Kartka wypisana w Andalumii

Arctur Vox Kartka wypisana w Andalumii Autorstwa Morysa B., anarchosocjalisty; przekładu Wydawcy. Co mi się przytrafiła za przygoda, to głowa mała. Wczoraj, w bardzo gorące przedpołudnie, udałem się na tę zbyt długo odwlekaną pielgrzymkę do sanktuarium Świętej Nadieżdy. Był to nagły, przepełniający impuls. Drżał w powietrzu, ścianach i moich skroniach, aż nie mogłem dłużej ścierpieć bezczynności. Czułem to tak, jak gdyby sama Nadieżda snuła się za mną po mieszkaniu i spoglądała zarazem tęsknie i karcąco. Postanowiłem wyjść jeszcze przed obiadem. Znałem doskonale drogę, chociaż nigdy dotąd jej w całości nie przebyłem. Wcześniej jednak musiałem odnaleźć klucz do drzwi wejściowych. Rozpocząłem dokładne przeszukiwanie wszystkich pokoi, które pochłonęło niemal półtorej cennej godziny dnia, lecz nie przyniosło żadnych rezultatów. Wtedy po raz pierwszy zaświtała mi myśl, że może błędnie odczytuję wibrujące sygnały i wcale nic dobrego ze spontanicznej wyprawy nie przyjdzie? Chciałem już zrezygnować, ale dla zasady zajrzałem jeszcze za biurko z szwedzkiej sklejki, najwierniejszy mebel. Klucz tkwił wciśnięty pomiędzy tylną ściankę biurka a listwę przypodłogową; owijał go kokon z kurzu i okruchów. Długie płukanie pod strumieniem gorącej wody przywróciło mu dawny wygląd. Mogłem ruszać. Natychmiast, kiedy wyszedłem na dwór z przyjaznego wnętrza, uderzyła we mnie fala gorąca i oślepiło ostre słońce. Tak jest zawsze z zewnętrznym światem. Nie zrażałem się i alejką, przy której mieści się mój budynek, doszedłem do głównej jezdni. Potem szedłem prosto. Ponieważ słońce atakowało mnie od tyłu, szybko poczułem na plecach i pod pachami wilgoć potu, którym przesiąkła moja koszulka z zabawnym nadrukiem. Także luźne spodnie zaczęły się kleić do ciała. Wędrowałem labiryntem ulic wytyczonych między budownictwem jednorodzinnym. Punktem orientacyjnym była mi nowoczesna wieża cukrowni, dobrze widoczna z każdego miejsca na tym osiedlu. Osiągnąłem w końcu jego granicę, wyznaczoną przecinającą miasto magistralą kolejową. Na skraju dzielnicy stały wiekowe, w większości opuszczone posesje; stuletnie domy pokryte bluszczem i sadzą wzbijającą się z torowisk. Jeden z nich otaczał niesłychanie bujny dziki ogród. W tym gąszczu królowała powykręcana śliwa, której konary zwieszały się ponad chodnikiem. Dzięki doskonałej pogodzie tego lata drzewo bardzo obrodziło. Wiele napęczniałych owoców zerwało się pod wpływem własnego ciężaru i leżało na ziemi, rozgniecione i gnijące. Wydzielały bardzo intensywny odór. Przechodząc, wetchnąłem to powietrzne wino, doznając odurzenia. Na chwilę zamgliło mnie, straciłem ostrość widzenia; zobaczyłem, jak od przerwy między dwoma zabudowaniami przydworcowymi podnosi się tańczący promień i kładzie łukiem ponad miastem. Szczęśliwie samochód Kolei Ludowych przemknął obok, wzbudzając podmuch trzeźwiącego powietrza. Przeszedłem więc na drugą stronę ulicy i kontynuowałem pielgrzymstwo. A jednak obszar, z którego wystrzelił iluzoryczny promień, zaintrygował mnie. Dopiero, kiedy zbliżyłem się trochę, ujrzałem, co to za miejsce. Między dwoma gmachami z szarego betonu leżała przecież nasza świetlica. Ukłuł mnie w serce ten widok, choć wiedziałem, że została opuszczona już bardzo dawno temu. Cały taras pokrywała warstwa śmieci; połamano barierkę, ławeczkę, stoliczek, i wisiał zdarty do połowy ekran. Nawet ocieniająca ten zakątek topola, niby strzelista jak dawniej, zdawała się pochylać żałośnie. Pomimo narastającego upału przyspieszyłem kroku, aby trup świetlicy czym prędzej zniknął mi z oczu. Przekroczyłem torowisko. Przede mną powoli otwierało się śródmieście. Wówczas jedna ze skarpet, najwyraźniej niedbale założona o poranku, zaczęła obcierać mi prawą stopę, ukrytą wewnątrz spacerowego pantofla. Starałem się mężnie to ignorować, wszak taką pielgrzymkę ma się tylko raz w życiu. Im bliżej rynku miasta, tym więcej napotykałem ludzi. Byli oni spoceni, głośni i ruchliwi, jednak w ogólnym rozrachunku