Pseudonim: Milos
Imię: Miloš
Skąd: Warszawa
O sobie: Czytaj mnie na milosiswiat.blogspot.com
Napisanych prac:
- wiersze: 1
- proza: 4

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 15 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Łobuzy z Dublina" 03.01.2014
"Postrzelony jesteś" 10.03.2014
"Łobuzy z Dublina -..." 03.02.2014
"Łobuzy z Dublina -..." 14.02.2014
"Łobuzy z Dublina -..." 01.03.2014

Inne prace tego autora:
"Łobuzy z Dublina -..." 14.02.2014
"Łobuzy z Dublina" 03.01.2014
"Łobuzy z Dublina -..." 03.02.2014
"Postrzelony jesteś" 10.03.2014
"Łobuzy z Dublina -..." 01.03.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Łobuzy z Dublina - Rozdział Drugi

ROZDZIAŁ DRUGI Niejako boskie życie Lily szła przez tłum ludzi na Skrzyżowaniu Centralnym jak torpeda i ukradkiem połykała kolejne pigułki Radości, wybuchając co chwilę śmiechem. Tamtego dnia wizualizowała się jako brunetka o głęboko zielonych oczach i jasnych brwiach, której skóra od szyi w dół była ściśle pokryta błyszczącymi diamentami. Dla androgenicznego efektu zmniejszyła sobie piersi, ale już z przyzwyczajenia powiększyła ponętnie usta. Przy prawym biodrze unosiła się w powietrzu jej torebka, wyglądająca jak wielki brylant, w którego wnętrzu obracała się powoli Droga Mleczna. Buty były pasującymi do reszty stroju koturnami, wysadzanymi górskim kryształem. Każda część jej garderoby migotała odbijanym światłem. Lily miała podziwianą przez wszystkich umiejętność poruszania się po mieście niczym huragan. Prześlizgiwała się między budynkami, chadzała mało znanymi przejściami, nigdy nie musiała czekać na publiczne kapsuły, bo przylatywały do przystanków od razu, gdy do nich podchodziła, a mijając przechodniów, zawsze machała do kogoś w dali i uśmiechała się do wszystkich, jakby wszystkich znała i wszędzie spotykała dobrych przyjaciół. Była tak ucywilizowana, że wydawała się dziką, bo jej zręczne przemieszczanie się po ulicach przypominało kapucynki, skaczące płynnie po dżungli na lianach i gałęziach, dlatego mówiono do niej małpo. Poza tym, tylko jej najbliżsi potrafili odgadnąć, co powiedziała z ironią, a co na poważnie. Na rogu Skrzyżowania Centralnego, w samym sercu Górnego Poziomu, wsiadła w jedną z publicznych kapsuł i poleciała nią na szczyt pobliskiego wieżowca, gdzie umówiła się ze swoją koleżanką w popularnym lokalu Nokaut. „Jak ci poszło?” Lily dostała wiadomość od Krystal, gdy wyglądała przez okno publicznej kapsuły i patrzyła beznamiętnie, jak wielki Przesympatyczny Tomasz unosił się między przeszklonymi wieżowcami i trójwymiarowymi reklamami, namawiając do kupna napoju sygnowanego jego imieniem. IMS od jej przyjaciółki pojawił się w kącie wzroku Lily, obok miniaturowej animacji, przedstawiającej twarz Krystal na tle czerwonego serduszka, którą podpisano: KRYSZTAŁOWA KSIĘŻNICZKA. Lily nazywała ją tak z powodu ich wspólnego upodobania do ubiegłowiecznych używek i jej osobistego przekonania o własnym geniuszu. „Spoko.” Odpisała krótko Lily. Wczesnym popołudniem musiała zerwać ze swoim dotychczasowym chłopakiem, który przestał podobać się jej znajomym i zaczął działać jej na nerwy. Wytrzymał z nią wyjątkowo długo, bo całe trzy miesiące, ale wyłącznie dlatego, że widywali się rzadko i niemal zawsze nie byli wtedy trzeźwi. – Od kiedy stałeś się abstynentem, odnoszę wrażenie, że nie podobają ci się nasze wspólne imprezy. Myślę, że źle się na nich czujesz. – Robię to tylko dla ciebie, wiesz? Nie mam nic przeciwko, żebyś chodziła na nie sama... – Mimo wszystko, mam wyrzuty sumienia, kiedy widzę, jak na mnie patrzysz, gdy jestem wstawiona i dobrze się bawię. Potrafisz zepsuć mi ochotę na imprezę albo zostawić po niej złe wspomnienia. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? „Do niego chyba delikatnie nie dociera.” Napisała do Krystal. Oczy Lily wywijały niecierpliwe koziołki, ale Sebastian, jej już-wkrótce-były chłopak, mógł zobaczyć w iŚwiecie tylko fałszywie wizualizowane spojrzenie pokutnicy. „Używasz nowej aplikacji randkowej?” Zapytała Krystal. „A jak myślisz? Jasne, że tak! Robię, co mogę, żeby nie wyglądać na zdegustowaną jego psim spojrzeniem. Wydaje mi się, że niedługo będę musiała wizualizować sobie pryszcze, bo w toku naszej rozmowy ledwo udało mi się zbić jego poziom zauroczenia do czterdziestu pięciu procent. A on się nadal nie poddaje!” „Ale przypał! Takich typów najlepiej od razu zablokować. Zwiewaj stamtąd. Czekam na ciebie w Nokaucie.” Odpowiedziała Krystal i przysłała jej nowy projekt wizualizacji butów, w której chciała się pokazać dziś na mieście. Lily odpisała szybko z aprobatą. – To nie jest twoja wina, że psychicznie źle się przy tobie czuję, ale sama również nie mam na to wpływu. Zupełnie do siebie nie pasujemy. To koniec między mną a tobą, więc pozwolę sobie zrobić to pierwsza... – powiedziała w końcu zmieszanemu Sebastianowi. – Nie, nie rób tego... poczekaj! Nie zdążył jej powstrzymać przed zablokowaniem go w iŚwiecie i rozpłynięciem się w powietrzu. To miał być ostatni raz, kiedy mógł ją widzieć. W akcie desperacji zdjął z oczu swoje iGogle, żeby zobaczyć, jak odchodzi od niego swobodnym krokiem i znika w ulicznym tłumie. Górny Poziom bez trójwymiarowych wizualizacji i sztucznych dźwięków iŚwiata okazał się szarym, posępnym miejscem, którego wieżowce były betonowymi słupami, rzucającymi ponure cienie. Całe miasto wyglądało monumentalnie i apokaliptycznie jak krajobrazy Johna Martina. Światła miały nienaturalne barwy, a miejskie opary łączyły się z gęstymi chmurami nabitymi na wieżowce, jak wata cukrowa na patyczki. Park, w którym się spotkali, był pusty. Nie rosło w nim nic ani nie widać było przechadzających się wszędzie wizualizacji dzikich zwierząt. Dmący między budynkami zimny wiatr przestał dawać mu poczucie rozwojowego popędu i zaczął przypominać wiejącą na Syberii mroźną purgę. Wszystko stało się niczym, ale nikt, kto miał na sobie iGogle, nie wydawał się tego dostrzegać. * * * Lily nie zdawała sobie wówczas sprawy, że jej historia z Sebastianem była dużo dłuższa niż ostatnie pół roku. Pierwsze cześć powiedział jej podczas wakacyjnej imprezy, na którą oboje byli zaproszeni przez wspólnego znajomego, ale Sebastian planował oficjalne poznanie jej, od kiedy ich ścieżki przecięły się jeszcze jako dzieci. Spotkali się w Londynie, gdzie matka Sebastiana – obecnie znana aktorka, a wówczas dopiero wschodząca gwiazda – zabrała go podczas swojej światowej tułaczki po sławę. Nie było ich jeszcze stać na prywatny transport z jednej Wielkiej Stolicy do drugiej, więc skorzystali z publicznego promu kapsułowego. Tam Sebastian siedział w jednym z przedziałów naprzeciwko małej dziewczynki i jej rodziców zaczytanych w wizualizowanej prasie. Dziewczynka miała na sobie wizualizację rudych warkoczy i sukieneczki w szkocką kratę, która ciągle zmieniała kolory. Sebastian cieszył się, że nie mogła zobaczyć go poza iŚwiatem, bo w rzeczywistości ubrany był w ciuchy kupione za grosze w Dolnym Poziomie, bo wychowująca go samotnie Molly nie miała pieniędzy na schludne kombinezony, noszone na co dzień przez mieszkańców Górnego Poziomu. Wizualizował za to na sobie kostiumy superbohaterów z filmów, które oglądał razem z matką. Tamtego razu miał na sobie projekcję stroju Supermana. Dwudziestosześcioletnia Molly Glam ostentacyjnie żuła gumę balonową i bawiła się wizualizacją swojego skąpego stroju, chcąc wypaść jak najlepiej na zbliżającym się castingu, co widocznie krępowało konserwatywnych rodziców tamtej dziewczynki, a do czego Sebastian był już przyzwyczajony. – Mam wielką przyjemność przywitać państwa na pokładzie promu kapsułowego typu Connect. Podróż z Dublina do Londynu zajmie czterdzieści pięć minut. Dziękujemy za wybór podróży z korporacją Standard Travel – powiedział zdawkowo pilot, a Sebastian poczuł, że za wszelką cenę musi dowiedzieć się, kim jest siedząca naprzeciwko dziewczynka, zanim opuszczą pokład promu kapsułowego i nie spotkają się już nigdy więcej. Podczas gdy ich rodzice byli zajęci samymi sobą, zauważył, że bawiła się kotkiem z aplikacji Zwierzaki, wizualizującej psy albo koty, którymi należało się wirtualnie zajmować. – Wolisz psy czy koty? – zapytał, a była to jedyna sensowna rzecz do powiedzenia, jaka przyszła mu wtedy do głowy. Molly udała, że tego nie słyszy, ale podniosła podświadomie kącik ust w grymasie, wydającym się oznaczać zadowolenie ze swojego chłopca. Zawsze chciała, by jej synek wyrósł pewnego dnia na frywolnego Casanovę. – Wolę koty, bo są samodzielne. Nie chodzą za tobą cały czas i nie trzeba się nimi stale zajmować. – A ja wolę psy... – sapnął na wydechu chłopiec, a dziewczynka odpowiedziała mu uśmiechem i na tym ich rozmowa stanęła. Molly spojrzała na nich z politowaniem i wróciła do rewizji noty biograficznej na swoim koncie w iŚwiecie. Sebastian zdążył tamtego dnia zapisać na swoich iGoglach profil intrygującej go dziewczynki i dowiedzieć się, że nazywała się Lily McCarthy. Od tamtej pory nabrał nawyku regularnego odwiedzania go i sprawdzania, czym zajmuje się jego sympatia. W końcu wiedział o niej więcej niż ona mogłaby się kiedykolwiek spodziewać. Nie powiedział jej tego nigdy, ale sześć lat później specjalnie namówił matkę, by posłała go do szkoły, do której wiedział, że uczęszczała Lily. W Szkole Średniej Johna O’Flanagana, noszącej imię sławnego dublińskiego wynalazcy pierwszego okrętu pozwalającego na żeglugę z prędkością dźwięku, Sebastian i Lily należeli niestety do dwóch zupełnie od siebie różnych kręgów znajomych, które nie lubiły się wzajemnie, a niektórzy z ich członków nie wiedzieli nawet o istnieniu innych. Ponieważ zdecydowali się również edukować w dwóch przeciwnych kierunkach, widywali się jedynie podczas porannych apeli, na których Lily rzadko zdarzało się pojawić. Codziennie wybierano tam inną osobę, która musiała wyjść przed tłum uczniów, stojących równymi szeregami w wizualizowanych mundurkach i w ich imieniu wyrecytować przysięgę ku czci Uniwersalnego Dyrektoriatu, którą niczym echo powtarzano tłumnie zdanie po zdaniu. Pewnego razu padło na Lily i był to pierwszy raz, kiedy Sebastian powtarzał słowa przysięgi z entuzjazmem, chociaż globalny rząd budził w nim mieszane uczucia. – Ślubuję wierność jednej, uniwersalnej władzy i planecie Ziemi, która jest jej podległa... * * * Górny Poziom był kompleksem niezliczonych wieżowców poprzecinanych wielkimi parkami i szerokimi ulicami. Rozległości tych parków nie dało się docenić z powodu przytłaczająco wysokich budynków, otaczających je ciasno z każdej strony. Plan miasta zmienił się od ubiegłego wieku z rozmieszczenia w poziomie do rozlokowania wszystkiego w pionie, co przeniosło przedmieścia na sam dół Górnego Poziomu, a centrum miasta na samą górę. Większość lokali, które mieściły się na parterze i w jego okolicach było sklepami, podczas gdy na samym szczycie wieżowców najłatwiej było znaleźć restauracje, kluby i centra rozrywki. Kolejne piętra różniły się od siebie architekturą i mieszkańcami. Były miasteczkami samymi w sobie. Miały swoje wewnętrzne alejki, tarasy widokowe i placyki, a niektóre łączyły się z innymi drapaczami chmur dzięki mostom wiszącym nad ulicami. Im wyżej znajdowało się jakieś mieszkanie, tym większą miało wartość. Tylko najbogatszych było stać na kupno domu na szczycie któregoś z budynków albo obok parków i takie domy dało się zliczyć na palcach jednej dłoni, z których największy zawsze należał do aktualnego prezydenta i jego rodziny. Publiczna kapsuła, którą Lily złapała na Skrzyżowaniu Centralnym, poniosła ją na szczyt jednego z wieżowców, przebijając się przez płaszcz ciężkich chmur, w których ginęły światła miasta. Kiedy patrzyła w kłębiące się szare obłoki, wyświetliła się przed nią prognoza pogody sugerująca, że w samym centrum Górnego Poziomu było zaledwie pięć stopni Celsjusza, a wiatr osłabł od poranka i zapowiedziano typowo irlandzką mżawkę pod granicą chmur w porze wieczorowej. Na dachu miasta, szczyty drapaczy chmur były wyłożonymi białym marmurem placami, wynurzającymi się z pierzastych obłoków, które każdego dnia odgórnie wizualizowano w innym kolorze. Dzisiaj były naturalnie perliste, chociaż Lily widziała przez szerokie okna publicznej kapsuły, że tak naprawdę bliżej im było do smogu. Na niebie wisiała wizualizacja nagiej kobiety stojącej w szerokim rozkroku nad całym miastem niczym antyczna bogini Nut ze starożytnego Egiptu. Puszką z logiem Przesympatycznego Tomasza zasłaniała sobie waginę, a wielki iskrzący się napis w kolorze neonowego różu unosił się obok jej piersi o twardych, strzelających fajerwerkami sutkach, ogłaszając: CZICZI na żywo na DUBLIŃSKIEJ ARENIE. Zagryzała wargi i puszczała zalotnie oczko mieszkańcom Górnego Poziomu. Prywatne kapsuły śmigały nad głowami pieszych, ubranych w najodważniejsze wizualizacje, jakie spotykano w całej Wielkiej Stolicy, a słońce biło ostrym światłem, które zmusiło Lily do włączenia w swoich iGoglach zaciemniającego filtra. W iŚwiecie nie było widać noszonych przez wszystkich iGogli, ale aplikacja filtrująca obraz ukazywała się jako przeciwsłoneczne okulary, dzięki którym wszystko widziano w sepii. Lily lubiła w ten sposób obserwować świat, bo czuła się, jakby żyła w ubiegłowiecznym filmie, a od niedawna zapanowała w gronie jej znajomych moda na stare memorabilia. Była godzina czwarta po południu i w Nokaucie nie było o tej porze wielu klientów, bo jego stali bywalcy odsypiali jeszcze sobotnie imprezy. Lily wydało się to jednak podejrzane, bo równie niewiele osób zobaczyła tamtego dnia na ulicach, a większość ludzi, których miała okazję minąć w drodze na spotkanie z Krystal, wyglądało na zmartwionych, jakby spodziewano się kolejnego kryzysu finansowego. Kilkoro ubranych na czarno przechodniów obarczyło ją nawet spojrzeniem, które dawało do zrozumienia, że coś jest nie tak. Nokaut był lokalem małym, ale lubianym przez młodzież, a jego główna sala była zapełniona wizualizacjami pojedynków Katie Taylor – sławnej irlandzkiej pięściarki, mistrzyni olimpijskiej z ubiegłego wieku, którą darzono wielkim szacunkiem. Po Bray, jej rodzinnym miasteczku, nie pozostało wiele. Do Dublina dochodziły jedynie plotki o Wolnych Ludziach, którzy żyją tam plemiennie. Czczą pozostałości kolorowych karuzeli, rozstawionych na zimnej plaży przez dawnych cyrkowców, którzy porzucili Bray w czasach Wielkiego Plądrowania, gdy Wolni Ludzie włamywali się do opuszczonych domów w poszukiwaniu jedzenia i technologii. Obsługa Nokautu przechadzała się w wizualizacjach znanych sportowców po drewnianym parkiecie, gęsto obsianym dwuosobowymi stolikami. W tle grała jakaś przyjemna melodia, która nigdy nie zapadała w pamięć na tyle, by ją zanucić, ale potrafiło się ją rozpoznać wszędzie. – LOL, ty małpo! – parsknęła śmiechem Krystal na widok dosiadającej się do jej stolika Lily. W tym samym momencie Lily zdążyła skończyć opowiadać jej w IMS’ach o swoim spotkaniu z Sebastianem. – Nie wiesz, czemu na ulicach jest dzisiaj tylu ludzi bez żadnych wizualizacji? To jakaś nowa moda, żeby paradować w samych kombinezonach? Myślałam, że tylko ci zacofańcy, zwolennicy Standardystów, lubią chodzić w prawdziwych ciuchach. – To ty nic nie wiesz? – zdziwiła się Krystal. – O czym? – Prezydent nie żyje – odpowiedziała i przesłała jej link do informacji o katastrofie prezydenckiej kapsuły. Lily zaczęła przesiewać archiwum porannych wiadomości na swoich iGoglach. – Osobiście mi to zwisa, ale wiesz, jacy są ludzie. Robią z tego nie wiadomo co – kontynuowała Krystal. – Zapowiedziano już przyspieszone wybory, ogólnoświatową żałobę i jutrzejszy kolektywny lament na Placu Zjednoczenia, jeśli rządowi uda się do tej pory posprzątać wrak i zebrać wszystkie ciała. – Zwłoki zbierają szybciej niż budują obiecane mieszkania – zauważyła Lily, czytając wizualizowaną nad głową Krystal gazetę. – Słuchaj, słuchaj! Zginęły w sumie trzy osoby, z których jedną był reporter Uniwersalnych Wiadomości. Miał pecha znaleźć się rozgniecionym przez spadającą kapsułę. „Chrzanić go!” Napisała jej rozchichotana Krystal i dołączyła do IMS’a prywatną wizualizację, jaką znalazła wcześniej w internecie. Wyświetliła się przed nimi na stoliku i przedstawiała zapętloną scenę, którą uchwyciły kamery Uniwersalnych Wiadomości tuż przed wypadkiem. „Patrzenie na wbijanego w ziemię dziennikarza od rana poprawia mi humor. Masz coś dla mnie?” Przez coś, Krystal rozumiała oczywiście pigułki Radości, które bała się ostatnio nazywać po imieniu w IMS’ach, bo przekonała samą siebie, że Straż Pokoju monitoruje jej wiadomości. Lily podała jej kilka ze swojej torebki, przesuwając je po stoliku pod otwartą dłonią. Krystal pogładziła ją po niej palcami, opierając twarz o szerokim uśmiechu na nadgarstku u wolnej ręki opartej łokciem na blacie. Gdy cofnęły dłonie po krótkim spojrzeniu sobie w oczy, Krystal już dawno zdążyła połknąć tabletki. Chwilę później jej oczy przeszkliły się, a źrenice powiększyły, co w iŚwiecie umiejętnie zasłaniała wizualizacjami. W przeciwieństwie do żałobników, Krystal nie miała najmniejszej ochoty wyłączyć swoich wizualizacji nawet na jeden dzień. Jej oczy miały dwie tęczówki, a gęste włosy były splecione na kształt ośmiornicy, która poruszała swoimi mackami z loków i od czasu do czasu puszczała komuś oczko, podnosząc swoją ciężką, płomieniście rudą, kudłatą powiekę. – Wszyscy udostępniają teraz na swoich profilach kondolencje dla rodziny prezydenckiej i wykłócają się o to, co dokładnie doprowadziło do tragedii... Jakieś świry sugerują, że był to planowany atak! Szykuje nam się kolejna teoria spiskowa równie prawdziwa, co ta o walce Dyrektoriatu z jakimiś terrorystami o pozostałości Księżyca... – Lily komentowała na głos przeglądane strony internetowe. – Później to obczaję – westchnęła znudzona Krystal, udając, że zapisuje sobie na iGoglach kolejne linki, jakimi bombardowała ją Lily, która gorączkowo nadrabiała zaległości w uciekających jej informacjach. Sama Krystal była zaś pochłonięta pisaniem IMS’ów do znajomych i czytaniem artykułów na portalach plotkarskich. – Czekając na ciebie zamówiłam nam Dziki Gwałt, lol – powiedziała na widok kelnera. Dziki Gwałt wyglądał równie groźnie, jak się nazywał. Podawano go w wysokiej szklance, wyglądającej jak laboratoryjna probówka, z której wylewały się zielone płomienie i biały dym, rozlewający się powoli po stoliku. Gdy zaczął spływać kaskadami na podłogę, Lily wyłączyła jego wizualizację i drink okazał się zwykłym przezroczystym płynem. – Gdzie się podziała wizualizacja butów, którą mi wcześniej wysłałaś? Swoją drogą, mogłabyś przestać mnie rozpraszać, kiedy przeprowadzam z ludźmi poważne rozmowy – poprosiła ostrożnie, ale wiedziała, że nic to nie pomoże, bo Krystal zawsze uważała, że musi znajdować się w centrum zainteresowania każdego, bez względu na to, gdzie są i co robią. – Zanim zaczniesz mnie opieprzać, zobacz, co mam! – krzyknęła podniecona i odtworzyła przed nią nagranie z wczorajszej imprezy, którą Lily przedwcześnie opuściła, żeby w końcu móc się wyspać. „Tak się zeszmacić!” Krystal pokazała jej uwiecznioną na nagraniu dziewczynę o złotych włosach, które zostały tak wizualizowane, aby wyglądały na stale szarpane huraganem. Była to ich daleka znajoma, Natasza, która całowała się poprzedniej nocy z każdym, na kogo ramię się zatoczyła. „Co ona brała?” Zapytała zdegustowana Lily. „Zmieszała coś z alkoholem. Nie polecam takiego połączenia, chociaż znając nasze możliwości pewnie nic groźnego nam by się nie stało. Z Nataszy jest po prostu słaby zawodnik.” Odpisała Krystal i roześmiała się tak głośno, że siedząca obok para zwróciła jej uwagę delikatnym chrząknięciem. Lily pochłonęła wczorajsza impreza, która odgrywała się przed nią zamiast widoku spokojnego Nokautu. Patrzyła na szalejących ludzi i sączyła leniwie swój Dziki Gwałt, gdy nagle dostała IMS’a od matki. „Ja i tata musimy z tobą poważnie porozmawiać.” – Niech to szlag! – zawołała. – Co się dzieje? – zapytała Krystal. „Wrócę niedługo do domu.” Lily napisała do matki i zamknęła nagranie z imprezy. – Muszę iść do domu. Rodzice czegoś chcą – sapnęła z niezadowoleniem. – Nie mogą ci napisać, o co chodzi? Pójdź do łazienki i połączcie się przez iGogle. Zawsze wolałam rozmawiać z wizualizacją własnego ojca niż spotykać się z nim twarzą w twarz. – Chcą poważnie porozmawiać, a to nigdy nie zwiastowało czegoś dobrego. Zanim Lily dopiła swojego drinka i zebrała się do wyjścia, Krystal przypomniała jej jeszcze o ich planach. – Nie zapomnij odebrać Radości z Dolnego Poziomu – rzuciła otwarcie, nie zwracając uwagi na pozostałych klientów lokalu, a wystarczyłby przecież tylko najmniejszy cień podejrzeń o posiadanie jakiejkolwiek nielegalnej substancji, by sprowadzić im na głowy cały oddział Straży Pokoju. Radość, którą zażyła wcześniej dzięki uprzejmości Lily, musiała zacząć działać i rozluźnić ją na tyle, by przestała ukrywać się ze swoim nałogiem. „Czemu zgodziłaś się aż tyle zapłacić? U nas można ją kupić taniej i nie trzeba szlajać się po tych cuchnących slumsach.” „Bo wolę przepłacić, ale dostać dobry towar. Uwierz , że jest warta swojej ceny.” Stwierdziła Krystal i podała Lily rękę. Złapały się za przedramiona na wzór starożytnych Rzymian i poczekały aż transfer pieniędzy, przeleje wspomnianą kwotę z jednego czipu do drugiego. Podskórne czipy, które uwypuklały miejscowo skórę służyły wielu różnym celom, ale dziewczyny wykorzystywały je głównie do chowania pieniędzy, którymi płaciły swoim dealerom. Najchętniej płacono samymi iGoglami, ale takie transakcje były pilnie śledzone przez dyrektorialny Uniwersalny Bank Kredytowy, który szybko wykrywał wszystkie nielegalne przelewy, a pieniądze trzymane na jednym z czipów były bezpiecznie poza ich jurysdykcją. – Kiedy ostatnio byłaś sama na Dole? – zapytała Lily. – Miesiąc temu – pisnęła Krystal. – Po tym jak na Moście Centralnym przeszukiwała mnie Straż Pokoju, nie mogę już tak bezkarnie łazić po mieście z narkotykami w torebce. Mam nadzieję, że będziesz się tam dobrze bawiła – powiedziała ironicznie Krystal i pożegnała się z Lily szybkim cmoknięciem w policzek. „Jeśli zdążysz wrócić przed dziewiątą, to wbijemy się na koncert Cziczi na Arenie.” „Masz bilety?” „Nie, ale znam kogoś, kto zna kogoś... kto możne nas wprowadzić wejściem dla pracowników.” Lily nie przepadała za nowoislandzką piosenkarką, która potrafiła co prawda śpiewać, ale jej kariera opierała się głównie na szokowaniu publiczności coraz bardziej obleśnymi występami. Nie wiedziała również, dlaczego uznaje się ją za autorytet w kwestii mody, skoro najczęściej widuje się ją zupełnie nago. – Ludzką skórę zaprojektowała sama natura. Nie ma lepszego od niej artysty – broniła się w wywiadach Cziczi, ale mało kto zdobył się na odwagę naśladowania jej roznegliżowanego stylu na ulicach Wielkich Stolic. * * * W drodze do domu, Lily próbowała przypomnieć sobie co takiego mogła ostatnio zrobić, co zmusiłoby jej rodziców do odbycia z nią poważnej rozmowy, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Oczywiście, gdyby tylko dowiedzieli się o tym, co wyprawia poza domem ich najstarsze dziecko, zapewne już dawno uznaliby, że muszą coś z tym zrobić. Jednak nic nie wskazywało na to, że czegokolwiek mogliby się domyślać. Kiedy wychodziła z domu o poranku, jej rodziców nigdzie nie było, co zdawało się dziwne, bo niedzielami zwykli jadać wspólnie śniadania. Obyła się jednak bez posiłku i pospieszyła na spotkanie z Sebastianem. Ciszyła się nawet, że wczoraj wyszła wcześniej z imprezy, bo ominął ją poranny ból głowy, który zazwyczaj towarzyszył jej wczesnym pobudkom. Po powrocie do domu okazało się, że jej rodzice czekali już na nią w salonie i sądząc po ich minach, musieli siedzieć tam bardzo długo. – Dostaliście mojego IMS’a? Dzwoniłam do was rano, ale nie odbieraliście – zapytała, broniąc się od razu przed oskarżeniami o naumyślne uniknięcie wspólnego śniadania. Rodzice na jej widok wyłączyli swoje iGogle. Ich mieszkanie należało do typowych, jakie można znaleźć w Górnym Poziomie i bez iŚwiata nie było tam nawet okien, które wizualizowano na pustych, ale czystych ścianach. Wszystkie meble były proste i jednokolorowe, a oświetlenie słabe. Kombinezony rodziców wyglądały na takie zakładane na specjalne okazje, bo bez żadnych wizualizacji prezentowały się równie schludnie i zjawiskowo. Lily dawno nie widziała rodziców tak wystrojonych. Gdy próbowała sobie przypomnieć, kiedy to było, przyszła jej jedynie na myśl ich ostatnia podróż do Londynu. Z obecnego punktu widzenia rodziców, Lily stała pośrodku szarego, pustego pomieszczenia ubrana we wczorajszy kombinezon, który ściśle przylegał jej do skóry. Jego srebrzysty kolor prawie się sprał, ale Lily nadal go lubiła. Z jej iGogli bił pas błękitnego światła. – Gdzie byliście? – Prezydent nie żyje, a ona nic nie wie... nic nie wie... – mamrotała jej matka, utkwiwszy spojrzenie w splecionych na kolanach dłoniach. – To dla niego chcieliście tak dobrze wyglądać? Skoro nie żyje, to was nie zobaczy. Rodzice wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenie. – Chodź tu do nas – zaproponowali. – Miałam naprawdę ciężki dzień, a jeszcze muszę wyskoczyć gdzieś wieczorem, więc przynajmniej raz moglibyście oszczędzić mi awantur. Dopiero co zerwałam z chłopakiem. Gdybyście interesowali się tym, co robię ze swoim życiem, może wiedzielibyście nawet, jak ma na imię. „Musisz to zobaczyć.” Lily napisała do Krystal i dzięki aplikacji zainstalowanej na ich iGoglach, nawiązały połączenie, które pozwoliło przyjaciółkom dzielić wspólny widok i dźwięk. Dzięki wizualizacjom iŚwiata, Krystal zobaczyła pokój w pastelowych kolorach, którego największa ściana była ogromnym oknem z widokiem na skąpany w chmurach Górny Poziom. Wpadało przez nie jasne światło rozświetlające blade twarze Emmy i Aidana McCarthy — rodziców Lily. Siedzieli naprzeciwko fotela, na który wskoczyła Lily. Przycupnęli na sofie wizualizowanej w staroangielskim stylu, który Emma darzyła ogromnym sentymentem ze względu na swoją rodzinę mieszkającą w Londynie. – Zdejmij iGogle – polecił Lily ojciec. – Och, zostaw ją w spokoju – szepnęła załamana matka. – Nie wystarczy nam tragedii jak na jeden dzień? „Twoi rodzice głosowali na O’Connella?” „Nie wyglądają na takich?” „Wyglądają na takich, co pamiętają jego wybory!” – Wyłącz je przynajmniej – powiedział ojciec, ale Lily była w tym czasie zajęta wysyłaniem Krystal IMS’ów i nie zwracała na nich uwagi. Matka pogładziła dłonią poduszkę na kanapie i westchnęła ciężko. – Byliśmy dzisiaj w twojej szkole – przyznał w końcu ojciec, a Krystal buchnęła śmiechem, bo wiedziała, że Lily nie było w niej od kilku miesięcy. „Wiedziałam, że coś ukrywają. Spójrz, jak się wystroili!” – Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, że zaproszono nas na specjalną rozmowę. – Ach, tak? O czym? – Nie udawaj niewiniątka! – wrzasnął ojciec. – Nie było cię w szkole od początku roku – pociągnęła matka głosem, który sugerował, że w każdej chwili mogła stracić przytomność. – Myślałaś, że się nie dowiemy? Co ty sobie wyobrażasz! – Próbowałam z wami porozmawiać o tym wcześniej, ale cały czas byliście zajęci. – Teraz nie jesteśmy. Proszę, jak chcesz nam to wytłumaczyć? Lily zawahała się przez chwilę. „Sama nie wiem.” Napisała do Krystal. „Graj głupią, to zawsze działa.” – Przestałam interesować się sztuką – jęknęła żałośnie. – To była bardzo ciężka decyzja, ale doszłam do wniosku, że nie chcę dłużej kształcić się w tym kierunku i potrzebuję czasu, żeby znaleźć dla siebie coś nowego. Będę pewnie musiała przejść kolejne testy, ale liczę, że uda mi się dostać na coś lepszego – ciągnęła coraz pewniejszym tonem. – Mogę spróbować na Uniwersytecie Zielonej Wyspy Irlandzkiej... – Kłamstwa! To wszystko jawne kłamstwa! – oburzył się ojciec. – To prawda! – krzyknęła urażona ich niedowiarstwu. – Nie, nie przyjmą jej do Zielonego Koledżu – rozważała cichutko Emma, a jej mąż nabrał powietrza w płuca i nadął policzki. Ze złości aż poczerwieniał na twarzy. – Nie wierzycie mi? Jasne! Małej, zdolnej Belindzie zawsze było łatwiej. Do niej nigdy nie mieliście o nic pretensji – warknęła Lily, wspominając o swojej młodszej siostrze, którą wysłali na naukę do Londynu. – Dobrze wiesz, że kochamy was obie tak samo – powiedziała matka. – Nie – zaprzeczył ojciec. – O nie, moja kochana. Belinda nigdy nie dała nam powodów, żeby jej nie wierzyć i zawsze dokładnie wypełniała swoje obowiązki. – A ja straciłam całe wasze zaufanie, bo podjęłam dorosłą decyzję o zmianie szkoły? Zapadła głucha cisza, po której ojciec postawił przed nimi na stole małe opakowanie po plastrach żywieniowych, które Lily rozpoznała od razu. Zrobiło jej się sucho w gardle, a przyglądająca się wszystkiemu Krystal uśmiechnęła się do siebie. „Co robić? Co robić?” „Nie daj im się zastraszyć!” – Możesz nam to jakoś wytłumaczyć? – Co takiego ma ci tłumaczyć, kobieto? Byliśmy z tym w laboratorium, gdzie potwierdzono nasze domysły. Od kiedy bierzesz Radość? Może sięgasz już po coś gorszego! „Krystal!” Błagała przerażona Lily. „Uciekaj stamtąd, zabierz swoje rzeczy i spotkajmy się u mnie w mieszkaniu. Nie przejmuj się nimi.” – Gdzie idziesz? Wracaj tu natychmiast! – krzyczał ojciec, ale Lily puściła się biegiem do swojego pokoju, gdzie zamknęła za sobą drzwi na zamek i zaczęła wrzucać do dużej torby wszystko, co wpadło jej w ręce. Na korytarzu jej rodzice zaczęli kłócić się między sobą, a kiedy ich córka w końcu wyszła spakowana z pokoju, zastała matkę zalaną łzami. – To wszystko twoja wina! – zarzucił jej ojciec. „Nie słuchaj go, mamo.” Lily napisała do matki, ale jej iGogle były nadal wyłączone. – Nawet się nie waż tutaj wracać, ty ćpunie! Zablokujemy cię w iŚwiecie! Już dla nas nie istniejesz! – Nie martw się o to, staruszku. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz – parsknęła, odpychając go sobie z drogi. Złapała leżące w kuchni truskawki w szczelnej paczce, jak wariatka biegając po domu, zbierając ze sobą rzeczy, które uznała za mające się niebawem przydać. – Nawet o tym nie myśl! Zostaw to! – ryknął ojciec na widok Lily, chowającej do kieszeni złotą obrączkę, którą dostała w prezencie od dziadka. – Nie należy ci się! „Zostaw to i uciekaj!” Przysłała jej wiadomość Krystal, widząc, jak ojciec złapał ją za nadgarstek, by bronić pierścienia. Córka wyrwała mu rękę z uścisku i postawiła na swoim. Matka płakała, jak nigdy dotąd, osunąwszy się po ścianie na podłogę. – Ale to... – wrzasnęła Lily, zgarniając ze stołu w salonie pojemnik, którym zastraszył ją przed chwilą ojciec. – To jest moje. Po czym wyszła bez pożegnania i jedyne, czego wtedy żałowała, to że opakowanie po plastrach żywnościowych, w którym myślała, że znajdzie Radość, okazało się puste.



        Dedykacja: Czytaj więcej na: milosiswiat.blogspot.com

Płeć: mężczyzna
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 14.02.2014r.

1     

paujina Użytkownik 22 02 2014 (18:48:36)

Użytkownik ocenił pracę na 4

witaj, Milos. gdzieś po drodze chyba przegapiłam rozdział pierwszy, dlatego pozwól, że nie odniosę się do poprzednich części.

jest nieźle. świat jest naprawdę dobrze wymyślony i dobrze skonstruowany - za to naprawdę wielkie brawa, udało Ci się stworzyć coś wielkiego. postaci też są okej, podobało mi się wtrącenie tej małej retrospekcji z przeszłości Sebastiana, takie małe smaczki nadają opowieści kolorytu. czyta się z przyjemnością, chociaż akcja - póki co - nie porywa. zapowiada się na obyczajową młodzieżówkę, a szkoda, bo Twój świat ma naprawdę wielki potencjał. styl również.

jeśli chodzi o stronę techniczną - czasem budujesz za długie zdania. na przykład tutaj:
Sebastian cieszył się, że nie mogła zobaczyć go poza iŚwiatem, bo w rzeczywistości ubrany był w ciuchy kupione za grosze w Dolnym Poziomie, bo wychowująca go samotnie Molly nie miała pieniędzy na schludne kombinezony, noszone na co dzień przez mieszkańców Górnego Poziomu.

wystarczy wyrzucić drugie "bo" i tę część składową wydzielić jako osobne zdanie - brzmi i wygląda lepiej.

Dwudziestosześcioletnia Molly Glam ostentacyjnie żuła gumę balonową i bawiła się wizualizacją swojego skąpego stroju, chcąc zrobić jak najlepsze wrażenie na zbliżającym się castingu, co widocznie krępowało konserwatywnych rodziców tamtej dziewczynki, do czego Sebastian był już przyzwyczajony.

raz - wrażenie można zrobić na kimś, na castingu Molly mogła ewentualnie chcieć wypaść jak najlepiej, dwa - wynika, że Sebastian był przyzwyczajony do konserwatyzmu rodziców tamtej dziewczynki (możliwe, że zabrakło Ci po prostu spójnika "a", niemniej - wyszło bez sensu)

takie domy dało się zliczyć na palcach u jednej dłoni

palcach jednej dłoni

Patrząc w kłębiące się szare obłoki, wyświetliła się przed nią prognoza pogody

imiesłów współczesny oznacza dwie czynności, które podmiot (jeden!) wykonuje równocześnie, stąd błąd. może: kiedy patrzyła w kłębiące się szare obłoki, wyświetliła się przed nią prognoza pogody?

Na dachu miasta, szczyty drapaczy chmur były wyłożonymi białym marmurem placami, wynurzającymi się z pierzastych obłoków, które każdego dnia odgórnie wizualizowano w innym kolorze. Dzisiaj były naturalnie perliste, chociaż Lily widziała przez szerokie okna publicznej kapsuły, że tak naprawdę bliżej im było [do] smogu.

brzydkie powtórzenia.

zdecydowanie nadużywasz słowa "wizualizacja". raz czy dwa zastąpiłeś je "projekcją", staraj się więc wykorzystywać je wymiennie. poprawiłam też sporo przecinków, zwłaszcza przed imiesłowami i w zdaniach wielokrotnie złożonych.

rozdział trochę słabszy niż prolog, ale rozumiem, że takie spokojne wtręty w historii muszą znaleźć swoje miejsce, także czekam z niecierpliwością na kolejną część. pozdrawiam serdecznie!


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(53): 53 gości i 0 zarejestrowanych: