Te zdjęcia nie są dla pani oczu, Jillian. Troska. Dopiero teraz to zrozumiała. Traktował ją jak swoją najmłodszą córkę, próbując strzec ją przed całym złem tego świata, jakby dopiero co zrozumiała, że dziurka kontaktu jest idealnym miejscem na wsadzenie gwoździa, a Terry ganiał za nią próbując jej go odebrać. Odrzuciła od siebie ten obraz. ─ Terry – powiedziała. Nie było sensu upierać się przy zwracaniu się per pan. ─ Niezależnie od tego, co znajduje się w tym pudle, muszę zobaczyć jego zawartość. Dałam słowo, że pomogę temu człowiekowi. Zamierzam słowa dotrzymać. Częściowo była to prawda, ale jej ułamek krył się jedynie w tym, że dała słowo. Dała słowo zrozpaczonej kobiecie, że odnajdzie jej męża, co okazało się niespecjalnie trudnym zajęciem, porozmawia z nim i nakłoni do powrotu do względnej normalności. Zrobiła to. Zrealizowała cały ten plan, ale nie sądziła, że zrobiła to uczciwie. Chociaż nie mogła wpłynąć na przebieg rozmowy z Jamesem, ani kierować wypowiadanymi przez niego słowami, wiedziała, że odniosła porażkę. Przegrała. Nie lubiła przegrywać. Nie był to oczywiście jedyny powód. Nie fatygowałaby się aż tutaj, gdyby chodziło jedynie o osobiste pobudki i desperacką potrzebę wygranej. Tak naprawdę Jillian chciała pomóc mu z jednego, prostego względu: ponieważ nikt nigdy nie ofiarował jej pomocnej dłoni, kiedy znalazła się w podobnej sytuacji. Przyrzekła sobie, że jeśli może uczynić ten świat lepszym miejscem, to zamierza robić to niosąc pomoc, której sama nigdy nie doczekała. Podejrzewała, że gdyby nie Dana, zagłębiłaby się w depresji tak głęboko, że nie odnalazłaby z jej odmętów drogi powrotu. I może jeszcze dlatego, że James F. Haimovich był fascynującym człowiekiem o równie fascynującej, chociaż bolesnej, historii. A ona była jej cholernie ciekawa. ─ Jak chcesz ─ powiedział, wręczając jej pudełko pełne dowodów. ─ Postaraj się ich nie pogubić. Dana mówiła, że jesteś rozsądną dziewczyną. Staraj się utrzymać tę reputację. Kiwnął głową na do widzenia i oddalił się w stronę drzwi. Chociaż Terry Stern wydawał się być nieco twardym człowiekiem, Jillian cieszyła się z całego serca, że Dana Fulton posiada tak wspaniałe znajomości. Wyszła z baru, niosąc pudło pod pachą, żegnana przez frakcję miejscowych alkoholików tym samym wygłodniałym spojrzeniem, którym obdarzyli ją na początku. 6 James poczuł gwałtowny skurcz i wybudził się ze snu. Przez chwilę trzymał się gwałtownie za brzuch, klnąc w poduszkę i pytając Boga, dlaczego sprawia mu taki poród. Było to jednak tylko senne wrażenie, które ustąpiło, w miarę jak oddech stabilizował się, ściśnięta przepona odzyskiwała swoje pierwotne kształty, a skurcz w okolicach żołądka stawał się odległą przeszłością. Nie pamiętał, co mu się śniło, ale wiedział, że nie był to przyjemny sen. Dotknął swojego czoła. Było rozgrzane i mokre. Włączył lampkę na nocnym stoliku i spojrzał na tarczę zegarka. Dochodziła północ. Powrócił z trasy przed dwiema godzinami. Dzisiejsze kursy nieco przedłużyły się i był tak cholernie zmęczony, że nie zdążył nawet rozebrać się, tylko w całym opakowaniu władował się do łóżka. Znów rozbolał go brzuch. Spojrzał z obrzydzeniem na puste paczki po chipsach i zgniecione puszki po coca-coli, Jacku Danielsie i specyfikach, których nazwy nawet bał się wymieniać. Pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, jego samobójstwo nigdy nie dojdzie do skutku, bo sam zejdzie na raka. Uśmiechnął się krzywo. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo pogodzony z losem jest już w tym momencie. Gdyby powiedział coś takiego na sesji z psychiatrą, ten wyładowałby całą ciężarówkę lekarstw, które pomogłoby zamknąć mu usta i wewnętrzne poczucie winy. Ale psychiatrzy nie wiedzieli, że próżni nie da się ograniczyć. Próżnia jest i trwa nadal, nawet jeśli wepchniesz do niej bezużyteczne nowe rzeczy, nowych ludzi, nowych przyjaciół. Taka pustka zalegała w jego głowie już zbyt długo, żeby mógł z nią świadomie walczyć. Jęknął i przewrócił się na łóżku, biorąc w objęcia umęczone trzewia. Obiecał sobie, że w niedalekiej przyszłości pójdzie do lekarza. Ale to mogło poczekać. Jutro. Może pojutrze. Może nigdy. 7 Medalion rozbłysnął w świetle latarni niebieskawą poświatą, kiedy luminol wyznaczał ślady krwi na żółtawej masce samochodu. Cierpliwym ruchem ścierał je z jej powierzchni, nucąc pod nosem Raya Charlesa. Wybielacz nie działał na lakier samochodu, a to wiele ułatwiało mu w pracy. Nie spieszył się ze spieraniem tych śladów. Robił to powoli, delektując się każdym pojedynczym ruchem, od czasu do czasu pryskając luminol na powierzchnię samochodu, która płonęła przez chwilę niebieskim światłem i znów stawała się jasnożółta. Fascynowało go to. Choć konserwacja nie należała do najprzyjemniejszej części rytuału, wykonywał ją z ochotą, przyśpiewując wesoło, jakby ścierał plamy ze smaru, nie z ludzkiej krwi. Hit the Road Jack… Nie było to potrzebne, pomyślał. Plan tego nie zakładał, chociaż nie ukrywał, że bardzo tego pragnął już od dłuższego czasu. Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie. Wziął do ręki niewielkie dłuto, aby ostrożnie zeskrobać grudę z miękkiej tkanki, która przykleiła się do medalionu. Spojrzał na ciało kobiety, które leżało obok kół. Czuł jednocześnie dumę i głęboką odrazę. Zdradził swoje zasady. Hit the Road Jack and don’t you come back... Wbił dłuto w swoją prawą dłoń. Wyjąc z bólu upadł, starając się przejrzeć na oczy. Wyciągnął metal szybkim ruchem i zemdlał, upadając na ciało młodej kobiety. …no more, no more… Gdy obudził się kilka godzin później, wciąż nie był pewny, dlaczego leży na martwej kobiecie. I dlaczego jego ręka tak potwornie krwawi.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 03.09.2013r.

1     

Terila Redaktor 09 09 2013 (20:11:24)

Użytkownik ocenił pracę na 6

O, mamuniu! To moje pierwsze wrażenia.
Wjeżdżasz w tę powieść z pełnym impetem swoich możliwości. Zdarza się, że nie wszystkie wydane książki są tak dopracowane jak Twój tekst. Chylę czoła.

Przede wszystkim, rzuca się w oczy wciąż bogate, rozbudowane słownictwo. Nie ma chaosu. Każda ukazana scena jest przemyślana, ma swoją wartość oraz sens.
Wielką zaletą tej części jest obrazowość. Zaczynając od ilustracji dialogów ( wypowiedzi dialogowe są bardzo naturalne, dołączasz do nich autentyczne, prawdopodobne zachowania postaci ), poprzez ukazywanie psychiki bohaterów, w taki sposób, by czytelnik się nie pogubił - wszystko jest jasne i klarowne.
Zaskakujący jest motyw łączenia ze sobą postaci. Ich losy ewidentnie przeplatają się ze sobą. Jest to bardzo realne.

Bohaterowie są bardzo kolorowi, mają wiele cech. Poświęcasz im dużo swojej uwagi. Zbliżasz odbiorcę do swoich postaci takimi niuansami, jak ulubione zajęcie bohatera; coś czego nie znosi; zwykłe, ludzkie odruchy myślowe; typy zachowań.
ale łykanie piguł niosło za sobą jakieś nieznane błogosławieństwo, poczucie bezpieczeństwa. Jeszcze tylko ta jedna piguła i już wszystko będzie dobrze.
- młodzi twórcy bardzo rzadko obracają się tak sprawnie pośród portretów psychologicznych postaci. Za to, brawa. ;)

No, cóż mam Ci powiedzieć? Widać, że jesteś w formie. Tekst nadaje się do druku - moim skromnym zdaniem.
Pojawiło się parę błędów natury kosmetycznej, ale zlikwiduję je.

Pozdrawiam w ciemności nocy, i czekam na więcej. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(40): 40 gości i 0 zarejestrowanych: