warto go przeczytać
Pewnego razu za górami, za lasami wracałem z cmentarza.
Lubię wiosnę. Po nudnej i bezsensownej zimie, gdzie tylko marznę wreszcie można odetchnąć ciepłym, pachnącym powietrzem. Na początku zieleń, a potem pierwsze pąki i kwiaty miło mnie do życia nastrajają. Ma się ochotę wyjść z kumplami, pograć w piłę, a potem przy piwku powspominać lata szkolne.
Wracałem jednak z cmentarza i cała ta masakrycznie piękna pogoda mnie nie cieszyła. Byłem zły jak zawsze po tych odwiedzinach, a na dodatek złego, kolana znów mnie bolały. Nigdy jedna bieda nie dogodzi. Użalając się nad sobą myślałem nad planami jakie miałem na ten dzień. Wiedziałem, że miałem coś zrobić, ale za diabła nie mogłem sobie przypomnieć co. Ojciec zawsze powtarzał, że mam dobrą pamięć, bo krótką. Jak zwykle miał rację. Nie cierpiałem przyznawać mu jej i nie wiem skąd w mojej głowie pojawiły się takie szalone myśli.
Zegarek pokazywał trzecią i uznałem, że na dobry początek warto zjeść śniadanie. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, miałem już dość tych czterech ścian i stosu nic nie znaczących książek. Michał dzisiaj pracował, a Martyna wciąż siedziała za granicą. Chcąc czy nie byłem zmuszony zjeść samotnie licząc, ze w szarym tłumie Macdonalds'a zjawi się ktoś ciekawy, wart uwagi.
Uwielbiałem los, zawsze hojnie potrafił mnie obdarować nudą i beznadzieją. Okropne jedzenie, zero apetytu i wycieczka pierwszaków. Dobrze, że kawa mi podeszła, bo uznałbym, że resztę dnia warto jedynie przespać.
- Przepraszam, ale chcę przejść – odezwałem się do piegowatej pulchnej dziewczynki, która zagradzała wyjście.
Mogłem się spodziewać takiej reakcji w tym pięknym dniu. Mała uśmiechnęła się pokazując dziury po mleczakach i pokazał język plując w około. Świetnie, nawet głupi krawat zaśliniła. Uklęknąłem obok niej, uśmiechnąłem się życzliwie i rzekłem
- Posłuchaj smarkulo. Albo grzecznie się przesuniesz i pozwolisz mi wyjść, albo sprawię, że zęby nigdy Ci nie wyrosną. Będziesz brzydką, grubą i na dodatek szczerbatą brzydulą – na koniec wzmocniłem głos i zgasiłem uśmiech jak za dawnych, internackich lat.
Dziewczynka otwarła szeroko usta i oczy, zaczęła najpierw płakać, a potem płakać i krzyczeć, w końcu uciekła do nauczycielki. Nie sprawiło mi to żadnej przyjemności, ale miałem zły dzień, nie lubiłem dzieci i chciałem jak najszybciej wyjść. Już czułem jak ból głowy, znów będzie mnie całą noc męczyć. Odszedłem szybko nie chcąc wysłuchiwać jaki to okropny jestem i jak tak można postępować z niewinnymi dziećmi.
Na ulicy tłok. Nieznośna zamieć szarych twarzy nic dla mnie nie znaczących. Nie wiedziałem, co się ze mną działo, ale byłem rozstrojony. Poszedłem do parku walcząc z nudą. Jakaś staruszka się od razu przyczepiła prosząc bym kupił jej coś do jedzenia. Nie chciało mi się iść i jakoś nie wierzyłem, że może być naprawdę w potrzebie. Patrzyła tak błagalnie, ale wiedziałem, że jak przyniosę jedzenie to zostanę wyzwany od najgorszych a zakupy i tak wylądują w koszu. Nie wahałem się długo. Wyjąłem ostatnie dziesięć złoty i odszedłem bez słowa. Coś mówiła, ale ja miałem to już za sobą, nie obchodziło mnie w ogóle. Masz i daj mi święty spokój.
Zadzwoniłem po drodze do mamy zapewniając, że wszystko jest w porządku. Obiecałem, że przyjadę w niedzielę, ale nie lubiłem za bardzo tego obowiązku. Z ojcem czasami jeszcze szło porozmawiać, umiał przynajmniej mnie zrozumieć. Matka za to zawsze miała w nosie to co lubiłem, co mnie interesowało no i tak zostało do teraz. Pocieszyłem się tylko tym, że zjem przynajmniej porządny obiad, a takiego rosołku jak moja mama to nikt nie gotował.
Pochodziłem po mieście i wieczorem zjawiłem się nad małym stawikiem po drugiej stronie miasteczka. Włączyłem z telefonu melodię i patrzyłem w gwiazdy.
Wróciłem do mieszkania późno. Coś zjadłem na szybko, wykąpałem się i leżałem w łóżku do rana. Powinienem spać, bo dniówka zapowiadała się niewesoło, ale nie mogłem, zresztą nie pierwszy raz.
- Dzięki Boże, że zesłałeś na mnie bezsenność bym mógł docenić sen – wyszeptałem nie odrywając wzroku od blasku gwiazd wpadającego przez okno.
Budzik zawył przeraźliwie, gdy po raz kolejny przewracałem się z boku na bok, będąc pogrążonym w lekkim letargu. Nie było wyjścia, musiałem wstać. Wstawiłem wodę i skoczyłem do łazienki. Aromat kawy po chwili opanował mieszkanie i moją silną wolę. Delektowałem się smakiem w międzyczasie robiąc drugie śniadanie. Jak co dzień odprawiłem rytuał z Dostojewskim znów stwierdzając, że dziś nie jestem gotów zaczynać tej kary. Pogoda za oknem zapowiadała dobry dzień. Jak to czasami pozory potrafią mylić.
Jak zwykle trzy minuty spóźnienia i wszyscy już na miejscach. Betoniarka już rozpędzona więc musiałem się pośpieszyć. Szybko zaniosłem rzeczy do szafki i w pełnym galowym stroju ruszyłem po taczkę.
- Dawid rusz się tu na górę, bo w życiu tego nie zdążę wyrobić. Znów brygada zbierze zjebę od szefa. Jolka mu chyba w domu nie daje, bo chodzi jak wściekły
- Już lecę, Marianku, nie ma się co pieklić, po malu i zdążymy.
- Ty się jednak nie nadajesz do takiej roboty, powinieneś siedzieć w tych swoich książkach doktorku
Zaśmiałem się tylko i ruszyłem w górę. Nie wiem co się stało, usłyszałem tylko huk i zrobiło się ciemno. Choć najpierw to pomyślałem, że chyba głowę mi rozerwie, ale nie pamiętam już czy czułem ból. Mogłem się domyśleć, ze Pan Bóg w swojej łaskawości da mi szansę na ponoszenie trochę krzyża zniechęcenia. Super, tylko kto zgasił światło?
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 04.01.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 33 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Mii