zupełnie znośni. Może to wskutek emanacji świętego celu mojej podróży, a może przez przypadek, lecz kilkoro chyba nawet uśmiechnęło się przyjaźnie do mnie. Szedłem główną arterią, taksując witryny sklepowe. Chociaż ostatnio osiągnęliśmy zenit corocznego zastoju towarowego, kiedy letnie przerwy produkcyjne większości syndykatów zbiegają się ze sobą, to dostrzegłem kilka całkiem ciekawych ofert. Jednak duch Świętej Nadieżdy bał się takiej przyziemności. Odsunąłem zatem wszystkie myśli materialistyczne na boczny tor. Znalazłem się pod budynkiem starej poczty, tam, gdzie podwójną trasę przedziela wyspa dla pieszych. Już z dala słyszałem wielki rumor silników i klaksony. Był to konwój ślubny. Na tę potrzebę nowożeńcom oraz weselnikom wydano z zakładów wszystkie ciężarówki, którymi pędzili teraz w kółko, powiewając czarno-czerwonym umajeniem, pijąc bezalkoholowy szampan i hałasując puszkami. Na pakach samochody miały ciągle wypisane stare hasła robocze, jak „Pokój, Praca, Anarchosocjalizm” i nasze nieśmiertelne „Niech żyje i zwycięża anarchosocjalistyczna rewolucja społeczna!”. Chociaż to z pewnością wydało im się aktualne, bo przecież gdyby nie zwyciężyła, nie mogliby teraz sposobić się do wesela. Doczekałem się luki pomiędzy pojazdami i ruszyłem plantami w stronę rynku. Tam kamienice rzucały przyjemny cień. Pod cukiernianymi parasolami obywatele jedli kremowe lody z pucharków, a matki wyciągnęły dzieci na spacer. Zegar na ratuszu wskazywał piętnaście po pierwszej. Pośród tej sielanki panienka z wijącą się, kołtuńską fryzurą rozdawała z torby przechodniom miejscowe proklamacje Rady. Tę torbę oraz spódnicę miała gęsto pokryte znaczkami i przyszywkami o treści umiarkowanie wywrotowej i lekko kontrrewolucyjnej, ale nic z tych rzeczy, do których mogłaby przyczepić się Komisja. To teraz popularne u małoletnich. Oczywiście do tęgiej piersi przypięła charakterystyczną broszę z kości gydthyynowej, świadectwo obecności na Święcie Prostych Liryków. A więc i ona była swego rodzaju pielgrzymem, lecz jak można porównać podróż do sanktuarium Świętej Nadii z wyprawą na jakiś babiloński festiwal? Wiem, w jakich przebiega ona okolicznościach: rokrocznie tysiące młodzieniaszków upycha się w ładowniach zdezelowanych statków rzeźnickich i metalurgicznych; wszystko im jedno, jak podłe warunki panują na gwiazdowcu, byle leciał do roju Dreyfussa. Są one na tyle słabo ekranowane, że niektórzy pasażerowie tracą rozum przed dotarciem na miejsce. Ale to tylko dostarcza młodym dodatkowej podniety. Z pewnością tam, na Threshu, kołtuniasta musiała nabroić jakimś lubieżnym występkiem albo kombinując z zakazaną używką. Wycofano ją ze szkoły i skierowano do pracy, a że późne liceum, na które wygląda, niewiele dzisiaj potrafi robić, musi rozdawać te proklamacje, czekając na przywrócenie subsydium edukacyjnego od Rady. Co za ohyda! Ominąłem panienkę szerokim łukiem, aby czasem nie próbowała wcisnąć mi dokumentu. Znalazłem się poza ścisłym centrum. Wkroczyłem między lokale robotnicze, do krainy maleńkich dzielnic rozmaitych mniejszości. Z otwartych okien płynęła głośna muzyka, odgłosy śmiechu i pijackiej zabawy, ale nie było czego się obawiać. Miło posłuchać, jak odpoczywają ludzie uczciwej pracy. Wąską alejką przeleciało stado gołębi. Przeszedłem obok kasyna bankietowego i targu miejskiego, opuszczając ciasny klaster zabudowań. Przede mną leżał wielki skwer, a na jego skraju kolejna smutna pamiątka. Nasz Komitet, ongiś tętniący życiem, teraz martwy i opuszczony. Za nic nie wszedłbym dzisiaj do środka. Uznałem, że dobrze będzie powierzyć przyszłe losy tego miejsca Świętej Nadieżdzie, gdy mnie ona dotknie. Za skwerem potężny, zielony bulwar. Biegnie prawie dwa kilometry, przecina dwie ulice i przechodzi bezpośrednio w plac sanktuaryjny. Tu przysiadłem na chwilkę, aby dać odpocząć nogom. Pomyślałem sobie, jak to dobrze i szczęśliwie, że mieszkam w Andalumii, ojczyźnie rewolucyjnego anarchosocjalizmu; kiedy chcę, mogę dojść prosto z domu aż tutaj, przez nikogo nie będąc niepokojonym, ciesząc się pięknym, choć skwarnym dniem i rozmaitymi widokami, prawie jakbym był sam jeden w całym mieście. Potem rozpocząłem właściwą część pielgrzymki, mającą dowieść mnie do słodkiego finału. Nie będę opisywać, co się ze mną działo w jej trakcie. Byłoby to zbędne, bo kto nie pielgrzymował na spotkanie z żywą Świętą, nie zrozumie nigdy, a mającym takie doświadczenie za sobą przecież nie trzeba tłumaczyć. Jest ono wszechogarniające; jest zniewalająca niecierpliwość i niepewność w docieraniu do celu. Mogę powiedzieć śmiało, że nie przytrafiło mi się w całym życiu nic bardziej intensywnego, a przecież staram się wychodzić z domu przynajmniej raz w tygodniu. Już dobry kawałek od placu sanktuaryjnego zaczęło emanować z pełną siłą. Drzewa były inaczej pochylone, umilkł gwar miejski. Żwir na ścieżce skrzył nieistniejącymi barwami. Powietrze zgęstniało, i to nie od upału. Lekki wietrzyk malował w nim glify, muskając mnie równocześnie z wielu stron. Przeszedłem pod obsydianową bramą łukową, symbolicznie otwierającą kompleks. Dalej wszystko pływało albo padało pokotem. Widziałem sylwetki innych pielgrzymów, jak idą przez plac noga za nogą, zgarbieni, otumanieni. Przy bramie minął mnie chudy starzec. Miał pobladłą twarz bez wyrazu, całkiem zaparowane okulary i wyglądające ponad nimi szkliste oczy. Nie widziałem samego sanktuarium, zasłaniały go drzewa biegnące szpalerem wzdłuż traktu przecinającego plac. Na tę ścieżkę nie mogłem jeszcze wstąpić. Nie miałem przecież libacji. Najpierw skierowałem kroki do sklepu, tu nazwanego – Przystanią Pielgrzyma. Mieścił się w małym budynku ze stylizowaną wieżyczką. Wewnątrz, dzięki aparaturze klimatyzacyjnej, panował przyjemny chłód. Pracowała tam tylko jedna kobieta, ze sterczącymi kośćmi policzkowymi i w okularach z ciemnymi szkłami. Do dziś intryguje mnie, jak to musi być przebywać w tej niezwykłej strefie po kilka godzin z rzędu, i to dzień w dzień. Co za odcisk musi pozostawiać w ludzkim umyśle, jak silnie uzależnia od siebie wszechobecna obecność Świętej? Czy da się w ogóle potem normalnie funkcjonować z dala od tych emanacji? Ale oczywiście jej o to wtedy nie spytałem. W półokrągłym sklepie stały na półkach flaszki wszystkich kształtów, z libacjami przeróżnej intencji, mocy, smaku i zapachu. Nabyć można było także pamiątki z pielgrzymki: obrazki i medaliki z wizerunkiem Świętej Nadii, sanktuarium lub jednego i drugiego; kartki pocztowe, ceramiczne albo metalowe modele kompleksu, książki o jego historii i życiorysie Świętej oraz oprawne w skórę, przenośne impresje audiowizualne, w sam raz na okolicznościowy prezent. W kociołku bulgotały gorące flaczki dla zgłodniałych, obok opiekały się pachnące tosty z szynką i serkiem. Byłem, jak wspomniałem, przed obiadem, mimo to nie chciałem jeść. Trochę zajęło mi wybranie libacji z odpowiednią intencją. Oszołomił mnie ogrom możliwości – tyle błogosławieństw, a pielgrzymstwo tylko jedno! Zdecydowałem się w końcu stanąć przed Świętą z prośbą o rozumienie, bo tylko jego nigdy za wiele. Ćwierćlitrowa libacja wypełniała pękaty flakon z niebieskiego, przydymionego szkła. Miała metalową zakrętkę i szyjkę owiniętą sreberkiem. Po jego zerwaniu, na odwrocie miała znajdować się treść modlitwy polecającej. Prócz tego poprosiłem sprzedawczynię w ciemnych szkłach o jedną z kartek pocztowych, taką z panoramą sanktuarium oraz wyobrażeniem Świętej Nadieżdy w czasach, gdy była tą dopiero co zakwitłą dziewczyną znalezioną na skalistym wybrzeżu Alaski. Produkty sanktuaryjne, jako związane z kultem religijnym, były wyjęte spod normalnego okartkowania. Mogłem więc zapłacić za nie samymi invictus, których zabrałem ze sobą kilkanaście w czerwonym bilonie. Ponownie stanąłem w upale. Już wiedziałem, że nie odważę się przejść odrzewionym traktem. Powoli brodząc w emanacyjnym budyniu, zacząłem kroczyć kamienną ścieżką okalającą plac. Minąłem zaparkowany na ukos samochód miejski – za kierownicą, z błogim grymasem na twarzy, siedział mężczyzna bez przytomności. Ujrzałem, że kluczyk w stacyjce jest przekręcony, ale motor nie pracuje. Musiał więc działać w chwili, gdy kierowca znalazł się w takim stanie, i pracował tak długo, aż zabrakło paliwa. Poczułem nagły przypływ sił duchowych. Zbliżyłem się do linii drzew i, po krótkim wahaniu, przelazłem na drugą stronę. Emanacje nagle chlasnęły jak biczem. Przede mną ukazało się sanktuarium w całej okazałości. Nie było większe od przeciętnego domu mieszkalnego. Zdumiewające, jak coś tak niepozornych rozmiarów mogło wyglądać równie pięknie. Budynek obiegał ręcznie ciosany płot z tego samego materiału, co łukowa brama wejściowa, czyli gładkiego obsydianu. Sanktuarium składało się z dwóch jak gdyby zespolonych brył, czyli sześcianów śnieżnobiałego marmuru. Były one nachylone pod kątem ostrym, ale jedna znajdowała się wyżej od drugiej, w ten sposób, że ta poniżej wgłębiała się w grunt. Wyższą utrzymywały ponad ziemią grube, drewniane kolumny, wystrzępione przez słony wiatr i wodę. Z pewnością służyły kiedyś jako podpory jakiegoś pomostu. Także z nich wykonano proste schody, które wspinały się do małych żeliwnych drzwiczek, jedynego wejścia. Światła wewnątrz sanktuarium nie brakowało, gdyż w każdej ścianie znajdowały się olbrzymie, okrągłe okna. Próżno jednak wyglądać przez nie, co porabia jego mieszkanka. Zamiast szyb miały bowiem kunsztowne, nieprzejrzyste witraże. Całość okalał wypielęgnowany ogród wyłącznie na użytek Świętej, pełen egzotycznych roślin. Wiła się w nim ścieżka prowadząca na tyły sanktuarium, gdzie małe, sztuczne zbocze wysadzone skałami miało przypominać Nadieżdzie o jej dzieciństwie na klifach. Żeby dokładniej przyjrzeć się budynkowi, przysiadłem na wyślizganej kamiennej ławie. Dotknięcie jej było zwieńczeniem pielgrzymstwa. A więc dotarłem, byłem w epicentrum. Czułem się dziwnie, lecz dobrze. Uświadomiłem sobie, że nie słychać nic, a wkoło żywej duszy. Obok mnie ział ogrodzony taśmą wykop i przykryte plandekami maszyny. Najwyraźniej pracowano nad wymianą starej nawierzchni placu. Na horyzoncie za sanktuarium pięły się wysokie kondominia mieszkalne, wieżowce z piaskowca. Nie leżały wcale daleko, jednak dla obserwatora stąd zdawały się należeć do całkiem innej rzeczywistości. Wysoko w górze, po bezchmurnym niebie krążył mały samolot dwusilnikowy. To Milicja Ludowa pilnowała, by nic nie zakłócało absolutnego ładu kompleksu. Pielgrzymstwo to nie tylko kontemplacje. Otworzyłem libację i zacząłem pić rytualnie, po każdym łyku kierując głowę w stronę sanktuarium i koncentrując wzrok. W myślach przywoływałem Świętą Nadieżdę do siebie. Cukrowa nuta płynu ścierała się z goryczką. Pielgrzymskich libacji nie warzy się tak, by były mocne, ale ich siła leży w tym, jak wiążą wszechobecne emanacje. Choć gdzie indziej zdawałyby się cienkie jak woda, tutaj zniewalają organizm szybciej od najmocniejszego trunku. Ani się zorientowałem, jak napoju zabrakło. Miałem wrażenie, iż wokół mnie wytworzył się wir nieposkromionej świętości. Szeptem zmówiłem celofanową modlitwę w intencji lepszego rozumienia. Czekałem z niecierpliwością na kontakt… Ale czas mijał i mijał, a ja ani przez moment nie poczułem obecności Świętej. Jakie to było rozczarowujące. Zupełnie nie wiedziałem, co czynić. Genialna aura jakoś słabła. Znowu zacząłem słyszeć dźwięki. Sanktuarium już nie przemawiało do mnie w ten sam sposób; odwróciłem się do niego plecami, szukając zakrętki od flaszki, by posprzątać przed odejściem. Właśnie wówczas mignęła mi ponownie ta jasność, światło kładące się między kondominiami. Obok mnie, opierając się na zdezelowanym rowerze, przystanął starszawy wąsacz. Zwrócił się do mnie z czymś, ale nie zrozumiałem. Skupiłem się na obserwowaniu jaśniejącego promienia. Tak, był tam, a co więcej, przybierał na sile, aż wszystko wokół przygasało. Wąsacz powtórzył pytanie, chyba o godzinę. Czy nie widział tego, co ja? Promień w parę sekund stał się świetlistym słupem! Macałem wokół siebie, mechanicznie poszukując tej nakrętki. Mężczyzna teraz poruszał gwałtownie rękoma, pewnie próbując zilustrować w ten sposób, o co mu chodzi. Naprawdę nie mogłem pojąć, o co mu chodzi. Drętwiałem, patrząc, jak światło przecina sanktuarium na pół. Witraże raziły otoczenie wszystkimi kolorami tęczy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś wewnątrz budynku wypija świetlne promieniowanie. I wtedy się pojawiła. Jej sylwetka, rozżarzona do białości, stała się widoczna przez marmur i drewno. Święta Nadieżda była niewysoka; poza tym nie różniła się w niczym od zwykłej, ładnej kobiety. Płonące włosy tańczyły wokół jej głowy. Trwała nieruchoma. Zdawało mi się, że widzę wokół niej cienie jakichś domowych sprzętów. Moja ręka natrafiła wreszcie na nakrętkę, lecz coś bzyczącego siedziało wewnątrz niej – czerwona osa, która w tej chwili wyparowała jako chmurka dymu. Tego było za wiele. Chciałem krzyknąć do wąsatego, czy on to wszystko widzi, co się tutaj wyczynia, jednak głos zamarł mi w gardle. Wąsaczy było dwóch, choć niezupełnie. Na moich oczach, z jednego człowieka wyłaniał się drugi, również trzymający rower, ale wtopiony do połowy w swój pierwowzór. Obaj drżeli i dygotali, jak dygocze uszkodzony film. Zrozumiałem, że trzeba uciekać. Niestety, osłabione ciało odmówiło posłuszeństwa. Zachwiałem się i niemal przewróciłem. Butelka po libacji upadła, tłukąc się w drobny mak. Tylko ten szczegół dobrze zapamiętałem, gdyż wyznaczył dokładny moment przekroczenia granicy. Nim zdążyłem podnieść się, świetlne widowisko rozpłynęło się bez śladu, a wraz z nim widmo Świętej. Nawet chcąc, nie miałbym gdzie go szukać - nie znajdowałem się już na sanktuaryjnym placu. Tak naprawdę, to w tamtej chwili tylko o własnej skórze i ubraniu mogłem powiedzieć, że nie uległy zmianie, bo dosięgła ona wszystko inne, nawet nieboskłon. Po szarym sklepieniu bardzo szybko płynęły ciemnopurpurowe chmurzyska. Rozglądnąłem się zupełnie oniemiały. Kamień, na którym jeszcze przed chwilą siedziałem, był teraz pniakiem po ściętym drzewie. Pozostałe drzewa szpaleru miały się za to doskonale. Wyglądały, jakby je tu przesadzono prosto z dziewiczej kniei, tak potężną tworzyły nad głową plątaninę konarzysk i dzikiego listowia. Musiały jednak rosnąć od dawna; ich korzenie porozsadzały beton ścieżki, choć przecież ta sama dróżka była przed chwilą najbardziej zadbaną, jaką w życiu widziałem. Gdzie ja się znalazłem, tego do dziś nie wiem. Spojrzałem w dal, na kondominia mieszkalne z piaskowca, ale one też zniknęły. Zamiast nich nad miastem wisiały jakieś podłużne balony i majaczyły kominy snujące smolisty dym. Chociaż wiedziałem, jak to się skończy, musiałem obejrzeć się na sanktuarium, czy przynajmniej ono pozostało. Gdzie tam! Obsydianowy płotek został zastąpiony powykręcanym żelaznym ogrodzeniem. Miało ono kształt ośmiokąta i nie chroniło sześciennej architektonicznej perełki, lecz obrzydliwy, omszały pomnik. Wielki posąg wyobrażał wulgarną kobietę o wężowym ogonie, która wymachiwała nad placem sanktuaryjnym przerażającym zweihänderem. Ścieżka i drzewa, niebo i balony, ta straszliwa postać – zakręciło mi się w głowie. Zorientowałem się, że mężczyzna z rowerem, od którego całe przenicowanie wzięło początek, ciągle tu jest. Teraz pozostał w nim tylko cień tamtego wąsatego ciamajdy, górę wziął bliźniak wyłażący z jego ciała. Miał na sobie mundur ze złotymi guzikami, służbową czapkę, a na palcu kręcił skórzaną pałkę. Zniszczony dwuślad ewoluował w dziwaczny motorower. Wąsaty surowo patrzył wprost na mnie i, widząc mój strach oraz skołowanie, uśmiechnął się. Rzekł chrapliwym głosem: - To co, płacisz, czy wybieramy się na wycieczkę? I wskazał rozbitą flaszkę libacyjną. - Ja przecież… potknąłem się – wyjaśniłem rzecz oczywistą. - A butelka prasnęła. I co teraz? Kto i za co ma posprzątać? Wskazałem nieśmiało na siebie. Ale on tylko zarechotał. - Chciałoby się! Nie masz czym opłacić śtrafu? Chodź no tu! Grożąc pałą, bezceremonialnie złapał mnie mocno za policzki, postawił do pionu i obejrzał z każdej strony. Wysyczał: - Różnych tu mieliśmy nowych skurwysynków, nawet brzydszych od ciebie, ale jakoś umieli się wtopić. Ty masz wielkiego pecha, kolego, że ci nie wyszło, bo teraz trochę pognijesz. Zaczął szykować kajdanki. Co to miało znaczyć? Za butelkę, za śmieć mam iść gnić w areszcie, który nawet nie przynależy do mojego normalnego świata? I może jeszcze z innymi więźniami dzielić pokój, stół; dzielić… wychodek? Szczęśliwie na powrót poczułem siły w nogach. Ponad ramieniem mojego prześladowcy widziałem, że rozrytą ścieżką chodzą hałaśliwi, dziwaczni ludzie. Z przesyconej emanacjami intymności sanktuarium całkiem nic nie zostało. Odczuwałem to odstawienie okropnie boleśnie – nagle dookoła był tylko strach i skołowanie. Nie miałem jednak nad czym myśleć – wyrwałem się, odpychając zaskoczonego wąsacza. Podniósł alarm, ale ja gnałem już przed siebie placem, byle dalej. Z ulgą stwierdziłem, że zamiast ruszyć w pościg, porządkowy siedzi na służbowym pojeździe, bezskutecznie próbując zapuścić silnik. Co to za miejsce, w którym dopadł mnie od tak dawna nie zaznany strach życia i bycia na zewnątrz? Dlaczego właśnie mnie, ze wszystkich pielgrzymujących do Nadieżdy, musiało to spotkać? Zadyszałem się, więc przystanąłem, by odsapnąć i ułożyć plan dalszego działania. Musiałem ucieczką zwrócić na siebie więcej uwagi, niż myślałem, bo nim się zdążyłem zorientować, otoczył mnie pierścień tych tutejszych ludzi. Choć posługiwali się znanym mi językiem, to prawie nie rozumiałem ich słów. Nosili archaiczne ubiory, dziwną biżuterię, zegarki, buty, kapelusze. Zażenowanie i wstyd, które czułby każdy normalny człowiek, gdyby taka krzycząca hałastra nagle zaczęła wytykać go palcami i dźgać, ciągnąć za ubranie – ja czułem zwielokrotnione tysiąc razy. Z oddali dobiegł ogłuszający dźwięk gwizdka. Na motorynce pędził mundurowy. Panika dodała mi śmiałości. Wyrwałem się z tłumu, a on podążył za mną, jak za zwierzęciem. W moim kierunku szło sobie dwóch młodzieńców przypominających studentów, jeden z brodą, a drugi w śliwkowym surducie i wywijający czarnoprochowym rewolwerem. Zaciekawili się zbiegowiskiem. Musieli uznać je za obławę na bandytę, bo studencik z bronią przycelował, odciągnął kurek i wypalił. Rzuciłem się w bok. Pocisk przeszedł tuż nad moją głową, żłobiąc we włosach ścieżkę. Strzelec wybuchnął gromkim śmiechem. Nie zdołałem jeszcze dojść do siebie, kiedy znowu ktoś się przyczepił. Niski żydek odchylił przede mną połę płaszcza, pokazując ukryte tam przeróżne butelki i torebki. Opluwając mnie, wymamlał: - Tonikóf, zióleczek u mję mnogoszcz, pane, na dodane wigoru i na urok oszobiszty! Tego uszilybyszcie sobe! Szczerząc złote zęby w uśmiechu, wyciągnął flaszeczkę z zieloną zawartością i, mimo stanowczych protestów, wcisnął mi do ręki, jednocześnie obmacując mnie w poszukiwaniu portfela. Nie było na niego rady. - Tylko dzieszęcz mareczek, pane! Takiego groszika poszkąpicze? Chcąc, by wreszcie dał mi spokój, rzuciłem w jego stronę pozostałymi invictus i wycofałem się. W oczach żydka zapłonął gniew, kiedy obejrzał jedną z monet. - Czem wy mie mamicze tutaj?! Nadspodziewanie sprawnie skoczył mi do gardła, ale wtedy padł drugi strzał. Pocisk przeznaczony dla mnie przeszył pierś handlarza, rozbijając jedną z wielu flaszek. Rozległ się syk jakiejś reakcji i z dziury po kuli buchnął fioletowy płomień, przeskakując zaraz na rękaw płaszcza żydka, jego koszulę i pejsy. Płonący żywcem wydał z siebie przenikliwy wrzask. Pomyślałem, że nie zniosę tego dłużej. W myślach zabłagałem o jakieś ukojenie, jakikolwiek znak, i, o dziwo, od razu został mi dany. Ścieżką obok, na charakterystycznych bicyklach z wielkim przednim kołem, nadjechała trójka najśliczniejszych dziewcząt na świecie. W swojej rzeczywistości nigdy nie spotkałem takich. Co za jedwabiste włosy miały, śliczne uda i łydeczki, piękne buzie, zgrabne pupy – a jędrne cycuszki, uwięzione w gorsecikach falbaniastych spódnic, jak podskakiwały w rytm jazdy! Aż rozdziawiłem gębę. To dopiero Święta Nadieżda przygotowała widzenie! Spodnie zrobiły mi się nieco przyciasne w kroku, przynajmniej dopóki nie wylądował na nim ostry koniec parasolki. Zgiąłem się w pół. Stała nade mną powykręcana i zgrzybiała matrona, waląc raz po raz tym różowym przedmiotem. Wrzeszczała przy tym na całe gardło: „Perwertyk! Perwertyk!”, jakby stawała w obronie cnoty oszałamiających cyklistek. Dziewczęta, rozbawione setnie, chichotały z kpiną, spoglądając na mnie jak na kupę odchodów. Poczułem dziką nienawiść do tych szmat, ale co mogłem zrobić? Tłum już mnie doganiał. Żydka ktoś rzucił w trawę i próbował ugasić kopniakami. Jakoś złapałem parasolkę staruchy i wyrwałem jej, nim zadała kolejny dotkliwy cios. Spojrzałem prosto w nienawistne twarze zbieraniny i uświadomiłem sobie, że chyba czeka mnie lincz. Wtem zabrzmiał piekielny warkot. Wszyscy odwrócili się, zadzierając głowy. Nisko, tuż nad ziemią, strącając liście z gałęzi płóciennymi skrzydłami, leciał bardzo prymitywny aeroplan. Po dwóch śmigłach z tyłu wywnioskowałem, że jest to tamten samolot patrolowy Milicji, dotknięty zmianą. Z pokładu maszyny smukły człowiek w kombinezonie rzucał grube gazeciska przewiązane sznurkiem. Ludność wykrzykiwała pozdrowienia pod adresem lotników i zgrabnie łapała przesyłki. Byłem zbyt obolały i zmęczony, by zareagować, kiedy jedna poszybowała prosto we mnie. Trafiony w głowę, upadłem na beton i tak leżałem. W ciągu kilkunastu minionych minut pękła bańka społecznej ochrony, wyłącznie dzięki której mogłem dotąd latami żyć, zasypiać spokojnie i zapomnieć o własnym nieprzystosowaniu. Świat wrócił do punktu, gdzie każdy krok wśród ludzi był wyczerpującą interakcją, a otwarcie drzwi na ulicę rozdaniem kart i początkiem bezlitosnej gry. Teraz miałem zostać odsiany; i tak za długo cieszyłem się społecznym rajem. Tłum zgęstniał, otoczył mnie szczelnie. Zacisnąłem powieki. Oczywiście skoro teraz o tym piszę, to nietrudno domyślić się, że zostałem ocalony. Nagle coś zlitowało się i po prostu z powrotem skąpało mnie w wibrujących emanacjach. Skulony na ziemi, wróciłem do sanktuarium żywej świętej. Tłum dręczycieli wyparował bez śladu. Pozostały jedynie siniaki, rozcięcia, rowek po kuli w czuprynie i nieusuwalna psychiczna trauma. Jak opętany zerwałem się, pędząc w poszukiwaniu najbliższego trolejbusu, który dowiezie mnie do domu. Bezpieczny we własnych czterech ścianach, najpierw zaaplikowałem sobie zastrzyk diazepamowy. Trochę uspokojony, ze zdziwieniem odnalazłem w kieszeni spodni miksturę natarczywego żydka. Musiałem ją tam odruchowo schować. Przyjrzałem się jej uważnie. Niedużą buteleczkę opatrzono zadrukowaną po niemiecku etykietą. Niespotykana czcionka utrudniła mi odczytanie informacji, jednak dowiedziałem się, że ten „ożywiający” tonik złożony jest z płatków szczerego złota zawieszonych w mieszaninie dwóch wywarów: z marihuany oraz z jej pochodnej substancji, czyli amfetaminy. Złoto naturalnie nie ma dzisiaj żadnej wartości rynkowej, ale byłoby ciekawie mieć je w swej kolekcji. Ostrożnie przecedziłem płyn przez kuchenne sitko, licząc na wyłapanie skrawków szlachetnego kruszcu. Faktycznie, osiadły w nim, jednak zaraz po dotknięciu utleniły się. Został mi tylko tonik. Łudząc się, że pomoże wypłukać całe zdarzenie z pamięci, wypiłem go duszkiem. Natychmiast ległem nieprzytomny i spałem przez czterdzieści osiem godzin. W narkotycznym widzie nawiedziła mnie straszna, heretycka myśl. Doszedłem do wniosku, że Święta Nadieżda nie jest żadną świętą, ale zwykłą dziewczyną o szczupłej talii i okrągłych biodrach. Tacy jak ja mężczyźni wymyślili sobie jej kult i nieświadomie nadali moce, aby pogodzić się z faktem, iż nigdy podobnej kobiety nie będą mieć. Obudziłem się z wielkim bólem w całym ciele. Natychmiast zabłagałem żywą świętą, a także wszystkie inne przychylne siły, aby przebaczyły mi te rojenia i ulżyły w męce. Już nigdy więcej nie wyjdę z domu. Estanza, Andalumia. 19 sierpnia 2513r.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 31.03.2014r.

1     

Terila Redaktor 08 04 2014 (00:25:27)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Arcturze, naprawdę jestem pod wrażeniem.

Niesłychanie przypadł mi do gustu Twój sposób pisania, choć nie ukrywam, że momentami coś w nim zgrzyta. Nigdzie się nie spieszysz. Używasz wielu słów, rzadko spotykanych u młodych pisarzy, co za tym idzie, Twoja praca jest bardziej bogata językowo. Wiesz o czymś piszesz.
Opisujesz miejsca niepospolicie. Jest w tym coś, czego nie potrafię nazwać ani ująć, ale co wytwarza własną, specyficzną iskrę, bijącą z Twojego dzieła.

Drogę Twojego bohatera do sanktuarium przedstawiłeś z wieloma szczegółami - moim skromnym zdaniem, niektóre z nich były niepotrzebne. Gdy na początku charakteryzowałeś świat, w którym żyje Twój bohater, przyznam szczerze, że zaczęłam się zastanawiać, kiedy powiesz nam o nim coś więcej, co pomoże go jakoś ulokować w wyobraźni odbiorcy. Jednak zakończenie zniszczyło moje pojęcie na temat tego, co wykreowałeś.

Świat wrócił do punktu, gdzie każdy krok wśród ludzi był wyczerpującą interakcją, a otwarcie drzwi na ulicę rozdaniem kart i początkiem bezlitosnej gry.
- podoba mi się w jaki sposób umieściłeś tę najważniejszą kwestię swojego opowiadania w tekście.
Jest to postawiona w niepozornym miejscu ważna rzecz. To tak jakby obok wazonu, na szklanym stoliku, w salonie położyć klucz do skrytki prywatnych tajemnic.
Punkt zwrotny dla czytelnika w opowiadaniu nie został przedstawiony tak, by zaszokować, by całą dynamikę wepchnąć w ten moment, podnieść ciśnienie, by oprzeć na na nim całą konstrukcję utworu. Odbiorca nie wie, że zaraz nastąpi eksplozja. Nie spodziewa się jej, nie szuka jej. To niepozorne postawienie pucharka lodów na środku dywanu. Jeszcze z czymś takim się nie spotkałam.

Parę zastrzeżeń:
Oczywiście do tęgiej piersi przypięła charakterystyczną broszę
- nieprzyjemnie kojarzy się tęga pierś u kobiety, która nie jest krasnoludem bądź zapaśniczką mma. :)

Im bliżej rynku miasta, tym więcej napotykałem ludzi. Byli oni spoceni, głośni i ruchliwi

Ponieważ słońce atakowało mnie od tyłu, szybko poczułem na plecach i pod pachami wilgoć potu, którym przesiąkła moja koszulka z zabawnym nadrukiem. Także luźne spodnie zaczęły się kleić do ciała.
- pocenie się jest chyba dla Ciebie dość istotne. Przyznam szczerze, że dla wyobraźni czytelnika trochę mniej. Nie straciłbyś na wiarygodności, szczędząc trochę tych plam.

To wszystko.
Pozdrawiam ciepło. :)

ArcturV Użytkownik wpmt 09 04 2014 (01:02:28)
Uprzejmie informuję, że jest w przygotowaniu swoiste addendum do tekstu, na które złoży się tłumaczenie pozostałych kartek Morysa B., które udało Autorowi się zgromadzić. Naturalnie nie będzie to ostatnie spotkanie czytelnika polskiego z bogatą i czarującą kulturą anarchosocjalnej Andalumii, lecz jednocześnie raczej ostatnie z naszym Morysem.

Z autorskim pozdrowieniem,

Arctur Vox, literat

Terila Redaktor 10 04 2014 (20:39:01)
Uu, zapowiada się więc ciekawie. :) Cierpliwie czekam.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(51): 51 gości i 0 zarejestrowanych: