Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Ślepiec" 30.08.2012
"Pierwszy stopień" 23.05.2013
"I że cię nie opuszczę" 17.05.2013
"Portal cz. I" 05.06.2013
"Portal cz. II" 09.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Medalion cz. I

Jeżeli był na ziemi ktoś o bardziej skomplikowanym życiorysie niż James F. Haimovich, to faktycznie był kimś, kogo warto byłoby poznać. Kiedy powolnym krokiem wlókł się ulicą nowojorskiej dżungli, zatrzaskując za sobą jaskrawożółte drzwi taksówki i odpalał papierosa pomimo strug gęstego deszczu, już z daleka wyglądał na kogoś fascynującego. Wkoło tłum ludzi z gazetami na głowach i czarnymi, żałobnymi parasolami umykał pod najbliższe daszki, a on szedł beztrosko, jakby cała ta zbiorowa histeria nie dotyczyła jego osoby. Szedł dumnie, chociaż przemoknięte włosy przyklejały się do jego twarzy. Zbliżał się, nieznacznie, miarowo, do ogrzewanego wnętrza Mariotta, ale nie wyglądał, jakby miał w nim spędzić noc lub dwie. Nie pasował tam; ostre rysy twarzy kontrastowały z pięknie zdobionym wnętrzem przestronnego lobby. Szedł, dopóki drobiny kropel nie przestały stukać o powierzchnię płaszcza. Zatrzymał się. Kiedy wzrok bagażowego chłopca padł na jego ubranie, zupełnie niespeszony zaciągnął się papierosem i czekał. Czekał na kolejną taksówkę. Trwało to jakiś czas; czas dłuższy niż śmiałby przypuszczać. Czas przesycony cierpieniem i nienawiścią do świata. Czas równie długi, co agonia i równie bolesny jak śmierć. Czas, w którym utracił to wszystko, co kiedyś kształtowało jego prawdziwe ja; duszę Jamesa Haimovicha, faceta, którego kontur przyszłości kształtował się na wzór miejsca, w którym właśnie stał. Hotel Mariott. Nie więcej niż dziewięć metrów od głównych drzwi i co najmniej cztery od chłopców bagażowych, stanowiących jedyne towarzystwo w jego skomplikowanym życiu. Spędzał je, tułając się po mieście samotnie i nie odzywając się więcej niż wymagała tego sytuacja do grubych taksiarzy w ciemnych beretach, próbujących bezskutecznie nawiązać z nim rozmowę. O kobietach, pieniądzach, polityce... Rzeczach równie bezwartościowych dla niego jak zeszłoroczne liście. Jedynym celem w jego życiu stała się zemsta. Taki był jego los. Jednych wiąże z życiowymi partnerami, innych rzuca w objęcia ponurej vendetty, przygniatając ich winą i nożem u boku. Los bywa nieprzewidywalny, a życie… życie to tylko posłuszny twór jego chorych fantazji. Paczka Mild Seven wydała mu się dziwnie pusta. Nie pamiętał ilości papierosów, które wypalił wcześniej. Prawdę mówiąc, z ostatnich tygodni nie pamiętał w ogóle zbyt wiele. Budził się, jadł i jeździł. Dzień po dniu repertuar nie zmieniał się, był zawsze taki sam: chłodny i wykalkulowany, zupełnie taki jak on sam. Z każdym wdechem tytoniowego dymu stawał się coraz bardziej opanowany. Krople odbijały się od szklanej tafli kałuży. Spojrzał na nią z góry i przyjrzał się sobie. Włosy, które bezładnie zwisały do ramion, jakby nie miały siły utrzymać się przy skórze; w zapadniętych oczodołach straszył wzrok bezdomnego i zagubionego człowieka. Uśmiechnął się krzywo, odsłaniając pożółkłe od papierosów zęby; wiedział, że profil, który naprędce ułożył, wgapiając się w niespokojną toń wody, był bardzo, bardzo trafny. Nadjechała taksówka, potem dwie inne. Potoczył za nimi wzrokiem, przyglądając się numerom medalionów. Nie musiał wyjmować notatek, żeby wiedzieć, że nie pasowały. Fragment numeru ewidencyjnego taksówki stał się dla niego jak obsesyjna myśl, która nie opuszczała jego umysłu za żadną cenę. Palił i myślał. Lubił te momenty. Rześkie powietrze wdzierało się do jego płuc razem z mieszanką nikotyny i wszystkim, czym nafaszerowano papierosa. Jeśli dostanie raka – umrze. Ale czy to byłoby takie złe? Na pewno nie dla Jamesa. Koniuszek papierosa odpadł na ziemię, a łagodna strużka dymu uleciała w powietrze. Wpatrywał się w nią przez moment, w miarę jak unosiła się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu znikła. Mętnym wzrokiem potoczył po ulicy. Znów podjechała taksówka. Sprawdził numery. Była szansa. Szybkim ruchem zgasił papierosa i podszedł do taksówki. Uważnie przypatrywał się taksówkarzowi, kiedy wydawał mu polecenia odnośnie jazdy, ale i tym razem wyglądało, że nie miał szczęścia. Zamówił podwójną whisky z lodem i coś ciepłego do jedzenia, co figurowało w menu pod obszernym hasłem „zupa dnia”. Wszystko było mu jedno, byle rozgrzało jego zziębnięte ciało. Ponownie jego poszukiwania skończyły się fiaskiem, jednak minęło już zbyt wiele czasu, aby się tym przejmował. Nigdy nie wierzył, że stale odnoszone porażki mógł będzie permanentnie ignorować w sposób zupełnie nieskomplikowany i niewymagający wysiłku. James Haimovich po prostu miał to w dupie. Jak bardzo nieskomplikowane może się to wydawać? Siedział samotnie. To też weszło mu w krew. Nigdy nie siadał przy barze, nawet jeśli wpadał tylko na szybkie piwko. Nużyły go rozmowy z tępawymi barmanami. Gdzie się podziali ci wygadani imigranci z Grecji i Włoch, którzy potrafili zająć człowieka może nie intelektualną, ale przynajmniej ciekawą rozmową? Westchnął cicho. Stukot butów na obcasie wywołał u niego zainteresowanie, typowe dla przeciętnego mężczyzny. Kobieta posłała mu prawie niedostrzegalny uśmiech. Jego twarz, choć bardzo chciał aby było inaczej, zachowała resztki urody. Kiedyś wykorzystałby ten uśmiech, potem okazję na rozmowę i drinka, a w konsekwencji – także i ją. Tryb życia jaki niegdyś prowadził przypominał mu o tym, że przecież wciąż był mężczyzną. Tak, był. Ale nie zamierzał podporządkowywać swojego życia właśnie pod tę wiadomość. Miał przecież żonę, choć byli w separacji i nie odzywał się do niej już zbyt długo, żeby mógł to pamiętać. Jedynym celem dla niego stało się dorwanie faceta, który był za to odpowiedzialny. Wyjął z portfela zdjęcie ślicznej, dziewiętnastoletniej dziewczyny. Nigdy nie przejawiała w swoim zachowaniu wystarczająco rozsądku, pomyślał, ale nie zasługiwała na to, co ją spotkało. Była jeszcze młoda i głupia i mogła nie wiedzieć wiele o życiu, ale na pewno nigdy nie było dane umrzeć jej w tak młodym wieku. Od czasu jej śmierci poprzysiągł, że dorwie we własne ręce tego, który to zrobił, chociaż miał całkowitą pewność, że to poszukiwania igły w stogu siana. Wiedział jednak, że choćby przeszukiwał każde źdźbło tego stogu, znajdzie tego skurwiela. Choćby miał wygrzebać go z samego piekła, zrobi to. A wtedy nie będzie miał wątpliwości, co się stanie. To było zbyt oczywiste. Myślowy stupor przerwał huk talerza, nieco za mocno postawionego na stole. Kelnerka ze słabym uśmieszkiem przeprosiła go za to i życzyła smacznego. Kiwnął jej głową i zaczął jeść. Czymkolwiek była ta zupa, smakowała nadzwyczaj dobrze. I była ciepła. Nie miał nic ciepłego w ustach od kilku dni. 2 Jillian Carter siedziała za biurkiem, wgapiając się w ekran służbowego komputera. Wiedziała, że do dzisiejszych obowiązków będzie musiała zaliczyć inspekcję w kilku domach, ale nie bardzo jej się ten pomysł podobał. Za oknem deszcz bębnił o dachy i szare płyty chodnikowe, a ciepłe biuro zapewniało jej osłonę przed tym nieprzyjemnym, oziębłym światem. Westchnęła ciężko, kiedy wstała i zaczęła drukować dokumenty, jednocześnie zabierając swój przeciwdeszczowy płaszcz. Zapomniała parasola, będzie więc musiał jej wystarczyć. Jill myślała o rzuceniu roboty. Zawsze nauczona była, że pracę trzeba szanować: ojciec wpajał jej tę wartość przy każdej możliwej okazji i przyjmowała ją z pokorą. Nauczyła się, że kiedy twój staruszek chce przekazać ci jakąś mądrość, należy posłusznie zamknąć dziób i słuchać lub chociaż udawać, że się słucha. Nigdy jednak nie przyrzekała, że kiedykolwiek zastosuje się do jego bogatych rad. Posada w opiece społecznej zaczynała ją nużyć. Była pewna, że jeśli tego nie przerwie, będzie musiała udać się do psychiatry po antydepresanty. Widok tych wszystkich biednych ludzi przyprawiał ją o niemiłe wrażenia w żołądku. Pomimo wyższych celów, jakie przyświecały jej, kiedy podejmowała tę robotę, wiedziała, że nie wytrzyma tego już dłużej. Jej praca i tak nie nosiła nawet znamion tego, co wyobrażała sobie na początku. Miała tego świadomość i dlatego w przyszłym czasie zrobi to: złoży wymówienie i zacznie szukać sobie innej pracy. Wesołej. Nieodpowiedzialnej. Zupełnie błahej jak na jej standardy. Drukarka wypluła papiery, a Jillian uśmiechnęła się lekko. Tak właśnie zrobi. Pójdzie do tego kutasa i rzuci mu nim w twarz. Miała już dość pomagać wszystkim kobietom, które przychodziły do niej po poradę, mając świadomość, że sama daje sobą pomiatać. Nie potrzebowała tak desperacko pieniędzy, aby dłużej to tolerować. Uważała, że czas, jaki tutaj spędziła, był wystarczająco długi, aby móc w końcu przyznać, że szacunek do wykonywanej pracy nie jest priorytetem w robieniu kariery. Uważała, że to jednak szacunek do samej siebie będzie na pierwszym miejscu w tej skomplikowanej hierarchii. Poprawiła włosy i w maleńkim lusterku pomalowała usta czerwoną szminką. Obcisła garsonka doskonale podkreślała jej kobiece krągłości, podobnie jak ciemna spódnica do kolan i brązowe szpilki. Wzrok szefa sugerował, że ubiera się faktycznie nieźle. I była szczęśliwa z tego powodu. Zasada numer dwa: ubieraj się elegancko do pracy. Nie zamierzała jej zaniedbać i tym razem. Kiedy przyjechała pod wyznaczony adres, zrozumiała, że mogła jednak odpuścić sobie kodeks swojego ojca. Wysiadłszy ze swojego wozu i obejrzawszy maleńki domek aż po sam fundament doszła do wniosku, że kiedy wejdzie do środka, zbłaźni się. Była nie z tego świata. Dom rozsypywał się, a nieuprzątnięte podwórko sprawiało wrażenie, że chałupa jest w ogóle niezamieszkana. Dziurawy płot dopełniał mizerny obraz tej sytuacji, a Jillian stała na zewnątrz, zastanawiając się, co zastanie w środku. Nie oczekiwała wiele. Szybko przekonała się, że była to dobra strategia. Podeszła do drzwi, z których biała farba odpadała podłużnymi płatami. Jezu, to jest nasza kochana Ameryka, pomyślała. Właśnie wróciła z komfortowego biurowca, aby teraz wejść tutaj. Starała się jednak być profesjonalna. Dzwonek przedstawiał się bardzo niezdrowo, więc zapukała głośno trzy razy. Drzwi otworzyły się po chwili. Kobieta, która stała w progu z dwoma maluchami w rękach, nazywała się Nenita Castillo. Miała piątkę małych dzieci, a ich ojciec prał ją co najmniej raz w tygodniu. Mogła podziękować Bogu za ciemny odcień skóry. Dzięki niej siniaki wyglądały prawie łagodnie. ─ Dzień dobry ─ powiedziała Jill. Kobieta kiwnęła jej głową, nerwowo rozglądając się wzrokiem. ─ Czy mogę wejść? Neni przygryzła wargę. ─ No, nie wiem ─ powiedziała po chwili. ─ Mąż może być lada chwila. ─ To zajmie parę minut, pani Castillo. Bardzo panią proszę, mąż nie dowie się o niczym. Nie wyglądała na przekonaną, ale zawołała starszą córkę do opieki nad dziećmi. Cherry miała piętnaście lat, podobne blizny na ciele jak matka i wygląd równie przestraszony, co Neni. Wzięła jednak dzieci na ręce i kiwnęła Jill na dzień dobry. Dobrych manier nigdy za wiele. Kiedy usiadła na zapadającej się sofie, wyjęła teczkę z papierami i otworzyła ją na stoliku do kawy. Był stary i podniszczony, ale wyglądał raczej solidnie. ─ A więc, pani Castillo ─ zaczęła ─ mój przełożony naciska na mnie, abym zamknęła pani sprawę. To już prawie półtora roku i nie widzi w niej żadnych postępów. ─ Pani też tak uważa? ─ zagadnęła ją Neni. ─ Ja? Nic podobnego. Jednak moja opinia nie ma tutaj żadnego zdarzenia. Musi pani w końcu podjąć decyzję i zeznawać przed sądem przeciwko swojemu mężowi… Pokręciła gwałtownie głową. ─ Nie mogę tego zrobić. On mnie zabije! ─ Nie stanie się pani żadna krzywda, pani Castillo. Ochronimy panią do czasu procesu. Dostanie zakaz zbliżania się do pani i dzieciaków. A w jego trakcie i tak będzie siedział w areszcie. Wystarczą pani zeznania, aby zamknąć tę sprawę. Neni trzęsła się bardziej niż w czasie poprzednich wizyt. Widziała ją już kilkanaście razy. Chociaż na początku była bardzo nieufna, teraz zdawała się odzyskać resztki odwagi i wpuścić ją do swojego domu. Najwyraźniej Jose nigdy nie dowiedział się, że żona spiskuje za jego plecami. Neni to wystarczyło, aby jej uwierzyć. Jillian była rada, że nie musiała przekonywać jej więcej czasu niż było to konieczne. Jednak sprawa pani Castillo, podobnie jak sprawy tysiąca innych matek, docierały zwykle do tego samego, beznadziejnego miejsca, w którym przerażone kobiety musiały podjąć decyzję. Jill wiedziała, że większość z nich nigdy nie odważy się na taki ruch i prędzej czy później wylądują w szpitalu albo wbiją czterocalowy nóż do mięsa w pierś męża, kiedy utnie sobie poobiednią drzemkę. Były zbyt słabe, aby przerwać to wcześniej. ─ Muszę się zastanowić. ─ Oczywiście ─ rzekła Jillian i spakowała dokumenty. ─ Ale proszę, niech się pani namyśli bardzo dokładnie. Niech pani pomyśli o swoich dzieciach ─ wskazała głową na ościeżnicę drzwi, gdzie wystawały zza niej głowy dzieciaków. Miały puste, błagające oczy. ─ Niech pani sobie odpowie na pytanie, czy chce pani ciągnąć ten koszmar w nieskończoność. Proszę panią o to z całego serca nie jako urzędniczka, ale jako kobieta. Jillian wstała i podała kobiecie rękę. Nenita uścisnęła ją niepewnie i ze łzami w oczach odprowadziła do drzwi. Kiedy Jill odchodziła do samochodu, Neni rzuciła w jej stronę: ─ Nie ma pani pojęcia, jakie to dla mnie trudne. Odwróciła się. ─ Ojciec zawsze mówił, że rzeczy trudne mogą przynieść najwięcej pożytku. Radzę to pani wziąć do serca, pani Castillo. Weszła do samochodu i odjechała. 