Pseudonim: soban84
O sobie: Welcome to the new age !
Napisanych prac:
- proza: 9

Średnia ocen: 4.8
Użytkownik uzyskał: 44 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Kroniki Ligi..." 15.10.2013
"Zaciemnienie- II" 22.11.2013
"Kroniki Ligi..." 22.09.2013
"Kroniki Ligi..." 22.09.2013
"Kroniki Ligi..." 01.10.2013

Inne prace tego autora:
"Zaciemnienie - prolog" 20.10.2013
"Zaciemnienie- III" 13.05.2014
"Zaciemnienie- II" 22.11.2013
"Kroniki Ligi..." 15.10.2013
"Kroniki Ligi..." 22.09.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Kroniki Ligi Germańsko-Słowiańskiej I

Zainspirowane serialem. Galactic football. Część pierwsza „Incydent Tranatorski”. Wnętrze bunkra dowodzenia rozjaśniało awaryjne zasilanie. Oficerowie sztabowi niczym automaty odbierali, redagowali i zalewali stanowisko głównodowodzącego obroną Trzeciego Sektora planety Tranator napływającymi raportami. Hologram taktyczny sektora raził czerwonymi kropkami uwijający się przy nim personel. Meldunki o stratach własnych, ruchach sił nieprzyjaciela, błagania o wsparcie, rozkazy i wytyczne zajmowały całą powierzchnię ekranu, powoli nachodząc na siebie. Siedząca w fotelu wysoka postać z dystynkcjami pułkownika przeglądała je pośpiesznie, próbując chociaż pobieżnie zorientować się w sytuacji. Niemal wszyscy w pomieszczeniu mieli grobowy wyraz twarzy, nie można było mieć wątpliwości - obywateli tej planety czekają ciężkie chwile. Twarz głównodowodzącego pozostawała nieprzenikniona. Jednak jego umysł starał się ogarnąć i nadać pozory klarowności wszechobecnemu chaosowi. Z uporem odsuwał od siebie myśl, pojawiającą się w głowie każdego członka sztabu - „to nie miało prawa się zdarzyć”. Na nieszczęście dla wszystkich obywateli Ligi wszechświat uwielbia zaskakiwać. Stosunki między dwoma mocarstwami tej części Drogi Mlecznej - Kolektywem Ludów Azjatyckich i Ligą Germańsko-Słowiańską - pomimo wieloletniego napięcia, pozostawały cywilizowane, choć chłodne. Rządy robiły, co mogły, by uspokoić opinię publiczną. Zwykli obywatele mogli bez problemu podróżować pomiędzy zwaśnionymi stronami, a handel, mimo drakońskich podatków i złośliwości biurokratów, wciąż przynosił zyski zainteresowanym korporacjom. Były to jednak pozory. Wyścig zbrojeń trwał, akademie wojskowe stale wypuszczały nowych kadetów, agenci wywiadów szukali słabych punktów wroga. Pokazy siły flot, manewrujących w paśmie przestrzeni niczyjej, wpisały się do stałego repertuaru każdego marynarza na tyle nierozsądnego, by zaciągnąć się w tych czasach. Pomimo wysiłku, żadnej ze stron nie udało się złamać delikatnej równowagi, aż do czasu wprowadzania w życie nowej polityki Stowarzyszenia Fluksa. Jak mówi stare przysłowie: dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Ten konkretny przypadek był tego podręcznikowym przykładem. Fenomen fluksa od dawna był znany naukowcom. Wymykał się on wszelkim klasyfikacjom - na poszczególnych planetach przybierał formy, odpowiadające naturze tamtejszej biosfery. Próby jego badania w warunkach kontrolowanych zazwyczaj kończyły się fiaskiem. I to o ile miało się szczęście. Prasa brukowa uwielbiała rozpisywać się o tajemniczych zniknięciach całych kompleksów badawczych. Więcej wiedzy o fluksie wynikało z obserwacji niż rzetelnych i wnikliwych badań naukowych. Wiadomo było, iż ma ścisły związek z wynalezieniem Natychmiastowej Komunikacji Nadprzestrzennej [NKN], popularnie zwanej eternetem. Jako iż pierwsze przypadki osób dotkniętych tą substancją datuje się niedługo po połączeniu w sieć układu Solarnego Alpha Centauri i Eden Prime. Wraz z kolonizacją kosmosu przez rasę ludzką rozprzestrzeniał się eternet, a z nim fluks budził się na nowych planetach. Jedynymi prawdziwymi sukcesami w pracach nad nim mogło się pochwalić Stowarzyszenie Fluksa z siedzibą na Tytanie. Jednak Federacja nie była znana z dobrowolnego dzielenia się czymkolwiek. A zgromadzona wiedza rzadko opuszczała serwery zapieczętowanych krypt Tytana. Chcąc nie chcąc, zarówno Liga jak i Kolektyw, poddawały się restrykcyjnej kontroli Stowarzyszenia w zamian za pomoc w badaniach, okiełznaniu oraz przetwarzaniu tego niezwykłego zjawiska. Do czasu - Stowarzyszanie w imię poprawy warunków życia i ekonomicznego rozwoju, złagodziło dotychczasowe restrykcje w dostępie do technologii. Natomiast lata doświadczeń w dezinformacji, skierowanie przeciwko niedoświadczonemu w sztuce manipulacji Stowarzyszeniu, dały naukowcom w zasadzie wolną rękę w badaniach zakazanych technologii. Wykorzystanie fluksa do celów wojskowych otwierało nową kartę w dziedzinie prowadzenia działań zbrojnych. Najwięcej zmian poczyniono w taktyce wojny lądowej. Żołnierze, tak zwani Dotknięci - u których udało obudzić się wrażliwość - osiągali wyniki przewyższające nawet elitarne jednostki w pełnych RPW (Ruchomych Pancerzach Wspomaganych). Najbardziej pożądanymi rekrutami byli ci z Marsa, do tej pory posiadającego ślady zdewastowania I wojną międzyplanetarną. Ich fluks nadawał im nieprawdopodobną szybkość i potrafił zdezorientować nawet najnowocześniejsze sensory. Mimo iż Federacja Wolnych Planet, trzecia największa potęga w tym sektorze, formalnie pozostawała neutralna, nie przeszkadzało jej to jednak "wypożyczać" swoich żołnierzy jako jednostki najemnicze za astronomiczne sumy. Potocznie nazywano ich Duchami, które stawały się ucieleśnieniem koszmaru każdego oficera odpowiedzialnego za ochronę bazy czy VIP-ów. Prawdziwym problemem były głowice uzbrojone we fluks. System nerwowy każdego żywego stworzenia, wystawiony na skoncentrowanie działanie tego ostatniego, ulegał przeciążeniu i paraliżowi prowadzącemu do śmierci. W przeciwieństwie do broni chemicznej czy biologicznej, fluks neutralizował się po kilku godzinach. Dawało to broń doskonałą - pozwalało oczyścić teren z wrogich sił, nie niszcząc przy tym potencjału gospodarczego ani infrastruktury. Stowarzyszenie od dawna zastanawiało się, jak zmniejszyć ryzyko takiego zagrożenia. Opracowało dość proste i eleganckie rozwiązanie, polegające na rozproszeniu skoncentrowanego fluksa i odbicia go w kosmos. Dawało to efekt bardzo podobny do zorzy polarnej na starej Ziemi. Jedynym mankamentem tego procesu była kosztowna ilość energii, niezbędnej do jego wytworzenia, co powodowało, że system był niezwykle drogi. Na szczęście, odpalenie ładunku fluksa, dzięki technologii Stowarzyszenia, dało się na tyle łatwo zanotować, by bez problemu móc rozpiąć parasol ochronny na zagrożonym obszarze. Więc jedynym praktycznym wykorzystaniem takich głowic mogła być sytuacja, gdy nastąpiła awaria sześciu, niezależnych od siebie, sieci wczesnego ostrzegania oraz awaryjnego rozrusznika pola ochronnego. Niestety, tę ostatnią sytuację miał przed sobą dowódca obrony sektora. Choć nikt nie miał wątpliwości, że to nie awaria. Był on zmęczony przepracowaniem, stresem i brakiem snu, pozwolił sobie na chwilę zamknąć oczy i przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło. 2 Po odstaniu tego, co wydało mu się wiecznością w kolejce do cywilnego Astroportu, z radością opuszczał to miejsce. Podróż z Ziemi na Tranatora trwała około trzech tygodni. Po czasie spędzonym na cichym i spokojnym frachtowcu miejscowy tłok i hałas przyprawiał go o zawroty głowy. Dotarł do hangaru parkingowego, gdzie ponownie po odstaniu swego, dotarł do końca kolejki. - Tu automatyczny system parkowania, proszę przyłożyć... - nie czekając na resztę zdania, przyłożył dowód filmującej go dłonie, uiścił opłatę, po czym udał się na wskazane miejsce, gdzie czekał już jego autolot. Włączył silnik, był jednak zbyt znużony, by sam prowadzić. Przełączył system na automat, by ten samodzielnie dołączył do systemu sterowania ruchu miejskim. Leniwą muzykę z radia przerwały syreny ostrzegawcze, które przebiły się przez harmider dwudziestu-siedmiu milionowej metropolii. Radio, holowizja i eternet natychmiast przerwały obecne audycje i zaczęły prześcigać się w sprzecznych komunikatach. Ze wstrząsu wyprowadził go holokomunikator, znakujący połączenie o najwyższym stopniu kodowania. - Tu awaryjny system Tranatora do całego personelu wojskowego, po zakończeniu komunikatu podaj swój kod służbowy i oczekuj na dalsze rozkazy - posłusznie wpisał i zatwierdził numer legitymacji wojskowej. - Zidentyfikowano: pułkownik Tomasz Dobrowolski - sekcja: działania strategiczne, proszę oczekiwać na połączenie. Po kilku minutach jego holokomunikator ożył na nowo. Przyjął połączenie, rozpoznając sylwetkę adiutanta generała Krause, odruchowo zasalutował i odpowiedział: - Melduje się pułkownik Dobrowolski. - Tomasz Dobrowolski - kryptonim: Miecznik, - miejsce urodzenia - frakcja: Liga Germańsko-Słowiańska, układ: Asimowa, planeta: Tranator, sektor: Trzeci, miasto: Tranator, - wiek : 39 lata standardowych, - sekcja działań strategicznych, - stopień wojskowy: pułkownik, - fluks: nie stwierdzono. Uwagi: wysokie umiejętności strategiczne i taktyczne, połączone z szybkim podejmowaniem decyzji, czynią obiekt odpowiednim kandydatem na szlify generalskie. - Wiem, kim jesteście, pułkowniku, darujmy sobie formalności, bo nie mamy na to czasu. Sytuacja jest następująca - czternaście minut temu, w alarmującym tempie, zaczęliśmy tracić łączność z orbitalnymi satelitami, odpowiadającymi za System Natychmiastowej Komunikacji Nadprzestrzennej. Sześć minut temu utraciliśmy całkowicie połączenie eternetowe. Generał Krause jest właśnie w drodze do awaryjnego centrum dowodzenia. Zważywszy na chwilowy stan naszej komunikacji i to, że jesteście na miejscu, będziecie pośredniczyć w koordynacji sieci obronnej. Dostaniecie też uprawnienia do działań, jakie uznacie za słuszne. Senat ma za kilka minut odbyć posiedzenie w trybie nadzwyczajnym, w którym podejmie decyzję, dotyczącą wprowadzenia stanu wyjątkowego. Ministerstwo Obrony dało nam jasno do zrozumienia, że do tego czasu nie chce widzieć wojska na ulicy. Póki co, proszę się skupić na trzech wytycznych. Po pierwsze - wszelkimi dostępnymi środkami pomóc miejscowym w zapobieganiu wybuchowi paniki. Po drugie - wspomóc w ewakuacji władz cywilnych. Po trzecie - spróbować nawiązać kontakt z Polonią lub flotą Admirała Sarnowa. Czy pan mnie zrozumiał? Nie zrozumiał, część mózgu odpowiedzialna za logiczne przetwarzanie informacji, zatrzymała się gdzieś w połowie zdania sztabowca. Jednak lata ćwiczeń i dyscypliny pozwoliły mu wycharczeć cichutkie: - Tak jest, zrozumiałem. - Dyspozytorowi najwyraźniej to wystarczyło. - Doskonale. mamy pańską pozycję, proszę wylądować na najbliższym parkingu i nie ruszać się stamtąd. Oddział harpii dotrze do pana za minutę. Sierżant Irene Schmidt będzie odpowiadała za pana fizyczne bezpieczeństwo. Do zobaczenia w sztabie, bez odbioru. Chwilę później jego oczom ukazało się Mobilne Centrum Dowodzenia, torujące sobie drogę w ruchu powietrznym. Pojazd zatrzymał się od niego w dwudziestu metrowej odległości i wylądował, zajmując kilka miejsc parkingowych z precyzją, która świadczyła o niecodziennych umiejętnościach pilota. Z wnętrza wyskoczyło czterech żołnierzy w lekkim bojowym ekwipunku, tworząc wokół niego przepisowy ochronny romb. Przyprawiając okazjonalnych gapiów, zwabionych niecodziennym widowiskiem, o stan przedzawałowy. Tymczasem piąta postać wyłoniła się z pojazdu i, w przeciwieństwie do swych poprzedników, zaczęła zbliżać się dostojnym krokiem. Była o głowę od niego wyższa. Dyplomatycznie zatrzymała się tak, by nie musiał zadzierać wzroku, chcąc spojrzeć jej w oczy. - Pułkownik Dobrowolski? - zapytała niskim, gardłowym głosem. - Zgadza się. Jak mniemam pani sierżant...? - Irene Schmidt - odpowiedziała gestem, zapraszając go do wnętrza pojazdu i uznając introdukcję za zakończoną. Mijając ją, miał okazję przyjrzeć się jej profilowi. Podobnie jak każdy żołnierz z jego eskorty, nosiła oznaczania Dotkniętej, co tłumaczyło jej szorstki i zwięzły sposób bycia. Pomimo intensywnych kampanii propagandowych, prowadzonych od wielu lat, dotknięci fluksem wciąż wzbudzali strach i obawy reszty populacji, skazujące ich na społeczną izolację. Wnętrze pojazdu nie stanowiło zaskoczenia, był to typowo wojskowy kompromis pomiędzy pojemnością, a ilością możliwej do upakowania elektroniki. Minęło co prawda trochę czasu, odkąd przechodził na nich szkolenie, taksując swoje stanowisko, stwierdził jednak, że rozpoznaje wszystkie elementy konsoli. Poza jego eskortą i pilotem, na pokładzie znajdowały się jeszcze dwie osoby. Pulchny inżynier Marek w stopniu chorążego, o kudłatej fryzurze (która w wojskowej dyscyplinie, mogła uchodzić na sucho, tylko prawdziwym ekspertom w swojej dziedzinie). I młoda, szczupła, umięśniona oficer taktyczny, w randze młodszego chorążego sztabowego. Maszyna lekko zabuczała, co było znakiem startu i zamilkła, co z kolei znaczyło, że pilot uruchomił kompensatory bezwładnościowe. Pozwalały pasażerom na swobodne poruszanie się po pokładzie, bez ryzyka zderzenia się z konsolą przy nagłym hamowaniu lub przyspieszeniu. Sprawy toczyły się szybko, od chwili jego lądowania na dachu jednego z centrów handlowych w okolicy stadionu galaktycznego, do teraz minęła nie więcej niż minuta. Otrząsnął się z zamyślenia i zwrócił ku oficerowi taktycznemu - Sara, jak głosiła plakietka na mundurze. - W porządku, jestem na oficjalnej przepustce. Pierwszej od roku, że tak skromnie dodam. Mogę się w końcu łaskawie dowiedzieć, co się tutaj dzieje? - Sytuację wstępną, jak sądzę, pan zna. - Wzruszyła ramionami. - I to niestety wszystko, co mogę panu powiedzieć. Nie mamy pojęcia o przyczynie awarii satelitów, w dodatku straciliśmy kontakt z Flotą Systemu Centralnego . - A co z korwetami i ruchem cywilnym? Przecież to jest stolica Sojuszu, do diaska! Nawet z moją oficjalną wojskową przepustką za każdym razem stoję godzinę czy dwie w kolejce do Astroportu. - Skinęła głową, spodziewając się tego pytania. - Dopiero wrócił pan na Tranatora. Pewnie pan nie wie, ale zbliża się do nas mgławica meteorytów. Zauważyliśmy ją raptem kilka miesięcy temu. Niech pan nie pyta, skąd się wzięła, ani dlaczego wcześniej jej nie widzieliśmy, bo nie wiemy. Nasi najlepsi astrofizycy podejrzewają, że powstała wskutek zderzenia się dwóch komet. Minie naszą planetę w bezpiecznej odległości. Istnieje jednak minimalna szansa, że część odłamków zostanie przyciągnięta polem grawitacyjnym. Admiralicja zamknęła ruch orbitalny nad całym Trzecim Sektorem. Korwety wysłano w pobliże mgławicy trzy dni temu. Wytwarzały dziwne pole radiacyjne, zakłócające komunikację, a jajogłowi aż piszczeli, by zebrać dokładniejsze dane na temat tego zjawiska. - Dostaliśmy jakieś informacje z pozostałych sektorów ? - Wieści nie - włączył się do rozmowy Marek. - Za to masę pytań. Prezydent Haris, a także dowództwo Pierwszego i Drugiego Sektora, chcą mieć pański pełny raport. Ich korwety i kutry, bez wyraźnego rozkazu, nie wejdą do strefy zakazanej. Za to wysłali patrol myśliwców atmosferycznych, dotrą tu za godzinie. - A co z Polonią albo Midgardem? - Nadal odbieramy od nich sygnały na zasadzie drogi radiowej... - Czyli możliwa jest komunikacja z tamtejszą siedzibą Senatu? - Sir, odbieramy, nie znaczy komunikujemy się. Sygnał wysłany tą drogą dotrze na Polonię za jakieś dwa dni, a na Midgard za tydzień. Sam pan rozumie, iż nie bardzo mamy co liczyć na komunikację tą drogą. - Skoro nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje, to chcę mieć na tacy głowę durnia, który włączył te przeklęte syreny i zasiał panikę w całym mieście. - Sir, nikt ich nie włączył. Są zautomatyzowane i zareagowały natychmiast po ustaniu nadawania sygnałów z terenu bazy głównej. Przetarł ręką czoło wziął głęboki oddech i zaczął spokojniejszym tonem: - Hmm, w porządku. Są jeszcze jakieś detale, o których powinienem wiedzieć? - Chyba nie, sir. Jeżeli coś mi... - Owszem, jest chyba jeszcze jeden - głos należał do sierżant Irene, która akurat sprawdzała swój celownik optyczny - Można wiedzieć, jaki? - spytała lekko oburzona Sara, bezceremonialnie wtrącając się w wypowiedź. - Proszę pamiętać – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku znad ustawień celownika. - Że dziś wieczorem ma się rozpocząć otwarcie planetarnych eliminacji futbolu galaktycznego. Zwycięzca ma reprezentować Tranatora. – Uniosła spojrzenie. - Z tego, co przeczytałam w eternecie, w stolicy jest o milion osób więcej niż zwykle. Zapowiada się niezłe przedstawienie. 3 - Czy na pewno dobrze jedziemy? - spytała Kate po raz setny ze złośliwym uśmieszkiem. - A skąd mam, do cholery, wiedzieć? - odpowiedział Krzysztof po raz wtóry, dając się wciągnąć do jej gry. Pracowali ze sobą od czterech lat, a on zawsze pozwalał zaleźć sobie za skórę. Co niezbyt przychylnie świadczyło o umiejętnościach społecznych. Jego przeciętny, zaniedbany wygląd, wiecznie brudna, zawalona kawalerka i miłość do wszystkiego, co cyfrowe i elektronicznie, świetnie uzupełniało w oczach współpracowników obraz społecznego wyrzutka. Kate żadna z powyższych cech nie przeszkadzała, dość miała nachalnych anonsów kolegów z redakcji. W dodatku Krzysztof lubił swoją pracę, był profesjonalny, a przed wszystkim dobry w tym, co robił. Znał się na obsłudze każdego możliwego cyfrowego sprzętu nagrywającego, umiał obsługiwać dosłownie setki programów do obróbki wideo, audio i dźwięku. Co w połączeniu z talentem aktorskim Kate czyniło ich czołowym duetem w mediach niezależnych Trzeciego Sektora. - Dobrze wiesz, że nad nami zdemontowali każdego satelitę, jakiego znaleźli. GPS nie działa, a przez te przeklęte interferencje eternet ledwo zipie. Relacja na żywo z deszczu meteorytów - to jeszcze rozumiem, ale dlaczego, do diabła, musimy to robić z serca parku planetarnego Iodri? Setki kilometrów głuszy, zero elektroniki. W dodatku jedziemy pojazdem kołowym. Kołowym, na Boga! Nawet nie chciałem sprawdzać ważności mojej licencji na prowadzenie tej abominacji technologicznej. Czuję się, jakbyśmy wkraczali do średniowiecznej strefy mroku... - Ale czy na pewno dobrze jedziemy? - spytała ponownie, ledwo tłumiąc chichot. W tym momencie jakieś pomniejsze bóstwo eternetu musiało usłyszeć błagalne modlitwy Krzysztofa, gdyż nawigacja uruchomiła się na wystarczająco długo, by mógł ustalić ich obecną pozycję. - Za jakieś pół godziny wyjedziemy z tego lasu prosto na Wzgórza Nadziei. Zróbmy, co mamy zrobić i wynośmy się stąd czym prędzej. - Ależ z ciebie romantyk, Krzysiu. Niejeden z ochotą zabrałby mnie na przejażdżkę po parku. Gdzie twój duch przygody ? - Duch przygody? Został w mieszkaniu przy mojej konsoli. A pan romantyk odbył sobie długą pogawędkę z panem realistą. Nie doczekawszy się ciągu dalszego zapytała zalotnie. - Jak zabić nastrój i pogrzebać się żywcem? - Jego twarz przybrała surowszy wyraz. Spięła się wewnętrznie, oczekując na wybuch. On jednak tylko westchnął z rezygnacji, zmrużył oczy i po niezręcznie długiej chwili odpowiedział. - O tym, iż ewentualna pierwsza randka nie powinna się kończyć uciekaniem z ognistego inferna, jakie może rozpętać się w tych lasach, jeżeli twoja magnetyczna osobowość ściągnie z kursu choć jeden z tych kamyczków. Uwierz mi gwiezdne młoty będą miały dzisiaj, co robić. Mimochodem przełknęła ślinę. Nie wpadła na to, planując tą relację. Krzysztof, jak zwykle, pomyślał o wszystkim. Jechali dalej w napiętym milczeniu. Jej towarzysz pękł pierwszy. - Słuchaj Kate, nie chciałem cię martwić, na pewno nic nam nie grozi, a ja jak zwykle przesadzam. Sama zresztą wiesz, że nie znoszę ... Wypowiedz ugrzęzła mu w gardle, gdy potężny huk przetoczył się nad ich głowami. Z trudem zapanował nad pojazdem, po czym zatrzymał się na środku drogi. Po chwili usłyszeli kolejny, ten jednak był tylko preludium, do istnego ostrzału artyleryjskiego, który rozegrał się nad ich głowami. Wieczorne niebo rozbłysło setkami eksplozji, podczas gdy niezliczone rozżarzone pociski, przecinały powietrze nad ich głowami, mknąc z ogromną prędkością ku ziemi. Kierowały się prosto na Wzgórza Nadziei - ich cel podroży. Oboje opuścili pojazd, obserwując rozgrywającą się wokół nich surrealistyczną scenę. Pierwsza fala meteorytów powoli zaczynała zbliżać się do ziemi. Zwyciężyły naturalne odruchy, które kazały im paść plackiem na trawie, w oczekiwaniu na zbliżający się koniec. Nie mieli pojęcia, ile tak leżeli. Ze stanu odrętwienia wyrwała ich dopiero kolejna seria eksplozji nad głowami. Ta była jednak o wiele cichsza od swojej poprzedniczki. W dodatku praktycznie niewidoczna z powodu otaczającego ich gęstego lasu. - Co to było? - spytała, otrzepując się z kurzu. - Ta druga fala ... Musiała spaść znacznie dalej na wschód od nas ... - Nie to miałam na myśli. Ten deszcz spadł tak blisko nas... Dlaczego nic nie poczuliśmy, żadnego drgania ziemi, fali uderzeniowej, nawet podmuchu gorącego powietrza. - W dodatku zaczęło się dobre trzy godziny przed czasem. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Kate, bardzo mi się to wszystko nie podoba. - Krzysztof to nasza praca. W dodatku sam mówiłeś, że do Wzgórz już niedaleko. - Wsiadaj - westchnął cicho, wiedząc, że poszłaby pieszo, jeśli zaszła by taka potrzeba. Nie rozmawiali więcej. Ciszę przerywały jedynie od czasu do czasu serie eksplozji gorącej masy wchodzącej w atmosferę. Jednak nie było to nic tak spektakularnego, jak za pierwszym razem. Oboje kiedyś tu byli. To właśnie w tym miejscu, po awarii napędu FTL i nieudanej próbie lądowania na Polonii, osiadł pierwszy statek kolonizacyjny. I choć srogie zimy, skalista gleba i wroga ekofauna zmusiła kolonistów do migracji - miejsce to dla mieszkańców planety zachowało swoisty mistycyzm. Zatrzymał się tuż przed Wzgórzem, z którego roztaczał się widok na dolinę pod nimi. Pokonując ostatnie kilkadziesiąt metrów pieszo, ujrzeli kres swojej podróży. - O mój Boże Krzysiek, czy ty to widzisz? - szepnęła przerażona - Kate, wynośmy się stąd. Natychmiast, zanim ktoś nas złapie. - O czym ty mówisz? - spytała, nie odrywając wzroku - Co ty chcesz zrobić? - spytał, panicznie miotając spojrzenia na dziejącą się wokół nich scenę. - Naszą pracą jest relacjonowanie wydarzeń bez względu na ryzyko. - Stanowczość jej głosu i stal spojrzenia, uspokoiły go nieco. Wziął głęboki wdech, odczekał chwilę, po czym odpowiedział tonem, jaki przyjmował, gdy chodziło o sprawy służbowe. - W porządku, Kate. Jestem z tobą, mam nawet pomysł, jak przebić nasz sygnał przez interferencje. O ile rzeczywiście jesteś pewna, że chcesz to zrobić... - Krzysiek, czy ty rozumiesz, co właśnie ma miejsce? Tu nie chodzi tylko o nas. Możliwe, że nikt nie wie, co się tutaj dzieje. Już nawet nie chodzi o jakieś wydumane dziennikarskie zasady. Musimy ostrzec wszystkich... - przerwał jej podniesieniem ręki. - Chyba masz racje. Daj mi chwilę, przygotuję sprzęt i transmisje. I niech się, kurwa, dzieje, co chce. Mobilne Centrum Dowodzenia Stolica Tranatora. - Panie pułkowniku, mamy potwierdzenie, że prezydent Haris dołączył do konwoju generała Krause. Nie licząc zaniepokojenia ogólną sytuacją, Pierwszy Sektor jest spokojny. Dalej brak cyfrowej łączności z Drugim i Czwartym Sektorem, komunikacja drogą kurierską sygnalizuje strach i dezorientację populacji. W dalszym ciągu brak jakiejkolwiek łączności zarówno z orbitą jak i z Flotą Systemu Centralnego. Szef policji melduje, iż ewakuacja VIP-ów administracji cywilnej przebiega bez zakłóceń. Drobne zamieszki w piętnastym i szesnastym dystrykcie, zażegnane bez potrzeby interwencji garnizonu wojskowego, podobna sytuacja w dystrykcie... Co do diabła ? - Co się stało, panie Kaligan? - spytał Dobrowolski. - Sir, mamy coś ciekawego w wiadomościach lokalnych... Transmisja na żywo ze Wzgórz Nadziei...



        Dedykacja: Chomikowi

Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 22.09.2013r.

1     

soban84 Użytkownik WPMT 29 09 2013 (19:22:03)

Przyznaję iż komuś kto nie lubi fantastyki wojskowej trudno mogło się to czytać. Rozumiem twoje uwagi, ale ten fragment jest częścią większej całości. Tutaj postawiłem na fabułę. W części drugiej zamieściłem większość najistotniejszych informacji dotyczących tego czym jest Liga i jak działa moje uniwersum.
Co do plagiatu, jedynym jawnym jego przejawem jest użycie słowa "fluks", "galaktyczny futbol" i to naprawdę koniec.
Dziękuję za szczerą opinię i mam nadzieję że część druga, osiągnie podobne notowania :)

Terila Redaktor 29 09 2013 (20:10:59)
hah, bardzo się cieszę, że wypowiedziałeś się w kwestii plagiatu. ;) Ja głupia, nie przyszło mi do głowy, by zapytać o to Ciebie.

W moim przypadku lubienie bądź nielubienie fantastyki wojskowej nie ma znaczenia. Twój tekst mi się spodobał, ale i tak czyta się go ciężej, niż inne, przeciętne prace. Sam charakter gatunku, którego się podjąłeś ma w sobie coś takiego. Jednym może to przypaść do gustu, drugim nie. Dla mnie nie ma to znaczenia. ;)





Terila Redaktor 29 09 2013 (13:49:42)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Cześć,
a jednak padło na mnie. To ja oceniam Twoją pracę. Mam nadzieję, że się cieszysz. A jak się nie cieszysz, to i tak nie masz wyboru. Nie, to nie jest groźba. :D

Przede wszystkim, chciałam powiedzieć, że jestem zaskoczona. Przez ten tekst pojawiło się lekkie zamieszanie na linii: redaktor - użytkownik, ale wreszcie go przeczytawszy, stwierdzam, że obie strony powinny wyciągnąć z tego zajścia pewne wnioski. Nie będę mówić na forum jakie, sami się trochę domyślcie.

Wracając do właściwej oceny:
Początkowo oswojenie się czytelnika z niecodziennym słownictwem oraz działaniem Twojego świata trochę zajmuje. Nie zamierzasz ustąpić, ale tempo wprowadzanych informacji nie jest tragiczne. Nie mniej trzeba skupić swoją uwagę bardziej niż nad przeciętnym tekstem.
To, co jest największą zaletą Twojej powieści to bogate słownictwo, konsekwentna, kreatywna, przemyślana budowa własnego universum.
Cieszę się, że pomyślałeś o naprawdę wielu rzeczach, drobnostkach, o których zapominają młodzi twórcy. Mam na myśli chociażby stylizację bohaterów na podstawie otaczających ich warunków życia.
W dodatku jedziemy pojazdem kołowym. Kołowym, na Boga! Nawet nie chciałem sprawdzać ważności mojej licencji na prowadzenie tej abominacji technologicznej. Czuję się, jakbyśmy wkraczali do średniowiecznej strefy mroku...
- tego typu zabiegi nadają autentyczności przedstawianego świata. Poza tym, my czytelnicy mamy przyjemność naprawdę uczestniczyć w czymś niecodziennym, czymś czego nie za naszymi oknami.

Widać, że wiesz o czym piszesz. Jesteś w swojej kreacji dobrze obeznany. To bardzo dobrze, to bardzo potrzebne, by przy ukazywaniu odbiorcy nowej wizji narracja była pewna obrazów, które chce przekazać. Czytelnik wie, że może Ci zaufać, że Ty się na tym znasz.

Napisałeś, że tekst został zainspirowany serialem Galactic football. Nie wiem, jak duży wpływ ta inspiracja miała na Twoją pracę, ponieważ go nie oglądałam. Jeżeli pojawia się w Twoim dziele jakiś jawny plagiat, to nie mam o nim zielonego pojęcia. Dobrze by było, żeby w tej kwestii wypowiedziała się osoba, która ten serial już widziała. :)

Jeżeli chodzi o błędy strony technicznej, to rażą takie niedociągnięcia: brak kropek na końcu zdań, złe zapisy dialogu, literówki, brak konsekwencji w zapisie:
- Tomasz Dobrowolski
- kryptonim: Miecznik,
- miejsce urodzenia - frakcja: Liga Germańsko-Słowiańska,
układ: Asimowa,
planeta: Tranator,
sektor: Trzeci,
miasto: Tranator,
- wiek : 39 lata standardowych,
- sekcja działań strategicznych,
- stopień wojskowy: pułkownik,
- fluks: nie stwierdzono.


że powstała w skutek
- piszemy łącznie.

Przypominam, że liczby w prozie piszemy słownie, i czasami wstawiałeś zbędne przecinki. Pokażę Ci:
Hologram taktyczny sektora raził czerwonymi kropkami, uwijający się przy nim personel.

Na nieszczęście dla wszystkich obywateli Ligi, wszechświat uwielbia zaskakiwać.

czynią obiekt odpowiednim kandydatem, na szlify generalskie.


Jak widać, są to błędy często kosmetyczne. Poprawienie ich przed publikacją naprawdę zajmuje niewiele czasu, a wewnętrznie da satysfakcję, gdy redaktor niczego się nie uczepi.
Ode mnie to by było na tyle. Pracę akceptuję, błędy poprawię, i witam na portalu. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(46): 46 gości i 0 zarejestrowanych: