warto go przeczytać
Pseudonim: Jutta
Dzieciństwo Antka przypadło na siermiężne czasy. Pracował tylko ojciec, a w domu dwaj młodsi bracia również wypatrywali lepszych kąsków. A z tym już był problem. Mama gotowała pożywne zupy. Z mięsem i wędliną było krucho. Dziesięcioletni chłopiec powinien pomagać w zakupach, ale do domu zawsze wracał z nadgryzionym chlebem, nadpitą śmietaną, czy też wyssanym masłem. Antka wysyłano tylko do pobliskiej olejarni, gdzie kupował ciemny, tłoczony na zimno olej rzepakowy. Polewano nim ziemniaki w talarkach, suto posypane cebulą. Rodzice się tym zajadali, ale chłopcom jedzenie rosło w buzi.
- Kiedy będę pracował, za pierwszą pensję kupię sobie kilogram parówek - marzył łakomczuch. W domu parówki były rarytasem. Antek często wspominał ich smak, czuł pod zębami miły chrzęst pękającej skórki i ten specyficzny aromat.
Widywał je za szybą sklepu rzeźnickiego i porównywał do sznurów najpiękniejszych korali.
W każdą sobotę ojciec przynosił do domu kilogram parówek, które przed niedzielnym śniadaniem trzeba było dostarczyć panu Nałęczowi. Wyprawa zawsze przynosiła miłe niespodzianki. Ulica, prowadząca do celu, przebiegała poza miastem. Była to piaszczysta droga, gęsto wysadzana drzewami, które łączyły się koronami. Za poboczem drogi ciągnęły się pola uprawne, gdzie można było coś ciekawego wypatrzyć. Nawet sarenki i zające.
Dom pana Nałęcza przypominał twierdzę. Po długiej serii dzwonków jakaś tajemnicza ręka otwierała drzwi i szerokimi schodami wchodziło się na piętro, prosto do gabinetu pana domu, w którym przyjmował Antka. Stateczny, starszy pan, zawsze elegancko ubrany, kojarzył się chłopcu z pocztem królów polskich. Onieśmielał. Wykonywał gest, zapraszając do podejścia bliżej. Stawał więc przed biurkiem, podawał paczkę i czekał, ponieważ zawsze była przygotowana drobna nagroda. Najczęściej jakiś czekoladowy drobiazg. Nie było rozmowy, ani żadnej zachęty. Wiedział, że powinien odejść natychmiast, ale łakomstwo było silniejsze. Słodycz potrafi być gorzka.
Dłużyła się powrotna droga. "Jestem tylko dostawcą parówek i nikt ze mną nie chce rozmawiać, chociaż na biurku tyle ciekawych rzeczy się mieści. Ściany obwieszone ogromnymi portretami i szablami, mógłbym stać tam godzinami", rozmyślał Antek.
Pewnego wiosennego poranka jakaś wewnętrzna radość rozsadzała chłopca. Szedł, by za chwilę puścić się pędem, nawet nie zauważył, kiedy leżał na ziemi z rozsypanymi parówkami. Dwie, brudne i zmiażdżone postanowił zjeść na miejscu. Resztę wypucował, owinął w przybrudzony papier i zapukał do jaskini lwa.
- Proszę - wykrztusił, podając zawiniątko.
- No, chłopcze... - usłyszał.
Wypadł z pokoju biegiem, słysząc miękki stukot zrzucanych po schodach przedmiotów. Całkiem możliwe, że były to parówki. Dla Antka brzmiały niczym seria z karabinu. Zaraz po zamknięciu bramki zwymiotował. Słowem nikomu nie pisnął, a pan Nałęcz zrezygnował z dostawcy.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 11.11.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1644 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46540 | Użytkownicy: 3566
Online(36): 30 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Angelika596, Groszek, Mii