3 Morderstwa w Wielkim Jabłku były rzeczą tak powszednią, że nie robiły już na nikim większego wrażenia. Może na młodych, jeszcze nie obytych w tym fachu… Ale na pewno nie dla Terry’ego Sterna. Kubek kawy po ujrzeniu trupa dobrze mu robił, owszem, co zatem przeczyło, że podobny widok nie wpływał na niego w żadnym stopniu, jednak nie był to stopień tak wielki, aby się nim przesadnie przejmował. Witał go raczej jak profesjonalista. Cóż, takie ryzyko podejmujesz, kiedy decydujesz się na karierę gliny. Terry stał, pozwalając technikom na czynienie swej powinności. Uwijali się jak w ukropie, a on tymczasem odpływał myślami w zupełnie inne dziedziny życia. Może równie istotne, ale na pewno nietaktowne w obliczu faktu, jakim było następne zabójstwo. W głębi duszy cieszył się, że nie ma tutaj płaczącej wdowy. Nienawidził płaczących wdów. Sprawiały, że jego profesja stawała się o wiele cięższa niż była w rzeczywistości. Stał oparty o barierkę, wgapiając się w oddalone od niego wody. Martwa kobieta kilka metrów za nim, samotna żaglówka kilka mil przed nim. Wystarczyło, aby go rozproszyć. Terry odwrócił się jednak gwałtownie i spojrzał na martwą kobietę. Miała rude włosy. Ich kolor mieszał się z aureolą krwi, którą miała przy głowie. Wszedł do mieszkania i spojrzał na fotografie. Było ich sporo: większość przedstawiała jej rodziców i chłopaka. Dziewięćdziesiąt procent morderstw to wina tych uśmiechniętych twarzy z niesfornym zarostem. Zdrada, oddalenie, separacja. Powodów było wiele, ale rezultat – ten sam. Schematyczni zabójcy powodowali, że Terry zaczynał się lekko już nudzić. ─ Uderzenie tępym narzędziem w głowę – powiedział jeden z mężczyzn, którzy pochylali się nad zwłokami. Inni chodzili to tu, to tam, zostawiając jaskrawe, żółte znaczniki i zbierając niektóre przedmioty do plastikowych toreb. ─ Prawdopodobnie załatwił ją tym. ─ Podniósł rozbitą doniczkę, na której figurowały ślady krwi. Może kazała mu je podlewać. Idiota. Gdyby był mordercą nigdy nie zostawiłby narzędzia zbrodni na jej miejscu. Czyli amator. Fakty składały się na ckliwą historię, którą w oparach łez, siedząc na metalowym krześle komisariatu, w końcu opowie ten gówniarz. Spojrzał na ramkę ze zdjęciem. Najwyżej dwadzieścia pięć lat. Pokręcił głową. Dzięki Bogu za głupich zabójców. W więzieniu nie ma wiele okazji na reprodukcję. ─ Dobrze ─ powiedział, sącząc z kubka łyk kawy. ─ Zapakuj to w osobną torbę i oznacz numerem. Nie chcę mieć znowu bałaganu w dowodach. ─ Się robi, panie sierżancie. Kiwnął głową i odszedł. ─ Riggins! Zebrałeś wywiad od sąsiadów? ─ zagadnął czarnoskórego detektywa z nosem przy notesie. Stał w bezruchu przy barierce. ─ Tak, sir ─ powiedział. Był jeszcze młody, niedawno awansował z obyczajówki. ─ Sąsiedzi usłyszeli krzyki i odgłosy tłuczenia naczyń, prawdopodobnie tej doniczki, o której wspominał Crockett, ale nikt nie pofatygował się, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. ─ Oczywiście, że nie – powiedział kąśliwie Terry. To było typowe dla ludzi z tych okolic. ─ Kto znalazł ciało? ─ Nelly Robertson, ale już ją przesłuchaliśmy. Nie było sensu trzymać jej dłużej, więc po prostu pozwoliliśmy jej odejść. Drzwi były otwarte, kiedy przechodziła, więc weszła, aby zobaczyć, co się stało. Ale panna Barnes leżała już martwa. Zawiadomiła policję, posługując się własnym telefonem. ─ Rozumiem. Była zaręczona? ─ Miała chłopaka, ale sąsiedzi nie wiedzą, jak się nazywał. Mieszkał u niej i wyglądał na nieco szemranego typa. Często kłócili się nieco za głośno, aby potraktować to jako zwykłe sprzeczki. Jedna z sąsiadek mówiła, że poważnie wahała się pewnego wieczoru, aby wykręcić dziewięćset jedenaście. Powiedziała, że żałuje, że tego nie zrobiła. ─ Ile ci zajmie ustalenie tego, jak się nazywa? ─ Raczej krótko. Mamy jego zdjęcie. Jeśli nie znajdziemy go w bazie, roześlemy zdjęcie po mieście. Ktoś się do nas zgłosi. To zbyt duże miasto, aby zdołała przemknąć się tutaj niepostrzeżenie. Nie mamy pewności, że zrobił to on, ale póki co będzie podejrzanym numer jeden ─ powiedział. ─ Dziewczynę określili jako sympatyczną i budzącą zaufanie lokatorkę, więc raczej nie może być mowy o innych motywach niż zazdrość. ─It’s always a husband ─ zaśpiewał Stern. Riggins uśmiechnął się porozumiewawczo. ─ Cała prawda. ─ Chce mieć raport na dziś wieczór, rozumiesz, Elbert? ─ Jasna sprawa, szefie ─ powiedział i odszedł w stronę ciała, zostawiając go samego. 4 ─ I rozumie pan, był w cholerę śmieszny, ten mały człeczyna… - ciągnął taksówkarz. Pewnie tak samo jak ty, pomyślał James. Nie znosił takich ludzi. Czy nie rozumieją, że mało rozmowni pasażerowie nie potrzebują ich popieprzonych opowieści? ─ Tak dowcip mi opowiedział… zna pan? Jasne, że pan nie zna, przecież pan jeszcze nie słyszał ─ powiedział, uradowany, że będzie mógł popisać się swoim talentem do opowiadania bajeczek. James zapadł się w fotel, mimowolnie słuchając. Facet wgapiał się w drogę, co dawało Jamesowi wolną przestrzeń do patrzenia się we wszystkie strony i odpowiadając jedynie stłumionymi chrząknięciami, aby podtrzymać jego animusz. Nie chciał go urazić. Taksiarz nie potrzebował lepszego potwierdzenia, że jego pasażer słucha. James miał wrażenie, że celowo wpatruje się w drogę z taką zawziętością, aby nie musiał widzieć znużenia, które przemykało po jego twarzy. Uprzejmość to ciężkie zajęcie, pomyślał James. ─ I ona przechodzi obok tego gówniarza, który klnie na cały regulator, kurwuje tak, że farba odpada i się go pyta, dlaczego to robi, a on jej tylko, żeby usiadła obok niego, to jej powie. Więc siada i mówi jej na ucho, i wtedy ta stara lampucera też zaczyna swoją wiązankę… Kolejny stracony kurs. Nie miał pojęcia, jak to robił, ale przy każdej tego typu przejażdżce, jak już nadmienił – straconej przejażdżce, nigdy nie tracił nadziei. Nadzieja przykleiła się do niego i nie chciała za żadne skarby się odczepić. ─ …no i ten dziadek pyta ją: „cholera, dlaczego tak pani klnie na wszystkie strony?”, a ona mu odpowiada tak jak ten szczyl, żeby usiadł na ławce, to mu powie… Czuł, że taksiarz dochodzi do słownego orgazmu tuż przed tym, jak miał skończyć wątpliwej jakości dowcip. James miał w nosie jaki będzie koniec tej historii. Miał w kieszeni brzytwę z macicy perłowej i poważnie zastanawiał się, czy nie skrócić sobie tej męki jednym szybkim ruchem. ─ …a ona mu na to, że ta ławka była świeżo pomalowana! ─ zarechotał z własnego dowcipu. Śmiał się do rozpuku, a kiedy skończył, spojrzał na Jamesa, oczekując jego reakcji. Zmusił się do uśmiechu i powiedział: ─ Niezły ─ skłamał. ─ A słyszał pan ten? Opowiedział świński dowcip, który usłyszał kiedyś w barze. Taksiarzowi to wystarczyło, aby znów zacząć się śmiać. Na razie miał go z głowy. Będzie się śmiał przez te kilka minut, aż może w końcu skurwysyn pęknie i będzie po kłopocie. Przynajmniej wyszedłby czysty na wariografie. Wyprostował się na siedzeniu i zapatrzył w okno taksówki. Budynki umykały za nim, jakby były tylko nic nieznaczącym blokiem betonu, przypadkowo umieszczonym na Manhattanie. Miał już dość jazdy na dziś. Chciał pojechać do swojego motelu i posiedzieć chwilę przy piwie. Może trochę pomyśleć. Może poczytać dzisiejszą gazetę. ─ Niech pan skręci ─ polecił James. ─ Zmieniam decyzję. Niech mnie pan zawiezie do motelu. Podał jego nazwę i adres. Taksiarz, wciąż rechocąc, przyjął namiary i wdepnął pedał gazu. Pędzili przez zatłoczone ulice, a James nie powiedział nawet jednego słowa. Słuchał, starając się być wyrozumiałym i wystarczająco uprzejmym, aby nie psuć humoru taksówkarza. Nie było mu to do niczego potrzebne. Po dziesięciu minutach opuścił taksówkę, a swoje kroki skierował w stronę hoteliku. Był niewielki, przydrożny i czasem kręciło się tutaj kilka ciemnych typów, którzy nerwowo pociągając nosami, proponowali mu dobry deal. Dziękował serdecznie i przechodził obok nich. Okolica sprzyjała takiej działalności, ale James nie martwił się o jej reputację: sypiał tutaj i posilał się, kiedy czuł taką konieczność, ale nie posiadał przecież przyjacielskiego psa z którym bawiłby się freesby. Nie miał także dzieci, które musiałby chronić przed zgrają czarnuchów w opuszczonych spodniach, za którymi nierzadko wystawała kolba broni. Uroki Ameryki można spotkać tylko tutaj. Trzeba poznać ją od podszewki. Zapoconej, śmierdzącej podszewki. Minął niewielki parking i powlókł się do swojego pokoju. W połowie drogi usłyszał tupot stóp na chodniku i krzyk: ─ Hej, ty! ─ Z niewiadomych względów właściciel motelu zawsze zwracał się do niego per ty. A przecież wiedział, jak miał na imię. James odwrócił się do niego. ─ Słuchaj, jak długo jeszcze będziesz tutaj mieszkał? Właściciel był grubym Portorykańczykiem, stale napalonym na kłótnię. Był także niesamowicie podejrzliwy, kiedy przyszło mu pobierać opłaty gotówką. James robił to zawsze. Nie miał problemów z używaniem karty, ale tutaj po prostu lubił to robić. Przekazywał forsę osobiście, nie poprzez bankowy terminal, dając temu małemu, grubemu facetowi do zrozumienia, że mają pewną umowę. Te pieniądze mówiły do niego coś w stylu: „pamiętaj, że ta zieleń wypływa z portfela tego gentelmana, grubasie”. Mówią, że zieleń uspokaja. James sądził, że była to prawda. Sens słów, które wypowiedział ten człowiek, dotarła do niego dopiero po chwili, więc nieco spóźniony odparł: ─ Nie wiem. ─ Szykuje mi się dobry klient, a ty stale zajmujesz jeden z pokojów ─ powiedział. Bezczelność takich ludzi nie miała granic. ─ Dobrze wiemy, Benny, że nie nikt u ciebie nie zagrzewa miejsca na dłużej niż tydzień. To ja jestem twoim najlepszym klientem. Myślisz, że zapłacę ci więcej niż ten wyimaginowany klient, abym mógł zachować swój pokój? Benny zmieszał się lekko, ale nieustępliwy wyraz jego twarzy sugerował, że równie dobrze jak wycofać się, może również stanąć z Jamesem w szranki. Posłał mu mordercze spojrzenie. Imigranci są tacy niespokojni, pomyślał. Odwrócił się i zaczął wyciągać klucze od pokoju. ─ Hej, panie ważny! List do pana ─ powiedział. ─ Podałeś adres mojego motelu jako adres do korespondencji? James wzruszył ramionami i wyciągnął z jego grubych paluchów kopertę. Kiedy wchodził do pokoju, za jego plecami Benny krzyknął: ─ Dlaczego nie znajdziesz sobie mieszkania? ─ Podoba mi się ten pokój ─ odparł krótko i wszedł do środka, zostawiając mężczyznę na parkingu z nieco zdezorientowanym spojrzeniem. James szybko zrozumiał, że to drzemiące poczucie własności musiało wkurzyć tego człowieka. Motel zawsze był jego i tylko jego i nie mógł zrozumieć, dlaczego podawał adres jego posesji jako adres kontaktowy. Ci ludzie z prowincji… Przywiązanie do własnej ziemi jest jak oznaka honoru. James położył klucze na stoliku i rozerwał kopertę. Spojrzał na kawałek papieru, który wypadł z jej wnętrza. Było to wezwanie do stawienia się do biura opieki społecznej. Prychnął z pogardą. Do wezwania dołączona była również krótka notka. Przeczytał ją. „Szanowny Panie Haimovich, Przypominamy o stawieniu się w biurze opieki społecznej w dniu 16 kwietnia bieżącego roku, w celu omówienia z Panem strategii pomocy, którą w obecnej chwili możemy Panu zaoferować. Zostaliśmy poinformowani o Pana sytuacji i pragniemy służyć Panu najlepiej jak możemy. Z poważaniem, Jillian Carter” James instynktownie przedarł list na kawałki. Zamierzał stawić się w opiece społecznej, ale nie zamierzał im udowadniać, że nie jest bezdomny. Faktycznie, adres, którym się posługiwał może nie był jego, ale nie uważał, że powinni interesować się jego sytuacją materialną czy osobistą. „Zostaliśmy poinformowani”. Zastanawiał się przez kogo. Może gruby Portorykańczyk w końcu chciał się go pozbyć? Nie, raczej nie. Benny może był chodzącą baryłką tłuszczu i wyjątkowym wrzodem na dupie, kiedy chciał, ale pomimo swej wrodzonej opryskliwości nie miał zamiaru tracić klienta. Napewno nie. Bez Jamesa musiałby zwinąć interes w przeciągu pół roku i powrócić do najmowania pokojów paczce starych kurew, które kręciły się po okolicy. Benny musiał cieszyć się z takiego lokatora. Czy mu się to podobało czy nie. Domniemana informacja o bezdomności pewnie pochodziła od Pam. Jeśli nawet nie kontaktowała się z nim od przeszło dwóch lat, to na pewno obchodziła ją jego sytuacja. Mimowolnie, bo Pam bywała okropną wariatką. Ale, pomimo rozstania i całej tej ignorancji, nigdy jej nie znienawidził. James nie miał w zwyczaju grzebania znajomości bez względu na to, jakie w rzeczywistości musiały się wydawać. Obiecał sobie, że szesnastego kwietnia pojedzie do opieki społecznej. Nie widział potrzeby bycia podobnym kretynem jak gruby Benny i sprawiać wszystkim naokoło problemów. Urzędnik też człowiek. Skoro i tak będzie musiał odbyć kilka kursów, przynajmniej uczyni coś prospołecznego. W końcu starali się zrobić to samo. 5 Jillian posłusznie wykonała serię rozkazów, które wydał jej przełożony i rozsiadła się wygodnie w fotelu, na złożonych nogach trzymając teczkę w kolorze jasnego beżu. Spośród kartek, które znajdowały się w jej wnętrzu, Jill zręcznym ruchem wyłuskała jedną i wodząc oczami od prawej do lewej przeczytała krótki dokument w przeciągu kilku chwil. Przestudiowała również resztę dokumentów oraz notatki, jakie zrobiła w czasie poprzedniej telefonicznej rozmowy. ─ Dwa i pół roku ─ mruknęła do siebie. ─ Chryste. Co mogła jednak zrobić w obliczu bolesnych faktów? W Nowym Jorku zarejestrowanych bezdomnych figurowało ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Dokładnie – ludzi, nie nazwisk. Powiedzmy sobie szczerze, że jeśli nie musisz płacić rachunków za prąd, czynszu za mieszkanie i posiadać imiennej karty kredytowej, to nie musisz także posiadać tożsamości. Zresztą, w Nowym Jorku i tak człowiek nie może jej posiadać. Mówią, że to dżungla. A w dżungli zwierzęta nie mają tabliczek z rejestracją. Nawet spis gatunków uchodzi za pobieżny. Jillian dostała ten telefon już dawno i zastosowała się do instrukcji kobiety. Przedstawiła się jako Pamela. Kazała jej sprawdzić, czy jej nieformalny eksmąż ma dach nad głową i ciepły posiłek każdego dnia. Powiedziała, że jego stan psychiczny pogorszył się od czasu, kiedy młodsza siostra została znaleziona martwa w jednym z tych miejsc bez tożsamości i bardzo się o niego boi. Otworzyła archiwum miejscowej gazety i szybko znalazła odpowiedni egzemplarz. Ściągnęła go na komputer i szybko wczytała się w jego treść. Afery polityczne pominęła, tak jak wyniki siódmej gonitwy konnej i ostatniej kolejki NBA. Wzmianka o śmierci dziewczyny była krótka, podobnie jak wszystkie tego typu od czasu JFK w sześćdziesiątym trzecim, czego jednak nie mogła pamiętać. Zagłębiła się w artykuł, po czym pobrała następny, gdzie tym razem widniała informacja o zamknięciu sprawy. „Niewystarczający materiał dowodowy”. Prychnęła głośno. A moim zdaniem policyjna fuszerka, pomyślała. Telefon od Pam dostała już przeszło dwa tygodnie temu, ale nie miała czasu, aby przyjrzeć się tej sprawie baczniej. Im zaś głębiej w nią wnikała, tym bardziej fascynujący się ten przypadek wydawał. Pam powiedziała, że jej chłopak prawie zwariował i porzucił swoją pracę i dotychczasowe życie, aby móc ścigać zabójców swojej siostry. Dwa i pół roku polowań odcisnęło piętno na jego życiu. Nie miał mieszkania, nie posiadał samochodu ani pracy. Trwał w złudzeniu, że sprawiedliwości stanie się zadość, ale nikt przecież nie powiedział, że życie jest fair. Tak naprawdę jest zupełnie odwrotnie. Jill wysłała list do Jamesa Haimovicha i wezwała go na spotkanie. Nie wiedziała nawet, czy była upoważniona do czegoś takiego. Możesz wzywać do spłaty zobowiązań i zaległych rachunków, które piętrzą się w niedomkniętym sekretarzyku, ale czy możesz zmusić dorosłego faceta, aby przyszedł po pomoc, jeśli o takową nie prosił? Przypuszczała, że nie, jednak nie miała wielkiego wyboru. Powiedziała sobie, że jeśli szesnastego kwietnia nie zjawi się u niej w biurze, wtedy odpuści. Jeśli Pam zadzwoni jeszcze raz, chcą c nowych informacji, powie jej, że była bezsilna. Może odwiedzi go w motelu, jeśli znajdzie na to czas. Ale nie chciała się narzucać. Odkąd skończyła trzynaście lat i po raz pierwszy poczuła zapach śmierci stojąc nad trumną swojej matki, zrozumiała, że tragedię trzeba odchorować i każdemu zabiera to mniej lub więcej czasu. Znała to z autopsji. Choć może to nie jest odpowiednie słowo w takim momencie. Zdecydowała, że jeśli James zjawi się we wskazanym terminie lub kiedykolwiek indziej, porozmawia z nim na temat tego, co przeszedł. Wiedziała, że nie jest psychologiem ani psychiatrą, ale także starała się mu pomóc. Zamierzała dowiedzieć się również, jak wygląda jego sytuacja materialna. Jeśli skończyły mu się pieniądze, mogła przecież załatwić mu zasiłek. Zamknęła artykuły i wyłączyła komputer, po czym pogrążyła się w koszmarnie beznadziejnej, papierkowej robocie.



        Dedykacja: Tytuł roboczy

Płeć: mężczyzna
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 23.08.2013r.

1     

Terila Redaktor 02 09 2013 (21:13:06)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj,
bardzo długo zabrało mi zabranie się do oceny Twojego tekstu. Z góry przepraszam.

Początkowo biłam się w pierś i zastanawiałam, dlaczego, dlaczego nie podzieliłeś tego na krótsze części? Gdy dotarłam do końca, zrozumiałam. Jeżeli tekst zostałby ucięty wcześniej, wrażenie, które wywiera na czytelniku koniec, uciekłoby.
Cały tekst pokazuje ładną pracę i zgrabny ( choć rozległy objętościowo ) zabieg. Przedstawiasz nam odrębnie dwie postacie, pod koniec aranżując ich spotkanie. Jest to element zaskoczenia. Powiązałeś tę dwójkę - z tak różnych środowisk ( mogłoby się wydawać ) - bardzo subtelnie i naturalnie.
Bardzo wnikliwie, obrazowo przedstawiłeś podejście do świata tych dwóch bohaterów, dlatego ich spotkanie powinno być czymś naprawdę ciekawym.

Bardzo podobają mi się wszystkie najmniejsze szczegóły, które wprowadziłeś do swojego świata - są kreatywne, ciekawe, ludzkie, życiowe, niekiedy przewidywalne, ale to nie przeszkadza.

Zauważyłam u Ciebie coś nowego:
Znała to z autopsji. Choć może to nie jest odpowiednie słowo w takim momencie.
- Sam się tutaj "poprawiłeś", ale wyszło to tak zgrabnie, że bardziej przypomina przypomnienie czytelnikowi o właściwym znaczeniu słowa "autopsja", niż tłumaczenie się ze swojego błędu. Na plus.

Chciałabym Cię pochwalić za:
jego prawdziwe ja; duszę Jamesa Haimovicha, faceta, którego
- potrafisz poruszyć wyobraźnię i połączyć aspekty duchowości ze zwykłym człowiekiem, co dodaje narracji szczerości, autentyczności, przypomina, że tekst mówi również o zwykłych ludziach.

Jeżeli chodzi o kawał z ławką... nie wiem czy to wstyd, ale ja się śmiałam. :D

To, do czego mogłabym się przyczepić... dość często pojawił się w tym fragmencie zaimek "jej". Ja wiem, że tekst jest długi, ale czasem bywa tak, że pewne słowo ( podświadomie ) przylepi się do nas - jakby automatycznie, mechanicznie powtarzamy je, co jakiś czas - a w niektórych przypadkach można by obejść ten wyraz i użyć jakiś inny. Tak Ci tylko zaznaczam, nie uważam, że to błąd. Przekonam się w kolejnej części, czy po prostu nie robi się u Ciebie z tego nawyk. ;)

Było parę literówek, i zabrakło przecinków w miejscach, w których wiesz, że powinny się znaleźć, ale poprawię to. Te błędy wyglądają, jakby wynikały bardziej z roztargnienia, bo również wiem, że dbasz o jakość swoich prac, jak to napisała Nowokaina. ;)

Pozdrawiam.

civilizacja Redaktor 02 09 2013 (21:18:40)
Spoko, żaden wstyd z tym kawałem :D sprawdzam tekst zawsze przed wrzuceniem na portal, ale czasem coś przeoczę, więc dzięki za naniesione poprawki.
Z tymi zaimkami też staram się ograniczać, ale czasem mózg się wyłącza, a palce piszą dalej. Wybacz :D
Dzięki za ocenę :D

Terila Redaktor 02 09 2013 (21:22:27)
Hah, luz, luz. Jesteśmy tylko ludźmi, i tak o wielu rzeczach pamiętałeś, dlatego te drobne błędy kosmetyczne odpuszczam Ci w niepamięć. Chcę, żebyś po prostu wiedział. ;)

Nowokaina Użytkownik wpmt 23 08 2013 (12:42:32)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj

Zarówno w przypadku prozy Kinga czy Marqueza, jak i obecnie Twojej, za każdym razem czuję się zniechęcona gdy widzę tyle opisów umieszczonych w tak średniej długości tekście. Jednak moja niechęć ulatnia się, kiedy zaczynam czytać. Powoli stajesz się naprawdę dobry w opowieściach o swoich bohaterach.
Zdajesz się doskonale rozumieć na czym polega praca pisarza. Zajmujesz się stroną techniczną, starasz się, aby Twój tekst był jak najlepszy. I wydaje mi się, że osiągnięcie takiego efektu nie jest dla Ciebie niczym trudnym, ponieważ taki posiadasz styl. Chcesz by wszystko było "perfect".
Zwykle ciężko jest pisać o wrażeniach po pierwszym rozdziale. Z czasem będzie można naskrobać coś więcej. Na chwilę obecną koncentrujesz się na rozkręceniu historii i na wciągnięciu w nią czytelnika. To jest jak najbardziej dobry zabieg, choć myślałam, że może pokusisz się o małe podkręcenie na początku jak w filmach Hitchcocka.
Odnoszę również wrażenie, że pisząc o Jamesie, Twoim zadaniem jest zrobienie z niego typowego outsidera. W jakimś stopniu to działa, ale mimo wszystko polubiłam go, aczkolwiek nie wiem, czy to dobre określenie. I ponownie, najmniej zainteresowałam się postacią kobiety.

Na chwilę obecną piątka z plusem, ponieważ liczyłam na "pierwsze zaskoczenie".
Pozdrawiam


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(25): 25 gości i 0 zarejestrowanych: