warto go przeczytać
Ból, straszny, przejmujący ból niczym ten, który rodzi się, gdy marzenia i ślepa wiara umierają przygniecione ludzkim fałszem. Cierpienie duszy, o stokroć gorsze od bitewnych ran i pustka, samotność dawnymi wspomnieniami przywiedziona. Ostatni pierwiastek dawnego ja, tlący się w morzu szaleństwa niczym promienie słońca otoczone zewsząd chmurami, pełnymi granatu i ciemności. I w tej udręce ostatni, jedyny cel, widziany za mgłą. Ostatnia myśl gaszona z każdym dniem wędrówki i tylko czasami podsycana podmuchami wspomnień. Złość, potwór zagarniający każdy centymetr duszy i uśmiech na wspomnienie zemsty.
- Kocham cię
Ostatnie uczucie w obłęd zmienione...
Zmęczenie i wyczerpanie z nad ludzką siłą przezwyciężane każdym krokiem, każdym metrem zbliżającym do celu. Ostatki zdrowego rozsądku pchające w odpowiednim kierunku na tym mrocznym pustkowiu. Pragnienie i głód będące niczym przy cierpieniu duszy w chwilach zwątpienia
- Znów zabierają mi ciebie
Płacz, krzyki, duszone przez instynkt rozwinięty do granic możliwości na tej przeklętej ziemi, paliły wnętrze niczym żar płynący znad Sahary, gdy słońce świeci w zenicie. Moc płynąca z artefaktu pozwalająca, mimo słabości, podnosić leniwie gołe stopy, moc, która koiła ból, która była jedyną siłą i cel będący ciągle przed oczyma, ironicznie uśmiechający się.
Ten lodowaty chłód, sprawiający wrażenie, jakby wypływał z samego serca niczym polarny wiatr wędrujący na wiele mil. Pustka ogarniająca obojętną na strach duszę, odbierająca nawet samotność i dawne uczucie, wciąż tryskające niczym źródło czystej, przezroczystej zdrowej wody, toczące ciągły bój o resztki człowieczeństwa.
Ból, cierpienie, obojętność, moc, słabość, pustka, miłość, rozsądek, rozum i złość pozwalające przetrwać, mimo swej różnorodności w świecie bez słońca, w krainie gdzie jest tylko zło, gdzie wszystko co dobre umarło, na południu mrocznym niczym dusza pana.
Smród i godzinami idealna cisza, przerywana tylko grzmotami. Milczenie i to wieczne czekanie, aby ominąć jego sługi. Czerwień dająca siłę i ten przeklęty mrok. Zapach siarki, dym i żar zewsząd otaczające rzeki magmy.
- Kocham cię
Uśmiech, czasami promieniujący z tej słabej, a kiedyś jakże dumnej istoty był jak szaleństwo, całkowicie nie pasując do twarzy z każdym dniem nabierającej dzikiej srogości. Ciało w całej swej nagości silnie pokaleczone od ostrych krawędzi skał było jak kamień rzucone na szańce piekła. Czas wlokący się wiecznością...
- Zabiorę Cię do krainy, gdzie zieleń, nigdy nie ginie, gdzie błękit jest najbłękitniejszy, gdzie będziemy tylko my, gdzie poznam co to jest szczęście i radość, gdzie okażę mą miłość, gdzie udowodnię, że nigdy gorszy od niego nie byłem... Kocham cię... już nie długo usłyszę twój głos, jesteś jeszcze za daleko... krzyknij, abym mógł wreszcie cię usłyszeć... szepnij, aby znów to mrowienie przeszło po ciele... uśmiechnij się, aby serce wzbiło się do nieba... spójrz na mnie... Kochaj mnie... Bądź przy mnie... aniołku nie odwracaj się! Zabraniam... Kochaj mnie! Dla ciebie to wszystko, dla ciebie... gdy tak do mnie się śmiejesz, ja żyję... gdy tak na mnie patrzysz moja dusza lata... gdy widzę te oczy magiczne setki motyli wzbijają się do lotu w mym żołądku...
Obłęd, rozmowy z duchem i ciągła pustka w sercu były jak sen, na prawdziwy wypoczynek tu nie mógł sobie pozwolić. Instynkt kazał być czujnym. Poniżenie, zawód z każdym dniem traciły na znaczeniu. Ukryta w najciemniejszych zakamarkach duszy duma, czekała na lepszy czas, aby znów stanąć obok rozsądku i nadać postawie dawnej siły i energii.
Nim jeszcze osłabienie odebrało możliwość logicznego myślenia w głowie pełnej zła zrodził się plan jak i tym razem przechytrzyć wrogów, bo jego czarna dusza tylko takich ludzi znała i była jeszcze ona. O niej nie myślał jak o zwykłej nic nie wartej jednostce, chyba tylko ją odrobinę szanował i cenił. Przypisywał sobie i jej prawo decydowania o losie innych. Czasami docierało do niego, że ona jest inna i ta inność podniecała jego ego.
- Tylko ty jesteś warta istnienia.
W całym swym szaleństwie nawet przez chwilę nie brał pod uwagę, że odrzuci go. Zbyt wysokie miał mniemanie o sobie i teraz był zbyt ważny, żeby istota nawet tak wspaniała jak ona, mogła go odtrącić. Takiej możliwości nawet przez moment nie rozważał. Gdy głód, pragnienie i okropne zmęczenie przesycone bólem zagarnęło całą rozumność uciekał do snów i marzeń, płynących jak górski potok z części serca nie zagarniętej przez pychę, egoizm i szaleństwo. Jego dusza była niczym pustynia z niewielką oazą poświęconą jednej tylko osobie na świecie. Momentami nie był pewny czy ta oaza wystarczy, aby jego miłość niczym róża nie uschła.
- Miłość nam wystarczy
Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak słowa te śmiesznie brzmią w jego ustach. W pamięci zatarły się chwile, kiedy swymi czynami udawadniał, że aby być szczęśliwym miłość nigdy nie wystarczy. Jego uczucia często były bardziej obsesją niż szczerym i uczciwym kochaniem. Czasami w złości i beznadziei próbował zapomnieć, ale myśli o niej były jedynym celem, nic się nie liczyło tak naprawdę, nic nie cieszyło. Szedł do niej drogą zasłaną ciałami koniecznych ofiar. Ścieżką zdrady, oszustwa i zbrodni. Traktem, który go prowadził w głąb zatracenia. Zdawał sobie z tego sprawy i był to świadomy wybór. Tak naprawdę zdobycie jej w głębi serca przerażało go. W snach bał się, że utraci sens życia. Nie chciał przyznać, że nie jest już wstanie żyć z drugą osobą, uczciwie i szlachetnie.
Teraz, gdy myśli nie mógł skupić, serce, resztki sumienia podsuwały uczucie, na kształt żalu, delikatnego smutku, ze względu na konieczność ofiar i łatwości z jaką przychodziły kolejne zbrodnie. Już dawno przestał zadawać sobie pytanie co stało się z ideałami, wpajanymi od dziecka, z czynami, którym hołdował, a które teraz napawały wstrętem i wydawały się tak głupimi. Chłopiec, którego kiedyś najbliżsi kochali, młodzian, który był nadzieją wielu zmarł zabity życiem, pełnym goryczy i rozczarowań.
Jerond, który zrodził się wiele lat temu był bezwzględny, a osiem lat w świecie, gdzie nie ma iskry człowieczeństwa zabiły, przytłumiły wszystko co było w nim dobrego. Nie wiele uczuć pozytywnych w nim tkwiło, ale ta odrobina dawała nadzieję, na zmianę. Teraz było za późno.
W stanie w którym znalazł się po pięciu dniach wędrówki, można było dostrzec pozytywy, ale wszystko było to wynikiem słabości fizycznej, a powrót sił z pewnością miałby okazać się nie miłą zmianą w sposobie myślenia maga.
Zniszczył wątpliwości, uwięził sumienie, zabił wyrzuty, zapomniał jak dobrze jest być “człowiekiem”...
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 25.12.2008r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(16): 12 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Fał