warto go przeczytać
Pseudonim: AnilG
W gabinecie śmierdziało. Cała klinika gwałtownie potrzebowała remontu, jednak nikt nie kwapił się, by dać na owy remont pieniądze.
Kalina leżała na okropnym, ginekologicznym fotelu. Już za pierwszym razem, gdy odwiedziła lekarza od „tamtych spraw”, jak nazywała go jej matka, napawał on ją paraliżującym przerażeniem, które dopiero po chwili pozwalało drżącymi rękami zdjąć majtki i obciągnąć zbyt krótki podkoszulek.
Dziś jednak Kalina bała się czego innego. Już nie fotela i okropnie wyglądających narzędzi oraz posiwiałego doktora, który - takie miała wrażenie - wyglądał przerażająco podobnie do Hugha Lauriego, znanego lekarza z serialu „Dr House”.
Dziś bała się zawartości swojej macicy.
- Ciąża, szósty tydzień - oznajmił ginekolog. Spojrzał na nią niepewnie - gratuluję.
Oprócz tego krótkiego zdania, nic z wizyty nie zapamiętała. Ubrała się, wyszła, minęła rozłożystą wierzbę rosnącą obok kliniki, pochodziła trochę po mieście, po czym wróciła do domu. Odgrzała pierogi, ale gdy tylko wyciągnęła je z mikrofalówki, ich zapach przyprawił ją o odruch wymiotny. Ledwo zdążyła do łazienki.
Pierogi wsadziła z powrotem do mikrofalówki, zrobiła sobie mocnej, gorzkiej herbaty, której nigdy dotąd nie lubiła i usiadła w wygniecionym fotelu. Piła ją wolno, jakby z namaszczeniem. Co jakiś czas do herbaty wpadały pojedyncze krople łez.
Co miała zrobić? Jakie wyjście było tym najlepszym? I dlaczego, do cholery, Kamil musiał wyjechać właśnie wczoraj?
*
Potrzebuję pieniędzy. Szkoda, że nie spytałam lekarza, ile kosztuje skrobanka. Choć może to i dobrze. Nie chcę wyskrobać go tutaj, w tym mieście... Go, no właśnie.... A może to ona? Czy dziecko w szóstym tygodniu ma już określoną płeć? Pewnie tak, zapisaną gdzieś w kodzie genetycznym... On czy ona? Co zagnieździło się w mojej macicy? Kurwa... Dlaczego właśnie teraz? Gdyby on... ona... gdyby ono pojawiło się za jakieś pięć, sześć lat, cieszyłabym się jak szalona. I Kamil pewnie też. Ba, on przecież marzy o gromadce dzieci. Byłby w siódmym niebie!
Dlatego nic mu nie powiem. Nic a nic. Na pewno chciałby, abym nie usuwała ciąży. Ale ja nie jestem gotowa! Mam dopiero dziewiętnaście lat! Dziecko - dobrze, ale za pięć, sześć lat, gdy już skończę studia.
No właśnie, studia. Z pensji w kawiarni zdołam jakoś przeżyć z Kamilem w mieszkaniu, co wynajmuje ze znajomymi, a raczej w pokoju, bo tylko kuchnia i łazienka są wspólne... no i częściowo opłacić studia. A dziecko? Kto będzie się nim zajmował, podczas gdy ja będę albo w pracy, albo na wykładach? A Kamil? On w ogóle nie ma wolnego czasu. Jak nie kuje, to siedzi na wykładach. Że też ma cierpliwość wkuwać ciągle te wszystkie kodeksy....
Przykro mi, droga istoto w moim brzuchu. Już za niedługo znikniesz. Na zawsze.
-Jestem już!
Kalina odłożyła herbatę i wstała z fotela. Wychyliła się z pokoju.
-Cześć, mamuś.
Matka zaszczyciła ją uśmiechem i szybko zniknęła w kuchni.
-Pierogi nie tknięte! Nie po to je kupiłam, żeby się teraz zmarnowały! Chodź tu i jedz. Pewnie jakaś twoja kolejna głupia dieta. Jakbyś jeszcze miała się z czego odchudzać! To, że na wybiegach króluje rozmiar 32 czy 34, nie oznacza, że normalna kobieta nie może nosić rozmiaru 38! Ja sama noszę 40 i jestem bardzo z tego zadowolona! Nie wygłupiaj się i chodź. A może ty chora jesteś? Ostatnio wymiotowałaś. Zatrułaś się czymś? Pojechałaś gdzieś z Kamilem, więc nic dziwnego, że złapałaś jakieś świństwo - matka urwała na chwilę i wzięła głęboki oddech - Kalina? Chodź no tu!
Dziewczyna weszła wolno do kuchni. Oparła się o framugę.
-Mamuś, bo widzisz... - z zainteresowaniem śledziła wzorek na skarpetkach - ...bo widzisz, ja żadnego świństwa nie złapałam.
Matka otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale zaczynała rozumieć, co córka chce jej przekazać. Zacisnęła usta w wąską linijkę.
- No, chyba, że pod świństwa zaliczasz też plemniki - dokończyła Kalina.
Nastała krótka chwila ciszy, która była zdecydowanie tą, przepowiadającą burzę.
- Wiedziałam! Wiedziałam! To wszystko było zbyt piękne! Dobra uczelnia, praca, mieszkanie...Oczywiście musiałaś to wszystko zniszczyć! To my z ojcem harujemy za dwóch, żebyś choć ty w przyszłości lepiej miała... a ty.... a ty zaciążasz się jak pierwsza lepsza!! I choćbyś urodę miała, co by ci w życiu pomogła! A tak nic, nic! I co teraz zrobisz, głupia? Zrezygnujesz ze studiów?! Zamieszkasz w jednym pokoiku z Kamilem i będziesz tam wychowywać dziecko?!- nagle matka straciła rezon. Zacisnęła usta i osunęła się na krzesło. Schowała twarz w dłoniach.
Kalina zagryzła dolną wargę. Po chwili poczuła w ustach metaliczny smak krwi. Miała wrażenie, że zaraz znów zwymiotuje, ale na szczęście jej przeszło. Przełknęła głośno ślinę i zaczęła:
- Mamo... właśnie o to chodzi, czy ja.... Ja chciałabym.... Mamo, potrzebne mi pieniądze na skrobankę.
Znów zapadła cisza. Trwała ona jednak krótko. Matka ułożyła ręce na stole i spojrzała na córkę.
- I myślisz, że skąd ja ci je wezmę? Nie wiem, ile to kosztuje, ale kiedyś chodziły plotki, że córka Stasiakowej się skrobała, i zapłaciła jakieś cztery tysiące. Mamy na koncie odłożone pieniądze, ale to na twoje studia - westchnęła i znowu schowała twarz w dłoniach.
Kalina czuła się coraz gorzej. Sumienie huczało jej w głowie głośne: Zawiodłaś!
Matka wstała i odwróciła się do niej plecami. Włączyła mikrofalówkę i zaczęła grzać pierogi. Dziewczyna miała wrażenie, że już się nie odezwie, ale po chwili usłyszała ciche:
- Mogę ci dać trzy tysiące. Ojciec od jakiegoś czasu zbiera na samochód. Sama dobrze wiesz, że zawsze marzył o porządnym BMW. Pewnie i tak nigdy się go nie doczeka, ale...- zawiesiła głos-...ale on odkłada te pieniądze i w myślach widzi siebie już za kierownicą tego BMW, szarżującego na ulicach. Już samo to oszczędzanie i te myśli dają mu szczęście...
Kalina poczuła wzbierające obrzydzenie do samej siebie. Jakby zakradła się do ojca i ukradła mu tak ściśle pielęgnowane marzenia. Złodziejka marzeń...
- Ale skąd weźmiemy pozostały tysiąc - nie wiem. Jutro dam ci stówę i pojedziesz do sąsiedniego miasta zorientować się, ile to tak prawdę mówiąc kosztuje i umówić się na wizytę. Plotki plotkami, ale wątpię, żeby mniej niż cztery tysiące to kosztowało.
Znów zastała cisza. Matka wyciągnęła z mikrofalówki pierogi, wzięła widelec i zasiadła do stołu. Zjadła kilka.
- A Kamil wie? - zapytała.
- Nie. Wczoraj pojechał z rodzicami na żagle, do Mikołajek.
- Niech on da ci ten tysiąc!
- Ja...nie chcę mu mówić. W ogóle.
- Dlaczego?!
- To moja decyzja - Kalina zacisnęła wargi i natychmiast uciekła wzrokiem matce - To ja musiałabym wychowywać tego bachora, nie on.
- Myślisz, że by cię zostawił? Mówiłaś, że to taki porządny chłopak...
- To prawda - potwierdziła twardo Kalina.
- Ale?
Nie odpowiedziała. Zaplotła ręce na piersiach, jakby chciała się przed czymś obronić. Spojrzała krótko w oczy matki po czym wróciła do swojego, małego co prawda, pokoju.
Kilka minut później zadzwonił telefon.
- Skarbie? - rozległ się w słuchawce głos Kamila, trochę zakłócony niezidentyfikowanymi szumami - Skarbie, jak tam?
- Wszystko w porządku - odparła Kalina, siląc się na radosny ton. Jedyne, czego pragnęła oprócz pozbycia się tego małego stworzonka z własnej macicy to to, aby Kamil o niczym się nie zorientował. W głębi duszy była zadowolona, że wyjechał, inaczej wszystko znacznie by się skomplikowało.
- Serio? Masz jakiś dziwny głos. U mnie w sumie średnio fajnie, chyba zrobiłem się za stary na wakacje z rodzicami - zaśmiał się krótko - nawet jeśli widuję ich tylko rano i wieczorem. Głównie spędzam czas na żaglach albo łażę gdzieś ze znajomymi. Wiesz, poznałem tu bardzo fajnych ludzi. Po przyjeździe koniecznie muszę cię z nimi zapoznać.
- To świetnie! A tak poza tym, mam nadzieję, że nie zwracasz uwagi na te wszystkie opalające się topless dziewczyny! - podjęła ryzykowną próbę zażartowania, ale wydawało jej się, że jej nieudolny chichot zabrzmiał histerycznie.
- Żadna nie może równać się z tobą! - nagle ściszył głos - wiesz, bardzo chciałbym znaleźć się znów blisko ciebie... - dodał lubieżnie.
Kalinę coś zaczęło dławić w gardle. Jej umysł ogarnęły wspomnienia znad morza, gdzie to w pierwszym tygodniu lipca udała się z Kamilem. Przeżyli tam całe siedem wspaniałych dni i...nocy.
Jak to się stało, że zaszłam w ciążę? Przecież zawsze się zabezpieczaliśmy!
I wtedy przed oczami stanęło jej kilka scen z bodajże czwartku, a raczej czwartkowej nocy. Obaj wyraźnie z alkoholem we krwi, radośni, szczęśliwi, beztroscy... Kamil wyciągnął chyba wtedy prezerwatywę, ale ona szybko mu ją wytrąciła.
- Chcę choć raz poczuć cię takim, jakim jesteś - wydyszała - nie przez kauczuk. I tak mam dzisiaj dni niepłodne. Przecież zaledwie dwa dni temu skończył mi się okres.
Westchnęła głośno. Dopiero słysząc głos Kamila w słuchawce uświadomiła sobie, że odbiegła trochę od świata realnego, wspominając lipcową noc.
- ...kochanie? Jesteś tam?
- Jestem. Przepraszam. Zamyśliłam się.
- Jakaś nieswoja jesteś dziś - urwał - Linka, pewnie masz te gorsze dni w miesiącu...
- Tak - skłamała gładko, uświadamiając sobie jedną, niepodważalną zaletę ciąży: całe dziewięć miesięcy bez okropnego bólu podbrzusza, złego nastroju i uciążliwych podpasek i tamponów!
- ...może gdybym całował twój brzuszek, przestałoby cię trochę boleć...
- Zwykle mi to pomagało.
- ...ale niestety nie mogę tego zrobić, bo jestem za daleko - westchnął.
-Trudno - powiedziała - muszę zadowolić się No-spą.
- Niestety tak. Ale gdy tylko wrócę...
- Gdy wrócisz, okres mi się skończy.
- Ale czy musi boleć cię brzuch, żebym mógł go całować?! - zawołał z udawanym oburzeniem.
- Tak - zaśmiała się i po raz pierwszy od wizyty u ginekologa poczuła się trochę odprężona.
- Okrutna jesteś! A nawet bardzo! Ale gdy tylko cię spotkam, policzymy się! I to ja będę bezlitośnie okrutny! - znów szeptał lubieżnie.
- Taaaak, ale akurat twoja forma okrucieństwa jest wyjątkowo przyjemna i bardzo mi odpowiada.
- Teraz mam jeszcze większą niż przed chwilą chęć znalezienia się blisko ciebie.
- To przyjedź - nagle poczuła, jak bardzo, mimo wszystko go potrzebuje - przyjedź - wyszeptała niemal błagalnie.
A niech tam! Niech się nawet dowie, niech się ze mną kłóci, niech mnie przekonuje do własnego zdania, ale niech będzie blisko!
Czekała zdesperowana na jego odpowiedź kilka sekund dłużej niż przedtem i właśnie te kilka sekund niesamowicie jej się dłużyło.
- Coś się stało - raczej powiedział niż spytał - i to wcale nie jest miesiączka.
- Kochanie, bo widzisz....bo widzisz....
- Będę jutro. Najpóźniej pojutrze - oznajmił bez chwili wahania - Nie rób nic głupiego, póki nie przyjadę.
- Zawsze robię coś głupiego.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Po tych słowach na linii zapadła głęboka cisza. Kalina schowała komórkę do kieszeni i usiadła na łóżku.
Nie poradzę sobie z tym wszystkim sama. Powiem mu. To oczywiste, że mu powiem, bo i tak już prawie wszystko wypaplałam. Nie zdążę już wymyślić wiarygodnej wymówki. Może to i dobrze. Nie, to oczywiste, że dobrze. A nawet bardzo. On mnie zrozumie. On mnie wesprze. Pocałuje w czubek głowy i będzie trzymał za rękę w drodze do lekarza. A później będzie całował mój brzuch. Choć nie będę mieć okresu. Ale będę miała pokaleczoną macicę. I duszę.
Duszę?! Co ja plotę? Tyle dziewczyn przechodzi przez aborcję, choć niby nielegalna... i co? I nic się nie dzieje, żyją dalej.
To przecież nie morderstwo. To coś we mnie nie jest nawet człowiekiem. Ono jest chyba bardziej podobne do kijanki. Kurczę, wiedziałabym to, gdybym uważała przez ostanie trzy lata na biologii. No ale i tak biologii nie zdawałam na maturze, więc po co?
Gdybym uważała, wiedziałabym jedynie, że to coś, co za parę dni zabiję, ma może już wszystkie narządy.
A jeśli rzeczywiście ma? Jeśli w moim ciele bije już nie jedno a dwa serca?
A jeśli ono chce żyć?
Może Bóg napisał już mu scenariusz i ono ma być kiedyś lekarzem? Jeśli ono ma ratować ludzi? A jeśli ja go wyskrobię, to kto będzie tych ludzi ratował...?
I znowu zaczynam bredzić! Muszę z tym skończyć, nie mogę rozczulać się nad jakąś pieprzoną kijanką! Ona jest obcym ciałem w moim organizmie! Nie ma prawa wić sobie gniazdka w mojej macicy!
Chcę zasnąć. Szybko zasnąć, obudzić się nazajutrz, pojechać do ginekologa, spotkać się z Kamilem, porozmawiać z nim, wziąć pieniądze.
Chcę obudzić się już tego dnia, gdy moja macica będzie pusta.
***
- Pięć tysięcy.
- Pięć?
- Tak.
- Cholera. Słyszałam, że cztery.
- Cztery kosztowało dwa lata temu.
Kalina zagryzła wargę. Spojrzała spode łba na ginekologa.
- Dobrze.
- Niech przyjdzie pani w piątek.
Zapadło krótkie milczenie.
- Mam nadzieję, że to będzie pani pierwsza i ostatnia aborcja.
- Niech mi pan wierzy - Kalina zagryzła wargi - tak będzie. To był przypadek...
- Wie pani, wiele par myśli, że jak przypadkowo pojawi się ciąża, to można dziecko wyskrobać i po kłopocie - ginekolog podrapał się po koziej bródce koloru czekolady - i przychodzą na przykład do mnie, dają mi pieniądze, a ja usuwam to stworzonko. Sam nie wiem, dlaczego nadal to robię, choć tego nienawidzę. Może dlatego, że chcę zapewnić dzieciom pewną przyszłość. To takie absurdalne! Aby moje własne dzieci miały wygodne życie, muszę zabić inne... Jestem cholernym egoistą. Chyba jak każdy - patrzy uważnie na Kalinę - kiedy łamię kleszczami temu dziecku nogi, miażdżę miniaturowe serduszko, wie pani, wtedy siebie nienawidzę. Mam ochotę trzasnąć tymi kleszczami, złapać ową pannę za ramiona i potrząsnąć. To dziecko cierpi. Jest nieświadome, ma ledwo kształtujący się mózg. Ale cierpi. I aby zapobiec temu cierpieniu wystarczy kupić w sklepie prezerwatywę. Globulki antykoncepcyjne! Przyjść do mnie po pigułki. Tak niewiele wystarczy, żeby nikt nie musiał cierpieć. I myślałem, że to oczywiste, w czasach kiedy seks nie jest już tematem tabu. Ale przychodzą do mnie takie młode, ledwie piętnastoletnie, a nawet młodsze(!), bo wstydzą się kupić prezerwatywę albo... jak to mi ciężko przechodzi przez gardło.... albo grają w tak zwane Słoneczko, słyszała może pani? Pełno jest o tym w Internecie i ja niestety parokrotnie się z tym spotkałem. Przyszła kiedyś do mnie jedna dziewczyna i wszystko mi opowiedziała, takimi słowami kończąc: „Widzi pan, to bardzo fajna gra, tylko ta ciąża”.
Ja zaczynam się bać, proszę pani, co będzie za kilkanaście lat. Wiek utraty dziewictwa jest coraz niższy, jest wręcz katastrofalnie niski, nierzadko można spotkać się w Internecie z ofertami nastolatek, które chcą sprzedać cnotę...
Poczekam chyba jeszcze parę lat, póki dzieci się nie ustatkują i rzucę to w cholerę. Może to i niezła kasa, ale za jaką cenę? Usuwam takiej dziewczynie zbędny balast, to nienarodzone, maleńkie dziecko i mam wrażenie, jakby każde to stworzono odciskało osobne piętno na mojej duszy. To naprawdę nie jest dla osób słabych. Kuzyn mojej koleżanki, także ginekolog, próbując przeprowadzić aborcję, popłakał się. Niech pani tak na mnie nie patrzy. Po prostu wyjął to pokaleczone, maleńkie ciałko i się rozpłakał. Wielkie łzy kapały na podłogę, mieszały się z krwią tego dziecka. Jakoś dokończył ten zabieg, ale po wszystkim wycofał się z zawodu, wyobraża sobie pani? Przekwalifikował się i teraz jest pediatrą. Leczy dzieciaki. Jak to życie czasami sobie z nas zadrwi, prawda?
Zamilkł. Kalina patrzyła na niego osłupiała. Nadmiar słów, które usłyszała, kotłowały się w jej mózgu. Czuła się oszołomiona. Sumienie podsycone wywodem ginekologa tryumfowało.
- Przyjdę w piątek - powiedziała tylko Kalina. Obdarzyła ginekologa ostatnim spojrzeniem i wyszła.
Kiedy już uporządkowała sobie wszystkie jego słowa, pojawiła się wściekłość, ale i zrozumienie.
Co on sobie myśli?! Że za co ja to dziecko wychowam?! Za tą pensję w kawiarni? I może jeszcze Kamil ma rzucić studia i opiekować się dzieckiem? A ja im będę przynosić z pracy marne tysiąc złotych?! I co my za to kupimy? Będziemy żywić się chlebem i wodą?!
Trochę racji jednak mimo wszystko miał, co do tych małolat na przykład. Ja w wieku czternastu lat wzdychałam po cichu do Wojtusia z bloku obok i marzyłam o księciu na białym koniu. A teraz czternastolatki już nie wzdychają, chyba, że z udawanej rozkoszy w łóżku, do którego trafiają z niewiele starszym kolegą.
No i książę na białym koniu też jest już dziś mocno przereklamowany. Nie można czekać na księcia. Trzeba łapać faceta, póki okazja i póki ma kasę, bo przecież miłość się już nie liczy... Po co miłość, jak jest kasa? Aż dziwne, że nikt nie przelicza jeszcze uczuć na dolary...
Westchnęła. Wyciągnęła komórkę i wybrała numer Kamila.
- Potrzebuję cię - jęknęła - gdzie jesteś?
- W pociągu. Będę za jakieś dwie godziny.
- Przyjdę do ciebie.
- Dobrze.
- A obiecasz mi coś?
- Słucham.
- Czy jak ci wszystko opowiem i usłyszysz, jaką decyzję podjęłam, nie przestaniesz mnie kochać?
- Linusia...mogę się na ciebie gniewać. Mogę być zawiedziony, smutny, zły. Mogę nie zgadzać się z tobą. Mogę być wściekły. Mogę uciec na koniec świata. Ale nie przestanę cię kochać. Nigdy.
- Nigdy?
- Nigdy.
- A jeśli kiedyś cię znienawidzę? Jeśli nie będę chciała cię znać? Jeśli cię skrzywdzę?
- Wtedy też będę cię kochać.
- To dobrze. Dzięki.
- Kochanie, bateria mi pada. Pogadamy, jak już przyjadę. Kocham cię.
Sygnał urwał się. Troszeczkę uspokojona Kalina wrzuciła telefon do torebki. Przejechała dłonią po włosach i skierowała się na dworzec PKP.
Nie przepadała za jazdą autobusem, za to ubóstwiała podróże pociągami. Wyczuwała w nich jakąś magię, której nie można było poczuć jadąc autem czy busem. Lubiła nawiązywać w pociągach nowe znajomości. Teraz także miała nadzieję, że kogoś pozna, choć jej miasteczko było zaledwie pół godziny pociągiem drogi stąd.
Oczywiście na pociąg musiała trochę poczekać, bo niestety była ona nieliczną osobą uwielbiającą jazdę PKP, więc pociągów wiele nie kursowało. Po jakimś czasie udało jej się jednak trafić do pociągu, który mógł zawieźć ją do jej miasteczka.
Wybrała pusty przedział i położyła obok siebie torebkę. Powinna była mocno ją trzymać, bo wiele już nasłuchała się o tym, jak to ludzie w pociągach kradną.
Do przedziału weszła bardzo stara kobieta. Była ubrana dosyć zwyczajnie, w długą, kwiecistą spódnicę, lekką bluzkę, a na głowie miała zawiązaną chustkę. Jednak gęsto poorana zmarszczkami twarz i wielkie, żeby nie rzec, ogromne, jasnobłękitne oczy kryły w sobie jakąś tajemnicę.
Kobieta nie miała wielu bagaży, jedną walizkę zaledwie. Kalina pomogła jej umieścić ją na swoim miejscu. Przedstawiły się sobie. Dziewczyna uśmiechnęła się do staruszki. Ta jednak nie odpowiedziała tym samym. Przez chwilę intensywnie wpatrywała się Kalinie w oczy. Dziewczyna nie potrafiła odwrócić wzroku, choć próbowała.
- Wychowaj je dobrze - rzekła po bardzo długiej chwili staruszka.
- Co?!
- Wychowaj je dobrze- powtórzyła.
- Ale kogo?
- Dziecko, które nosisz pod sercem.
Żołądek podjechał Kalinie do gardła.
- Dziecko... - powtórzyła głucho.
- Przecież to od razu po tobie widać.
- Tak... - przytaknęła osłupiona.
- Nie zmarnuj mu życia.
- Nie zamierzam - „w ogóle mu tego życia dawać” dodała w myślach.
- Choć twoja twarz jest obojętna, oczy wyraźnie mówią mi, co chcesz zrobić. Nie popełnij tego błędu! Nie ufaj sobie!
Choć jeszcze przed chwilą Kalinę ta rozmowa fascynowała, teraz wyłącznie ją przerażała.
- Przepraszam - bąknęła tylko i pobiegła do łazienki. Smród wkręcił się w jej nozdrza i prawie wywołał odruch wymiotny. Na szczęście w porę zdążyła wyjść. Ulokowała się w WARSIE i kupiła butelkę wody mineralnej. Kiedy ją wypiła, wróciła do przedziału w nadziei, że pojawił się tam ktoś jeszcze i nie będzie zmuszona przebywać sam na sam ze staruszką.
Odsunęła drzwi przedziału i przez chwilę słyszała tylko gwałtowne bicie swojego serca.
Kobiety nie było. Jej walizki także.
Usiadła ostrożnie na siedzeniu. Dotknęła dłonią czoła.
Gdzie ona się podziała? A może nigdy jej nie było? Przez ten upał mam chyba omamy. Halucynacje. To dziecko źle na mnie wpływa.
Ale już w piątek go nie będzie. Wszystko wróci do normy.
- Dobrze się pani czuje? Strasznie pani blada.
Podniosła wzrok. Nad nią stał przystojny trzydziestolatek i uśmiechał się troskliwie.
- Wszystko w porządku. Dziękuję za zainteresowanie.
- Łukasz Majewski - przedstawił się, mocno potrząsając jej dłonią.
Usiadł obok Kaliny. Włożył do uszu białe słuchawki i już po chwili do uszu dziewczyny dobiegły pierwsze, stłumione takty piosenki AC/DC. Następnie mężczyzna wyciągnął z torby gazetę i już po chwili zniknął w świecie nowinek motoryzacyjnych.
Kalinie było to na rękę. Nie chciała z nim rozmawiać. Jej myśli wciąż zajmowała tajemnicza staruszka i nie zanosiło się, aby prędko się to zmieniło.
Kiedy za oknami zaczęły pojawiać się znajome tereny, Kalina wstała. Torebka wypadła jej z ręki. Wszystko wysypało się na podłogę.
Łukasz od razu rzucił się, aby pomóc jej zbierać. Z zażenowaniem Kalina zauważyła, jak mężczyzna podaje jej pudełko tamponów. Naprędce wrzuciła wszystko do torby i żegnając się pokrótce, wybiegła z przedziału, a następnie z pociągu.
Przywitało ją gęste, duszne powietrze. Przez chwilę zrobiło jej się słabo, ale wzięła się w garść. Odeszła. Odwracając się miała wrażenie, że widzi tamtą staruszkę. Przywołało to wspomnienie z pociągu, a konkretnie scenę, kiedy się sobie przedstawiały.
Miała na imię Marta. Nie powiedziała nic więcej, tylko imię. Dziwna.
Skąd ona to wszystko wiedziała? No, skąd?
A może faktycznie mi się tylko zdawało? Może to wszystko to tylko jeden, straszny sen, a ja zaraz obudzę się i okaże się, że wcale nie jestem w ciąży?
Ciekawe, kto w końcu wymyśli wehikuł czasu. Każdemu bardzo by się przydał. Nie znam człowieka, który nie chciałby cofnąć czasu.
Przecież ideałów nie ma.
***
Po prostu ją pocałował. Uśmiechnął się krótko, wyciągnął w jej stronę ręce, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po wszystkim powiedział twardo:
- A teraz mi wszystko opowiedz.
Kalina zadrżała. Nie miała pojęcia, jak mu to wszystko powiedzieć. Od czego zacząć?
Stanęła przed jego biurkiem i oparła się o nie. Wzięła kilka głębokich wdechów i nieświadomie położyła rękę na brzuchu.
- Pamiętasz, jak pojechaliśmy razem na wakacje? - zapytała w końcu cicho.
- Oczywiście.
- Jestem w ciąży - i nie pozwalając dojść mu do słowa - w piątek ją usunę.
Przez chwilę patrzył na nią, jakby jej słowa nie docierały do niego. Nagle wstał. Podszedł do niej. Obrócił ku sobie i wziął za ręce.
- To powinna być wspólna decyzja.
- Wiedziałam, że będziesz się opierał - powiedziała głosem wypranym z emocji - ale ja nie zmienię zdania.
- Dlaczego? - nie był zły, smutny, zawiedziony czy rozczarowany. Jego oczy były jakieś...puste, głos głuchy.
- To nie ty będziesz nosił to dziecko dziewięć miesięcy pod sercem. To nie ty będziesz musiał przeżywać koszmar, rodząc je. To nie ty będziesz musiał zrezygnować ze studiów. To nie ty musisz pracować pięć dni w tygodniu w kawiarni - urwała.
Milczał, ale krótko. Puścił jej ręce. Zaczął spacerować w te i we w tę po pokoju. Maniachalnie drapał się po świeżo ogolonej brodzie.
- Mogę zmienić studia na zaoczne. Albo wziąć urlop dziekański. Możemy wynająć kawalerkę, rodzice może niechętnie, ale dadzą nam pieniądze. Ty możesz zrezygnować z pracy i zająć się dzieckiem i studiami. Ja znajdę pracę - zatrzymał się i spojrzał na nią, szukając jakichkolwiek znaków aprobaty.
- Sam dobrze wiesz, że to jest bez sensu - powiedziała - jesteśmy za młodzi. Niegotowi. Dziecko to cholerna odpowiedzialność.
- Zdołamy jej podołać - powiedział z przekonaniem - uda nam się. Kalina! Uda nam się, rozumiesz?
- Nie. Kamil, nie. Skończymy studia, znajdziemy pracę i mieszkanie, dopiero wtedy zabierzemy się za dziecko. Kiedy już będziemy mieli pod nogami pewny grunt. Nie chcę, by mojemu dziecku czegokolwiek brakowało. Chcę, żeby miało tak idealne życie, jak tylko się da. Ale nie uda nam się tego zrobić, jednocześnie studiując i zarabiając marne pensje. A jeśli nigdzie by cię nie przyjęli? Dobrze wiesz, jaka jest sytuacja na rynku pracy.
Nie odpowiedział. Odwrócił się do niej plecami.
- Potrzebuję dwóch tysięcy na skrobankę.
- Jutro ci je dam - usłyszała jego nadzwyczaj cichy głos.
- Dzięki.
Cisza pogłębiała się i stawała nie do zniesienia. Kalina czuła, jak zawiodła kolejną osobę. Próbowała ignorować to uczucie. W końcu podeszła do Kamila i objęła go mocno.
- Przepraszam. Nadal mnie kochasz?
Wtulił twarz w jej włosy i pocałował. Odsunęła się od niego.
- Chcesz tego dziecka, prawda?
- Chcę. Cholernie chcę - urwał - i kiedyś będę je miał - dokończył z trudem i pogłaskał ją po policzku.
Tak, będziesz je miał, a nawet całą gromadkę. Będziemy strasznie szczęśliwą rodziną. Ty, dobrze zarabiający prawnik, ja, tłumaczka niemieckich książek i nasze cudowne dzieci. Trójka. Chłopczyk i dwie dziewczynki. Wychowamy je na ideały. Będą miały wszystko, czego zapragną. Będziemy jeździć na wakacje do Grecji i na ferie w Alpy. Kupimy ogromny dom na obrzeżach jakiegoś wielkiego miasta i dwa samochody; dla ciebie wielki, terenowy Lang rover, dla mnie jakiś przytulny ford albo renault.
I wtedy nie będziesz miał już tego smutku w oczach, prawda?
***
Bała się tego piątku. Pragnęła go, ale się bała. Kiedy tylko o nim myślała, czuła w brzuchu gwałtowny skurcz, jakby ta nienarodzona istotka w środku buntowała się przeciw jej decyzji.
Nieświadomie zaczęła z ową istotką rozmawiać. Najczęściej gdy leżała wieczorem w łóżku. Mimowolnie otwierała usta i cicha litania słów płynęła w stronę jej brzucha.
- Środa. Jeszcze tylko doba i parę godzin i ciebie już nie będzie, wiesz? Zaraz zasnę, jakoś przeżyję czwartek, znów zasnę, a później pojadę do ginekologa. Nie pozwolę mu nic opowiadać, jak za ostatnim razem, bo jeszcze zmienię decyzję. A ja nie chcę zmieniać decyzji. Nie chcę cię. Jesteś nieproszonym gościem w mojej macicy. Tam ma być pusto. Żadnych obślizgłych kijanek.
Wiesz, jeszcze dziś rano rozważałam dwie możliwości: usunąć cię albo urodzić i oddać. To wcale nie byłaby taka zła decyzja. Pochodziłabym trochę z brzuchem, urodziła cię i trafiłbyś do jakichś porządnych rodziców. A ja żyłabym normalnie. Nie musiała zaharowywać się w kawiarni, żebyś miał za co żyć. Kamil nie musiałby zmieniać studiów, nie musielibyśmy prosić jego rodziców o pieniądze. To wyjście ma też drugą dobrą stronę; nie musiałabym cię usuwać, oczywiście i może z oczu Kamila zniknąłby ten smutek. Może byłby szczęśliwy, gdy gładziłby mój brzuch i mówił do ciebie, nawet, jeśli później nie byłbyś już nasz. A może cierpiał by później jeszcze bardziej? Nie wiem...
Ale, niestety, to wyjście ma tak wielką wadę, że po głębszym zastanowieniu musiałam z niego zrezygnować. Podczas tych dziewięciu miesięcy mogłabym ciebie pokochać. Osobiście w to wątpię. Nie potrafię kochać kijanki, nawet, jeśli z czasem przybiera ona ludzkiego wyglądu. Dla mnie zawsze będziesz obślizgłym stworzeniem, które pojawiło się nieproszone.
Mimo wszystko jednak jest taka możliwość. Mogłabym cię pokochać, a wtedy i ja cierpiałabym cholernie. Może nawet oszalałabym do tego stopnia, że zaczęłabym pragnąć cię zachować. Nie chcę tego. Nie chcę oszaleć. A ty możesz mnie do tego doprowadzić.
Śpij dobrze. Zostały ci tylko dwie noce. Zapamiętaj je. Zapamiętaj moje ciało, bo już nigdy nie będzie ci dane w nim przebywać. Zgniotą cię kleszczami, twoje malutkie, bezbronne ciałko i trafisz w szeregi aniołków. Taki mały, pokraczny aniołek.
Zostaniesz moim aniołem stróżem?
Ponoć już jednego mam, ale najwidoczniej słabo mnie strzegł, jeśli pojawiłeś się ty.
Zamilkła. Zacisnęła powieki. Zamiast ciemności, zobaczyła małe, nieproporcjonalne stworzenie. Pojawiły się kleszcze. Zgniotły na proch maleńkie kosteczki. Trysnęła krew. Otworzyła oczy, przerażona. Obrazy nadal krążyły jej przed oczami. Usłyszała piskliwy jęk, tak głośny, iż przez chwilę myślała, że jest on prawdziwy. Zakryła rękami brzuch. Serce łomotało jej w piersi, obijając się o żebra.
Po jakimś czasie uspokoiła się. Zasnęła. Obudziła się około drugiej z donośnym krzykiem. Obrazy dręczyły ją przez całą noc, pojawiając się w snach, gdy tylko Morfeusz porwał ją w swoje objęcia.
Rano wstała z łóżka czując się, jakby nie przespała ani minuty. Z wściekłością zacisnęła ręce na brzuchu, jakby chciała go zmiażdżyć.
Wyszła z pokoju. W tym samym czasie ktoś wszedł do domu.
Tata.
Kierowca tira. W domu jest zaledwie parę razy w miesiącu. Ciągle w trasie. Kalina nawet lubiła jego TIR-a, miał wielką kabinę malinowego koloru. Kiedy była mała, tata raz zabrał ją w podróż. Przez długi czas siedziała z nosem przylepionym do szyby i obserwowała zmieniające się szybko pejzaże. Tata jechał strasznie szybko, często się bała, że coś im się stanie, jakiś wypadek, które tak często widywała w telewizji. Nigdy jednak nic takiego się nie stało.
Tata zbiera na bmw, bo chciałby nim jeździć, gdy już przejdzie na emeryturę. Zna przecież chyba każdą drogę w Polsce, nawet kilka zagranicznych. Raz byłam przecież z tatą w Berlinie, Monachium, tata jeździ też na Słowację, Ukrainę, Białoruś. Pewnie gdy się zestarzeją wsiądą do tego bmw i pojadą w siną dal. Może w podróż dookoła świata.
Jeśli kiedyś będę mieć dużo pieniędzy, dam im na tą podróż. W odwecie za skradzione marzenia ojca.
- Linusia moja! - zawołał niskim głosem tata i przytulił Kalinę - mama pewnie w pracy? Wiem, że miałem wrócić dopiero jutro, ale tak wyszło, że szybko objechałem trasę. Byłem w Pradze, kupiłem wam coś!
Ojciec zdjął z ramienia przepastną torbę i wyjął z niej piękny, czeski notes. Podał córce.
- Może ci się przyda...
- Dzięki, tato - uśmiechnęła się ciepło do ojca.
Co będę w nim spisywać? Gdybym miała urodzić dziecko, potraktowałabym go jako dziennik ciążowy i później dała tej maleńkiej istotce, którą bym urodziła. Ale ja przecież jutro usuwam ciążę.
- Zrobiłabyś coś staremu ojcu do jedzenia?
- Oczywiście, na co masz ochotę?
- Na jajecznicę! Przez to ciągłe przebywanie w drodze muszę żywić się suchymi kanapkami i na ich widok mam odruch wymiotny...
- Wiem, tato.
Wyciągnęła patelnię, roztopiła na niej gruby kawał masła, tak, jak lubił ojciec, wbiła pięć jajek i mocno posoliła. Podczas gdy ojciec jak zwykle po powrocie dzielił się z nią opowieściami z trasy, ona mieszała jajecznicę i zawzięcie smarowała bułki. Kiedy otworzyła lodówkę, żołądek z niewiadomych powodów podjechał jej do gardła. Rzuciła się w stronę łazienki. W myślach przeklinała poranne mdłości i dziękowała Bogu, że już jutro się ich pozbędzie. Usłyszała, jak do łazienki wchodzi ojciec i szepce coś uspokajająco, jednocześnie gładząc ją po plecach. W końcu wstała, przemyła twarz i zrobiło jej się słabo. Wtuliła się w ojca.
- Moje biedactwo, co ci się stało? Chora jesteś, a może czymś się zatrułaś?
- Jajecznica zaraz się przypali - zignorowała jego pytanie i wróciła do kuchni. Jajecznica na szczęście nie była przypalona, ale strasznie mocno ścięta. Podała ją ojcu wraz z kanapkami. Ojciec jadł, jednocześnie patrząc na nią zaniepokojony.
- Wczoraj byłam z Kamilem w chińskiej knajpie, chyba mieli nieświeżą rybę - skłamała gładko. - Pójdę się położyć.
- Moje biedactwo, tak, idź.
Wzięła ze stołu notes. Usiadła na swoim łóżku i otworzyła go. Przyłożyła do szeleszczących kartek długopis. W głowie miała pustkę, nie wiedziała, co pisać.
Po chwili strona była już gęsto zapisana drobnym pismem Kaliny;
Dwadzieścia cztery godziny. Doba. Tylko doba i nie będę już posiadać dwóch serc. Teraz powinnam mocniej kochać. Tymi dwoma sercami w sobie. Ale nie potrafię. Przeciwnie, kocham mniej. Czuję mniej. Staję się nieczuła, jak zamrożona ryba na talerzu. Jestem martwa. Tam, w środku. Z zewnątrz przecież kwitnę.
Ono w mojej macicy jest jak trucizna. Zmienia mnie. Wolno wpuszcza swój jad do każdej mojej komórki. A już najbardziej zatruło mi umysł. Nie mogę o niczym innym myśleć. Ono mnie opętało. Nie chcę go. Ono jest złe. Na pewno nie wyrosłoby na lekarza. Najwyżej na złodzieja. Tak, idealnie by się nadawało. Najpierw okradło mnie z uczuć i myśli, później za moją pomocą mojego ojca z marzeń, później zawiodło mamę i Kamila...Ono chce wszystko zniszczyć. Nie mogę mu na to pozwolić. Wszystko musi wrócić do normy. Musi! Pozbędę się go i ono nie wyrządzi już nikomu krzywdy. Ono nie będzie aniołkiem, o, nie, Ono trafi do piekła i będzie smażyć się w kotle.
A może to ja trafię do piekła? Zapomniałam o Bogu... Bóg nie szanuje aborcji. Każde życie poczęte jest święte, czyż nie? Ale Ono nie jest święte, Ono jest diabelskim nasieniem, które we mnie kiełkuje. Ono jest złe samo w sobie. Ono wszystko psuje! Nie chcę go! Nie chcę!!!
Zepchnęła notes z kolan. Długopis wypadł jej z ręki. Czuła się coraz gorzej. Schowała twarz w dłoniach. Ułożyła się na łóżku i zwinęła w kłębek, jak małe dziecko. Czuła się jak dziecko. Tak bezbronna, zagubiona, potrzebująca jakiejś silnej ręki, która by ją naprowadziła na właściwą drogę.
Była zmęczona. Wiedziała, że teraz nie zaśnie. Obiecała sobie, że gdy tylko już wróci od ginekologa, zaśnie. Czysta, pusta, spokojna. Obudzi się w sobotę rano i cały poprzedni tydzień wyda się tylko głupim snem.
Tak. Tak będzie dobrze. Tak będzie najlepiej.
I niech tylko ginekolog nic nie mówi. Nic. Kalina nie chce go słuchać.
Ginekolog jest przecież głupi, bo sprawia, że zaczyna się wahać.
***
Wymiotowała już trzy razy. Raz w domu i dwa w pociągu. Rano nic nie jadła, bo nic nie przeszło jej przez gardło. Kupiła trzy jednolitrowe wody mineralne, niegazowane i już wszystkie wypiła.
Kamil cały czas trzymał ją mocno za rękę. Niestety nic jej to nie pomagało. Nie mogła przestać myśleć o istotce, która wciąż jest w jej macicy.
- Wszystko będzie dobrze, słyszysz? - wyszeptał jej do ucha Kamil, gdy wysiedli na peron. - A może zmieniłaś decyzję? - zapytał podniecony. - Możemy jeszcze wrócić i wszystko zacząć od nowa...
- Nie. Nie zmieniłam - odparła, ale nie zabrzmiało to tak pewnie, jak tego chciała.
Kamil objął ją i zaprowadził do ginekologa. Nogi jej się plątały, wzrok miała niewyraźny, była oszołomiona, a przecież jeszcze nawet nie dostała znieczulenia! Kamil został przed gabinetem, posyłając jej ciepłe spojrzenie, które miało podnieść ją na duchu, a sprawiło tylko, że poczuła się jeszcze gorzej.
- Miałem nadzieję, że zmieniła pani decyzję - powiedział na widok Kaliny ginekolog.
- Nie, do cholery! Niech pan to usunie, byle szybko! - wyciągnęła z torebki kopertę z pieniędzmi i wręczyła mu. Szybko przeliczył i rzucił ją na biurko.
- Spokojnie, proszę się nie denerwować i położyć na fotelu - polecił ginekolog.
Posłuchała go i pokornie położyła się na fotelu, wcześniej się rozbierając.
- Jest pani pewna w stu procentach? - zapytał ją jeszcze. - Jeśli pani zrezygnuje, około dziesiątego kwietnia urodzi pani śliczne dziecko...
- Tak, kurwa! Niech pan robi, za co panu zapłaciłam i nie przekonuje mnie do zmiany decyzji!
Zapadło krótkie milczenie, przerywane szczękiem narzędzi.
- Ty chyba tak naprawdę tego nie chcesz - zauważył cicho lekarz.
- Chcę! - syknęła. Kotłowało się w niej tak wiele uczuć, iż nie była w stanie wszystkich rozpoznać. Na pewno była tam wściekłość, rozczarowanie z niewiadomego powodu, jakiś nieokreślony smutek i ulga, radość, że wszystko wróci do normy...
- No cóż - westchnął i podszedł, by dać jej zastrzyk.
Widziała jeszcze sufit, wielką lampę, słyszała szept doktora. Później pojawiła się błoga ciemność, która wessała ją i otuliła. Czuła się bezpieczna, odprężona, cudownie beztroska. Myślała, że zostanie tam wiecznie, miała nadzieję przykryć się tą cudowną ciemnością i zasnąć, nie słyszeć nikogo ani niczego, sama, samiusieńka....
Usłyszała głos, później poraziło ją w oczy jaskrawe światło.
- Co...gdzie...jestem....ja.... - jęknęła.
- Już po wszystkim - powiedział ponuro lekarz.
I świadomość uderzyła w nią z rozpędem, wszystko sobie przypomniała, przed oczami znów zobaczyła okaleczone, niekształtne ciałko...
- Nie...Nie! - krzyknęła.
Ginekolog spojrzał na nią zaskoczony.
- Czy na panią ktoś czeka? Mam nadzieję, że tak, bo w takim stanie nie powinna pani sama wracać. Niech pani jeszcze chwilę tu poleży.
Rozbiegane oczy Kaliny ujrzały rękawiczki doktora.
- To...to krew....jego...
- Kilka kropel krwi. Tylko - westchnął ciężko i wzruszył ramionami. - To już tylko krew! Ciemnoczerwona ciecz. Ona już nie da nikomu życia - błękitne oczy doktora przeszyły jej własne, aż ją coś w środku zabolało.
Krew z jej krwi, kości z jej kości, ciało z jej ciała... teraz leżało gdzieś niedaleko, nieszczęsna grudka zmiażdżonych kości, oblana cierpiętniczą krwią...
Zacisnęła powieki.
Morderca! Morderca! Morderca!
- Nie!! - otworzyła oczy przerażona. Zacisnęła palce na fotelu, aż zbielały jej kostki. Oddychała ciężko, dyszała, jak po długim biegu.
Może wszystko by się udało tak, jak mówił Kamil? Może mogliśmy być szczęśliwi?
WSZYSTKO ZEPSUŁAM! JA, NIE ONO! ONO NIE JEST NICZEMU WINNE! ONO CIERPIAŁO! PRZEZE MNIE! ZABIŁAM GO!
WSZYSTKO ZEPSUŁAM!
WSZYSTKO ZNISZCZYŁAM!
To się zemści. Odebrałam mu prawo do szczęścia. Teraz to ja będę wiecznie nieszczęśliwa.
A może wszystko się uda?
Może tak właśnie miało być?
Może Ono musiało zginąć?...
...a jeśli nie?
DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ
Kalendarz wisiał na drzwiach. Pokój był ciasny, ale, jak to mawiają, własny. Pośrodku stało małżeńskie łóżko, w którym sypiała z Kamilem. Niedaleko stała szafa, jakieś półki, biurko z komputerem i laptopem, na ścianie wisiały różnego rodzaju obrazy i średniej wielkości lustro.
Kalendarz był wielki i każdemu miesiącowi odpowiadało inne zwierzątko. Na kwiecień przypadały puchate, żółte kurczątka. Kalina siedziała na łóżku i wpatrywała się w kalendarz.
Dziesiąty kwiecień. Dzień narodzin. Dzień narodzin dziecka, które nie istnieje.
Dzień narodzin dziecka, które mogło istnieć.
Dzień narodzin dziecka, które zabiła.
Pod datą na kalendarzu było coś wypisane drobnymi literkami.
Kalina- psycholog 18.30
Kalina poznała pismo Kamila. Dobrze, że pamiętał o jej wizytach, bo ona nie miała do nich głowy. Większość czasu spędzała na nauce, bo jej mózg jakby się zablokował i ciężko przychodziło jej przyswajanie informacji. Jakimś cudem sobie radziła.
Otworzyła dziennik z Czech, który dostała od ojca. Prawie cały był gęsto zapisany jej drobnym pismem. Nie uchował się w stanie idealnym- niektóre kartki były podarte i z powrotem sklejone, innych nie dało się już odratować, więc pomiędzy stronicami spoczywały strzępki zapisane czarnym długopisem. Niektóre strony były prawie puste z wielkimi, koślawymi literami, jakby ktoś pisał je w naprawdę ciężkim stanie.
Do zapisania pozostała Kalinie tylko jedna strona. Wyciągnęła długopis i przyłożyła go do kartki.
Dałabym jej na imię Marta. To na pewno byłaby dziewczynka.
Rozpłakała się.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 08.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(14): 9 gości i 5 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Darksio, subtelny demon