Kage no koe. Na ostrzu noża cz. 1

I Na ostrzu noża Przez równinę pędził zimny, zachodni wiatr. Niczym stado dzikich koni rozpraszał się po okolicy, co chwilę rozwiewając niewielkie kępki brudnożółtej trawy. Chmury przysłaniały szare niebo. Tutaj, w północno–wschodnim zakątku Nodoratu, pierwszymi oznakami zimy były niewyraźne obłoczki pary, unoszące się nad nozdrzami skrytego zwierzęcia. Z jego wielkich szczęk co chwila wydobywał się mięsisty, fioletowy jęzor. Przyczajony, nasłuchiwał czegoś w oddali. Żółte, nienawistne ślepia tkwiły w bezruchu, a postrzępiony ogon od czasu do czasu podrygiwał nerwowo. W pewnym momencie potwór nastawił zniekształcone uszy i podnosząc się, odsłonił wielkie zęby. Z gardła wydobył się niepokojący pomruk. Teraz, gdy uniósł się nad przerzedzoną roślinność, ukazała się jego prawdziwa postać. Był wysoki na siedem stóp. Od prawej, wyraźnie zaznaczonej przez mięśnie, łopatki biegła długa, zabliźniona szrama, kończąca się na prawym udzie. Na moment zwierzę wbiło lśniąco–czarne pazury w miękką ziemię, a tuż potem zwróciło się w stronę ciemnego, południowego lasu. ~~~ Niebo pochłonęła ruda czerwień. Pojedyncze chmury rozpościerały się nad horyzontem, a wielkie, nieposkromione słońce znikało właśnie za Szarymi Górami. Od czasu do czasu zachodni wiatr bawił się, wyginając gałęzie przeżółkłych drzew, jednak władczy, ciemny las południa nadal zostawał niewzruszony na jego poczynania. Odgradzał się niczym niezniszczalną barierą, przez którą nic nie potrafiło się przedrzeć. Zwinnie przemykałam pośród cieni, czasami tylko przystając na kilka chwil z niewiadomego powodu. Wydawałoby się to bezcelowe, jednak tak naprawdę rozglądałam się, wypatrując jakiejkolwiek przeszkody, którą musiałabym ominąć lub zagrożenia, którym był każdy, kto znajdował się na tym obszarze. Dotknęłam chłodnej, czarnej kory hondu i zniknęłam w roślinności. W momencie, gdy wkroczyłam między drzewa, otulił mnie zimny wiatr. Złapałam oburącz jedną z gałęzi i podciągnęłam się. Spojrzałam w stronę równin i westchnęłam. Niedługo będą miejscem niedostępnym dla ludzi. Mróz i zimny wiatr potrafił zmóc najsilniejszych, więc z przykrością stwierdziłam, że być może niedługo nie będę mogła przybyć w te strony. Przeskakując z jednego drzewa na drugie, ujrzałam popielaty dym. W następnym momencie poczułam aromatyczny zapach palonej kory. Zamknęłam oczy i usiadłam na stabilnej, ciemnobrązowej gałęzi. Kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w górę. Przykucnęłam i wyjęłam z kieszeni małą, czarno–czerwoną strzałkę. Powoli obracałam ją między palcami, wpatrzona w szary dym rozmywający się na niebie. Zmarszczyłam brwi; wysunęłam ze skórzanej pochwy brązowo–złoty sztylet i wprawnym ruchem wbiłam go w pień drzewa. W mgnieniu oka spod jego ciemnego ostrza zaczęła wypływać balsamiczna, złocista ciecz. W tym samym czasie wysypałam na swą dłoń popielaty proszek i obtoczyłam nim powierzchnię strzały. Następnie podłożyłam jej grot tak, by płyn przykrył śmiercionośny metal. Odchrząknęłam; sięgnęłam wgłąb ciemnozielonego płaszcza i po chwili wydobyłam z niego drobną rurkę, w której ukryłam niepozorną broń. Szybkim ruchem wyciągnęłam nóż z kory, przetarłam go poszarpaną szmatką i ponownie włożyłam pod ubranie. Przez chwilę trwałam w bezruchu, przyglądając się tak niecodziennemu zjawisku. Nikt o zdrowych zmysłach nie rozpalał ogniska w ciemnych lasach południa. Kiedy w mojej głowie zrodziły się niepokojące myśli, miałam ochotę ominąć je szerokim łukiem. Westchnęłam i pokręciłam głową z dezaprobatą. A może to jeden z Ambasadorów znów zgubił drogę w podróży do Zjednoczonych Miast? – pomyślałam i zagryzłam wargę, nie potrafiąc podjąć odpowiedniej decyzji. Dobrze wiedziałam, że jeżeli to prawda, to mogę zdobyć tyle prowiantu, by spokojnie przetrwać zimę. Zwykle ludzie północy mieli przy sobie również dodatkową odzież i broń, więc pokusa była o wiele większa niż mogłoby się wydawać. Jednak... Jeżeli byłoby inaczej... Najprawdopodobniej wpadłabym w śmiertelne niebezpieczeństwo. Dreszcz przebiegł mi po plecach, wiedziałam, że nie powinnam ryzykować. Nerwowo obracając rękojeścią sztyletu, jeszcze raz zerknęłam w stronę ogniska. Zacisnęłam pięści i wspięłam się wyżej, prawie na sam szczyt drzewa. Rozejrzałam się dyskretnie, czy nie widać w pobliżu żadnych niepokojących znaków, po czym ponownie wróciłam na poprzednie miejsce. Przełknęłam nerwowo ślinę i bezszelestnie zeskoczyłam na miękką ziemię. Kiedy przemykałam pośród cieni, moją głowę zapełniały sprzeczne myśli. Instynkt podpowiadał mi, bym zawróciła, jednak wciąż uparcie parłam na przód. Z każdą chwilą serce biło mi coraz szybciej. Miałam dziwne wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Przystanęłam. Wiedziałam, że jestem bardzo blisko. W odległości sześćdziesięciu metrów, między drzewami, migotały figlarne płomienie. Dotarło do mnie, że wszechobecny zapach ogniska nie tylko dla mnie był równie atrakcyjny. Potwory czające się w mroku dobrze rozpoznawały tą woń. Jednak one nie oczekiwały prowiantu, czy wody. Oczekiwały ich właścicieli. Ostrożnie stawiając stopy, nie ważąc się zrobić, choć najdrobniejszego hałasu, powoli zbliżałam się do celu. Założyłam na głowę zgniłozielony, poszarpany kaptur. Jeszcze raz zacisnęłam dłoń na złotej rękojeści sztyletu. Robiłam to odruchowo; zawsze, kiedy czułam się nieswojo, on pozwalał mi zachować spokój. Gdy go trzymałam, miałam wrażenie, bez względu na wszystko, że dzięki niemu los przyniesie mi szczęście. Taki osobliwy amulet. Jednak tym razem jego obecność nic nie dawała. Wciąż targały mną wątpliwości, wciąż miałam wrażenie, że stanie się coś złego. Wciągnęłam nerwowo powietrze i wpatrzyłam się w płomienie. Kiedy przybliżyłam się na odległość dwudziestu stóp, skryłam się za potężnym, starym drzewem. Wiedziałam, że to ostatni moment, by bezpiecznie wycofać się poza niepewny teren. Serce biło mi jak oszalałe. Wyjęłam z płaszcza czerwono–czarną strzałkę. Po chwili wahania, drugą ręką wysunęłam również pozłacaną broń. Wstrzymałam oddech; błyskawicznie nałożyłam strzałkę na drobny łuk i wymierzyłam pocisk w potencjalnego wroga. Pomarańczowe płomienie ognia oświetlały niewielki obszar. Tańczyły wesoło na bezładnie rzuconych gałęziach drzew. Wypalona trawa wskazywała, że w tych okolicach już wcześniej ktoś rozpalał ogniska. Otworzyłam szerzej oczy. Przy świetle siedziała drobna postać. Skulona, usilnie grzała rączki próbując uchronić się przed bezlitosnym zimnem. Zaschło mi w gardle. Nie mogąc się poruszyć, wciąż wymierzałam w nią śmiercionośną broń. Siedząc do mnie tyłem, nie miała pojęcia, że jest w niebezpieczeństwie. Kiedy z powrotem odzyskałam władzę nad swoim ciałem, opuściłam łuk. Dziecko nie stanowiło dla mnie żadnego zagrożenia. Nawet nie było świadome mojej obecności. Przez chwilę wpatrywałam się w nie beznamiętnym wzrokiem; zdawałam sobie sprawę, że samo w tym lesie nie przeżyje chociażby jednej nocy. To nie moja sprawa – pomyślałam zimno. Słyszałam wiele historii o niechcianych dzieciach wywożonych ze Zjednoczonych Miast. Wszystkie, które przy narodzinach zostały wyklęte przez swe matki, zostały wydalone z królestwa po piątym roku życia. Wszystkie. Bez wyjątku. Nigdy nie widziałam tego na własne oczy, ale wiedziałam, jak kończyły. Niektórzy opowiadali, że znikały w dziwnych okolicznościach, inni, że rozszarpywały je Halmoory. Jedno i to samo – na moją twarz wypłynął grymas gniewu– W jedną, czy w drugą stronę... Oznaczało dla nich śmierć. Zmarszczyłam brwi. Obrzydzało mnie to. Obrzydzało mnie zachowanie tych ludzi, mimo że to mnie nie dotyczyło. Jeszcze przez parę chwil wpatrywałam się w wychudzoną postać, po czym bezszelestnie niczym duch skryłam się w mroku. Odetchnęłam z ulgą i ociężale oparłam się o pień starego drzewa. Rozluźniłam uścisk na pozłacanej broni. Kiedy dotknęłam swojego wyziębionego policzka, zorientowałam się, że drżę. Mój oddech powoli uspokajał się, ale mimo tego, nie mogłam wyzbyć się bezlitosnego niepokoju, który bez przerwy ściskał mi gardło. Przełknęłam ślinę i momentalnie wspięłam się na jedną z nisko zwisających gałęzi. Podniosłam się z kucek, po czym rozejrzałam się po okolicy. Po kilku chwilach ponownie utkwiłam wzrok w skulonym dziecku. Wpatrując się w nie, usilnie próbowałam uświadomić sobie, dlaczego wciąż tu jestem. Czemu nie postąpiłam jak zawsze, gdy coś mnie rozczarowało? Czemu pozostawałam na miejscu, bez jakiegokolwiek celu, wpatrując się w kogoś, kto i tak wkrótce miał umrzeć? Zmrużyłam oczy i spojrzałam w górę. Przez ciemnozielone liście drzew, przebijało się białe światło, które nieśmiało rozpraszało mrok. Srebrny księżyc właśnie wszedł na firmament. Dostojnie brnął przez ciemne chmury, w towarzystwie złotych gwiazd. Otulił mnie mroźny wiatr zachodu. Dreszcz przeszedł mi po plecach. Na parę chwil szelest liści wypełnił ciemny las. Westchnęłam i spojrzałam w stronę ogniska. Mały płomyczek ledwo tlił się teraz na kupce szarego popiołu. Tyle z niego pozostało. Wypaliło się. Tak, jak wypalają się ludzkie istnienia. Do moich uszu dobiegł dziwny, nienaturalny szmer. Momentalnie rozejrzałam się po okolicy, jednak niczego nie dostrzegłam. Zamknęłam oczy i wytężyłam słuch. Przez moment miałam wrażenie, że mi się przesłyszało, jednak ów dźwięk narastał z każdą chwilą. Zacisnęłam palce na nożu i odruchowo zerknęłam w stronę ogniska. Krucha postać wciąż siedziała w bezruchu. Cały czas pozostając w pozycji gotowej do ataku, ponownie wyjęłam swoją broń. I wtedy coś we mnie zadrżało. Z ciemności wydobył się cichy, gardłowy pomruk. Mimowolnie przycisnęłam się do szorstkiej kory. Nie mogąc się poruszyć, z przerażeniem skierowałam wzrok w jego stronę. Ten dźwięk zabierał mi dech. Nim dziewczyna zdążyła wydobyć z siebie stłumiony okrzyk, ogromne cielsko powaliło ją i wbiło w twardą ziemię. Zacisnęłam powieki, próbując odpędzić powracające wspomnienia. Kiedy diabelski odgłos zdawał się być bardzo blisko, mimowolnie wydobyłam z siebie stłumiony jęk. Otworzyłam oczy. Słyszałam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Zadrżałam. Zdałam sobie sprawę, co właśnie ma się wydarzyć. Momentalnie skierowałam wzrok na drobną postać. Ta, wciąż pozostawała w stoickim spokoju, jakby nie słyszała piekielnego warkotu. Jednak ja wiedziałam dobrze, że dziecko nie ma już żadnych szans na ucieczkę. Potwór czający się w mroku, właśnie szykował się do ataku. Kiedy moje stopy delikatnie dotknęły twardego podłoża, zwróciłam się ku niemu. Halmoora rozwarła szczęki, ukazując dziesiątki ostrych, śmiercionośnych kłów. Z zimnym spokojem, podążając w jej stronę, wciąż ukradkiem przyglądałam się znieruchomiałemu dziecku. Przystanęłam w odległości kilku stóp od bestii, jednocześnie zagradzając dotarcie jej do celu. Uniosłam brodę i wbiłam w nią pogardliwy wzrok. Żółte ślepia świeciły w ciemności. Dostrzegły niepożądanego przybysza już dawno temu, lecz zignorowały go, koncentrując się na prawdziwej zdobyczy. Teraz, gdy dotarło do nich, że spróbuję im przeszkodzić, napawały się gniewem. Halmoora przekręciła mordę pytająco, powoli podążając w moją stronę. Zimno wpatrując się w potwora, bez cienia lęku wymierzałam w niego dwa nagie sztylety. Wiedziałam, że nie mogę czekać. Wiedziałam, że z każdą chwilą rośnie jego gniew, tak jak i siła. Nie chciałam ponownie igrać ze śmiercią, jednakże wtedy coś zawładnęło mym ciałem. Coś dziwnego, niewytłumaczalnego zaprowadziło mnie prosto do paszczy lwa. Bestia zrobiła kolejny krok. Cały czas dokładnie obserwowała moje ruchy, jednak jedna rzecz umknęła jej uwadze. Mały, podłużny nóż, wbił się w ziemię i zachybotał między postawnymi łapami zwierzęcia. W tym samym momencie głośny pomruk, urwał się. Słychać było tylko pojedyncze dźwięki nocy. Kąciki moich ust uniosły się lekko w górę. Szykowałam się do kolejnego rzutu. Jednak... Już nie po to, by zdezorientować potwora... Skupiłam wzrok na wielkiej, przerażającej istocie, budzącej lęk we wszystkich zakątkach Nodoratu. Na morderczyni, która o mały włos nie odebrała mi życia. Moje wargi powoli układały jedno, pożegnalne słowo. Pierwszy raz czułam, jak to jest. Miałam ściśnięty żołądek, zaledwie moment dzielił mnie od tej chwili. Zacisnęłam palce na rękojeści broni i skierowałam ją na zwierzę. Wzięłam ponowny, szybki, ze niemal niedostrzegalny zamach. – Stój.



Płeć: kobieta
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 20.04.2014r.

1     

moriaty h.ayne Redaktor próbny 29 04 2014 (06:31:24)

Rozumiem Twoje zastrzeżenia i bardzo za nie dziękuję. Postaram się podciągnąć od strony technicznej:)
Każda krytyka jest dla mnie ważna. Co do bohaterek, z czasem pokażę jak się różnią. Kiedyś ktoś zwrócił mi uwagę co do braku szybkim w szybkim tempie akcji i się zdziwiłam, ale cóż... Zwrócę uwagę, by następnym razem wrócę do pisania przed owymi uwagami.
Dziękuję:)

Pozdrawiam

Terila Redaktor 29 04 2014 (18:31:42)
Istnieje taka możliwość, że nie miał racji. Jeśli dobrze się zrozumiałyśmy.

Terila Redaktor 28 04 2014 (20:35:51)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witaj,
całkowicie zgadzam się z kategorią. Pełno w tekście emocji.

Pojawił się jednak pewien problem, gdy czytałam tę część. Pogubiłam się. Początkowo myślałam, że dziewczyna z prologu jest w tej części dzieckiem przy ogniu - zapewne tak jest, przynajmniej uważam tak teraz - później zaczęłam się motać. Czasami wprowadzasz do tekstu detale, które łączą obie te bohaterki zbyt bardzo w jedną osobę. Są to dwie postacie bardzo do siebie podobne. Do tego tego stopnia, że z czasem nie idzie ich odróżnić. W związku z czym w głowie może pojawić się mętlik.
Polecam popracować nad "wyodrębnieniem" tych dwóch postaci, by nie zlewały się w jedną. Nie mam nic przeciwko, by były do siebie podobne, ale odbiorca musi wiedzieć, że ma do czynienia z dwoma bohaterami, nie z jednym, którego perypetie ukazane są z różnych perspektyw czasowo-miejscowych.

Zastanów się nad narracją. Nie pozwalaj sobie na identyczny opis przeżyć przy dwóch bohaterach w liczbie pojedynczej, bo będzie problem z jasnym przekazem, a przecież tego nie chcemy.

Bardzo podoba mi się motyw, którego się chwytasz. Mamy akcję, przygodę, podróż, włóczykijów, walczących o przetrwanie w łachmanach, las i świat rządzący się swoimi prawami. Jest to ciekawe. Twój tekst załącza w czytelniku tryb odkrywcy. To bardzo dobrze. Przynajmniej moim zdaniem to największy atut Twojego dzieła. Spodobał mi się najbardziej.

Masz problem z językiem. Nieduży, ale potrzebuje pracy. Zauważyłam, że stosujesz wiele epitetów. Praktycznie każdy rzeczownik określasz przymiotnikiem. Czasami - w momentach akcji - nagromadzenie epitetów przeszkadza. Jest irytujące, ponieważ, gdy zaczynasz podążać za tempem i rytmem akcji, wzmianka o tym, że fiat, którym wiali najwięksi złodzieje w mieście był zielony, nie ma żadnego znaczenia. Dla czytelnika jest to wtedy nieistotne. Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi. Polecam się temu przyjrzeć.

Poza tym.
Chmury przysłaniały szare niebo.
- tu napisałabym, że chmury przysłaniały niebieskie/błękitne/w kolorze indygo/szmaragdowe niebo, ponieważ nie ma czegoś takiego, jak szare niebo. Niebo zawsze jest niebieskie. Mówi się potocznie, że niebo jest szare, ale tylko wtedy, gdy szare chmury przykryją niebieskie niebo. Szare, białe bądź czarne chmury nie mogą przysłonić szarego nieba. Jest to nielogiczne i przeczy zasadom przyrody.

Z jego wielkich szczęk, co chwila wydobywał się mięsisty, fioletowy jęzor
- bez przecinka w tym przypadku i wydobywał. Wydobywać może się głos bądź można wydobywać węgiel, ropę, gaz, działo, ale nie można wydobywać jęzora. Naprawdę. :)

Bardzo często używasz zaimków bez poprzedniego wskazania podmiotu tego zaimka. Przeskakujesz sobie po odmianach podmiotu, którego nie ma, jak chcesz. Podam parę przykładów, by zobrazować Ci w czym rzecz.
W pewnym momencie potwór nastawił zniekształcone uszy i podnosząc się, odsłonił(potwór) wielkie zęby. Z gardła wydobył się niepokojący pomruk. Teraz, gdy uniósł się(pomruk) nad przerzedzoną roślinność, ukazała się jego(pomruku) prawdziwa postać. [...] Na moment wbiło(co wbiło?) lśniąco–czarne pazury w miękką ziemię, a tuż potem zwróciło się(co zwróciło?) w stronę ciemnego, południowego lasu.
- w nawiasach podałam Ci podmioty, którym przypisałaś poszczególne czasowniki, zaimki. Gdy z początku ustanawiasz za podmiot słowo "potwór", to bez zmiany podmiotu na "zwierzę", nie możesz nagle wyjeżdżać, jak Filip z konopi, z "wbiło", ponieważ wtedy - analogicznie - zdanie brzmi w ten sposób "Na moment (potwór) wbiło lśniąco-czarne pazury". Zwróć na to uwagę, ponieważ takich błędów popełniasz więcej. Jeżeli czegoś nie rozumiesz, pisz do mnie, postaram się wytłumaczyć.

W tekście pojawiają się literówki, gubisz też niektóre wyrazy jak "że, na, itd." spajające zdanie w płynną całość. Zwróć na to uwagę.

na moją twarz wpłynął grymas gniewu
- nie wpłynął a wypłynął.

Jedno i to samo – na moją twarz wpłynął grymas gniewu.– W jedną, czy w drugą stronę...
- to samo zdanie, co powyżej, ale powinno być bez kropki, którą zaznaczyłam.

Teraz, gdy dotarło do nich, że spróbuje im przeszkodzić, napawały się gniewem.
- napawać się można czymś, co sprawia Ci przyjemność. Nie czymś, co jest Ci nie w smak. Dlatego powyższe zastosowanie napawać się jest niezgodne z jego pierwotną funkcją.

Masz problemy z przecinkami. Zwróć uwagę na wtrącenia i zastanów się czy na pewno dobrze je oddzielasz. Polecam przewiercić zasady stawiania przecinków przed: jak. Błędy interpunkcyjne poprawię.

Czekam na kolejną część , ale za ten rozdział niestety naciągane trzy.
Pozdrawiam.

A! Tytuł zawsze piszemy z dużej litery.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(36): 36 gości i 0 zarejestrowanych: