warto go przeczytać
Niebo jaśniało purpurą. Ostatnie złote promienie badały łagodne rysy twarzy, prześlizgiwały się po białym topie, zatrzymując się na opalonych ramionach i pierścionku na lewej dłoni. Patrzyłaś na mnie swoimi jasno-orzechowymi oczyma, a ja widziałam wyraźnie żółte, niemal złociste plamki w głębi twojego spojrzenia. Gdy się śmiałaś, sypały się z nich iskry. Zamrugałaś, spuściłaś wzrok.
- Nie patrz tak na mnie – powiedziałaś. `
- Dlaczego? Jesteś piękna.
- Tak myślisz? – spytałaś, spoglądając na mnie zaczepnie.
Uśmiechnęłam się.
- Naprawdę chciałabyś, żebym zaprzeczyła?
Roześmiałaś się.
- Nie, raczej nie. Wiesz, co? Powiedz mi to jeszcze raz.
Nie odpowiedziałam. Przysunęłam się bliżej ciebie na ławce i czule objęłam. Położyłaś mi głowę na ramieniu.
- Nie bądź smutna – wymruczałam – to nasz dzień. Zakazuję ci się smucić.
- Ale twoja rodzina… - zaczęłaś.
- Cicho, kochanie. Ty jesteś moją rodziną. Wiesz? Nie bądź moją rodziną. Bądź moim życiem.
Westchnęłaś i się odsunęłaś. Zerknęłam na ciebie z niepokojem. Ale ty patrzyłaś na mnie przez chwilę i objęłaś za szyję. Poczułam delikatny dotyk twojego nosa. Zmrużyłam powieki. Siedząc na osamotnionej ławeczce na obrzeżach cichego, porośniętego liściastymi drzewami parku, z daleka od wysypanej białymi kamyczkami ścieżki i marmurowej fontanny, mogłyśmy pozwolić sobie na nieco skandaliczne zachowanie.
Cichy, radosny śmiech zamarł na moich ustach, jeszcze zanim poczułam dotyk twoich warg.
- Ariel… Ariel, nie śpij.
- Lilka? – spytałam zaspana, podnosząc głowę z poduszki.
- Tak, głuptasku. Posuń się, dobrze? Chcę się przytulić.
Turlałam się na łóżku, aż plecami dotykam szafki nocnej. Przesunęłam się nieco do przodu i czekałam, aż się położysz. Przechyliłam głowę w twoją stronę i czule odgarnęłam kasztanowy kosmyk z szyi. Miałaś chłodną skórę. Pospiesznie przyciągnęłam cię do siebie i objęłam ramionami. Przycisnęłaś mi twarz do mostka.
- Cieplej?
- Tak, tak… cieplej.
Westchnęłam i dyskretnie przesunęłam dłoń po twoich plecach. Pod palcami wyczułam szorstki materiał bluzki, a nieco niżej szew bojówek. Za oknem jasno świeciły gwiazdy, a ty leżałaś ze mną, ubrana, wyłuskana, wykończona i drżąca.
- Ariel…?
- Tak?
- Przepraszam. Przepraszam za to, że nie przyszłam… ja… ja wiem, ile to dla ciebie znaczyło.
Zesztywniałam. Lilii. Moja piękna, mądra dziewczyna. Nie poszłaś ze mną do lekarza, bo awaria samochodu zatrzymała cię w centrum miasta.
- Kochanie… mogę je zobaczyć? – miałaś niepewny głos.
Westchnęłam i niechętnie wypuściłam cię z objęć. W przytłumionym świetle lampki nocnej widziałam twoją zmęczoną twarz, drżące z napięcia usta i oczy, podniecone, zdenerwowane i proszące o wybaczenie. Błądziłam dłonią po pościeli, szukając twojej ręki. Ścisnęłaś moje palce. Z dębowej szafki wyjęłam białą kartkę papieru. Odwróciłam się do ciebie i położyłam na boku, szukając pocieszenia w twojej obecności.
- Nie sprawdzałam wyników. Chciałam, żebyśmy zrobiły to razem… – mówiłam łamiącym się głosem. Nie potrafiłam dokończyć zdania.
Upuściłam kartkę i zakryłam twarz dłońmi. Nie chciałam, żebyś widziała moje łzy. Nie widziałam cię, nie słyszałam, ale twoja dłoń na moim boku wyraźnie drżała. Puściłaś mój nadgarstek i wyjęłaś mi z drugiej ręki papier. Ostrożnie, jakby zaraz miał cię ukąsić. A zaraz potem zachłysnęłaś się powietrzem. Twój niemy krzyk wibrował w powietrzu jeszcze długo. Usłyszałam szelest, gdy kartka spłynęła na podłogę. A zaraz potem delikatnie obróciłaś mnie na łóżku i pocałowałaś w szyję. Rozsunęłaś moje dłonie i spojrzałaś mi w twarz. Mimo łez widziałaś ją całkiem wyraźnie, tak jak ja twoją. Miałaś poważny wyraz oczu, a zastygły w nich ból sprawiał, że nawet nie musiałam odczytywać wyroku wydrukowanego niewinnymi czarnymi literkami.
Ujęłaś moją twarz i przyłożyłaś usta do mojego ucha.
- Zawsze będę cię kochać. Nigdy o tym nie zapominaj. Nigdy. Przejdziemy przez to razem, zobaczysz. Jakżeby mogło być inaczej…? – słona wilgoć spływała mi po twarzy, teraz nie tylko moja.
- A jeśli nie wyzdrowieję? – tylko tyle potrafiłam wyszeptać
- Musisz, Ariel. Nic innego nie może się zdarzyć. To niemożliwe, żebyś… - na początku nie zrozumiałam, że to nie koniec zdania. Nie potrafiłaś go dokończyć. Zanosząc się płaczem, objęłam cię z całej siły. Dlatego z tym czekałam. Gdyby wynik był negatywny, musiałam wiedzieć, że jest przy mnie ktoś, dla kogo warto walczyć. A może po prostu nie chciałam wiedzieć. Jednak przy tobie potrzeba, by żyć, była zbyt silna, aby jej się przeciwstawić, aby nie wiedzieć, jaki los był mi pisany.
Wtulone w siebie, noc spędziłyśmy razem. Ze sobą, z łzami i potrzebą wiary.
Wciąż kołatało nam się w głowach zdanie, którego żadna z nas nie potrafiła dokończyć.
,,To niemożliwe, żebyś miała umrzeć.’’
Twoja skóra pachniała jaśminem. Wtuliłam ci twarz w szyję. Wiesz, jak uwielbiałam cię dotykać, nieważne, gdzie. Najważniejsze było po prostu czuć, że jesteś obok. Delikatnie przesunęłam opuszki palców w dół twojego ramienia.
- Przeczytaj mi coś – poprosiłam.
Uśmiechnęłaś się lekko.
- Co takiego, kotku?
- Obojętnie, co. Chcę słyszeć twój głos.
Pocałowałaś mnie w głowę i sięgnęłaś w stronę szafki nocnej. W górnej szufladzie zawsze trzymałaś lekturę z poprzedniego wieczora. Usłyszałam szelest przewracanych stronic, a po chwili twój cichy, spokojny głos. Z zadowoleniem oparłam policzek o twoje ramię.
Wrak mojego ciała zalega dno wszechświata
u wejścia do portu,
żadna łódź nie może wydostać się w nieskończoność.
Czterech aniołów stanęło nad moim wrakiem,
chcieli zanieść mnie do nieba,
lecz usiedli nade mną i zaczęli grać w karty.
Zgrali się do suchej nitki, obnażeni, bez skrzydeł,
chyłkiem odeszli, pozostawiając wrak mojego ciała
i cztery pary skrzydeł.
Na samym dnie wszechświata
usłyszałem radosny głos mojej córki.
Wiedziałem
że już czas podnieść wrak mojego ciała
i iść z córką na spacer
po drodze mlecznej.
Umilkłaś. Uniosłam twarz, w twoich oczach widziałam niepewność. Żałowałaś, że przeczytałaś mi akurat ten wiersz. Drżały ci wargi, gdy obserwowałaś mnie w milczeniu. Wiedziałam, o czym myślisz.
Pocałowałam cię delikatnie i wyjęłam tomik ze zwilgotniałych rąk.
- Teraz ja tobie poczytam – oznajmiłam.
Uśmiechnęłaś się lekko, wiedziałaś, który tekst lubię najbardziej, ba, znałaś go nawet lepiej niż ja sama. Jednak nie zaprotestowałaś – objęłaś mnie ramionami i przyrzekłaś słuchać. Czytałam na wyrywki, skupiona bardziej na twoich rękach niż na czytanych słowach.
Usiądźmy wokół naszych myśli,
jak siada się do wspólnego obiadu.
Niech cały świat w takiej chwili się dokona,
gdy sobie oddani,
w ciszy bioder nasłuchujemy życia.
Czy mogłabyś mi opowiedzieć
o rozbłyskach źródeł, czystej wody,
tak, że można wzrok przywracać?
Dokąd pójdziesz pielgrzymie życia?
- Wszystkie ścieżki prowadzą do ciebie – szepnęłam. Nikłe światło księżyca oświetlało dziwną powagę na twojej twarzy. Westchnęłaś, pochyliłaś się, dotknęłaś ustami mojego ucha.
Czułość twoją przytulę drżeniem sarny
i oczu blask wyłuskam,
aby najciszej mówić słowa,
które zrodzone tylko przez nas,
będą kołować nad głowami jak ptaki.
Cały świat jest chory na pożądanie,
dlatego muszę słońcem
rzeźbić twoje piersi, kroplami rosy twoje usta.
Musze nauczyć się słów twojego ciała,
dotknąć ciebie najgłębiej.
Tak, żeby nie zetrzeć puszku twoich skrzydeł,
motylku.
Pod koniec wersu głos wyraźnie ci zadrżał. Kładę swoje dłonie na twoich i wspólnie zamykamy książkę. Wiem, że znasz wszystkie ulubione fragmenty na pamięć, zupełnie inaczej ode mnie.
Czuję, jak twoje wargi przesuwają się na mój policzek. Odwracam się do ciebie, długo patrzymy sobie w oczy. Potem uśmiecham się i zamykam oczy, oddając miękkim ustom i przemożnemu uczuciu szczęścia, które tylko ty potrafisz mi dać.
Tej nocy świat zostawił nas w spokoju. Pozostała tylko cisza, spokój, bliskość. Wszelkie życie zamarło, oczekując na przybycie świtu. Pozostało tylko wrażenie, że cały mój świat jest przy mnie i tuli mnie w ramionach.
Ciało twoje jest tak jasne, że tonę,
staję się cięższy od myśli,
opadam jak kamień, lecz przecież jestem
kamieniem, na pewno nim jestem,
żeby nie oszaleć.
Przychodzimy tutaj co noc,
aby palić na wzgórzu nie opodal,
ogień ziemi obiecanej.
W której to godzinie, w którym roku
dotykam przymrużonych powiek –
siedzisz przytulona do mnie plecami,
przejmuje mnie twoje ciepło,
zaczynam rozumieć, że ktoś zostawił
otwarte drzwi do naszej miłości.
Jestem Ariel, mam 19 lat. Nie lubię papryki i sosu czosnkowego. A najbardziej na świecie nienawidzę mojej białaczki.
Słońce wstało zimne.
Moja skóra była dziwnie rozpalona, czułam pot zraszający ciało. Przez głowę przeszła mi myśl, aby wziąć chłodny prysznic, ale byłam tak osłabiona, że nawet nie próbowałam wstać z łóżka. Zastanowiłam się, gdzie jesteś, czemu miejsce obok mnie jest takie puste?
Właśnie wtedy stanęłaś w drzwiach. Uśmiechałaś się, a uśmiech miałaś tak promienny i radosny, że mimo gorączki poczułam, jak rośnie mi serce. Na rękach niosłaś dużą srebrną tacę. Miałaś na sobie jedynie luźno zawiązany szmaragdowy szlafroczek.
Na mój widok uśmiech zastąpił niepokój.
- Ariel? Dobrze się czujesz? Kochanie? – spytałaś zaniepokojona. Uniosłam głowę, patrząc w twoje piękne, mądre oczy. Nie musiałam nic mówić.
Teraz wystraszyłaś się już nie na żarty. Trochę zbyt szybko odstawiłaś śniadanie na komodę. Cappuccino zalało talerzyki, szklanki, miseczki, ale chyba w ogóle tego nie zauważyłaś. W mgnieniu oka znalazłaś się przy mnie. Odgarnęłaś wilgotne kosmyki z twarzy, ujęłaś moje dłonie i badawczo patrzyłaś w twarz. W twojej własnej wyczytałam strach i ból.
- To przez białaczkę, prawda? – upewniłaś się zbolałym tonem. Nie chcąc widzieć twojego cierpienia, zamknęłam oczy i tylko skinęłam głową. Jęknęłaś cicho, poczułam twoje ciemne włosy na policzku.
- Boże, ale jesteś rozpalona. Gdzie mogę mieć termometr? Ariel? Ariel, spójrz na mnie – poprosiłaś. Posłusznie uniosłam powieki – jak się czujesz?
Pragnęłam roześmiać się i powiedzieć, że to nic takiego i zaraz mi przejdzie. Jednak ciebie nie potrafiłam okłamywać. Pochylałaś się nade mną, zatroskana, zmartwiona, nie wiedząc, co masz robić. Pękało mi serce, bo wbrew własnej woli raniłam cię i dodawałam zmartwień. Kochałaś mnie, wiem, że mnie kochałaś. Żałowałam, że nie mogę powiedzieć niczego, co cię pocieszy. Znałam cię, wiedziałam, że miałaś nadzieję, że nie dojdzie do czegoś takiego. Jutro miałyśmy iść do szpitala. Naprawdę chciałaś wierzyć, że zdążę udać się na leczenie, zanim choroba zacznie niszczyć moje ciało…
Odetchnęłam ciężko.
- Gorąco mi - szepnęłam – i tak jakoś… słabo…
Szybko podjęłaś decyzję.
- Jedziemy do lekarza – oznajmiłaś, zrywając się na równe nogi. Zbladłaś, drżały ci wargi. Skuliłam się w sobie.
- Lilii… mogę nie wstawać…? – odezwałam się tak, że ledwie było mnie słychać.
Twoje zdecydowanie stopniało w trybie natychmiastowym. Opadłaś na kolana tuż obok mnie, pocałowałaś kilkakrotnie w szyję. Zesztywniałam, gdy zdałam sobie sprawę, że płaczesz.
- Tak strasznie chcę ci pomóc, Ariel – mówiłaś cicho – nie wiem, czy mogę ci podać zwykłe leki, nawet nie masz siły jechać do szpitala. Nie chcę, żeby cię zabrali… ale nie mam wyboru. To już się stało.
Słuchałam cię, czułam twoje ciepłe łzy spływające po szyi. Po chwili wyprostowałaś się i sięgnęłaś po mój telefon komórkowy. Wybrałaś numer lekarza rodzinnego, siąkałaś nosem. Ostrożnie podniosłam się do pozycji siedzącej mimo twoich niemych protestów. W milczeniu przytuliłaś moją głową, pozwalając mi oprzeć się o siebie całym ciężarem. Zaczęłam niezdarnie ścierać wilgoć z twoich policzków. Nagle usłyszałam w słuchawce męski głos.
- Dzień dobry. Tu Lilka Gołębiewska… Tak, tak, dzwonię z telefonu Ariel – byłaś wyraźnie zniecierpliwiona. – Ma gorączkę, jest słaba… Nie, to nie grypa. Ma białaczkę… Bo pan nie pytał. Dobrze, czekamy. Wiśniowa 15/4.
Trzasnęła zamykana klapka. Westchnęłaś i objęłaś mnie mocno. Musiałaś czuć bijące ode mnie gorąco.
- Doktor zaraz będzie – szepnęłaś ochryple, próbując mnie pocieszyć. Kiwnęłam głową. Wtuliłaś twarz w moje włosy. Zrozumiałam, że zamierzasz czekać razem ze mną. Przełknęłam ślinę.
- Idź, ubierz się, ogarnij. Poczekam tu na ciebie – odezwałam się opornie. Drgnęłaś, zaskoczona.
- Jesteś pewna? – przytaknęłam. W twoim głosie usłyszałam nieznaną mi dotychczas nutę. Spojrzałam na ciebie z przestrachem. Miałaś wyraz twarzy zbitego psa. Poczułam się podle, jakbym rzeczywiście próbowała cię odtrącić.
Chciałaś wstać. Nie pozwoliłam ci.
- Wiesz, że nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało – szepnęłam błagalnie – poświęcasz się dla mnie. Nie zasługuję na to – pod koniec zdania głos mi się zatrząsł i rozpłakałam się. Spojrzałaś na mnie tak czule, że poczułam się jeszcze gorzej.
- O czym ty mówisz, Ariel?
- Jestem bardzo chora, Lilii – mój głos brzmiał mrocznie – nie wiem, czy wyzdrowieję. Sama widzisz, jak wyglądam, jak się czuję. A jeśli mi się nie uda…? – mówiłam przez łzy. Patrzyłaś na mnie w milczeniu. Bałaś się o mnie.
- Uspokój się… zaraz ci przejdzie. Dostaniesz leki, wyleczą cię… jeśli nie ufasz sobie, uwierz mi! – przez łzy widziałam powagę na twojej twarzy. Delikatnie pchnęłaś mnie, żebym się położyła i wodziłaś palcami po mojej twarzy – ufasz mi, Ariel?
Moja odpowiedź był oczywista.
- Zawrzyjmy układ – powiedziałaś szybko – ty przestaniesz się zamartwiać, ja będę dbała o twoje leczenie. Obie będziemy o nie dbały. Nie będziesz już mówić o porażce, a myśli o śmierci będziesz odpędzać daleko od siebie. Potem wyjedziemy stąd i zaczniemy wszystko od początku. Proszę cię. Powiedz, że się zgadzasz – szukając potwierdzenia w mojej twarzy, pochyliłaś się tak, że dzieliły nas centymetry. Naprawdę wierzyłaś, że damy radę.
Ja jednak wiedziałam coś jeszcze. Czekała mnie ciężka i wyniszczająca walka, być może z góry skazana na porażkę. Ale dopóki miałam o co walczyć, nie poddam się. Czułam, że jestem na straconej pozycji, jednak nie zamierzałam ci tego mówić. Jeśli naprawdę istniała jakaś nadzieja, jeśli miałam przeżyć najgorsze i być z tobą, nie zamierzałam oddać cię walkowerem.
Uniosłam głowę, szukając twoich ust. Nasz pocałunek przerwał dopiero dzwonek do drzwi, który rozległ się kilka minut później. Lekarz był zszokowany, widząc ciebie w przewiewnym szlafroku, potarganych włosach i ze słonymi zaciekami łez na policzkach i szyi. Zdumiał się jeszcze bardziej po wejściu do naszej sypialni. Gdy robił mi zastrzyk, trzymałaś mnie mocno za rękę i uśmiechałaś się delikatnie. Śmiałaś się z mojego strachu do igieł. Odpowiedziałam ci bladym wygięciem warg. Kiedy kilka minut po tym, jak rozmawiałaś z nim na boku, a później pochyliłaś się nad moim uchem, wybrał numer pobliskiego szpitala.
- Pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. Nawet kiedy jesteś daleko stąd.
Pół godziny później, kiedy ubrana w szerokie dżinsy i założoną na lewą stronę koszulkę odprowadzałaś sanitariuszy niosących mnie na noszach, wciąż brzmiało mi w głowie echo tych słów. A na wargach czułam twój pożegnalny pocałunek, którym przekazałaś mi więcej miłości i wsparcia niż jakimikolwiek słowami.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 14.11.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(17): 11 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Darksio, 77majka77, Fał