Jeszcze jedna kartka z Andalumii

Arctur Vox Jeszcze jedna kartka z Andalumii Wysłana przez Morysa B., anarchosocjalistę; odnaleziona dzięki staraniom Wydawcy Kto zna mnie choć trochę, ten wie, jak bardzo zżyty jestem z mym najbliższym otoczeniem. Trzymam się go tak kurczowo, że zwykły wyjazd do innej miejscowości przeżywam niczym nie lada wyprawę. Tym bardziej cierpiałem, gdy przed ośmioma laty, musiałem, z polecenia władz, opuścić Andalumię na okres sześciu miesięcy. Nie była to, naturalnie, żadna kara, wręcz przeciwnie. Jako urzędnik z największą wiedzą i doświadczeniem w naszym komitecie, zostałem wybrany do odbycia zagranicznej misji w kilku największych miastach Europy. Powinienem był właściwie uznać tę szansę za zaszczyt, tym bardziej, że wiązały się z nią liczne przywileje. A jednak oddałbym wtedy wszystko, aby nie musieć wyjeżdżać. Niestety, od partyjnych decyzji nie ma odwołania. Spakowałem rzeczy i bez słowa stawiłem na odprawie. Udzielono mi tam wielu informacji praktycznych, związanych raczej nie ze szczegółami wykonywania mojej pracy, bo w tej dziedzinie jestem ekspertem, ile z urządzeniem sobie życia „na zewnątrz”. Uważałem i notowałem je pilnie. Patrząc wstecz, stwierdzam zasmucony, iż zdały się one psu na budę. Czym innym przecież jest słuchać wykładu doktoranta, który wcale nie zamierza ruszać się stąd, na temat ochrony przed wszędobylskim babilonizmem, a czym innym stanąć osobiście naprzeciw tego wszystkiego. A co to właściwie było? O szczegółach ani myślę opowiadać. Widziałem rzeczy straszne; babilońskie urządzenie społeczeństw całego zachodniego i środkowego Okcydentu zaciskało się w tym czasie i dusiło coraz mocniej. Partia fundowała mi pobyt w motelach; izolowałem się w nich szczelnie, wychodząc tylko do pracy i po jedzenie. Nie oglądałem telewizji, nie słuchałem radia – nawet andalumińskiego, w obawie przed interferencją obcych sygnałów. Jedyną rozrywką były mi dzieła zebrane Marksa i Engelsa z wyczerpującym komentarzem członków grupy założycielskiej LUMI oraz „kocia moneta”. Przez pół roku stałem się prawdziwym mistrzem w używaniu tej zabawki. Natura zadania, które miałem wykonywać, wymagała ode mnie kontaktowania się z dyrektorami różnych spółek. Zauważyłem u nich wspólną, charakterystyczną cechę – wszyscy współżyli często ze swoimi pracownicami i zdawało się, że obie strony czerpią z tych kontaktów równą korzyść. Nie oceniałem ich postępowania z punktu widzenia społecznej etyki; było ono oczywiście karygodne, obrzydliwe – wielu ich podwładnych przez całe życie nie miało ani jednej kobiety, gdy oni potrafili dobierać sobie pięć lub sześć kochanek każdego roku. Porównywałem tylko stosunki panujące w tamtych miejscach pracy z naszymi, andalumińskimi, i każde takie porównanie było dla mnie źródłem wielkiej przyjemności oraz umocnienia się w przekonaniu o wyższości idei anarchosocjalizmu ponad każdą inną. Wiedziałem doskonale, że nigdy ani ja, ani żaden inny urzędnik z Komitetu w ojczyźnie nie śmiałby splamić tłustymi sokami lubieżności świętego arrasu porozumienia i równości w pracy, który wytrwale przędziemy dzień po dniu. I było to dobre. Wreszcie misja moja dobiegła długo wyczekiwanego końca. W skrzynce kontaktowej znalazłem kopertę z biletami powrotnymi i zasiłkiem podróżnym. Czym prędzej opuszczałem babilońską Europę. Wczesnym rankiem stałem w hali odlotów omniportu daugavpilskiego, szukając swego terminalu. Oszczędna Partia kazała mi wracać tanią linią korwet atmosferycznych, lecz nic mnie to nie obchodziło. Z wielką chęcią wsiadłbym nawet w kajak i własnoręcznie powiosłował do Andalumii, byle zostawić obce ziemie za sobą. Wywołano mój lot. Gumowanym rękawem przelazłem, tłocząc się z innymi pasażerami do wnętrza antycznej korwety, jaskrawej z zewnątrz i dość obskurnej w środku. Pojazd był wypchany po brzegi, ale nie sądziłem, by ktokolwiek inny zmierzał tam, gdzie ja. Korweta miała jeszcze zatrzymywać się po drodze: w Reykjavíku, København oraz Portland. Przypadło mi miejsce obok okna, skonstruowanego w ten sposób, by nie było przez nie widać nic, poza odbiciem siedzącego. Obejrzałem się dokładnie i aż wzdrygnąłem. Tryb życia miejskiego pustelnika odcisnął na mnie swoje piętno. Zobaczyłem podkrążone oczy, zarośniętą twarz, nieobcięte włosy kładące się na czoło. Przynajmniej zarost mam jasny, nierzucający się w oczy. Wystartowaliśmy, w parę sekund wzbijając ponad linię chmur. Patrzyłem śmiało i wyzywająco na towarzyszy lotu – to społeczeństwo nie ma mnie już w swej mocy. Jestem poza zasięgiem ich spojrzeń, opinii i myśli. Uciekam do czerwonej twierdzy przodującego systemu; próbujcie do woli sforsować jej mury! I niech się z wami dzieje, co chce. Ależ byłem ucieszony! Tak krew mi grała, że całkiem zapomniałem, iż wielu z nich być może od urodzenia przeżywa męki, jakich doświadczyłem na obczyźnie i rozpaczliwiej ode mnie woła o pomoc. Jak przewidziałem, wnętrze korwety wyludniało się z każdym kolejnym przystankiem. Jeśli za Portlandem ktoś pozostał, to nie w moim przedziale. Głos z interkomu poprosił o przygotowanie dokumentów, gdyż przekroczyliśmy granicę Andalumii. Pojazd przechylił się, schodząc w dół, i przez szybę dojrzałem skupisko gęsto rozsianych wysepek daleko pod nami. Był to z pewnością Archipelag Gwiazdy Czerwonej. Spróbowałem zatem wypatrzeć ląd ojczysty, Wyspę Niegasnącego Płomienia, leżącą dalej na wschód. Nie było to łatwe, bo opadaliśmy z taką prędkością, że wszystko się rozmywało. Wtem korweta zadarła dziób, aż wgniotło mnie w siedzenie, włączyła reduktory pędu i zawisła nieruchomo. Następne dwa tysiące metrów zsunęła się gładko, jak po sznurku, w samo centrum Nowego Lądowania, niedużego miasta, gdzie znajdował się punkt wysiadkowy. Kabina zadrżała, gdy podwozie łupnęło o betonowy dach dawnego dworca kolejowego, teraz zaadaptowanego na lądowisko dla korwet. Z syknięciem otworzyły się włazy, wpuszczając do środka andalumińskie powietrze. Łapczywie się nim zaciągnąłem. Pachniało rozkosznie, tak słono i przemysłowo. Nie miałem wątpliwości, że wróciłem do domu. Powoli wyszedłem na zewnątrz. Słońce stało w zenicie. Rozejrzałem się dookoła, pieszcząc okiem budynki o znanych kolorach i kształtach. Próbowałem każdej sekundzie pięknego powrotu nadać wyjątkowy wymiar i nie wiem, ile czasu bym spędził, kiwając się tam i sam, gdyby obsługa lądowiska nie włączyła syreny wyganiającej z płyty marudzących podróżnych przed ponownym startem korwety. Klatką schodową zszedłem do wnętrza budynku. Odszukałem okienko, gdzie urzędował uprzejmy oficer celny. Sprawdził moje dokumenty i przeskanował je pod kątem autentyczności. Gdy dowiedział się, skąd przybywam, spytał mnie o wrażenia. Ku jego rozczarowaniu wymigałem się od odpowiedzi. Wobec tego poradził, bym czym prędzej udał się do Komitetu złożyć raport. Urzędnik mojej rangi musi wykonać tę czynność po każdym opuszczeniu kraju. Zawczasu przygotowałem sobie odpowiednie sprawozdania i schowałem do laminowanej teczki. Teraz trzeba było tylko znaleźć coś, co dowiezie mnie do domu. Ktoś mógłby powiedzieć, że dzisiaj nie stanowi to najmniejszego problemu, lecz byłby w poważnym błędzie. Nie posiadam przecież samochodu. Co więcej, nie mam pojęcia, jak kursują autobusy dalekobieżne w Nowym Lądowaniu. Stałem w pomieszczeniu na parterze punktu wysiadkowego, przypominającym pasaż handlowy połączony z poczekalnią. Prawie nikt tutaj nie siedział. Nieliczni przechodnie zdawali się bardzo spieszyć i nie śmiałem ich zaczepić. Nie widziałem nawet żadnego urządzenia komunikacyjnego, z którego mógłbym zadzwonić po taksówkę. W kącie jakiś siwy staruszek czytał książkę poświęconą Hypatii z Aleksandrii i jej ojcu. Wydał mi się odpowiednią osobą. Podszedłem do niego i oznajmiłem: – Muszę dostać się do Estanzy. Spojrzał zdziwiony, unosząc krzaczaste brwi. Powiedział: – To proszę bardzo. – Potrzebuję czyjejś pomocy, bo nie bardzo orientuję się w tej okolicy. Czy pokieruje mnie pan? Zaczął trząść głową. – Nie, nie… ja się nie wyznaję. Czy można nie wyznawać się na dalekobieżnych autobusach? – Niech pan tylko powie mi, gdzie znajdę informację podróżniczą, proszę. Zatrząsł mocniej, aż zafalowała mu obwisła skóra na policzkach. – Nie, nie… ja nie. Nie… – wymamrotał, po czym zamknął książkę i odszedł chwiejnie. A niech to! Czy zawsze muszę mieć takiego pecha? Łaziłem z jednej strony pasażu na drugą, coraz bardziej zrezygnowany. Z wielkim bagażem oraz cennymi dokumentami nie mogę wałęsać się po mieście, szukając przewozu. Postanowiłem jeszcze spytać funkcjonariusza w okienku. Niestety, zastałem jego stanowisko pracy puste i zamknięte. Pogodziłem się już z perspektywą spędzenia nocy w poczekalni, kiedy z cienia wychynęła wysoka persona i skierowała kroki w moją stronę. Kobieta wyglądała na bardzo pewną siebie. Spytała: – Morys B., jak przypuszczam? A więc wybawienie? Potwierdziłem ostrożnie. – Przysyła mnie Komitet Idei Anarchosocjalizmu w Estanzie. Mam dostarczyć cię prosto do urzędu, gdzie niezwłocznie zostaniesz przyjęty przez kierownictwo. To twój bagaż? Nie zapomnieli o mnie. Z pewnością uprzejmością chcieli odpłacić się za wygnanie, na jakie mnie skazali. – Trochę to trwało – rzekłem z przekąsem. – Czekałam przed wyjściem. Jest tam automatyczna wypożyczalnia motocykli; pomyślałam, że cię skusi – uśmiechnęła się z lekką kpiną. Rzeczywiście, widziałem znak kierujący do wypożyczalni, ale pomysł, by z niej skorzystać, wydał mi się całkiem absurdalny. Przyjrzałem się dobrze przewoźniczce. Czarnowłosa, o wąskiej twarzy, małym nosku, czerwoniutkich ustach. Oglądała świat zza kwadratowych okularów z nieprzejrzystymi, karmazynowymi szkłami. W prawym uchu miała małą słuchawkę. Jej strój składał się z zielonych spodni zakończonych ściągaczami i bluzki w takim samym kolorze. Pod bluzką odznaczał się mały biust. Nosiła również krawat. Gdy szliśmy w stronę wyjścia, narzuciła na siebie czarno-czerwoną pelerynę z grubymi rękawicami do jazdy na motorze. Chodziła w dopasowanych, turystycznych pantoflach, trochę kręcąc pośladkami. Poprowadziła półkolistą rampą w dół. Zdumiała mnie, bez słowa biorąc torbę, którą dźwigałem tak mozolnie, i swobodnie zarzucając sobie na plecy. Ciężkie i kanciaste motocykle stały błyszczące, unieruchomione stalową obręczą. Przewoźniczka podwinęła rękaw, obnażając niewielką opaskę. Przytknęła ją do czytnika wypożyczalni, a odpowiednia liczba kartek transportowych została natychmiast pobrana z jej konta. Następnie najbliższy jednoślad wyskoczył z blokady. Wytoczyła go na jezdnię i okraczyła maszynę. – Lepiej się pospieszmy, mamy dwadzieścia kilometrów do przejechania – rzekła. Patrzyła ponaglająco, więc usadowiłem się za nią. Torba została umieszczona w specjalnym kufrze. W jednej chwili dziewczyna odpaliła magnetyczny silnik, ruszając z kopyta. Nie widząc żadnego innego uchwytu, objąłem ją mocno w pasie. Zdaje się, że właśnie to chciała osiągnąć. Bardzo szybko mknęliśmy przez Nowe Lądowanie. Żałowałem tego tempa, gdyż ciekawiła mnie obca miejscowość. Na zakrętach mięśnie przewoźniczki pracowały, grały pod mymi palcami, aż zawstydziłem się. Nie mogłem jednak puścić. Zostawiliśmy za sobą rogatki miasta i jechaliśmy prostą szosą krajową. Nagle dziewczyna zapytała: – I jak jest dzisiaj w Europie? A ja zdumiałem się, bo tym razem naprawdę chciałem opowiedzieć. – Europejczycy, oni wszyscy… się gżą, rozumiesz? W urzędzie, w biurze, jak to nasze, wśród spraw najważniejszych, nieustannie – im kto wyżej stoi, tym mniej myśli o świecie realnych idei! I ja z nimi, tam, tak długo… – Okropieństwo. Jakie szczęście, że do nas ta zaraza, póki co, nie dotarła. I nie dotrze, z pomocą Partii – dodała szybko. – Z pomocą Partii. Rozmowa nie kleiła się. Przy tej prędkości ryk wiatru zagłuszał wszystko. Wówczas zaczęły nachodzić mnie przeróżne myśli. Obejmowałem ciepłe, żywe ciało wypełnione bratnią duszą andalumińską, a w końcu ostatnie sześć