warto go przeczytać
Żeby porzucić wszystko i zacząć życie od nowa, wystarczy mieć odrobinę dobrych chęci i większą odrobinę pieniędzy, bo bez nich nie da się czegokolwiek zacząć. Nie można zapomnieć też o planie działania, krok po kroku, składającym się z wielu punktów. I rzecz najważniejsza – trzeba być Kamilem.
Kamil ma osiemdziesiąt jeden lat, choć mało kto daje mu więcej niż sześćdziesiąt jeden. To raptem dwadzieścia lat różnicy. Duchem Kamil czuje się jeszcze młodszy. Jeśli zaś chodzi o jego fizjonomię, to śmiało można powiedzieć, że jest wysokim mężczyzną o ciemnych, gęstych włosach i niebieskich oczach. Lubi się za to, że jego ciało nie ma w sobie zbędnego tłuszczu, który drażni go, jak mało co na tym świecie. Jest zażartym ateistą i w każdej swojej wypowiedzi podkreśla, że Boga nie ma, dlatego studiuje Biblię i walczy z chrześcijanami. Prowadzi coś w rodzaju świeckiej krucjaty, tylko że jego armią jest smukły cień, który podąża za nim, jak jedyny wierny uczeń. Mężczyzna ma dość otaczającej go rutyny, dusi się nią. Ponadto nie ma przyjaciół. W gruncie rzeczy to człowiek samotny.
Mimo to poznaje w Internecie miłość swojego życia, jednocześnie postanawiając, że musi obrócić swoje jestestwo do góry nogami, bo w końcu coś się z m i e n i a. Zakochuje się w pięknej, pulchnej, nie mówiącej po polsku Azjatce o krótko ściętych blond włosach, okropnym głosie i grubych, ociekających tłuszczem udach.
Azjatka nie za bardzo rozumie, dlaczego Kamil chce się spotkać, ma sporo obaw i niepokojów w sobie, jednak czego nie robi się dla tak uroczego człowieka? W przypływie litości zaprasza go do siebie, proponuje nawet nocleg. Wydaje mu się to kuszącą propozycją. Rzadko kiedy zdarzają się okazje darmowego noclegu. Najpierw jednak mężczyzna musi zebrać pieniądze na wyjazd sam w sobie.
Pewnej pięknej, śnieżnej niedzieli udaje się więc do proboszcza miejscowej parafii z prośbą i zapytaniem jednocześnie. Tydzień później zostaje ministrantem, a po Bożym Narodzeniu zaczyna chodzić po kolędzie, śpiewając ładne kolędy nieładnym głosem, za co dostaje trochę pieniędzy. Wiara w Boga nie wydaje mu się taka zła, skoro może na tym zarobić. Śmieszy go chodzenie w komży, bo jest przykrótka i przybrudzona, ale to strój służbowy i musi jakoś wyglądać. Nie rozumie jedynie, dlaczego musi być koloru białego, skoro reszta kościoła przyprószona jest głęboką czernią.
W tym okresie Kamil przeżywa walkę ze sobą, a to dlatego, że w każdym domu częstują go pysznymi ciastami, ciasteczkami, cukierkami, które źle wpływają na jego figurę. Walczy i walkę udaje mu się wygrać. Zwycięsko wychodzi ze swojego pierwszego kuszenia. Czasem z tego powodu pozwala sobie na niewinny uśmiech, krążący nieśmiało w kącikach ust. Tak naprawdę Kamil nie lubi się śmiać, boi się reakcji ludzi, bo mogliby go źle ocenić, a przecież tyle lat pracował na swoją opinię. Ostatnio odkrywa, że śmiech to zdrowie, ale on woli w spokoju, bez wspomagaczy, umrzeć. Zanim jednak to uczyni, najpierw musi zmienić swoje życie.
Dzięki kolędowaniu udaje mu się zebrać część funduszy, ale to za mało. Rozważa prostytucję, tylko że nie ma pewności, czy męska prostytucja istnieje. Myślenie o tym zajmuje mu za dużo czasu, stąd więc kombinuje, co jeszcze mogłoby wzbogacić jego portfel. Ma ideę, dlatego też zostaje poetą.
Jego wiersze są oklepane, na jedną nutę, lecz zyskują poklask publiczności i uznanie krytyków, którzy nie za bardzo rozumieją dzisiejszą sztukę. Jego utwory traktują przede wszystkim o tym, co ludzi najbardziej interesuje – o niczym. Tworzy więc na potęgę teksty o niczym, które nazywa czasem śmiercią, czasem miłością, a czasem rozmowami z wszechświatem. Jego pierwszy wiersz:
jestem samotny
tak
samotny
jak ostatni siwy włos
na jądrach
od tej samotności boli mnie głowa
nie myślę nic
bo niczego nie mogę przeskoczyć
mam chyba za stare nogi
a przecież to tylko
sześćdziesiąt jeden lat
wierząc ludziom
kiedyś odejdę jak ten
ostatni siwy włos
na jądrach
i będziecie mieć spokój
całuję was prosto
ostatni samotny
Trzeba podkreślić w tym miejscu jeszcze raz, ze Kamil to w gruncie rzeczy człowiek samotny.
Wiersze okazują się strzałem w dziesiątkę. Ludzie na potęgę rozkupują jego twórczość, dostaje Literacką Nagrodę Nobla, byleby tylko wszystko szło dobrym torem.
W sumie już ma wystarczającą ilość pieniędzy, żeby zrealizować swoje marzenie. Pisze do swojej Azjatki, lecz ta nie odpowiada. Zaczyna się nieznośne dla niego milczenie. Zastanawia się, czym mogło być spowodowane jej zachowanie. W sumie jej naprawdę nie zna. Chce poznać – jest to fakt nie do podważenia, ale to było tylko w kwestiach: chcę, pragnę, postaram się, bo więcej, siłą rzeczy, być nie mogło.
Mija pierwszy miesiąc, drugi miesiąc, a milczenie trwa tak samo, brzmi podobnie jak pierwszego dnia. Pogoda powolutku przechodzi w zielony stan skupienia, wyraźnie zaznaczając, że niedługo zacznie się wiosna, pierwsze ptaki zaczynają szczebiotać za oknami, a ona milczy jak trup. Kamil, pomimo starań, nie może tego zrozumieć. Jest to dla niego coś jakby metafizyka, tylko sprowadzona do jego realiów myślowych. Próbuje sobie tłumaczyć, ale to nic nie daje – Azjatka nadal nie daje znaku życia. Podejrzewa, że mogła zginąć pod kołami samochodu, albo co gorsza – poznać jakiegoś fajnego chrześcijanina!
Poszukuje jej wszędzie i dziwnym trafem znajduje ją w sieci. Wtedy to pisze dla niej coś na wzór listu, którego adresat nigdy ma nie dostać. Oto on:
Obserwuję cię, choć nie możesz tego wiedzieć, bo to by wszystko zepsuło. Nie dlatego, że nie powinnaś wpaść na mój trop i nagle się zmieszać, zaczerwienić czy zirytować, bo zachowuję się jakbym miał obsesję. Nie zależy mi na tym. Nie, zależy mi, jednak teraz nie jest ważne, że możesz mnie nakryć, jak oglądam bezczelnie twoje zdjęcia, wpatruję się w nie jak kundel i wiem, że nieobecność jeszcze potrwa, być może się przeciągnie w kolejne sekundy, minuty godziny, dni, tygodnie, miesiące. Nakryj mnie. W sumie tego chcę. Marzę o tym jak cholera, a jednak pozostajesz głucha na moje wołanie. Krzyczę głośno, napinam wszystkie mięśnie krtani do granic możliwości, wiedząc że odpowie mi tylko odbicie w lustrze, które stwierdzi, że jestem idiotą, że po co to wszystko, że na co, że to nie ma sensu… Ma sens, widzę to wyraźnie i uśmiecham się głupio, lekko zadziornie.
W tym momencie mam ochotę napisać do ciebie list, bardzo obszerny, który powiedziałby za mnie tysiąc razy więcej. Starałbym się, żeby wszystkie litery ze sobą współgrały, żebyś pomimo trudności, jaki stwarza ci każdy skomplikowany język, zrozumiała. Żeby to trafiło samo z siebie, bez zastanawiania się nad sensem słów, które pozostaną tylko słowami. Po prostu uderzyło precyzyjnie w twoje uczucia – tego chcę. Chociaż uważam, że błędem byłoby się ograniczyć tylko do słów. Czekam na wspólną wymianę spojrzeń, nierównomierne oddechy i zgłoski, powstające w niezrozumiały dla nas sposób. Gdybym jednak pisał do ciebie, napisałbym ci, co siedzi w mojej głowie.
Tego, co myślę na twój temat, co jest między nami, co mogłoby być, nie musisz się obawiać. Nie zamierzam być nie wiadomo jak nachalny. Po prostu pozwól mi na ciebie patrzeć, pisać o tobie wiersze i wołać po cichu w nocy, kiedy coś odbiera mi dech. Pomyśl, że myślę o tobie teraz bez żadnych zobowiązań, bez jakiegokolwiek większego pragnienia. Wystarczy, że się czasem odezwiesz, rzucisz mi: co tam? ładna dzisiaj pogoda, prawda? ale był dziś ciężki dzień… to w sumie nic, powie większość. Tym razem wolę być w mniejszości, trwać w zapuszczaniu korzeni na pewnym gruncie błahych znaków życia. Sygnałów, że jesteś.
Trochę mi głupio, że działam jak bluszcz, że często niszczę i duszę. Jest mi nawet bardzo głupio, bo nie tego chcę dla ciebie, a mimo to absurd trwa, a ja uzmysławiam sobie, że jestem dziwną odmianą bluszczu – natrętną i potrafiącą puścić pędy tam, gdzie nie mają prawa istnieć. Nie umiem też szybko uschnąć, tak bezboleśnie, jakby na własne życzenie. Widzisz… umiem się długo łudzić, długo mieć nadzieję, że każdy listek zazna twojego ciepła i zrozumienia.
Powiesz – dobrze, ale przecież cztery patyki czynią cię stabilnym – i zgodzę się z tym, lecz doskwiera mi głód ciebie i każda komórka mojego słabego ciała, które myśli, że rozsadzi cały świat pod swoim ciężarem, komunikuje wyraźnie, że brakuje mi ciebie, jak składnika, który uczyni mnie silniejszym. Mogę bez ciebie żyć, to fakt. Dobrze mi to przecież wychodzi. Proszę cię jednak – bądź. Życzę ci szczęścia, malinowych snów i nocy, w czasie których księżyc będzie świecił lunatycznie, a gwiazdy będą powtarzać dla mnie twoje imię. Spróbuj znaleźć jakąś nie poznaną. Wiesz? Tam będę czekać ciebie. Na końcu nieba, na wyciągnięcie ręki.
Trzeba ponownie zaznaczyć, że Kamil nigdy by nie napisał tego typu słów, gdyby w gruncie rzeczy nie był samotnym człowiekiem.
To przykre być samotnym. Niektórzy się chyba muszą z tym urodzić. Takie wrażenie ma przez całe życie Kamil. Na swój sposób to szczęśliwa osóbka. Tylko… nie za bardzo rozumie świat, jego okrutne zasady. Warto pamiętać o tym, oceniając Kamila.
Razu pewnego, w czasie głębokiej, granatowej nocy Kamil słyszy głos swojej Azjatki. Spogląda w lustro i widzi tam swoje odbicie, a obok niego odbicie Azjatki. Patrzy w miejsce, gdzie w rzeczywistości powinna ona stać – nie ma jej.
Azjatka szepcze, że go kocha. Kamil się uśmiecha.
Już nie pisze wierszy, listów, nie chodzi po kolędzie z księdzem i nadal nie wierzy w Boga.
Kamil za trzy lata będzie mieć dwa lata. To dość pocieszny człowiek. Daję słowo.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 20.03.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(13): 9 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., subtelny demon