warto go przeczytać
Umarła, już nie ma jej wśród nas. Zgasła w Asi ramionach. Chciałem patrzyć, ale nie umiałem. Wieczór był ciepły, gwiazdy paliły się żywo, zbyt bezwstydnie. Tak Boże, znów pokazałeś, kto jest górą. W swej mądrości doświadczasz głupca, który nie udźwignie krzyża, ale powierzam się Twemu sądowi.. w niebie.
Nie miałem ochoty na płacz Asi, nie miałem ochoty jej słuchać i pocieszać. Ruszyłem przed siebie nie myśląc o niczym. Nie lamentowałem po małej. Zrobiłem co trzeba było i nic więcej niech nikt nie wymaga. Ona wierzyła w niebo, umierała spokojnie, nie bolało ją, nie będzie się męczyć na tym świecie, więc czemu ma mi być jej żal?
Kopnąłem w jakiś kamyk, a ten pognał w ciemność parkowych różaneczników. Nocą pogrążać się w ciemność to strasznie ciekawe doświadczenie musi być. Gwiazdy ci odrobinę przyświecają, a tu nagle dostajesz buta i nieba nie ma. Czy ja przejmowałem się losem kamienia? W sumie czemu nie, przecież choć nie rusza go kwestia życia i śmierci, to wciąż pewnie myśli o ciężarze wieczności. Też mi się zebrało na empatię.
Spacerowałem po mieście pełnym wspomnień. Ludzie mówili dobry wieczór, zagadywali, a ja patrzyłem beznamiętnie, jakby nic dla mnie nie znaczyli. Kiedyś przecież jeden za drugiego poszedłby w ogień. Byli mi bliscy. Szkoda, że jeden wypadek zabił dla mnie tyle ważnych istnień. Czasami sobie wyobrażam ten wieczorny spacer, pytając wciąż i wciąż, po co? Było ślisko, nie chciał, a potem mam ten długi, cholernie długi, biały, szpitalny korytarz przed oczyma. Zegara nie było, a jednak wskazówki walą w mojej głowie. Gdy wychodziłem po śmierci Marlen, ten korytarz też był długi, schody tak daleko.
Przy małej czuwali nawet Michał z Kasią.
W mieszkaniu było ciemno, co się dziwić, w końcu była to już noc. Usiadłem na krześle. Miałem ochotę zacząć czytać, ale w mroku nawet książka jest mroczna. Żeby choć samemu, żeby mieć siły, by zobaczyć czyn Raskolnikowa.
- Tak Boże, jestem dziś gotowy poznać Sonię, gotowy jak Raskolnikow zabić – chciałem krzyczeć, a szeptałem.
Nie wiedziałem co się ze mną działo. Nielogiczne, pewnie wątroba wysiadała, a może byłem bliski rozumu postradania. Kogo to jednak może obchodzić. I tak siedziałem na krześle, wpatrzony w książkę, której w ciemności czytać nie mogłem, a potem, gdy jaśniało, po raz kolejny poznałem tytuł i autora, by osunąć się w sen na pierwszej stronie.
Śniło mi się, ciepło. To głupie, a jednak nic nie pamiętałem prócz ciepłej dłoni w mojej. Nawet nie wiem czy to mała, a jednak o poranku jakoś chciałem, by to były jej malutkie palce. Szeptała w mojej głowie, ale niewyraźnie, zbyt odlegle. Miałem kolejnego ducha w swojej głowie i to irracjonalnego, nieuzasadnionego, nielogicznego. Paulina była czym innym, ale smarkula, co tam robiła do cholery. Odeszła. Jest już w niebie albo nie i bez względu na opcję, powinno być jej lepiej, więc czemu tęsknię?
Nie zjadłem śniadania, w sumie pora bardziej była obiadowa. Dość miałem tych czterech ścian. Musiałem iść, to pozwalało myśleć, a teraz na tym mi zależało. Myśleć i nie czuć. Innego wyjścia nie było, a może było, ale znaleźć go nie umiałem. Niegłęboko, ale płytko przeczesać głowę. Wiersze i filmy, książki i piosenki, bohaterowie i ciemne charaktery, ale nic dalej. Chciałem iść, ale nogi same biegły. Nie wybierałem kierunku, a jednak los pokierował mnie nad wodę, gdzie tyle wspomnieniem bielą księżyca i srebrem wody zapisało się w tej głupiej głowie, gdzie nie ma funkcji format.
Potem siedziałem i gdy gwiazdy się zapaliły poszedłem na ćwierć funciaka z serem” do Maca. Tak, los potrafił zawsze hojnie mnie obdarowywać. To było może dziesięć kroków, może dwanaście, gdy naprzeciw mnie pojawiła się Asia. Była smutna, oczy podkrążone, ale nie powinienem jej żałować. Pewnie by tego nie chciała, ja na pewno bym nie chciał. Bez słowa rzuciła się na mnie i mocno tuliła. Nie podobało mi się, po co wchodziła w moją przestrzeń powietrzną? Ja miałem swoje życie, swoją robotę i nijak nie potrzebne mi było babskie szlochanie. Małej nie ma, więc jesteśmy dla siebie obcy, po co udawać? Po co takie sceny? Mimo to, stałem z rękoma bezczynnymi nie mogąc się wyrwać. Cisza i ciepło jej ciała. Chciałem i nie mogłem. W końcu co mi zależało dać tą odrobinę, której pragnęła. Objąłem i mocnej przycisnąłem. Jej serce mocno waliło.
- Dziękuje – szepnąłem bez powodu.
A potem był prolog nowego życia, nowej historii. Jak zwykle w budownictwie kryzys, wolne i łączenie końca z końcem, ale pieniądze nigdy specjalnie ważne nie były. Jak się je miało to się szalało, a jak nie to nie, ot i cała filozofia.
Pogoda była piękna. Słońce przygrzewało, a niebieskie niebo było... niebieskie. Podmuchy powietrza koiły żar niosąc pył zbóż. To był idealny dzień na ślub. Asia pięknie wyglądała w białej sukni z długim trenem. Nie można pominąć też dekoltu, który mimo mojego wieku, bardziej nęcił niż fryzura. Niestety i ja musiałem się odstawić. Kupiłem nawet nowy garnitur, a pantofle tak wypastowałem z nerwów. Wiecie jak to jest, czasami nawet taki cham jak ja, czuje potrzebę wyglądania dobrze. Nie wiem jak doszło do całej tej sytuacji, ale gdy myślę o tym, to wzięła mnie na litość. Przyszła i prosiła, a ja odmawiałem. W końcu wyciągnęła Marlen i się zgodziłem. Kurcze, ale czemu ten krawat musi mnie zawsze dusić. Ciekawe czy jego twórca go nosił. Szczerzę to bardzo wątpię, podejrzewać można, że kiedyś był to przyrząd tortur, ale czasy się zmieniają, a może nie i teraz po prostu zmienił się kat – kobieta?
Kawalera osobiście nie bardzo lubiłem, może przez zazdrość, a może przez to, że był to burak. Tak, miłość kwitła i chciałoby się mieć nadzieję, że udźwigną ciężar przysiąg, które rzadko coś znaczą, a które zawsze się składa. To przykre, gdy dziewczyna przychodziła mnie zanudzać swoimi sukcesami, bo ukochany nie miał czasu. Wielka miłość kwitła, to pewne.
Stałem za świadka, patrząc na młodego księdza, który pewnie wierzył w to, co mówił. Chyba nawet zgadzałem się z kazaniem, a to rzadko się zdarzało. Cóż, dzień z Asią w tle zawsze musiał mnie zadziwić. Organista pięknie grał, kwiaty super wyglądały i w ogóle to zajebiście było. Trochę żal tylko, że... W tak radosny dzień nie wypada się smucić, więc niech będzie bez żali.
- Życzę wam spełnienia marzeń, zdrowia, kasy i szczęścia. Asiu trzymaj krótko lowelasa, a Ty nie bądź pantofel. – Uścisków nie było.
Na wesele nie zostałem, wróciłem śpiewnym krokiem nucąc jakąś piosenkę Doorsów.
Lato to piękna pora roku, człowiekowi chce się uśmiechać, nawet wtedy kiedy wraca do pustego mieszkania. Wróć, mieszkanie wcale puste nie było. Cierpliwie i z dużą dozą wyrozumiałości czekało na mnie dobre winko, no i nieszczęsny Dostojewski, ale to chyba nie był dobry dzień na zbrodnie i kary.
W ciemnej uliczce, pod blokiem, siedział jakiś koleś. Oczy podkrążone, brudne ubranie i dłonie latające jak przy Parkinsonie. Pewnie ćpun jakiś. Przyśpieszyłem kroku, nie bardzo miałem ochotę z nim gadać i naprawdę nie wiem co mnie powstrzymało. Chłopak był młody i może dlatego nie umiałem przechodzić obojętnie, może dlatego, że bałem się, że zdechnie sam w tym miejscu, jak pies. Ludzie nie powinni ginąć jak psy.
- Masz ochotę na kawę? – uklęknąłem obok niego
- ... – uśmiechnął się i kiwnął głową
- Wstawaj chłopie.– wziąłem go pod bok i poprowadziłem.
Dzięki ci Boże, za twe bezgraniczne zrozumienie...
Koniec
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 22.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 33 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii