warto go przeczytać
Było źle, z dnia na dzień coraz gorzej, ale nie umiałem myśleć o Marlen. W mojej głowie byłem tylko ja i ja. Pomału miałem dość obsesyjnego rozwodzenia się nad właściwością swoich wyborów.
- Po co głupku w ogóle musiałeś dać się przyczepić małej, nie masz teraz czasu, non stop gdzieś wychodzisz i po cholerę? Po co Ci to wszystko? - nie uciekałem przed tym i coraz częściej widywałem się z małą.
To głupie i jakże ainstynktowne, gdy myśli toczą wojnę z czynami. Tak naprawdę wiedziałem o co chodzi, ale nie chciałem, nie potrafiłem się przyznać, do tego co mnie gryzło. Ciężko jest w to uwierzyć i sam czasami wątpię w tą teorię, ale chyba chodziło o przywiązanie.
Mała była słabsza z dnia na dzień. Wypalała się. To dużo lepsze, niż w bólu, za jednym podmuchem, zgasnąć. Była spokojna, ja byłem spokojny, Pan Bóg pewnie też był, ale Asia płakała. Dużo płakała. Obce dziecko, co kogo może to obchodzić, a jednak. Gdy nasz Pan miłosierny, lepił nas z gliny, coś musiał spieprzyć. Nie ma się co dziwić. Nie wiem jak wy, ale ja nigdy za pierwszym razem, w żadnej próbie tworzenia, nie byłem perfekcyjny.
Wieczorami piłem dużo wina i wysyłałem swoje myśli, z dala od tego, co nieuniknione. Dawno tego nie robiłem. Uciekałem od życia pragnąc wolności. Człowiek jest skrępowany na setkach poziomów i tak naprawdę totalitaryzm jest tylko pojedynczym węzłem. Mamy przez sumienie ograniczoną wolną wolę, a gdy już to jarzmo zrzucimy, wciąż jest niewola konieczności podjęcia jakiegoś kroku. Uciekałem w bierność, ale tam nigdy człowiek do końca nie może dobiec. Trzyma nas życie. Na końcu tej szaleńczej pogoni jest więzienie wcześniej podjętej decyzji, gdy pragniemy ujrzeć błękit nieba, znów jesteśmy na początku drogi.
Kiedyś, chciałem być, jak Ryśka autsajder. Nie koniecznie mieć kasę, nie koniecznie wódę, ale nigdy się nie zmieniać. Z tamtej piosenki pozostało tylko co kto robił, jego rzecz. Tak, to uskuteczniałem z dobrym skutkiem od dawna. Mieć wszystko w dupie za przeproszeniem. Cel wart każdej ceny i wszystko było dobrze, do feralnego spotkania z małą. Przy niej nie można było być nijakim. Człowiek uciekał, a ona jednym, dziecinnym uśmiechem, sprawiała, że było się sobą. Może tylko ja byłem słabym aktorem, ale przy niej nie umiałem grać swojej tragicznej roli, przy niej zbyt łatwo można było się śmiać.
Wspominałem. Niepotrzebnie. Chciałem znów płakać, ale nie umiałem. Była tylko złość i żal, jak od początku. Nie było oczyszczenia, nie było egzorcyzmu. Wszystko siedziało we mnie. Długo zagłuszane obojętnością, z jednym głupim, nic nieznaczącym nie teraz”, kipiało, jak zburzona woda zza pękniętej zapory.
Zebrało się staruszkowi na melancholijne rozważania, ale nigdy nie byłem twardy. Nie powiem, grałem, ale w środku, niestety byłem ciepłe kluchy. Ktoś taki jak ja, powiedziałby wrażliwy, ale to nie była wrażliwość. Czasami cisnąłem tą bajere z romantykiem i poetą, ale ukrywałem pod tym tylko bezgraniczny lęk przed życiem. Już dawno to odkryłem w sobie, ale łatwiej było tego nie zmieniać. Może to alkohol uderzył mi do głowy, że piszę o tym, a może chciałem to powiedzieć. Wtedy łatwiej jest, to tak jakby się dzieliło tego robaka co zżera nas od środka. W kupie zawsze była siła, nawet jak rozum nie tu gdzie trzeba.
- A mogłem jeszcze wyjść na ludzi przy Tobie – westchnąłem i pozwoliłem by wreszcie ten podły dzień się dla mnie skończył.
Rano, jak zawsze tego dnia, poszedłem na cmentarz. Wziąłem małą i choć to pewnie absurdalne i złe, zapragnąłem wraz z nią przeżyć ta pielgrzymkę. To nie było wyjście tylko na groby. To było znacznie coś więcej. Kilka chwil kiedy przypominałem sobie, jak wygląda niebo. Kilka minut, gdy marzyłem usłyszeć jej głos. Ten szum wiatru, na który pragnąłem rzucić cichy, uczuć szept. Wtedy była moja dusza i jedno wspomnienie w granicie wyryte.
Mała była ospała, małomówna i blada. Bardzo blada, jakby zrobiona z mleka. Gdy stanęliśmy przed bramą szepnęła.
- Mój nowy dom...
Udałem, że nie słyszę, to było łatwiejsze, a nie miałem obowiązku nic mówić. Zresztą, kto taki obowiązek mógłby na mnie nałożyć? Wiem Boże, że patrzysz i czuwasz nad synem marnotrawnym swoim i wiedz, że w chwili trwogi będzie liczył na twe miłosierdzie, ale teraz niebo jest daleko, a pod stopami ludzkie kości.
Wąskimi alejkami, w cieniu świerków, doszliśmy do zwykłej mogiły. Była tak pospolita, obojętna, że idąc do niej zawsze się boję, że ją minę. Znam imiona wszystkich rezydentów wzdłuż ścieżki, a zawsze prześladuje mnie lęk, że pomylę nagrobek, że zatrzymam się z myślą, odczytania jej imienia nad grobem obcej osoby.
Nie padał deszcz, nie było słońca. Pogoda była nijaka jak ten dzień, jak moje samopoczucie, jak polityka naszego rządu. Marlen za to ożywiła się i opierając się o płytę nagrobka odczytała
- Paulina Krystian, 1988-2018, niech jej dusza spoczywa w pokoju – spojrzała z zainteresowaniem na mnie, przeniosła wzrok na nagrobek i doczytała cytat wyryty na krawędzi płyty – Aż napełniona mlecznie, w sen się powoli zapadnie, a czas melodyjnie osiądzie, kaskadą blasku na dnie
- Marlen, poznaj moją narzeczoną – nie chciałem pęknąć, ale w takiej chwili tysiąc gestów, spojrzeń i uśmiechów, zalewało moją duszę, odbierając dech.
Nastała cisza, długa, nieprzyjemna. Nie miałem ochoty jej przerywać. To zabrzmi głupio, ale myślałem i w swej podświadomości rozmawiałem z niedoszłą żoną. Mógłbym tak opowiadać jej godzinami, nie żądając nic w zamian, ale czerń granitu była nie do przyjęcia.
- Masz łzy w oczach – mała patrzyła na mnie z takim życiem i energią jak wtedy w szpitalu, gdy pierwszy raz ją ujrzałem.
- Tęsknię za nią.
- Wiem, ja też za swoimi rodzicami tęskniłam, ale teraz na pewno ich spotkam w niebie i nawet się cieszę na to spotkanie – uścisnęła moją rękę mocniej – Zaopiekujemy się Pauliną za Ciebie – uśmiechnęła się.
- Marlen – klęknąłem, roniąc jakąś jedną zabłąkaną łzę, wziąłem mała w objęcia i mocno przytuliłem.
Słońce nie pojawiło się jak na filmach, kąpiąc nasz uścisk w złocie. Za to niemrawo zaczynał padać deszcz. Najpierw dwie kropelki, potem kolejne trzy i za czym puściłem Marlen, kapuśniaczek przytulił drobne listki drzew, otulił dachy cichym szeptem i było mokro.
Spojrzałem jeszcze raz w błękit oczu na szarym zdjęciu i sił dodawało mi ciepło małej rączki.
- Chodźmy Marlen, zmokniesz i będziesz chora.
- Wiesz Dawid, jak wam było?
- Ja nie byłem księciem z bajki, a ona wyśnioną księżniczką, nie było łzawych scen, romantyki ze stanów. Byłem ja i ona i – głos ugrzązł mi w gardle – kochaliśmy się.
- Powiem jej, że ciągle ją kochasz – znów uśmiechnęła się słodko, naiwnie i niewinnie.
- Mam nadzieję, że o tym wie.
A potem w mieszkaniu, przy winie marzyłem, by Bóg istniał lub bym ja przestał.
Ocena: 4.667
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 18.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(38): 32 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii