warto go przeczytać
Pseudonim: AnilG
Tyle zmarnowanych myśli. Mogła przecież skupić się na czymś innym. Tyle nocy spędzonych na gapieniu się w sufit. Tyle słów nieusłyszanych, kiedy potrafiła skoncentrować się tylko na jego oczach, które były brązowe. Ale tylko czasami. Wolała, kiedy błyszczały w słońcu na zielono.
Czas przeciekał jej przez palce i spadał w otchłań wieczności. Marnowała go, tak zwyczajnie i po prostu. Goniła złudzenie szczęścia. Nie zauważała, że los stawia jej tuż przed nosem coś innego. Może nie lepszego. Może nie idealnego. Może nie wymarzonego. Ale prawdziwego.
Ile razy już obiecywała sobie, że przestanie o nim myśleć? Nie potrafiła zliczyć. Ostatecznie ćpała nadzieję i myślała, że wszystko będzie tak, jak chce. Bóg ją kocha…
Nadszedł ten moment, że się wyleczyła. Bo on był jak choroba. Jednym spojrzeniem zaraził ją sobą. A lekarstwo? No cóż, tylko czas. To takie głupie i banalne!
No więc wyleczyła się. Patrzyła na niego i serce nie biło jej jak szalone. Potrafiła czuć jego oddech na swoich włosach i nie drżeć z podniecenia. Potrafiła zamykać oczy i widzieć tylko ciemność. Stan ten był dla niej błogosławieństwem. Chwilą odpoczynku po długim biegu. Bała się, że to może tylko chwilowa poprawa. Że za niedługo wredne choróbsko znów wróci.
Nie wróciło. Nie zaatakowało jej gwałtownie. Nie objęło nagłymi drgawkami.
Ale wciąż w niej tkwiło. Głęboko, w jądrze każdej komórki. Z rzadka wydzielało szkodliwe substancje. Czasami w większych ilościach. Cały brud choroby wyciekał z niej pod postacią łez.
Kiedyś wracała do domu. Marzyła o ciemności. Czystej czerni, która pochłonęłaby ją i zamknęła w swoich czeluściach. Ale latarnie uliczne i rozświetlone domy niszczyły jej marzenia. Szła, kopiąc kamyki czubkiem buta. Myślała. Słów było zbyt wiele. Przelały się do gardła i wskoczyły na język. Otworzyły jej usta.
- Paweł, wiesz, kurcze, co? Nie jesteś mi do niczego potrzebny. Znakomicie potrafię radzić sobie bez ciebie. Jestem niezależną kobietą. Mogło być fajnie. Mogliśmy być szczęśliwi. Nie chciałeś. Trudno, twój wybór. Zmarnowałeś nie tylko swoje szczęście, ale i moje. Będziesz je miał na sumieniu. Mam nadzieję, że do końca życia. Może kiedyś sobie o mnie przypomnisz.
Życzę ci, aby bolało tak, jak mnie. Cholernie mocno. Cholernie prawdziwie. Żebyś płakał. Choć faceci nie płaczą. Ale mimo wszystko.
Skręciła w uliczkę, prowadzącą do jej domu. Wcisnęła ręce w kieszenie. Widziała na drodze przed sobą światło rzucane przez latarnię.
- Nie potrzebuję cię. Nie chcę cię już. Wypchaj się. Idź do innej. Jesteś debilem, jesteś kretynem, jesteś chujem, skończonym draniem, wypchaj się…
Kilka łez wytoczyło się leniwie spod powiek.
- Nic do ciebie nie czuję. Nic, zupełnie.
Zmarszczyła brwi. Otarła dłonią łzy. Latarnia nagle zgasła.
Przystanęła.
- Nie czuję do ciebie nic. Poza wszystkim.
Miała ochotę krzyczeć. Jak wiele uczuć można zamknąć w sercu?
Latarnia wciąż nie miała zamiaru się zaświecić. A ona stała tam tak i uparcie czekała, aż zobaczy snop światła. Był to dla niej niejaki symbol nadziei, tłumaczyła sobie, że jeśli ta lampa się zaświeci, jeszcze może mieć nadzieję…
Ale czas płynął nieubłaganie.
- Nic nie ma sensu. Koniec. Te durne złudzenia… koniec z nadzieją. Muszę ją z siebie wyplenić. Bo przecież ta latarnia nigdy się nie zaświeci.
Odwróciła się. Zrobiła krok. Na drogę przed nią padł ostry snop światła. Zatrzymała się gwałtownie. Wargi zadrżały jej w marnej imitacji uśmiechu. Nie chciała się odwracać. Włożyła ręce w kieszenie i szybkim krokiem skierowała się w stronę domu.
***
Żyli długo i szczęśliwie. W jej snach.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 17.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(37): 30 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Groszek, Mii