warto go przeczytać
Pseudonim: AnilG
Mój kochany jebany.
Stuk stuk po klawiszach. Trochę dymu do płuc. Rozżarzona końcówka papierosa rozświetla twarz.
Jebany. A dlaczego jebany? A nawet nie wiem, takie zestawienie dwóch wyrazów, tak ślicznie się rymują, zlepienia kilku słów.
Jebany. Kochany.
Chciany.
Odzyskany.
Ale stracony już się nie rymuje?
Miałeś krzywego zęba, dokładnie trójkę na dole. Nie wiem, dlaczego. Chociaż nie, wróć, wiem.
I łyk wina, prosto z butelki, przecież nie będę się pierdolić z lampkami.
Lampką.
Jedną.
Bo ciebie już nie ma przecież.
To dla kogo ta druga lampka?
Po co w ogóle trzymam w szafce zestaw szklanek, talerzy, sztućców?
Wystarczy mi po jednym. Wszystkiego. Bo ja jestem jedna, sama.
Samiusieńka.
Jak palec.
Wracając do tematu. Wiem, dlaczego ten ząb jest krzywy.
Bo kiedyś, jadąc rowerem, wpadłeś na kogoś i przeleciałeś przez kierownicę.
Ale kochałam nawet tego krzywego zęba, wiesz? I wcale nie białe, jak z reklamy pasty do zębów, szkliwo.
I ten ślad po trądziku na czole. Jego też kochałam.
A te dłonie, te duże dłonie, którymi dotykałeś mojego naskórka, tak cholernie wrażliwego właśnie na te duże dłonie, wiesz jak je kochałam?
I opuszki palców, którymi gładziłeś zewnętrzną stronę mojej dłoni, kiedy splataliśmy swoje palce razem, w jedność, kiedy czuliśmy tę magiczną bliskość.
I dym unosi się po pokoju, rozlega się kaszel i ujarzmienie gardła słodką konsystencją wina, takiego za parę złotych…
Kochany, jebany, oddany.
Oddany. Komu?
Za dużo nieszczęścia, za dużo cierpienia przy tak niewielkiej dozie szczęścia, czy to sprawiedliwe?
Nie, nie, w żadnym calu.
Ale kto powiedział, że życie jest sprawiedliwe? Bóg?
On był moim Bogiem, takim wcale nie idealnym.
Uwielbiałam wplatać palce w twoje włosy, gładzić mimochodem twój policzek, miałeś taką gładką skórę, zawsze.
A za zieleń twoich oczu, przyrzekam, mogłabym zabijać.
Śmiałeś się i mówiłeś, że mnie kochasz.
Brałeś na ręce, podnosiłeś lekko niczym piórko, a nie pięćdziesiąt cztery i osiemset dekagramów kilogramów wagi.
A później całowałeś tak, że świat na chwilę zatrzymywał się i przyglądał się nam, temu szczęściu, które uciekało każdym porem skóry.
Kochany…
ty chuju, ty capie, ty matole, łajzo, debilu, kretynie, łajdaku, niegodziwcze, parszywcu, ty!
Serce bolało, krwawiło, krew kapała na podłogę, wypływała z otwartych ust, krzyczałam, błagałam, prosiłam, trzymałam cię mocno za rękaw bluzki i nie chciałam puścić, szarpałam, gryzłam, nawet jęczałam, płakałam, plamiłam tuszem do rzęs twoją skórę.
Ale wzruszyłeś tylko ramionami.
Powiedziałeś, że tak musi być.
Bóg tak chciał.
Ty byłeś moim Bogiem.
Pisanym z wielkiej litery, tak.
A teraz Boga nie ma.
Świat przestał istnieć.
Zostałam sama w niebieskim pokoju (oboje lubiliśmy ten kolor).
Zadymionym. Nauczyłeś mnie palić.
I pić tanie wino.
Byłeś nieidealny w każdym calu, ale kochałam cię, tak bardzo cię kocham wciąż.
Boże mój.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 06.12.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(16): 10 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Darksio, 77majka77, Fał