Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Negocjator" 08.05.2013
"Plaża przeklętych cz. 1" 04.11.2012
"Portal cz. IX" 08.08.2013
"Spotkanie po latach" 12.07.2013
"Opowieść skazanego" 02.09.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Medalion cz. II

Dzień szesnasty kwietnia był zaskakująco ciepłym dniem. Nawet jak na wschodnioamerykańskie standardy powiew wiosennego wiatru przyprawiał mieszkańców o przyjemne wrażenia. James, którego spora część ciała ukryta była pod mdłym kolorem prochowca, poruszał się w sposób dla siebie charakterystyczny. Zawsze tak chodził. Mogło to mieć związek z jego zasadami; pryncypialnością, która znaczyła dla niego więcej niż dom i rodzina, których obecnie nie posiadał. Szedł spokojnie, paląc papierosa z białawym filtrem. Kiedy podmuchy wiatru wybijały mu go z ust, koniec jarzył się ciepłym światłem, wyrażając swoją i jego irytację. Wszedł do budynku i pokazał list. Skierowano go na trzecie piętro. Krótką chwilę zastanawiał się, czy wsiąść do windy, czy też wybrać schody: były betonowe i nie prezentowały się dobrze, ale zapchana winda także nie wyglądała najlepiej. Powlókł się na trzecie piętro i zapukał. ─ Proszę wejść ─ powiedział damski głos. Z nieco lekceważącym spojrzeniem spojrzał na kobietę, kiedy otworzył drzwi. Chociaż w wyobraźni pracownice urzędów zawsze wyglądały tak samo: miały kilkanaście kilo nadwagi, na głowie tapir, a w szufladzie po lewej stronie otwartą bombonierkę czekoladek, ta łamała wszelkie schematy i prawdę mówiąc stało się to z jednej prostej przyczyny: była młoda. I na dodatek ładna, może nawet ponętna, jeśli tylko wyeksponowałaby bardziej swoje długie nogi. James zlustrował ją wzrokiem. Poczuł nagły impuls bycia uprzejmym. ─ Dzień dobry ─ powiedział. Kiwnęła głową i wskazała mu miejsce naprzeciwko niej. Rozejrzał się po biurze: było małe, a zwały różnego rodzaju papierów zajmowały większą jego część. Kartki walały się po podłodze i na stolikach, a każdy z nich wydawał się być równie nieistotny jak spotkanie, które zaraz miało się odbyć. Usiadł i spojrzał na nią, oczekując na ruch. Zdawała się w ogóle nie zwracać na niego uwagi, zajęta czytaniem swoich notatek. Kiedy już miał otwierać usta, aby zaprotestować, ta zamknęła z impetem wielką księgę, którą studiowała i utkwiła w nim swój wzrok. ─ A więc, panie Haimovich ─ zaczęła, patrząc mu prosto w oczy ─ dostałam informacje, że od dwóch i pół roku nie posiada pan stałego miejsca zamieszkania. Nie czuł się zmieszany. Brzmiało jak oskarżenie o bezdomność i wiedział, że taki właśnie miało mieć wydźwięk. Kiwnął głową na potwierdzenie jej słów. ─ Więc jak mam to rozumieć? ─ zapytała. ─ Tak, że od dwóch i pół roku nie wynajmuję ani nie zamieszkuję żadnej kawalerki, domu, czy mieszkania ─ powiedział głośno i wyraźnie, jakby tłumaczył dziecku do czego służy gumowa kaczka. ─ Jest pan bezdomny? ─ zlustrowała go wzrokiem, jakby rewanżowała się w ten sposób za wcześniejsze spojrzenie Jamesa. Pokiwał przecząco głową. Przypuszczał, że ─ paradoksalnie ─ większość bezdomnych natychmiast oburzyłaby się na takie pytanie, ale na pewno nie on. Po pierwsze dlatego, że technicznie rzecz biorąc mieszkał w motelach, nie na ulicy, po drugie dlatego, że przybył tutaj wyłącznie ze zwykłej, ludzkiej uprzejmości, więc i tak miał w nosie, jaki przebieg będzie miała ta rozmowa. ─ Mieszkam w motelach. ─ Rozumiem ─ powiedziała Jillian. ─ Skąd ma pan pieniądze na to wszystko? ─ Myślę, że nie powinno to pani obchodzić. Ponownie spojrzała na niego przeciągle, jakby liczyła że zmieni swoje zdanie. James nie zamierzał do tego dopuścić. ─ W porządku ─ odparła w końcu. ─ Chcę jednak, żeby pan wiedział, że nie jesteśmy urzędem skarbowym i nie leży w naszym interesie szpiegowanie pańskich kont. Chodzi mi wyłącznie o to, czy posiada pan jeszcze jakieś środki do życia. ─ Posiadam ─ rzekł dobitnie. ─ Rozumiem. Niech pan pamięta, że w razie czego mogę panu pomóc w otrzymaniu zasiłku. Prychnął głośno. ─ Po prostu uprzedzam ─ powiedziała, starając się, aby jej słowa zabrzmiały mniej lub bardziej grzecznościowo. James potarł ręką o nieogolony policzek. Seria trzeszczących dźwięków potoczyła się po pokoju, kiedy to zrobił. ─ Czy ma pani jeszcze jakieś pytania? ─ Owszem ─ odrzekła Jill. ─ Czy adres, na który wysłałam panu list, jest nadal aktualny? ─ Tak. Pokój numer siedem. James wstał, kierując się do drzwi. Jillian odezwała się w połowie tej drogi. Zatrzymał się posłusznie. ─ Panie Haimovich ─ powiedziała ─ ja wiem o tym, co pana spotkało. Proszę pamiętać, że naprawdę potrafiłabym panu pomóc. Na jego twarzy zaległ wyraz głębokiego smutku, jakby tą krótką wypowiedzią obudziła w nim strumień gorzkich wspomnień, o którym niemal już zapomniał. Ale on był tam, tuż pod powierzchnią i tylko czekał, aby eksplodować. Nie odwrócił się do Jillian, kiedy odpowiedział: ─ Nikt nie potrafi mi pomóc. Położył dłoń na klamce. ─ Proszę po prostu pamiętać, że jestem do pana dyspozycji. Trwało to chwilę, może dwie, kiedy w końcu skinął głową i bez słowa wyszedł przez drzwi, zostawiając Jillian samą z natłokiem myśli i rosnącą w jej umyśle fascynacją jego postaci. 2 W policji zdarzały się dni ciężkie, ale takiego już dawno nie przeżył. Brakowało mu urlopu i przypuszczał, że właśnie stąd było to odczucie. Terry wpatrywał się zza weneckiego lustra w młodego mężczyznę, którego miał okazję widzieć już na zdjęciach. Cały drżał, jakby po jego ciele toczyła się fala drgawek lub gwałtownego podniecenia. Terry wątpił, żeby to było to drugie. Chyba, że jego podniecenie budziła perspektywa spędzenia połowy życia za kratkami. Był jeszcze młody; Terry mógł dostrzec to zarówno wtedy, w mieszkaniu, jak i teraz, przypatrując się mu z bliskiej odległości. Riggins, który go przesłuchiwał, był już bliski złamania jego linii obrony. Zwykle tak się to kończyło. Czy tego chcieli, czy nie, musieli w końcu zaakceptować swoją porażkę. Jeśli byli na tyle dojrzali, aby pójść na układ, zachowywali część kary z dala od siebie. Ale niewielu jest inteligentnych przestępców. Terry Stern był cierpliwy. Wendell Rowe siedział na metalowym krześle i bujał się w tył i w przód, jakby cierpiał na chorobę sierocą. Na jego twarzy, w szczególności zaś na czole i policzkach widniały krople potu , które co jakiś czas niedbale wycierał o krawędź swojej bluzy. Sierżant mógł dostrzec mokre plamy na rękawach nawet z tej odległości.. Riggins wstał, szykując się na ostateczny cios. Gra w dobrego i złego gliniarza to wyższa półka policyjnych zagrywek, ale tym razem nie było takiej potrzeby. Widział, jak skulony młodzieniec zaczyna płakać niczym mała dziewczynka. Było po wszystkim. Riggins wyłączył magnetofon i zabrał go ze sobą, a Terry odpalił papierosa i wpatrywał się jeszcze chwilę w Wendella. Wyglądał na uspokojonego tym obrotem sytuacji. Jakby za wszelką cenę starał się uniknąć nie samej kary, ale tej rozmowy ze śledczymi. Terry nie mógł zrozumieć, dlaczego współcześni mordercy są tak słabi psychicznie. Było tylko podejrzenie. Mógł po prostu siedzieć cicho i czekać na proces, który być może nigdy by się nie odbył. Elbert Riggins wszedł sprężystym krokiem do pokoju, gdzie czekał na niego sierżant. ─ Masz to? ─ zapytał, wydmuchując dym gdzieś w powietrze. Rozpromienił się, wskazując na magnetofon. ─ Mhm ─ mruknął, rozradowany. ─ Dobrze się spisałeś – pochwalił go. ─ A teraz opatrz to numerem i dołącz do dowodów. Powiedz prokuratorowi, że jesteśmy gotowi na jego oskarżenie. Elbert posłusznie skinął głową i wyszedł z pokoju. Terry został sam. Chwilę wpatrywał się w przestrzeń, tocząc nieobecnym wzrokiem. Coś przyszło mu do głowy. Zawahał się, ale zignorował obawy i wszedł do pomieszczenia przesłuchań. Z tej strony przejrzysta tafla weneckiego lustra była jedynie posrebrzaną powłoką, w której mógł przeglądać się przy wiązaniu krawata. Wyciągnął paczkę papierosów i szybkim ruchem wydobył z niej jedną fajkę. Wymownie spojrzał na Wendella. ─ Bierz ─ powiedział. ─ W pierdlu nie czeka cię wiele dobroci. Wendell spojrzał na niego niepewnie. Zapłakana twarz przywodziła na myśl Terry’emu jego młodszą siostrzenicę. Wyciągnął z kieszeni chusteczki i bez słowa położył je na stole. ─ No już, wytrzyj się i weź papierosa. Nie rób z siebie szmaty ─ powiedział. Drżącą ręką wycierał przekrwione oczy, kiedy drzwi otworzyły się z impetem i wszedł strażnik. ─ Przepraszam ─ powiedział, kiedy zauważył Sterna. ─ Nie miałem pojęcia, że ktoś tutaj jeszcze siedzi. ─ W porządku, Larry. Chciałbym porozmawiać z podejrzanym jeszcze przez pięć minut ─ wytłumaczył. Larry porozumiewawczo skinął głową. ─ Dam ci znać, kiedy skończę. Strażnik wyszedł i zostawił ich samych. Wendell bezskutecznie próbował odpalić papierosa, jednak drżące dłonie nie pomagały mu w tym w żadnym stopniu. Terry szybkim ruchem otworzył jeszcze raz swoją zapalniczkę i użyczył mu ognia. ─ Dziękuję… ─ Dlaczego to zrobiłeś? ─ zapytał nagle Stern. ─ Sądziłem, że przesłuchanie się już skończyło ─ rzekł niepewnie. ─ Bo tak było ─ potwierdził. ─ Jak widzisz, nie ma już magnetofonu, a strażnik zamierzał cię odtransportować do celi, więc wszystkie kamery są wyłączone. Za lustrem też nikogo nie ma – dodał po chwili, śledząc jego wylękniony wzrok. ─ T-to dlaczego pan pyta? ─ Możesz wciskać to gówno Elbertowi, ale nie mnie ─ powiedział, strząsając popiół z papierosa i patrząc na niego przenikliwie znad popielniczki. Wendell mimowolnie odwrócił swój wzrok. ─ Mówię o twoich zeznaniach. Wiem, że jemu zależało wyłącznie na tym, żebyś się przyznał. Obojętnie jaką przyczynę podasz. Ale ja chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć, dlaczego zabiłeś swoją dziewczynę, Rowe, i chcę to usłyszeć z twoich ust. Zaciągnął się papierosem. Terry sądził, że chciał wykorzystać ten moment na przemyślenie jego słów. Nie protestował. Cały czas wpatrywał się w niego zdeterminowanym wzrokiem. Źrenice Wendella powędrowały w kąciki jego oczu. Starał się nie patrzeć w kierunku sierżanta za wszelką cenę. ─ Powiedziałem już, że bywam wybuchowy, kiedy się zdenerwuję. To był wypadek. Terry wydmuchał dym. Patrzył prosto w jego źrenice. Patrzył wyraźnie w prawą stronę. Kłamał. ─ Gówno prawda ─ powiedział spokojnie. ─ Wybuchowa to jest bomba, a wypadek może się zaraz zdarzyć tutaj. Spojrzał na Terry’ego ze strachem. ─ Chyba nie zamierza pan... ─ A dlaczego nie? Jeśli kamery są, no wiesz, przypadkowo wyłączone? Przełknął głośno ślinę. ─ Posłuchaj mnie, Rowe ─ rzekł. ─ Nie zamierzam dokładać ci do odsiadki dodatkowych lat. Dostaniesz karę, bo na nią zasługujesz, ale to czy wyniesie ona pięć czy dziesięć lat, czy pół wieku, nie interesuje mnie. Jestem zainteresowany wyłącznie tym, dlaczego naprawdę to zrobiłeś. To prywatna rozmowa, nie będzie jej w twoich kartotekach jako oficjalne zeznania. Zrozumiałeś mnie? Pokiwał głową. Wciąż trzęsły mu się ręce, kiedy pociągnął zdrowo z papierosa. Tym razem jednak te kompulsywne drgania zachodziły już o wiele wolniej. Informacja, że to nie jest oficjalne przesłuchanie, uspokoiła go. Terry spojrzał na zegarek. Powiedział, że będzie tu jeszcze tylko pięć minut i zamierzał dotrzymać słowa. ─ Zabiłem ją, bo była pieprzoną suką ─ powiedział nagle. Terry spojrzał na niego, wystraszony. Jego głos zmienił się: stał się bardziej suchy, wręcz nieludzki. Twarz przybrała ostre, zwierzęce rysy. ─ Musiałem ukarać ją za to, co zrobiła. Za to, że się puściła. Ta pieprzona kurwa dostała to, na co zasługiwała. Wyszczerzył zęby w szaleńczym uśmiechu i ponownie zaciągnął się papierosem. Terry przyglądał się mu ze zgrozą. Po chwili wstał i z podszewki swojej kurtki wyciągnął dyktafon. ─ Dziękuję za rozmowę, bydlaku ─ powiedział. Wendell wybałuszył oczy. ─ Ale mówiłeś… że… ty fiucie! ─ krzyknął. ─ Być może ─ odparł spokojnie Terry. ─ Ale wcale tego nie żałuję. Uderzył go wierzchem dłoni w twarz. Policzek zarumienił się. Właściwie nie planował tego zrobić, ale mimowolnie przed oczami stanęła mu ta rudowłosa dziewczyna. A potem ten szelmowski śmiech Wendella. Może nie było to moralne, ale sprawiedliwe. Kiedy stamtąd wychodził, Rowe wciąż szamotał się na krześle. 3 James wyszedł z budynku opieki społecznej i oparł się ciężko o ławkę w parku. Minęło dwa i pół roku. Połowa z żałobnego kwintetu, który obiecał sobie, że przetrwa, dopóki nie znajdzie zabójcy. Jeśli nie uda mu się tego zrobić, no cóż… było wiele opcji jak ze sobą skończyć. Już dawno nikt nie wyprowadził go z równowagi. Prawdę mówiąc, nikt również nie zadawał mu takich pytań. Zwłaszcza nie jakaś pieprzona, młoda pracownica, która za państwową pensję mogła ubrać się i wyżywić. Przypomniał sobie, że kiedyś on sam płacił podatki, aby tak się działo. Splunął na ziemię. Uspokój się, Jimmy, uspokój się. Zacisnął mocno szczękę, starając się to zrobić. Sądził, że okres, w którym nagłe ataki paniki, strachu i jednocześnie bezsilnej złości są już dawno za nim. Nie mógł mylić się bardziej. Oddychał głęboko, starając się koncentrować na beztroskich myślach, nie wiedział jednak na czym konkretnie. Jimmy, chłopcze, ona spytała się tylko, czy nie potrzebujesz pomocy. Wiem, odparł w myślach, tocząc ze sobą beznadziejną walkę. Miał przeczucie, że nie same pytania o jego stan materialny i psychiczny (bo wiedział, że właśnie o to chciała go najbardziej zapytać) tak zezłościły go, kiedy wyszedł z biura Jillian Carter. To była raczej ta informacja, o której napomknęła w czasie rozmowy. „Wiem o tym, co pana spotkało”. Zamierzasz ją za to zabić, Jimmy? To była tylko krótka kwestia. Nie podobała mu się, tak czy inaczej. Nie podobało mu się, że ktoś szpieguje jego własne życie i sprawdza, czy mieszka tak jak należy. Do diabła, nie potrzebował, żeby ktokolwiek w życiu matkował mu podobnie jak Pam. Odszedł od niej poniekąd właśnie z tego powodu. Miał dosyć. Rozbolała go głowa. Potarł koniuszkami palców swoje skronie i spojrzał kilka pięter nad ziemią na budynek, który przed chwilą opuścił. Zdawało mu się, że w jednym oknie ktoś go obserwuje. Nie zastanawiając się, dlaczego i co właściwie robi, zerwał się z ławki i popędził ulicami miasta, powiewając za sobą swoim prochowcem, jak peleryną superbohatera. Ludzie patrzyli na niego zdumieni, kiedy w pełni biegu mijał ich na ulicy. Biegł i biegł, aż na jego umęczonych skroniach pojawiło się zmęczenie, a twarz ociekała potem. W końcu zatrzymał się, zziajany, próbując przypomnieć sobie, co spowodowało w nim taką złość. Nie umiał sobie tego przypomnieć. Ból głowy nasilał się. Nie miał ochoty na dalsze kursy. Machnął na taksówkę, nawet nie racząc spojrzeć, jaki numer posiadał medalion. Pragnął tylko jednego: aby znaleźć się w swoim motelu, wypić szklankę Jacka i położyć się spać. Ten dziki bieg wykończył go i zaostrzył migrenę. James zatoczył się, kiedy wsiadał do taksówki. Poczuł się okropnie senny. Tępy ból przyćmiewał mu ostre widzenie. Jak przez mgłę widział moment, kiedy taryfiarz odwrócił się do niego i uśmiechnął. Wydał mu się niezmiernie dziki i przywodził na myśl jedną ze starych bajek, które oglądał, będąc małym szkrabem. Ból pulsował jego głowie, nie ustając. James ponownie zacisnął szczękę, próbując być spokojnym. Nie otwierał oczu. Znów zrobił się senny. Taksiarz ruszył z miejsca. Szum toczących się kół po nierównym asfalcie wprawiał go w otępienie. Nim się zorientował, zasnął na tylnym siedzeniu, a kiedy mocne szarpnięcie wybudziło go z drzemki, odezwał się półprzytomnie: ─ C-co?! ─ Wisi mi pan dwudziestkę za kurs ─ powiedział spokojnie taksówkarz. James rzucił mu banknot. ─ Nie dostanę napiwku? ─ dopytywał się. ─ Nie. ─ James wyszedł z taksówki. Ból nie minął, przeciwnie, stał się jeszcze bardziej dokuczliwy. Wpadł do mieszkania i osunął się na łóżko. Kiedy zapadł w sen, wciąż nie potrafił sobie przypomnieć, czy podał adres facetowi z taksówki. Był niemal pewien, że nie. Szybko jednak odegnał od siebie tę myśl. ─ Pieprzenie ─ mruknął przez zaciśnięte zęby. Naprawdę nie czuł się najlepiej. Minęło parę chwil, zanim ból ustabilizował się i mógł zasnąć. Nie wiedział, że żółta taksówka wciąż czekała na niego na dworze. 4 Patrzył na tanie, motelowe drzwi. Mógłby tam po prostu wejść i dokończyć roboty. Facet zasnął w jego taksówce, musiał być cholernie zmęczony, więc nie sądził, aby zaprzątał sobie głowy czymś takim jak zasunięcie metalowej zasuwy i udaremnienie wtargnięcia komuś takiemu jak on. Było jednak zbyt jasno, a biuro właściciela hotelu znajdowało się za blisko pokoi, aby ryzykować. Chwilę wahał się nad decyzją, ale kiedy moment później zza biurowych żaluzji wychynęła głowa Benny’ego, kierowca przekonał się, że zamiar wycofania się był jak najbardziej słuszny. Nienawidził takich ludzi z całego serca. Cholernych, cwaniakowatych grubasów, którzy wtykają nosy w nieswoje sprawy. W Nikaragui, skąd pochodził, takie zachowanie było złym nawykiem. Poczuł nagłą potrzebę wpojenia mu tej wartości, ale szybko powstrzymał się. To nie była część planu. Musiał pozostać w ukryciu, jeśli chciał, żeby wszystko się udało. Posłał Benny’emu mordercze spojrzenie, wykręcił na niewielkim parkingu i odjechał w przeciwną stronę. Obiecał sobie, że jeszcze tutaj wróci i dokończy to, co zaczął. 5 Jillian siedziała w milczeniu i wypełniała dokumenty, które w jej mniemaniu były warte mniej niż psie gówno. Taki był jednak urok państwowych posad; musiała poddać się temu, siedzieć cicho i robić to, co do niej należało. Jeszcze przed godziną odbyła rozmowę z Jamesem Haimovichem, która okazało się totalną stratą czasu. Tak przypuszczała od początku, mimo tego nie potrafiła obronić się przed tym ukłuciem żalu, że nie poszło jej lepiej. Potrafiła mu pomóc. Być może tego nie pragnął, ale na pewno potrzebował. Chwilę po tym, jak opuścił budynek, widziała go przez żaluzje, że ciężko opiera się przy ławce. Jak gdyby ta rozmowa była dla niego bardziej wykańczająca, niż oczekiwał. Podeszła do drukarki, gdzie spomiędzy wydruków figurowało jej nowiutkie wymówienie. Przyjrzała mu się przez chwilę i zawahała się. Nie chciała teraz rezygnować. Nie wiedziała właściwie dlaczego, ale miała wrażenie, że to ta odmowa pomocy wpłynęła na jej decyzję. Należała do zawziętych kobiet: tych, które jeśli uprą się na jakiegoś faceta, nie odpuszczą dopóki nie owiną sobie go wokół palca. Była ambitna i nie chciała wycofywać się jeszcze przed początkiem wyścigu. To nie byłoby w jej stylu. Schowała podanie do szuflady biurka i spojrzała jeszcze raz za okno. Słońce, które zapowiadało przepiękny dzień, skryło się za chmury, pozwalając chłodnemu wiatrowi zapanować nad nadchodzącą wiosną. Usiadła ciężko na krześle. Wyjęła z kieszeni kartkę, na której naskrobała jakieś cyferki. Spojrzała na telefon i wybrała numer. ─ Halo? ─ rozbrzmiał męski głos. ─ Dzień dobry, nazywam się Jillian Carter. Pamięta mnie pan? ─ zapytała. Chrząknął lekko, kiedy próbował skojarzyć twarz z podanym nazwiskiem. ─ Tak, pamiętam panią ─ powiedział. Brzmiał przekonywająco. ─ Myślał pan o spotkaniu, które panu proponowałam? Mężczyzna po drugiej stronie kabla zamyślił się. Nie miał ochoty na żadne spotkania i wiedział, że w gruncie rzeczy nie powinien robić czegoś takiego, z drugiej strony, kiedy naprawdę przypomniał sobie jej oblicze, sądził, że nie potrafi już odmówić. Była zbyt piękna, a on nie potrafił odmawiać pięknym kobietom. Mężczyźni po pięćdziesiątce mieli swoje zasady. On również. ─ Taak ─ odparł po dłuższej chwili. ─ Myślę, że moglibyśmy się spotkać. ─ Doskonale ─ powiedziała natychmiast. ─ Jutro o dziewiętnastej? Tawerna "Good Harrow"? ─ Może być. ─ Przyniesie pan to, o co prosiłam? Przez moment w słuchawce zaległa cisza. Jillian mogła jedynie słyszeć odgłosy wdychanego i wydychanego powietrza, aż w końcu mężczyzna przerwał milczenie. Brzmiał niepewnie. ─ Oczywiście. Postaram się to przynieść. Jillian uśmiechnęła się do słuchawki. ─ Dziękuję panu bardzo ─ rzekła. ─ Do widzenia, panienko. ─ Do widzenia. Odłożyła słuchawkę na miejsce. Spojrzała na kalendarzyk. Nie potrzebowała wpisywać tam umówionego spotkania. Była pewna, że zapamięta.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 27.08.2013r.

1     

Terila Redaktor 02 09 2013 (22:06:59)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj,
podoba mi się, że wciąż kreślisz obraz, okoliczności, że wplatasz w to zdarzenia, ale nadal nie wiadomo, o co chodzi z tym medalionem. Cieszę się, że rozbudowałeś motyw tej taksówki, na którą James wciąż poluje - dodaje to intrygi, podsyca płomień.
O ile samo morderstwo przylega bardzo do rzeczywistości, o tyle motyw z taksówką jest niecodzienny. Nie będzie to czysto-schematyczny kryminał. Widać, że prowadzisz tę historię po swojemu, w sobie znanym kierunku.

Wciąż bazujesz na napięciu, ale nie jest ono przesadzone tak, by czytelnik się zestresował.

James zlustrował ją wzrokiem. Poczuł nagły impuls bycia uprzejmym.
- uwielbiam Cię za to. To jest tak typowo męskie, że mógł to wymyślić tylko mężczyzna. Uważam to za wielki atut. Ciekawa, autentyczna perspektywa. ;)

Chcę Cię również pochwalić za ukazanie prawdziwego oblicza Rowe'ego. Jestem pod wrażeniem. Bohater przeciągał z ujawnieniem się, a gdy to zrobił, to poleciał po całości - było to naturalne, jak i reakcja Terry'ego. Poza tym, raz w życiu miałam do czynienia z objawem szaleństwa, czułam się dokładnie tak samo jak Terry.

Parę nieścisłości strony technicznej:
właśnie stąd był to odczucie.

Larry porozumiewawczo głową.
:D
Jeszcze przed godziną odbyła rozmowę z Jamesem Haimovichem, które okazało się totalną stratą czasu


Zabrakło mi przecinka:
Widział (,)jak skulony młodzieniec zaczyna płakać jak mała dziewczynka.
+ powtórzenie.
dlaczego zabiłeś swoją dziewczynę, Rowe (,) i chcę to usłyszeć z twoich ust.


To wszystko na dziś. Dziękuję za uwagę i za to, że mogłam tu zajrzeć. :D
Pozdrawiam!

civilizacja Redaktor 02 09 2013 (22:19:53)
Wiem, że tytuł kojarzy się raczej z częścią biżuterii, ale nie miałem innego pomysłu. Medalion jest również elementem nowojorskich taksówek, natomiast odniesienia do niego będą w późniejszych rozdziałach :D

Terila Redaktor 02 09 2013 (22:27:50)
Co do tytułu, to początkowo, faktycznie, tak się kojarzy - z biżuterią - ale jeżeli zrozumie się, że chodzi o element nowojorskiej taksówki, to wypada to lepiej. Ja się domyśliłam, co to jest, zanim mi powiedziałeś! ;)

civilizacja Redaktor 02 09 2013 (22:33:45)
napisałaś, że 'nie wiadomo o co chodzi', myślałem że potrzebujesz oświecenia :DD

Terila Redaktor 02 09 2013 (22:36:18)
Hah, nie, źle mnie zrozumiałeś. Chodziło o samo znaczenie medalionu w powieści - części taksówki. ;) i bardzo dobrze, że odniesienie do niego pojawi się w późniejszych rozdziałach. Jestem po prostu ciekawska. :D


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(26): 25 gości i 1 zarejestrowanych: Totek