Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt

Karabin

WSTĘP

Pisząc tych kilka słów w ramach wstępu, nie wykluczam, że wielu ominie go szerokim łukiem. Jeśli jednak zdecydujesz się przeczytać, to zrozumiesz, co kierowało mnie przy tworzeniu tego opowiadania, i zapewne będzie kierować w przyszłości, kiedy ten "drugi" Kuba dojdzie do głosu.
Każda osoba, która zajmuje się prozą, ma swoją rzekę, do której nieustannie schodzi z siecią, by złapać w sidła garść pomysłów. Część z nich nie ma prawa opuścić sieci, z racji tego, że są na tyle ciekawe, by zainwestować w nie czas i pracę. Jednak wśród tych perełek znajdują się także takie okazy, które są świetne, jednak nie pasują do powszechnego stylu i tematyki osoby tworzącej. Między innymi dlatego chcę się posłużyć swoim alter ego.
Drugim powodem jest postać, która często odwiedza moją wyobraźnię. Nie wiem, jak wygląda, bo nigdy się nie pokazuje, ale jestem pewien, że nie robi krzywdy. Jedynie od czasu do czasu weryfikuje zawartość sieci po połowie. Tak też było w przypadku tego opowiadania.
Zanim uznasz ten wstęp za brednie godne doświadczonego narkomana, weź pod uwagę, że to wyobraźnia. Tylko wyobraźnia, która jest źródłem naszych rzek.


15 listopada, 2008



"Karabin"


Zegar wskazywał godzinę siedemnastą. Rachel Carver kończyła właśnie przygotowywać sałatkę, kiedy w drzwiach jednorodzinnego domu usłyszała zgrzyt klucza . Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Pan domu wrócił z pracy, może w końcu naoliwi te drzwi, pomyślała ironicznie Rachel, po czym uśmiechnęła się dyskretnie, aby Steve nie ujrzał jej zagadkowego rozbawienia.
-Kochanie, wróciłem do domu- oznajmił Steve. - Gdzie jest George? Mam dla niego prezent.
George, radosny ośmiolatek, fan głupich kreskówek wypełnionych po brzegi przemocą, siedział w swoim pokoju, który mieścił się na pierwszym piętrze.
- Cześć, Steve. George jest na górze.- Rachel odłożyła widelec i namiętnie pocałowała męża w usta.- George! Zejdź do kuchni, tata ma coś dla Ciebie!
Steve szeroko się uśmiechnął, obracając w dłoniach niespodziankę dla syna.
- Zaraz przyjdę!- odkrzyknął George.
Promienie Słońca wpadały przez kuchenne okno, naznaczając złocistym blaskiem twarze Rachel i Steve'a. W pomieszczeniu unosił się zapach pieczonego kurczaka i cebuli.
- Steve, co tam masz dla Georga?
- Karabin. Naprawdę świetny. Facet sprzedał mi po okazyjnej cenie. Powiedział też, że to replika broni, którą posługiwał się bohater z ulubionej bajki George'a.
- Kupiłeś mu broń?!- Jej głos był dziką mieszanką zdenerwowania i irytacji.
- Rachel, daj spokój. To tylko zabawka.
- Tak, do cholery, masz zupełną rację! Zwykła zabawka, zwykła imitacja przedmiotu, który łatwo i szybko może pozbawić życia. Moje gratulacje, wykazałeś się nienagannym gustem!
Steve już otworzył usta, chcąc odeprzeć atak żony, lecz w tym momencie w kuchni pojawił George, ubrany w krótkie, bawełniane spodenki oraz koszulkę z wizerunkiem Spider-mana.
- Cześć, tatusiu. Co masz dla mnie?- zapytał George, nad którym ciekawość przejęła całkowitą kontrolę.
Rachel spojrzała na Steve'a przenikliwym wzrokiem, jakby chciała wymusić na mężu wywalenie prezentu do kosza. Bo według Rachel tam było miejsce tej gównianej zabawki, o ile coś takiego zasługiwało na takie miano.
- Proszę, George.- Steve wyciągnął dłonie, wręczając chłopcu podłużną paczkę, owiniętą srebrnym papierem, a następnie ucałował go w czoło.- Odpakuj. Myślę, że ci się spodoba.
George kilkoma energicznymi ruchami rozprawił się z papierem. Kiedy ujrzał karabin długości około siedemdziesięciu centymetrów, oczy zalśniły mu natychmiast. Wydał z siebie nieartykułowany, głośny dźwięk, który zapewne miał oznaczał radość. Trzymając karabin w dłoni, George podbiegł do ojca i obsypał jego twarz wieloma pocałunkami. Rachel obserwowała to, czując jak gniew opanowuje jej umysł, depcząc resztki wyrozumiałości. Trzeba być skończonym dupkiem, żeby zdobywać miłość dziecka taką tandetą, pomyślała Rachel. W tym samym momencie spojrzała ukradkiem na twarz George'a, który zafascynowany oglądał karabin. Coś nie pasowało. Dlaczego tęczówka George'a, dotychczas niebieska, była teraz czarnego koloru? Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć.
Steve w tym czasie wyszedł do swojego gabinetu, który znajdował się w tylnym skrzydle domu. Rachel, chcąc choć w minimalnym stopniu stłumić zdenerwowanie, wyjrzała przez kuchenne okno: ten sam, niezmienny widok, a mianowicie sześć domów w równym szeregu, jakby stały na warcie. Oderwała wzrok od sielankowego widoku ulicy skąpanej w cieniu oraz dogasających promieniach popołudniowego Słońca. Nagle poczuła, jak dreszcze przebiegają jej po plecach. Była w stanie znieść wiele, nawet ten durny prezent, ale granica została przekroczona.
George skierował lufę na twarz matki.
- Co ty, kur**, robisz?!- wrzasnęła Rachel. Ruszyła zdecydowanym krokiem w kierunku syna, chcąc pozbawić go karabinu, lecz usłyszała coś, co wzdrygnęło jej ciałem.
- Nie ruszaj się- powiedział opanowanym tonem George. To nie był głos dziecka. Ten głos był mechaniczny, przypominał nieco robota.
W pokoju zjawił się Steve. Osłupiał, gdy ujrzał Georga i karabin, wycelowany w Rachel.
- George, to nie jest zabawne. Podejdź tu do mnie.- Wyraz twarzy Steve'a był skrzyżowaniem zaskoczenia i lekkiego strachu.
Brak reakcji.
Lufa, cholerny otwór średnicy dwóch centymetrów, który hipnotyzował, obezwładniał Rachel swoją siłą.
- W ten sposób nie będziemy tego załatwiać. Koniec żartów, kolego!- krzyknął Steve.
Życie, dobrze rozegrane, to piękny czas. Ale ma jedną wadę- jest kruche niczym gałązka, która pod naporem buta pęka. Podobnie jest z ludźmi. BACH!, i gra skończona, serdecznie dziękujemy za udział w grze zwanej "Życie". Niestety pani czas dobiegł końca, żegnamy.
Ułamek sekundy, między naciśnięciem spustu, a osiągnięciem celu, wystarczył na szczegółową, aczkolwiek brutalnie przyspieszoną, retrospekcję. Narodziny George'a, chrzciny, pierwsze urodziny, sobotni piknik- to część z miliona wspomnień, które w tym czasie przypomniały Rachel o sobie. Ostatnia jej myśl brzmiała: "Kocham go".
Pocisk przebił czaszkę Rachel w miejscu skroni. Głowa rozprysła się na wiele drobnych części, pokrywając krwawą miazgą kanapę oraz zdjęcie, przedstawiające Rachel przytulającą do piersi swojego jedynego syna. Odrzut był tak silny, że George z impetem uderzył o ścianę. Podniósł się natychmiast i stanął nieruchomo, wbijając wzrok w Steve'a, który prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z zaistaniałej sytuacji. Człowiek, który przed momentem stracił żonę, upadł na dywan i zwinął się w kłębek, dygocząc.
- Każdy sen kiedyś się kończy- wyszeptał.- Rachel, przypilnuj kurczaka, aby się nie przypalił- kontynuował. Myśląc o obiedzie, który wkrótce skonsumuje w rodzinnym gronie, spojrzał przed siebie. George, pozbawiony ruchu, przypominał manekina. Na jego twarzy gościł promienny uśmiech. Lufa karabinu obserwowała Steve'a- trwało to niecałą minutę. George zmrużył oczy, a jego twarz spoważniała.
Huk wystrzału. Pocisk trafia między oczy Steve'a, deformując okrutnie głowę. "Droga, jaką przebywa cyngiel, to dokładna odległość między życiem, a śmiercią"- tak brzmiała jego ostatnia refleksja.
George uklęknął i ponownie się uśmiechnął, tym razem nieprzytomnie, niczym narkoman po kolejnej działce hery. Wsunął lufę do ust. W ciągu tej bezcennej, ulotnej chwili, kiedy pocisk bez problemu przebił gardło, odzyskał swoją poprzednią osobowość. Osobowość ośmiolatka, który wielbił kreskówki. Umarł jako George, nie Niby-George- roznosiciel śmierci.
Podłoga wyścielana trzema ciałami, a tuż obok nich karabin. Niby-zabawka, a jednak nie. I ta kurewska lufa- niby ciemna, a jednak najjaśniejsza.



EPILOG

Luksusowy Bentley Arnage zaparkował pod kramem starego mężczyzny. Za kierownicą siedział szofer ubrany w prosty, aczkolwiek niezwykle elegancki, garnitur. Twarz miał okrągłą, a pod nosem cienkie wąsy. Z tyłu, na wygodnym siedzeniu obitym białą skórą najwyższej jakości, siedział młody mężczyzna, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści pięć lat. Był krótko ostrzyżony, a jego strój stanowiły skórzane, wytworne pantofle oraz garnitur, którego cena na pewno zawierała minimum trzy zera. Tylne drzwi otworzyły się, ów młody facet wysiadł z samochodu i podszedł do straganu. Właściciel tego stoiska, zbudowanego z kilku zbitych desek, siedział i wertował kolejne strony jakiegoś kolorowego pisma. Rysy twarzy starszego pana wyraźnie sugerowały, że pochodzi z Chin. John, szef sporej agencji reklamowej, szczęśliwy posiadacz Bentleya Arnage, zagadnął do Chińczyka:
- Witam. Zazwyczaj nie korzystam z tego typu sklepów. Potrzebuję oryginalnej zabawki dla synów. Znajdę tutaj coś takiego?- Głos miał rzeczowy i nieprzyjemny.
- Owszem- odpowiedział stary Chińczyk i wskazał dłonią asortyment swojego kramu, w którego skład wchodziły wszelkich rozmiarów petardy, drewniane klocki, kilka pluszowych misiów, różne błyskotki, począwszy od pierścionków, a kończąc na kiepskich naszyjnikach. Zwykły kicz, pomyślał z niesmakiem John. Jednak na skraju drewnianego stolika znalazł coś odpowiedniego. Był to karabin. Lufa: dwa centymetry średnicy. John przyglądał mu się z zainteresowaniem dłuższą chwilę, aż Chińczyk przerwał ciszę:
- Czyżby George wpadł panu w oko?
- Że co, człowieku?
- George. Karabin. Nadałem mu imię, a brzmi ono George.
- Dobra, ile chcesz za to?- zapytał John, wyciągając portfel z kieszeni spodni.
- Najpierw odpowiedz na jedno pytanie.
- Człowieku, mój czas jest zbyt wartościowy, żebym trwonił go na bezcelowe pogaduszki z ulicznym sklepikarzem.
Chińczyk zignorował uszczypliwą uwagę Johna. Na jego twarzy twarzy, pokrytej mnóstwem zmarszczek, pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Było w nim coś intrygującego.
- Ilu członków liczy twoja rodzina?
- Żona, syn i córka. Zadowolony jesteś z odpowiedzi?
- Pięć dolarów i karabin jest twój.
John podał starcowi banknot, po czym zabrał karabin. Gdy drzwi Bentleya zatrzasnęły się i samochód odjechał , Chińczyk usiadł na plastikowym krzesełku i powiedział sam do siebie, gapiąc się na rozżarzone Słońce:
- Życie jest bezcenne, ale śmierć już nie, skoro można ją kupić w promocji za pięć dolarów.- Gdy wypowiedział ostatnia literę zdania, wybuchnął gromkim śmiechem.



Ocena: 5.625
Liczba komentarzy: 8    
Data dodania: 02.12.2008r.

1     

Ancymonka 15 03 2009 (22:02:58)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Świetne. Mocne sześć!

ana13 12 02 2009 (20:19:13)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Bardzo lubię horrory, więc za mrożące krew w żyłach wydarzenia już masz u mnie plus. Dobra konstrukcja. Daję ci szóstkę, bo według mnie napisałeś to perfekcyjnie.

kuba18p 05 12 2008 (21:26:00)

Matit, nie zrozumiałeś do końca Astrali. Ona miała na myśli to, że za KILKA LAT chciałaby ujrzeć moją twórczość w księgarniach ;D Jeśli chodzi o mnie, to mam podobne zdanie. Teraz tylko i wyłącznie szlifowanie warsztatu.

Matit 05 12 2008 (20:36:02)

Nie, nie, stanowczo nie jest, to poziom czegoś, czego posiadaczem chciałbym zostać. Najbardziej uderza mnie właśnie epilog, nie wiem jak to określić, ale dla mnie jest naiwny, prosty, słaby. Wydaj mi się, że wyobraźnia nie została tu pchnięta na najwyższe obroty. Pomimo tego, naprawdę doceniam koncept i za to wielki plus.

Astralka 04 12 2008 (21:40:34)

Hmm, przewidywalne jak przewidywalne, ale bądź co badź - epilog mnie zaskoczył i podoba mi się wstęp. Trochę to w stylu Stephena Kinga. Zakochałam się w tym tekście. Chciałabym kiedyś móc pójść do księgarni i zobaczyć tam książkę (a potem móc ją kupić), albo zbiór opowiadań autora tego tekstu.

Matit 03 12 2008 (21:26:21)

Ładne, miło się czyta, bardziej wchodzi w klimat fantasty, przynajmniej takie jest moje odczucie. Przewidywalne, po przeczytaniu wstępu i tytułu niczym mnie nie zakoczyło. Pisz, bo miło się zapowiada. Pięć.

Astralka 02 12 2008 (20:54:06)

To jest najlepsze opowiadanie jakie kiedykolwiek czytałam. I ten epilog... Perfekcyjnie. Możecie się przyczepiać do czego chcecie, ale mojego zdania nie zmienicie *-* Sześć.

Imbir 02 12 2008 (20:05:30)

Całkiem niezła konstrukcja i charakter całego opowiadania. Na 5.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(13): 9 gości i 4 zarejestrowanych: exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Fał

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl