warto go przeczytać
Kierowca karetki starał się jechać w miarę szybko, jednak nagminnie przeszkadzali mu w tym niedzielni kierowcy i mistrzowie parkowania. Czasami chciałby po mieście przejechać się spychaczem i uszkodzić każdy samochód, który tyłem blokowałby przejazd na ulicy. Już nie mówiąc o debilach, którzy parkują na kopertach, Często, gdy jest wezwanie zaczyna się szukanie miejsca, a oczywiście tam gdzie powinno być go nie ma. Przeciskali się między wąskimi uliczkami do skrzyżowania z Dąbrowskiego, by tam stanąć w korku. Jednak kierowcy nie chciało się już czekać, włączył syrenę i koguta i polecieli torem dla tramwajów, by potem szybko odbić w prawo i spokojnie szeroką jezdnią dojechać do Lutyckiej.
Gdy dojechali na miejsce, zobaczyli wielki szaro – brązowy gmach szpitala, dziesiątki okien i żadnej osoby wyglądającej przez okno. Chyba już nikt nie wypatruje tu nadziei. Przed schodami czekał już pracownik szpitalnej kostnicy, poinstruowany przez ratownika, zabrał ciało. Szpitalny Charon odpłynął między ciemnymi korytarzami. A bohaterowie poszli na drugie piętro, gdzie znajdował się oddział toksykologii. W drzwiach spotkali dyżurnego lekarza:
- Cześć Tomek, mam tutaj dwójkę z podejrzeniem zatrucia oparami kleju, zajmiesz się nimi? Ja zejdę do siebie, muszę chwilę odpocząć.
- Ok, nie ma sprawy, do której dzisiaj walczysz? – spytał lekarz dyżurny ratownika.
- Do 20, standardowo od ósmej do ósmej.
- Ja podobnie, ale to pogadamy najwyżej wieczorem, teraz leć odsapnąć.
- To do zobaczenia wieczorem, może jakieś piwko wejdzie, co ty na to? – zapytał się z lekkim uśmiechem na twarzy, Tomek zauważył, że jego kolega tego potrzebuje, więc się zgodził.
- Spoko nie ma sprawy, to do zobaczenia około 20 przed szpitalem!
Lekarz zaprowadził ich do swojego pokoju, by przeprowadzić wstępny wywiad i dowiedzieć się, co zastali na miejscu zbrodni. Idąc przez korytarz, widzieli ludzi przypiętych do łóżka, niektórzy w śpiączce farmakologicznej, inni, jakby nieobecni, jeszcze są w swoim świecie. Szkoda tylko, że ta kraina fantazji przerodzi się w pełną bólu rzeczywistość. Zapewne niejedno z nich chciało skończyć ze sobą, tabletki, jakiś nieudany złoty strzał i wylądowali tutaj, na Polach Elizejskich niedoszłych herosów. Bo według siebie byliby nimi, gdyby ich plan się powiódł. Teraz są nadal zamkniętymi w sobie ludźmi, którzy wymagają nie tyle opieki, co troski. Poczucia zrozumienia i pokazania, że bohaterstwo znaczy co innego.
W środku pokoju było spokojnie, cicho, ale nie przytłaczająco. Marcin i Marek patrzyli to na siebie, to na ręce, to na lekarza. Ciężko było im się skupić, ale odpowiadali powoli na pytania:
- Czy na miejscu, któryś z was prowadził akcję ratowniczą?
- Tak, oboje na zmianę, w pewnym momencie poszedłem rozejrzeć się po tej klitce i spostrzegłem torbę z klejem – mówiąc to, Marcina aż przeszły dreszcze.
- A nachylał się pan nad tą torbą?
- Tylko na początku, od razu odrzucił mnie zapach i zauważyłem, że to może być klej, więc poszedłem od razu powiedzieć o tym Markowi.
- A pan - zwrócił się do Marka. – Miał pan sposobność, taką jak kolega, na kontakt z klejem?
- Nie, ja byłem głównie przy Damianie i chciałem uratować mu życie.
- Rozumiem, zrobimy panom badania w kierunku pochodnych składników kleju. Pewnie nie widzieliście jakiegoś opakowania w pobliżu?
- Niestety, nie widzieliśmy, a mamy tu zostać na obserwacji? – zmartwił się Marek.
- Nie jest to konieczne, ale wolałbym, gdyby panowie zostali tu na noc. Będzie to bezpieczne dla was i nie będziecie musieli jutro tu wracać. Macie osoby, które mogą wam przywieźć rzeczy?
- Ja mam – odparł Marek. – Nie wiem jak ty Marcin?
- Ja również mam, poproszę ciotkę o to, by mi przywiozła ciuchy, bo ma moje klucze do mieszkania.
Marka bardziej martwiła ta sprawa, gdyż musiał wykonać telefon do rodziców. Gdy odbierze ojciec, to pół biedy, jest opanowany, więc zrozumie sytuację. Z matką może być inaczej, zacznie panikować i Bóg raczy wiedzieć, co może zrobić. Oby tylko zachowała spokój... Wyszedł na korytarz i zadzwonił do domu, po trzecim sygnale usłyszał głos swojej mamy:
- Słucham?
- Hej mama, słuchaj jest sprawa, tylko się nie denerwuj...
- Taaak, o co chodzi? – było już słychać mimowolne przejęcie w głosie.
- Jestem w szpitalu, chcieliśmy uratować życie naszemu znajomemu, bo znaleźliśmy go w jakieś melinie i mamy podejrzenie zatrucia.
- ŻE CO?! CO SIĘ STAŁO? – matka wystrzeliła pytaniem jak pocisk armatni, mało nie niszcząc bębenków swojego rozmówcy.
- Spokojnie!!! Jestem na Lutyckiej, na drugim piętrze jest oddział toksykologii, możesz mi przywieźć jakieś moje rzeczy? Muszę tu zostać do jutra na obserwacji, przyjedź z ojcem i wszystko wam opowiem. Tylko niech on prowadzi, ok?
- Dobrze kochanie, już jedziemy. Za około 30 minut będziemy u ciebie!
Po rozmowie Marek był mocno przejęty, bo martwił się, by nic się nie stało jego rodzicom. Rozmowa Marcina przebiegła spokojniej, ale może ze względu na to, że rozmawiał z ciotką i przedstawił jej sytuację w lepszym świetle. Oboje zostali skierowani do pokoju pielęgniarek na pobranie krwi i potem poszli do swoich łóżek w końcu położyć się, chwilę odetchnąć.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 8
Data dodania: 21.11.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(16): 10 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Darksio, 77majka77, Fał