Pseudonim: sow04
Napisanych prac:
- wiersze: 1
- proza: 4

Średnia ocen: 3.8
Użytkownik uzyskał: 9 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"List" 13.08.2014
"List, ciąg dalszy" 03.09.2014
"Szminka" 19.10.2014
"***Całował ją powoli" 14.07.2014
"zdarzyło się nam" 04.09.2014

Inne prace tego autora:
"List, ciąg dalszy" 03.09.2014
"***Całował ją powoli" 14.07.2014
"Szminka" 19.10.2014
"zdarzyło się nam" 04.09.2014
"List" 13.08.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

List, ciąg dalszy

Zima tego roku była bardzo mroźna. Mimo iż był to powód niezwykłej radości dzieci, Natalia przeklinała pod nosem każdego ranka, kiedy samochód nie chciał ruszyć, a ona wyjątkowo spieszyła się do pracy. Nie wspominając o wcześniejszym wstawaniu, żeby zdrapać z szyb auta lód i śnieg. Natalia zaczęła odliczać dni do końca zimy, która zdawała się nie mieć końca. W szpitalu roiło się od zmarzniętych bezdomnych, którzy zostali w porę znalezieni i uratowani od niechybnej śmierci z zimna, dzieci z połamanymi kończynami po wariacjach na nartach oraz ludzi, którzy nie zachowali należytej ostrożności, jadąc autem po śliskich drogach. Natalia miała masę pracy i codziennie wracała do domu koszmarnie zmęczona. Zbliżała się jej siódma rocznica ślubu z Mateuszem. Zastanawiała się, co przygotować. Przede wszystkim musiała na ten jeden wieczór pozbyć się dzieci, ale to nie powinno stanowić wielkiego problemu. Jej matka zawsze z chęcią zajmowała się wnukami, tym bardziej że nie miała do tego zbyt wielu okazji. Ponadto od śmierci ojca robiła co mogła, by ani przez chwilę nie być sama. Na myśl o ojcu po jej plecach przeszedł gwałtowny dreszcz. Antoni. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o ostrych rysach. Rzadkie włosy przyprószone siwizną, głębokie, niebieskoszare oczy o długich rzęsach. Jej ojciec w młodości musiał być przystojnym mężczyzną, z pewnością nie narzekał na brak zainteresowania wśród kobiet. Nigdy go o to nie spytała, nie ośmieliłaby się zaczynać z nim takiej rozmowy, gdyby tylko spróbowała, pewnie trzepnąłby ją w głowę i warknął coś tym swoim zimnym, niskim głosem. Czy zawsze śmierć musi każdego tak wybielać? Czy może za nim teraz tęsknić, mimo iż nienawidziła go przez niemal całe swoje życie? Niemal całe, gdyż zbyt dobrze pamięta dzień, a właściwie kilka dni, które mocno osłabiły jej uczucie nienawiści do ojca. Poniedziałek, szesnastego sierpnia, ponad rok temu. Dzwonek telefonu przerwał ten spokojny, leniwy dzień, leżała w ramionach Mateusza na plaży w Świnoujściu, dzieci beztrosko chlapały się w wodzie. Niespiesznie sięgnęła po komórkę pewna, że to jej koleżanka z pracy. To był jej brat. Ojciec wylądował w szpitalu, jest w poważnym stanie. Miała rzucić wszystko i natychmiast przyjechać, Kornel nie potrafił sam poradzić sobie z rozhisteryzowaną matką. Z mieszanymi uczuciami zrelacjonowała to wszystko mężowi, zawołali dzieci i jeszcze tego samego dnia jechali przez pół Polski, żeby przed północą znaleźć się w szpitalu w Gorlicach. Zobaczyć jego poważną twarz, której tak się w dzieciństwie, och, w sumie zawsze, bała, zobaczyć ją tak wyniszczoną i bladą, podłączonego do aparatury i kroplówki. Miał zamknięte oczy, sprawiał wrażenie takiego łagodnego, jego wygląd wzbudzał niemal litość. Leżał na Oddziale Intensywnej Terapii, nie mogli wejść do Sali, obserwowali go przez szybę. Miał raka, wiedzieli o tym już od jakiegoś czasu, jednak jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Rak płuc. Uporczywy kaszel męczył go długo, jednak dopiero gdy zaczął pluć krwią, dał się rozdygotanej żonie zaciągnąć do szpitala. Wiedziała, że to nie oznacza nic dobrego. I nie myliła się. Mimo diagnozy, dalej uparcie palił papierosy. Jej matka robiła co mogła, kradła mu je i wyrzucała, jednak dorobiła się przez to tylko kilku siniaków. Antoni dalej palił, wciągał i wypuszczał dym z obojętnością, która malowała się na jego twarzy przez większość życia. Wiedziała, że nie pozostało mu już wiele czasu. Pracując w szpitalu, zdołała na tyle dobrze poznać raka, tego bezlitosnego przeciwnika, z którym walczyła wraz z koleżankami i kolegami z pracy niestrudzenie od lat, iż była świadoma, że stan ojca pogorszy się jeszcze bardziej, aż w końcu ten bezlitosny przeciwnik zyska zupełnie przewagę i odbierze mu życie. Wtedy po raz pierwszy płakała przez ojca, ale nie dlatego, że był dla niej przykry, nie dlatego, że zadał jej ból; pierwszy raz płakała przez ojca, bo było jej go żal. Drugi raz płakała na pogrzebie, parę miesięcy później. Mateusz trzymał ją kurczowo za rękę całe nabożeństwo w kościele, później na cmentarzu. Patrzyła przez łzy, jak trumna z jej ojcem powoli znika coraz głębiej w ziemi i zastanawiała się, czy chociaż u kresu życia żałował tego, co robił jej, Kornelowi i matce, czy choć wtedy była w nim jakakolwiek skrucha. To było tak dawno… Otrząsnęła się z ponurych wspomnień. Zdecydowanie trzeba zawieźć dzieci mamie. Najlepiej na cały weekend. Mama na pewno nie będzie mieć nic przeciwko, zajęta pilnowaniem dzieci i organizowaniem im atrakcji, odpędzi się od smutnych myśli. Siódma rocznica. Czy wystarczy kolacja we dwoje, a później wieczór pełen czułości w ich małżeńskim łóżku? Nic innego nie przychodziło jej do głowy. Która, zresztą, uporczywie ją bolała. Gdzie w tej cholernej torebce jest jakiś Apap? Łyknęła dwie tabletki, popiła wodą i westchnęła. Dochodziła dziewiętnasta, najwyższa pora zbierać się do domu. Ściągnęła nieśpiesznie mundurek pielęgniarki i przebrała się w wygodne dżinsy i sweter. Po raz kolejny pomyślała, że te wielogodzinne dyżury kiedyś ją wykończą i obiecała sobie uważnie rozważyć propozycję pracy w przychodni dwie ulice dalej. Jej dobra przyjaciółka ze studiów pracowała tam i opowiedziała jej niedawno, że zwolnił się jeden etat. Praca lżejsza, krótsza, a z uwagi na to, iż przychodnia była prywatna, i pensja nie najgorsza. Zabrała wszystko i wyszła na korytarz. - O, Natka, już do domu? Odwróciła się i w jednej chwili jej twarz spłonęła rumieńcem. Zawsze tak reagowała na Michała. - Już? Chyba dopiero – westchnęła, nagle ochrypłym głosem. Michał uśmiechnął się lekko, patrząc swymi czekoladowymi oczami prosto w jej własne. Podniósł rękę do brody i podrapał od niechcenia zarost. Zaparło jej dech w piersi i w jednej chwili zapragnęła również dotknąć tego niegolonego od na oko trzech dni zarostu. Natychmiast skarciła się w duchu, że coś takiego przyszło jej do głowy. - Mam nocny dyżur – powiedział wolno, znacząco unosząc brwi – Szkoda, że ty nie. Otulił się mocniej swym lekarskim fartuchem, skinął jej lekko głową na odchodne i skręcił w stronę schodów. Przez chwilę stała tam, na środku korytarza, patrząc za nim i zachodząc w głowę, czy te z pozoru niewinne słowa kryły w sobie coś więcej, czy tylko chciała, żeby tak było. Michał, Michał, Michał… Dobrych parę lat temu odegrał ważną rolę w jej życiu. Kto wie, czy gdyby nie on, byłaby teraz tu, gdzie jest. Jej los mógł potoczyć się zupełnie inaczej, wiedziała to. W gruncie rzeczy powinna być wdzięczna Bogu, że tak, a nie inaczej pokierował jej historią. Jednak od pewnego dnia, zanim poznała Michała czy Mateusza, przestała być wdzięczna Bogu za cokolwiek. Przestała w ogóle wierzyć Jemu i w Niego. Tak było lepiej, gdyż jeśli nie przestałaby w Niego wierzyć, znienawidziłaby Go. Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że jeśli istnieje, potrafi być taki okrutny. Nie chciała kierować do niego przekleństw, słów przepełnionych goryczą czy histerycznych krzyków w środku nocy. Wolała, żeby nie istniał. Usunęła go ze swojej świadomości i podświadomości. Zaczęła życie bez Boga. Mateusz nigdy nie potrafił tego zrozumieć. On, wychowany w bardzo katolickiej rodzinie, chciał spełnić oczekiwania swoje i swoich bliskich i wziąć ją za żonę w kościele, najlepiej jakimś wyjątkowo pięknym i dostojnym. Przed ołtarzem nałożyć jej na palec pierścionek i przysiąc wierność do końca swych dni w otoczeniu całej swojej i jej rodziny. A następnie wyprawić huczne wesele w jakiejś drogiej restauracji. I kochać się z nią do białego rana w noc poślubną. - Mateusz - tłumaczyła mu – nie wierzę w Boga, nie wezmę ślubu w kościele. Pobierzemy się w urzędzie stanu cywilnego i zaprosimy do jakiejś restauracji twoich i moich rodziców oraz naszych świadków. Nie chcę tego całego przepychu i tłumu gości, a noc poślubna ze zmęczonym i pijanym świeżo upieczonym małżonkiem jest mocno przereklamowana. Mimo tego, że miała dzieci, wiedział, że nigdy wcześniej nie była zamężna. Tym bardziej nie mógł zrozumieć jej decyzji. *** Kolacja czekała na nią w domu. Mateusz przyrządził jej ulubione penne z sosem pomidorowym; nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była głodna, póki nie zabrała się do jedzenia. Asia z Tomkiem, przekrzykując się, opowiadali, jak spędzili dzień w szkole. - Kiedy pójdziemy na sanki, mamo? – zapytała Asia, grzebiąc w talerzu - A Monika była z rodzicami w weekend w Tatrach i uczyła się jeździć na nartach, wiesz? - Mój kolega jeździ na snowboardzie – powiedział z dumą Tomek. – To dopiero coś, a nie jakieś tam narty! - Nie znasz się! - podniosła głos Asia. - Mamo, powiedz mu, że nie ma racji! Natalia jakby ich nie słyszała. Przed oczami stanęły jej obrazy, wyraźne sytuacje. Patrzyła niewidzącym spojrzeniem przed siebie. Tatry… Kiedy to było! Myślała, że zepchnęła te wspomnienia do najgłębszych zakamarków podświadomości, a jednak wystarczyła jedna wzmianka, aby na nowo zatańczyły jej przed oczami tak wyraźne, jakby oglądała jakiś film. Mateusz spojrzał na nią pytająco; nawet go nie zauważyła. Syn pociągnął ją za rękaw, popatrzyła na niego, popatrzyła prosto w jego ogromne, okalane długimi, ciemnymi rzęsami brązowe oczy z drobinkami odcienia bursztynu i poczuła się, jakby przeniosła się w czasie. On miał takie same oczy. Wiedziała to, odkąd po raz pierwszy zobaczyła syna, kiedy go urodziła, jednak fakt ten, spychany przez lata w podświadomość, pozostał niedostrzegany w zwyczajnym, codziennym życiu. Zadrżała. - Mamo! - ponaglił zniecierpliwiony syn. - Natka, dobrze się czujesz? – zapytał troskliwie mąż, uciszając dzieci. Kiwnęła lekko głową i wstała wolno. - Zmyję naczynia – rzuciła i zaczęła zbierać talerze ze stołu. - Niewiele zjadłaś. - Nie jestem głodna. Dzieci pobiegły do swojego pokoju, kłócąc się po drodze, którą bajkę teraz obejrzą. Natalia z trzaskiem wstawiła naczynia do zlewu, odkręciła kran i zaczęła starannie myć talerze. Dłonie jej drżały, starała się jakoś opanować, ale nie potrafiła. Poczuła dłonie na swoich biodrach. Mateusz stanął za nią, pochylił się i trącił nosem jej kark. Poczuła jego ciepły oddech na swojej szyi. Z niewiadomych powodów, rozdrażniło ją to. - Zostaw mnie - warknęła. Zdał sobie sprawę, że za każdym razem, kiedy wydawało mu się, że dobrze zna swoją żonę, był w błędzie. Niepewnie dotknął wargami jej gładkiej skóry. Usłyszał trzask tłuczonego szkła. - Popatrz, co przez ciebie zrobiłam! Na kawałki rozbitego talerza, zbyt mocno upuszczonego na stertę innych, kapały gęste krople krwi. Wzięła szmatę z blatu i naprędce owinęła nią dłoń. - Ale.. - Zostaw mnie w spokoju! - krzyknęła. Teraz i jego ciśnienie skoczyło wysoko w górę. - O co ci chodzi?! Co to za nagłe zmiany humoru?! Otworzyła apteczkę wyjętą z wysokiej szafki i sycząc z bólu, polewała sobie dłoń obficie wodą utlenioną. - Nieważne - rzuciła już nieco ciszej, zauważając, iż fizyczny ból łagodzi ten duchowy. Zapomniała, że jej wyprowadzonego z równowagi męża ciężko uspokoić. - Właśnie, że ważne! Wyżywasz się na mnie za Bóg wie co, chwilami mam wrażenie, że w ogóle cię nie znam! - Widocznie tak jest - mruknęła, owijając rękę bandażem. Jej nagła obojętność zaczęła go jeszcze bardziej drażnić. - Nienawidzę, kiedy zachowujesz się tak, jakbyś się mnie brzydziła, kiedy nie mogę cię dotknąć i nie wiem dlaczego! Postanowiła skapitulować. - Kochanie - podeszła i dotknęła jego ramienia - przepraszam. Ciężki dzień w pracy. - Kiedy wróciłaś, wydawałaś się całkiem radosna - burknął. - Och, wiesz jak jest, pomyślałam o pani Teresce, tej, co leży u nas na onkologii. Wiesz, jej wnuk ostatnio wybrał się z kolegą w Tatry. Zaginęli. Po kilku dniach poszukiwań znaleźli ich martwych i wiesz… - zmyśliła naprędce. Spojrzenie Mateusza zmiękło, rysy stały się łagodniejsze. Przytulił ją mocno, całując w czubek głowy, a ona starała się tylko nie dać po sobie poznać, iż ostatnie, na co ma w tej chwili ochotę, to jego dotyk. Z wymuszonym uśmiechem na twarzy odsunęła się od niego w końcu, pozwoliła, aby dokończył za nią zmywanie i tłumacząc się, że idzie odpocząć, zamknęła się w ich sypialni. Musi odnaleźć te zdjęcia. Musi je natychmiast zobaczyć. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie mogła je schować. Przez długi okres czasu nie mogła na nie patrzeć. Były takie chwile, że nie miała już łez i spoglądając na nie, czuła tylko tępy, miarowy ból w klatce piersiowej. Mogła tak siedzieć, oparta o ścianę piwnicy i… Piwnica! Tak, to tam jej matka wyniosła wszystkie rzeczy związane z nim. Myślała, że córka o tym nie wie. Przecież ona przewróciła wszystko do góry nogami, żeby je znaleźć i dopięła swego! Poza tym, dlaczego matka była tak naiwna? Myślała, że jeśli ukryje wszystko, co kojarzyło jej się z nim, to ona o nim zapomni? Przecież ona zauważała jego brak w każdej nanosekundzie, każdy oddech i każdy skurcz komór serca przypominał jej, że nie ma go u jej boku. Ale jednak chciała dobrze…narażała się na gniew ojca i każdy siniak, który powstawał na jej skórze po powrocie z mieszkania córki do domu, był swoistym dowodem jej matczynej miłości. Gdyby nie pomoc matki wtedy, nie wie, jak poradziłaby sobie ze sobą i z dziećmi. Była pewna, że przeprowadzając się tutaj, wzięła je stamtąd i ponownie ukryła, tym razem w nowej piwnicy. Wyszła z pokoju, wzięła w biegu klucze do piwnicy i bez słowa wyszła z mieszkania.



Płeć: nieznana
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 03.09.2014r.

1     

Amy Sol Redaktor 25 09 2014 (20:02:16)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj.

Z tytułu opowiadania jasno wynika, iż jest to kolejna część pracy, którą już kiedyś napisała/łeś. Mogę się oczywiście mylić; chcę po prostu zaznaczyć, że jeśli mam rację, to niestety nie zapoznałam się z poprzednim fragmentem. Sądzę jednak, że to dobrze. Czasami przydaje się świeże spojrzenie na tekst. No, dobrze, pogadałam nie na temat, a teraz skupię się na samej pracy.

Ostatnio rzadko czytam typowo obyczajowe książki. Bardziej, że tak to brzydko ujmę, tkwię w fantastyce. Dlatego też lektura Twojego opowiadania to była taka miła odmiana, zwłaszcza że piszesz dobrym językiem, nie owijasz w bawełnę, a po drodze zatrzymywały mnie jedynie zbędne przecinki bądź ich brak. Do czego jeszcze muszę się przyczepić? Do konstrukcji dialogów. Ale o tym później.
Główna bohaterka, Natalia, niby ma poukładane życie - kochający mąż Mateusz, dwójka wspaniałych dzieciaków. A jednak przeszłość daje się we znaki i jej wspomnienie długo nie opuszcza myśli kobiety. Najpierw znęcający się ojciec w dzieciństwie (jeśli dobrze zrozumiałam) i jego śmierć na raka płuc, później Michał (a tak swoją drogą: czy to był jej kochanek, jakiś były chłopak, do którego cały czas coś czuje?), i jeszcze przestała wierzyć w Boga (być może wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale to najgorsza decyzja, jaką mogła podjąć). Myślę, że złe samopoczucie Natalii wynika ze spotkania z Michałem. Oj, tak, to musiało być niebanalne uczucie. Albo pierwsza wielka niespełniona miłość.
Podobają mi się wykreowani przez Ciebie bohaterowie. Szczególnie Natalia, bo to głównie o niej opowiada ta część "Listu". Dużo przeszła w swoim życiu, a Ty potrafisz to przekazać swoim piórem. Moje gratulacje, naprawdę nie jest to łatwe zadanie, ale mu sprostałeś/łaś.

Strona techniczna. Czasami zdarzyło się kilka zbędnych przecinków, jak np. w tym zdaniu:
Mimo diagnozy, dalej uparcie palił papierosy. Jej matka robiła co mogła, kradła mu je i wyrzucała, jednak dorobiła się przez to tylko kilka siniaków.

W pierwszym zdaniu przecinek jest całkowicie niepotrzebny. Wytłuszczone słowo jest zapisane w złej formie; powinno być "kilku".

Od razu mówię, że wszystkich błędów interpunkcyjnych nie będę Ci wypisywać. Mam nadzieję, że po mojej korekcie przeanalizujesz jeszcze raz opowiadanie, a wtedy zapewniam Cię, że zauważysz zmiany.
Chciałabym, abyś pamiętał/a o stawianiu przecinków przed imiesłowami przysłówkowymi - raz postawisz, a raz nie. Nie wiem, jak mam to rozumieć. Liczę, że to jedynie drobne przeoczenie. Druga sprawa dotyczy przecinka przed "tym bardziej że"; przykładem jest poniższe zdanie:
jej matka zawsze z chęcią zajmowała się wnukami, tym bardziej, że nie miała do tego zbyt wielu okazji.

W tej sytuacji przecinek przed "że" jest zbędny. Odsyłam Cię do strony, na której znajdziesz wyjaśnienie tejże zasady: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;5412.
Podczas czytania tekstu złapałam dwie literówki i, niestety, dwa błędy ortograficzne:
1.
Praca lżejsza, krótsza, a z uwagi na to, iż przychodnia była prywatna i pensja nienajgorsza.

NIE NAJGORSZA - pamiętaj, oddzielnie!
2.
Zaparło jej dech w piersi i w jednej chwili zapragnęła również dotknąć tego nie golonego od na oko trzech dni zarostu.

"NIE" z przymiotnikami piszemy łącznie! Pamiętaj.

Teraz fragment taki:
Myślała, że jeśli ukryje wszystko, co kojarzyło jej się z nim, to ona o nim zapomni? Przecież ona zauważała jego brak w każdej nanosekundzie, każdy oddech i każdy skurcz komór serca przypominał jej, że nie ma go u jej boku.
Ale jednak chciała dobrze…narażała się na gniew ojca i każdy siniak, który powstawał na jej skórze po powrocie z mieszkania córki do domu, był swoistym dowodem jej matczynej miłości.

Chodzi mi o powtórzenia. Przeczytaj sobie te kilka zdań i sam/a stwierdź: czy dobrze brzmi?

Dialogi. To jest nadprogramowa uwaga, nie liczę jej do oceny końcowej. Jest to portal literacki, nie profesjonalna redakcja w wydawnictwie, więc nie zajmujemy się tutaj poprawnym zapisem dialogów, jednak uznałam, iż warto, żebyś wiedział/a. Chciałabym zwrócić Twoją uwagę na ich zapis. Twój niestety, w większości przypadków, jest błędny. Oto przykład z Twojej pracy:
-Mój kolega jeździ na snowboardzie - powiedział z dumą Tomek - to dopiero coś, a nie jakieś tam narty!

A oto zdanie poprawione przeze mnie:
– Mój kolega jeździ na snowboardzie – powiedział z dumą Tomek. – To dopiero coś, a nie jakieś tam narty!
Po pierwsze: używasz niewłaściwych myślników. Te, które widnieją w pierwotnej wersji zdania, to dywizy. Właściwe są półpauzy (których użyłam) bądź pauzy (nieco dłuże od półpauz). Możesz o tym szerzej poczytać w internecie. Po drugie: pamiętaj, by oddzielać myślnik od pierwszej litery wyrazu - w Twoim wydaniu niestety niewygodnie się czyta. Po trzecie: po wtrąceniu narratora powinna znaleźć się kropka. Dalsza wypowiedź Tomka jest już kolejnym zdaniem, a nie kontynuacją pierwszego. Mam nadzieję, że połapiesz się, o co mi chodzi.
Dialogów nie poprawiałam, tzn. nie zamieniałam dywizów na półpauzy. Jedynie oddzieliłam myślnik od pierwszej literki w każdej z wypowiedzi, w której ten błąd się zdarzył.

To by było tyle.
Podsumowując: lekki, prosty styl w obyczajówkach jest najlepszy. Ty reprezentujesz bardzo wysoki poziom i pisania, i kreacji bohaterów. Podobają mi się i opisy, i dialogi. Mimo niedociągnięć technicznych czytałam Twoją pracę z ogromną przyjemnością.
Ode mnie dzisiaj piątka z dużym minusem, ale jednak piątka.
Akceptuję :)

Pozdrawiam
sufrażystka


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(30): 30 gości i 0 zarejestrowanych: