warto go przeczytać
Pseudonim: AnilG
- Pogotowie, słucham.
- Dzień dobry, ja w sprawie śmierci.
- Śmierci? W takim razie niech pani znajdzie numer do jakiegoś domu pogrzebowego. Do widzenia...
- Nie, nie! Proszę się nie rozłączać!
- Hm?
- Może to jeszcze niezupełnie umarło, ale jest w agonii, nieodwracalnej, ostatecznej. Ja się boję, proszę pani.
- To?
- Gdybym miała migotanie przedsionków, pewnie by to panią zainteresowało. Ale ja nie mam migotania przedsionków.
- Pani wybaczy, ale to numer alarmowy, tutaj nie rozmawiamy o głupotach. Żegnam.
- Dlaczego wypełnione wodą płuca nie są głupotą, a mój problem jest?
- Bo nie da się żyć z wypełnionymi wodą płucami?
- A ze złamanym sercem, duszą i rozumem da się?
- Droga pani, nie zszyjemy pani duszy, nie zlepimy złamanego serca plastrem i nie przeszczepimy rozumu. Polecam wizytę u psychologa.
- Ale psycholog tylko ciągle zadaje pytania. To mnie męczy.
- Taka jego profesja. Do widzenia.
- Niech się pani nie rozłącza! W tej chwili na pewno nikt nie umiera!
- Skąd pani może to wiedzieć?!
- Jedna śmierć to zbyt wiele jak na jedną minutę.
- Czyja śmierć?
- Moja. Ja tak metaforycznie umieram.
- Pani nic nie dolega poza niewyjaśnionym powodem smutku.
- Ja nie jestem smutna.
- Niech pani nie kłamie, to słychać.
- Słychać smutek?
- Oczywiście.
- Jaki jest? Cichy czy głośny, szemrzący czy chropowaty?
- Bezbarwny. Głuchy.
- Tego się mogłam spodziewać.
- Czy dzwoniła już pani pod numer telefonu zaufania?
- Nie.
- Niech pani zadzwoni, z pewnością pani pomogą. Numer znajdzie pani w internecie, do widzenia...
- Minuta minęła. Pewnie teraz umiera ktoś jeszcze prócz mnie.
- Pewnie tak, dlatego żegnam panią.
- Ale ktoś umiera w smutku, ciszy i cierpieniu. I pewnie nikt o tej śmierci nie wie.
- Dlaczego pani tak z góry założyła? Czyżby już nikt nigdy nigdzie w ogóle nikogo nie kochał?
- Tak, właśnie.
- To niezwykle pesymistyczne. Nie zgadzam się z tym.
- Ale ja się zgadzam. Bo życie wrzuciło mnie do pralki i wyprało z miłości. W sumie także ze wszystkich innych uczuć.
- Psycholog z pewnością pomoże pani nabyć je z powrotem. Do widzenia!
Tuut- tuut- tuut.
Odłożyła słuchawkę tym samym wywołując ciszę. I siedziała tak przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w smutek, który w niej kiełkował i ową ciszę. Siedziała tak, myśląc, po co tak właściwie żyje, po co w ogóle zadzwoniła na pogotowie, po co zjadła wczoraj w nocy pudełko musli z Biedronki, po co obudziła się rano, po co weszła pod prysznic, po co pojechała rowerem do banku wybrać pieniądze i po co, do cholery, powiedziała ‘dzień dobry’ sąsiadowi z góry, którego nienawidzi?
*
Dzień zaczął się niezwykle. Wstała z łóżka o 4.25 i wyszła na balkon. Pod sklepem stało dwóch żuli, wiernie czekając na otwarcie sklepu. I zaczęła żałować, że takim żulem nie jest, bo oni mają jakiś cel w życiu, a ona nie ma. I to w ogóle jest niezwykle karygodne, bo trzeba mieć punkt w stronę którego się zmierza, a ona błądzi na ślepo. Tak nie można!
Powietrze było chłodne, choć nie było jeszcze Hanki, a jak wiadomo, od Hanki zimne wieczory i ranki. Drżała pod tą swoją koszuliną, którą kupiła za dwadzieścia trzy złote i pięćdziesiąt osiem groszy w sklepiku z ubraniami przy rynku, a która swojej ceny wcale warta nie była. Koloru była niebieskiego, a właściwie błękitnego ze złotym kotem między piersiami. Jeśli już mowa o jej piersiach, były duże i ciężkie, a kiedy stała na balkonie, miała całkowicie twarde sutki, ale z zimna.
Marzyła o chwili, kiedy jej sutki stwardnieją choć raz nie z powodu zimna.
Wróciła do pokoju, pościeliła łóżko i poszła do kuchni. Włączyła radio i usłyszała Marię Peszek. Chciała tańczyć, choć do piosenek panny Peszek trudno tańczyć. Mimo to jednak chciała, ale nie mogła. Blokował ją wewnętrzny smutek.
Wypiła dwie kawy i zrobiła się szósta. Zeszła na dół do sklepu, minęła żuli. Dała im pięć złotych i kupiła sobie trzy bagietki, żółty ser, szynkę, serek topiony i pół litra mleka. Mleko wypiła jak tylko wyszła ze sklepu. Jurek kiedyś kazał jej kupować to odtłuszczone, bo nie chciał, żeby tyła. A ona chciała. Więc po kryjomu piła tłuściutkie mleko i miała uczucie, jakby postępowała wobec Jurka nie fair. Dla niej to było jak inicjacja z innym mężczyzną. Dlatego za każdym razem mu mówiła. On wyzywał ją od tłustych krów, uderzał trzy razy, zawsze trzy w twarz i wracał do oglądania telewizji.
Dlatego odkąd Jurka nie ma, ona znów grzeszy, ale tym razem nie czuje się winna.
*
Grób jej matki jest miejscem świętym. To nie żaden zwykły nagrobek, jakich pełno. To miejsce kultu, odwiedzin, to miejsce przesiąknięte parapsychologią, to miejsce, gdzie Malina może porozmawiać z matką. Gdzie indziej nie potrafi. Jej grób to taki łącznik między ziemią a niebem.
Ona wierzy w niebo. Dlaczego miałaby nie wierzyć?!
Przychodzi tu regularnie, trzy razy w miesiącu. Zawsze przynosi bratki, jej matka je uwielbiała. Kładzie je na czarnej, marmurowej płycie, zapala znicz i zaczyna mówić. Głośno, wyraźnie, bo matka zawsze pouczała ją, by właśnie tak się wyrażała. opowiada wszystko, co jej leży na wątrobie, a raczej na sercu. Nie przejmuje się ludźmi, bo niektórzy spoglądają na nią zdziwieni, a może nawet zszokowani, niektórzy milczą, niektórzy zwracają jej uwagę.
Przed śmiercią matki rozmawiała z nią, więc dlaczego śmierć miałaby cokolwiek zmienić?
Ostatnio Malinka zaniedbała odwiedziny i rozmowę, choć tylko głupi nazwałby to rozmową.
To dziwne, bo od pięciu lat nigdy nie zaniedbała swojej prywatnej tradycji.
Malina odkąd nie ma Jurka lubi siedzieć w mieszkaniu i się nigdzie nie ruszać. Bo po co? Obawia się, że kiedy wyjdzie, nie będzie miała motywacji, by wrócić.
Dlatego najczęściej schodzi tylko do sklepu, czasami do banku, niekiedy jedzie do miasta po jakieś ubrania. Poza tym zakopuje się w granatową kołdrę (Jurek chciał taki kolor) i siedzi, myśli, ogląda telewizję, czasami płacze, czasami się śmieje albo raczej histerycznie chichocze.
I tak mija jej dzień za dniem. Każdy tak samo. Ewentualnie bardzo podobnie. Najgorsze jest to, że Malina wcale nie chce tego zmienić. Woli tkwić w wiecznej monotonii niż odważyć się na coś świeżego.
Czasami sama się siebie boi, bo jest niebezpieczna. Czasami boi się, że przyjdzie Jurek i znów będzie musiała jechać na pogotowie, bo rozkwasi jej nos czy rozetnie wargę. W chwilach szczytowej irracjonalności tęskni nawet za tym biciem. Byle tylko wrócił. Byle był i ją przytulił. Bo Jurek często ją przytulał. Rano, kiedy się budziła, kiedy wracał z pracy, a ona robiła obiad, wieczorem, gdy leżeli przed telewizorem. Często ją całował, w usta. A jeszcze częściej w blizny, które miała dzięki niemu.
Maliny nie mogła boleć głowa. Malina musiała być gotowa do zaspokajania Jurka seksualnie w każdej godzinie dnia i nocy. Nawet kiedy ból rozsadzał jej podbrzusze, milczała, bo nie chciała krwawić z czegoś prócz pochwy. Najbardziej nienawidziła momentu, kiedy Jurek zlizywał krew z jej ud. Zawsze robiło jej się wtedy niedobrze.
Ale również milczała.
Potrafiła wiele przemilczeć. I nigdy nie mogła stwierdzić, czy to wada, czy zaleta.
*
Wieczory istnieją tylko po to, by usadowić się wygodnie w fotelu i się do kogoś przytulić. A przynajmniej tak sądziła. Dlatego odkąd Jurek któregoś dnia bez słowa wyjaśnienia spakował torby i wyjechał, zaczęła je nienawidzić. Próbowała je przesypiać; łykała kilka tabletek i budziła się dopiero rano. Na ogół.
Najpiękniejsze wspomnienia chwil z Jurkiem, to właśnie wieczory. Nieważne, czy nad morzem, w górach, w centrum miasta, kościele, trawniku przed blokiem czy w mieszkaniu.
Tymczasem tkwił w niej tak smutny smutek, że płakać się chciało, ewentualnie krzyczeć z rozpaczy. Tęskniła za nim, jednocześnie próbując wyprzeć go z pamięci, czym rozrywała i serce i duszę i rozum nawet na kawałki i nie umiała ich później poskładać. Znajdowała się gdzieś wewnątrz siebie, wyprana z emocji i uczuć; przechodząc obok wychudzonego kota na ulicy potrafiła go nie zauważyć, a jeszcze kiedyś rzuciłaby się, by mu pomóc (jeśli tylko nie byłoby z nią Jurka).
Była u psychologa, ale to było dawno. Stwierdził on, że Malina nie miała kolorowego dzieciństwa, że ojciec był surowy i pewnie często dostawała lanie. Próbował się umówić z Maliną na kolejną sesję, ale ona nie chciała. Myślała, że po wyjściu od psychologa poczuje się lepiej, a tak nie było. Poczuła tylko jeszcze większą pustkę.
Malina była pedagogiem wczesnoszkolnym i uwielbiała dzieci. Którejś wyjątkowo przyjemnej nocy wspomniała o tym Jurkowi i wyraziła chęć posiadania jednego własnego, zamiast dwudziestu dwóch wychowanków w szkole.
Odmówił. Po prostu odmówił. Stwierdził, że nienawidzi bachorów i nigdy w życiu nie chce mieć żadnego pod swoim dachem. To tylko zbędny balast, powiedział wtulając głowę między jej piersi, mam nadzieję, że o tym wiesz, dodał jeszcze.
I to był jedyny raz, kiedy mu się poważnie postawiła. Dwanaście godzin później wylądowała na ostrym dyżurze i trzeba było zszywać jej wielką ranę na czole.
W ogóle Malina ma wiele blizn. Jedną na brzuchu, po operacji wyrostka, jedną na czole, dwie niewielkie na lewym policzku, na nosie (który przy okazji jest zakrzywiony, po którymś uderzeniu Jurkowej pięści), na lewej dłoni, kilka na prawej nodze, na lewej stopie, pod prawą piersią i obok obojczyka.
*
- Dzień dobry. Mam na imię Malina, lat dwadzieścia osiem, mam wiele blizn, lubię tłuste mleko i dzieci. Piękne wspomnienia mieszają mi się z koszmarnymi i tak bardzo chcę polubić wieczory, że to prawie irracjonalne.
Czy jest pan gotów mnie pokochać?
Tuut- tuut- tuut.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 06.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 32 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Groszek, Mii