warto go przeczytać
Kochała deszcz. Był jej synonimem, substytutem, oazą. Słysząc delikatne stukanie kropel o blaszane parapety miasta albo czując na sobie zimne cząstki wody, wiedziała, że oczyszcza się z ludzi. Nie lubiła ich. Wiecznie wolno myśleli, próbowali zdobywać rzeczy nierealne, a kiedy im się to udało – pragnęli mieć jeszcze więcej.
Tego dnia dane było jej zobaczyć najpiękniejszy widok swojego życia. Jakaś śmiertelna chmurka przypłynęła niemal prosto nad budynek, w którym mieszkała. Reszta nieba pozostała czysta. Właśnie zachodziło słońce i pomarańcz wlewał się do serc jak gęsty dźwięk radości, przy okazji barwiąc także rozbestwioną mżawkę.
Kochała ten urywek świata. Tą chwilę, która nie istnieje. Swoją imaginację, swoje wspomnienia, swoje zmysły i swoją duszę. Kochała wszystko. Prócz ludzi.
Czas spokojnie przepływał jej między kosmykami włosów, a zwiewną apaszką; stała na brzegu rzeki o głębokim odcieniu brązu. Nie, nie usłyszała powitalnego głosu. Tak, pomyślała o tym.
Nagle – bo tak jest zawsze. Niespodziewanie – bo tak jest zwykle. Smutno – bo to rzecz oczywista. W swoich podniszczonych, chłopięcych tenisówkach weszła do wody. Nie chciała samotności ani ludzi. Chciała tylko tego widoku, być może pierwszego z ostatnich. Teraz, więc już kiedyś.
Żywioł chlupotał dziewczynie wkoło nóg. Uklękła i przytuliła go najmocniej, jak potrafiła. Został po nim tylko ślad na płaszczu. A ona musiała przytulać.
Stała już mokra po pas. Było zimno – za zimno, by wychodzić lub zostać. Mogła za to iść dalej, co uczyniła niezwłocznie i z nikłą nadzieją. Zrobiło się dziwnie, dno odjechało w dół, nurt zabił czas. Jakiś człowiek widział to z mostu. Jakiś pies stał w drzwiach baru. Ktoś krzyknął na dziecko. Chwila.
Ona wciąż tam była, była ostatkiem sił i z krwią na wargach. Trzepotała rzęsami i rękami, próbując przebłagać Ukochaną. Ta wyrzuciła ją na brzeg z aprobatą godną królowej i przestrogą w spojrzeniu.
Dziewczyna, myśląc już nie o zachodzie słońca, a o zapaleniu płuc, odeszła do domu jak przegrana. Ze strachem wzięła krótki, gorący prysznic, i, w samej bieliźnie, stanęła przed lustrem w swym oranżowym pokoju. Lustro było długie i apodyktyczne.
- Nie jestem ona. Jestem Ni. Mam szesnaście lat i nienawidzę słońca. Ani deszczu. W ogóle to kocham ludzi. I jeszcze przemaluję pokój na zielono. I kupię kota, o.
Lustro patrzyło na nią wyczekująco.
- Posprzątam pokój? Zaciągnę się do wolontariatu? Zacznę rozmawiać z rodziną?
Lustro wymownie przewróciło oczami.
- No dobrze. Stanę się człowiekiem.
Oboje uśmiechnęli się, a Ni położyła się spać. Tym razem śniła tylko o kole barw.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 27.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(16): 10 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Darksio, 77majka77, Fał