miesięcy spędziłem wśród społeczności babilońskiej, gdzie takie sprężyste kobiety mogłem najwyżej obserwować sobie ostrożnie przez szybę, tłumiąc budzący się w środku żar. Dlaczegóż nie miałbym teraz odbić sobie za te upokorzenia? Ale czy będę jeszcze umiał zrobić to sprawnie i z gracją? Nie miałem innego wyjścia, jak spróbować. Bardzo mnie to podekscytowało. Trochę zbierałem się w sobie. Kiedy droga opadła gwałtownie, wiodąc nas wzdłuż poszarpanego wybrzeża, ruszyłem do ataku. Lewą dłoń wsunąłem pod pelerynę przewoźniczki, pod bluzkę, i zacząłem masować drobną, spiczastą pierś. Prawa ręka miała ważniejsze zadanie. Rozwiązałem nią zielone spodnie (gdyż były wiązane tasiemką), wetknąłem ją do majtek, a potem głębiej. Pogmerałem. Obserwowałem uważnie twarz przewoźniczki; ona cały czas uśmiechała się łagodnie. Z pewnej zmiany kierunku jazdy motocykla wywnioskowałem, że jej się podoba. Nie przestawałem zatem. Na palcach zbierało się coraz więcej wilgoci. Pieszczony sutek stwardniał znacząco. Cała przygoda zmierzała nieuchronnie w stronę kulminacji. Nie zważając na nic i na nikogo, przewoźniczka gnała co koń wyskoczy. Śmignęliśmy przez lasek sosnowy otwierający się na Estanzę. Wtedy wydała stłumiony okrzyk, uniosła przednie koło motocyklu do góry i zarzuciła czarnymi włosami, które chlasnęły mnie w twarz. Prawie zleciałem, gdy opona znalazła się ponownie na asfalcie, a cały pojazd aż podskoczył. Po tym zdarzeniu wyraz błogiego ukontentowania zagościł na jej twarzy. I ja czułem wspaniałe spełnienie. Przewoźniczka uspokoiła się i włączyła do normalnego ruchu, wioząc mnie ukochanymi ulicami, których widoku nigdy za wiele. Mijając wiadukt kolejowy, zajechaliśmy pod Komitet. Spiesznie mi było do środka, lecz najpierw nachyliłem się i wyszeptałem do ucha motocyklistce, czy poczeka i po spotkaniu odwiezie mnie jeszcze do domu razem z bagażem. Zgodziła się i wyłączyła silnik. Na komitetowych schodach wytarłem prawą dłoń chusteczką z alkoholem, by usunąć kobiecy fetor. Miało to dla mnie symboliczne znaczenie – przed wkroczeniem do świątyni pracy obmyłem się z namiętności, z pożądania i emocji tego świata. Wszystko zostało na zewnątrz. Wszedłem do wyłożonego sztandarami pokoju zebrań, witając się uprzejmie. W radzie pod przewodnictwem towarzysza Flaksa o łagodnej twarzy, lecz surowym spojrzeniu, brakowało wciąż jednego członka. Niższy urzędnik wnosił właśnie tacę z poczęstunkiem. Flaks uśmiechnął się do mnie życzliwie. – Towarzyszu B., jak dobrze jest was mieć znów przy sobie! Podajcie mi już teraz raporty. Rada przyjmie was lada moment; siądźcie, zaczekajcie. Posmarujcie sobie bułeczkę. Mój brat, który podróżował wczoraj przez pęknięcie w Yaeger, przywiózł z Uroborosa. Daję słowo, od razu umiem odróżnić tamtejsze pieczywo i najchętniej nie jadłbym żadnego innego. – A czym różni się od andalumińskiego? – spytałem grzecznie. – Na pozór wygląda tak samo, jak nasze najlepsze razowe wypieki, lecz każde jedno ziarenko, które w nim tkwi, ma wytłoczonego maleńkiego węża połykającego swój ogon – wyjaśnił zadowolony Flaks. Usłyszałem kroki na korytarzu. Przewodniczący rzekł: – Idzie nasze brakujące ogniwo. Otworzyły się dębowe drzwi i wkroczyła przewoźniczka, bardzo śmiało. Zerwałem się na równe nogi. – Co tutaj robisz? Kazałem ci czekać na zewnątrz! A ona niewzruszenie minęła mnie i jakby nigdy nic, zasiadła po lewicy przewodniczącego Flaksa. Na twarzach członków Rady odmalowało się oburzenie. Flaks wykrzyknął, zdumiony: – Jak to, Morysie? Czy nie poznajesz już swojej przełożonej, towarzyszki Daryl Stellar? Owszem, nowe, motocyklowe zajęcie trochę zmieniło ją przez pół roku, ale przecież wracaliście tu razem. Tymczasem odzywasz się do niej jak do kogo obcego! Nie rozumiem nic; jestem skołowany. Poruszam tylko bezgłośnie ustami, niczym niespełna rozumu. Daryl uśmiecha się po swojemu, leciutko. Jej twarz jest całkiem nieprzenikniona. Och, co ja najlepszego zrobiłem! Estanza, Analumia ???



Płeć: mężczyzna
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 7    
Data dodania: 23.05.2014r.

1     

ArcturV Użytkownik wpmt 30 05 2014 (18:59:31)

"Wystartowaliśmy, w parę sekund wzbijając ponad linię chmur."

Wydaje mi się, że zdanie skonstruowane jest zupełnie poprawnie. Usunięcie z niego "w" zmieni całe znaczenie - będzie ono oznaczało wówczas, że korweta wzbijała się ponad chmury przez kilka sekund, lecz czy jej się to powiodło, zdanie nie zdradzi. Tymczasem w obecnej formie kładzie ono nacisk na wielką prędkość pojazdu.

Amy Sol Redaktor 30 05 2014 (19:01:22)
W porządku, chyba dostrzegam to, co miałeś na myśli.

Amy Sol Redaktor 30 05 2014 (19:02:31)
Poprawiłam :)

ArcturV Użytkownik wpmt 30 05 2014 (18:59:23)

"Wystartowaliśmy, w parę sekund wzbijając ponad linię chmur."

Wydaje mi się, że zdanie skonstruowane jest zupełnie poprawnie. Usunięcie z niego "w" zmieni całe znaczenie - będzie ono oznaczało wówczas, że korweta wzbijała się ponad chmury przez kilka sekund, lecz czy jej się to powiodło, zdanie nie zdradzi. Tymczasem w obecnej formie kładzie ono nacisk na wielką prędkość pojazdu.

Amy Sol Redaktor 30 05 2014 (16:30:36)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Witaj.
Świetna narracja, szybko się czyta, brawo, brawo, brawo :) To tak słowem wstępu.

Nie będę się rozwodzić w temacie fabuły, ponieważ nie czytałam poprzednich części Twojego opowiadania i nie mam za bardzo rozeznania. To, co mi się spodobało, to końcówka. Udany zabieg, fajny zwrot akcji.

Mam nadzieję, że inny Redaktor, który czytał poprzednie Twoje prace, wypowie się również na temat fabuły. Tymczasem przejdę do strony technicznej; jest poprawnie, aczkolwiek mam kilka zastrzeżeń, a które zwrócę Ci uwagę.

Tym bardziej cierpiałem, gdy przed ośmioma laty(,) musiałem

Zbrakło przecinka w wytłuszczonym miejscu.

Nie była to, naturalnie, żadna kara, przeciwnie.

Osobiście, nie lubię skrótów myślowych. O niebo lepiej brzmi: wręcz przeciwnie. Nie zmieniłam podczas edycji pracy, toteż czekam na odzew ze strony Autora.

Niestety, od partyjnych decyzji nie ma odwoływania się.

Proponuję, zamiast wytłuszczonego zwrotu, po prostu: odwołania. Przemyśl to.

Porównywałem tylko stosunki panujące w tamtych miejscach pracy z naszymi, andalumińskimi(,) i każde takie porównanie

W tym przypadku przecinek przed "i" jest konieczny.

tłocząc się z innymi pasażerami, do wnętrza antycznej korwety]

Zbędny jest przecinek.

Wystartowaliśmy, w parę sekund wzbijając ponad linię chmur.

Źle brzmi to zdanie. Poprawiłam na: Wystartowaliśmy, parę sekund wzbijając się ponad linię chmur.

wielu z nich być może od urodzenia przeżywa męki(,) jakich doświadczyłem na obczyźnie

Zbrakło wytłuszczonego przecinka.

Gdy dowiedział się, skąd przybywam, spytał o mnie o wrażenia.

"o" jest zbędne.

Rzeczywiście, widziałem znak kierujący do wypożyczalni, ale pomysł, by z niej skorzystać(,) wydał mi się całkiem absurdalny.

Brak wytłuszczonego przecinka.

Zdumiała mnie, bez słowa biorąc torbę, którą dźwigałem tak mozolnie(,) i swobodnie zarzucając sobie na plecy.

którą dźwigałem tak mozolnie jest wtrąceniem, należy więc oddzielić z dwóch stron przecinkami.

zakończonych ściągaczami i bluzki w takimż kolorze.

takimż? Nie ma takiego słowa ;) Zmieniłam na: takim samym. Jeśli masz inny pomysł, jak to poprawić, odezwij się do mnie.

A ona niewzruszenie minęła mnie i jakby nigdy nic(,) zasiadła po lewicy przewodniczącego Flaksa.

Zbrakło przecinka.

To tyle, jeśli chodzi o stronę techniczną. Przecinki poprawiłam oraz te błędy, których zmiana raczej nie wpłynie niekorzystnie na Twoją pracę. Jeżeli masz jednak jakiekolwiek zastrzeżenia, pisz.

Jak już mówiłam - fabuła mnie zainteresowała, masz lekki, przyjemny styl i tym mnie kupiłeś. Stawiam czwórkę z plusem, ponieważ do piątki jeszcze nieco brakuje. To głównie przez błędy.

Życzę owocnej pracy.

Pozdrawiam
sufrażystka

ArcturV Użytkownik wpmt 30 05 2014 (18:56:16)
Nie widzę powodów, dla których miałbym się sprzeciwić zaproponowanej korekcie.
Fabuła "jeszcze jednej" kartki Morysa B. jest odrębną całością, niemającą wiele wspólnego z poprzednią publikacją. Niemniej zamieszczam odnośnik do niej: http://wpmt.pl/prace/proza/kartka-wypisana-w-andalumii-23446

Amy Sol Redaktor 31 05 2014 (09:46:41)
Wprowadziłam korektę. Pozdrawiam


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(52): 52 gości i 0 zarejestrowanych: