Jedyne Miasto - I etap "Wyzwanie Prozatorskie"

Po podłodze walało się mnóstwo kółek zębatych. Miały różne wielkości, niektóre złote, inne miedziane, ze szprychami i bez. Wszędzie było ich pełno. Między nimi czasem migała mała dźwignia, gwoździk lub śrubka. W kącie stał bardzo stary, ręczny powielacz, na przeciwległym końcu – butla z gazem. Pod ścianą piętrzyły się ustawione w piramidy pudła. Pośrodku całego tego rozgardiaszu stał wielki, dębowy stół z mnóstwem małych maszynek na blacie. Stała przy nim przygarbiona staruszka w grubych okularach. Bardzo powoli składała skomplikowany mechanizm, precyzyjnie dodając każdą część. Co jakiś czas ocierała pot z czoła białą chusteczką z monogramem. Nikt już takich nie używał od wieków. Staruszka uważała jednak, że jest to niezbędny element wyposażenia damy. Ktoś zapukał w ciężkie, metalowe drzwi. Z lekkim zniecierpliwieniem oderwała się od pracy i otworzyła, po drodze niemal potykając się o wystającą piłę. Do środka wszedł mały chłopiec w o wiele za dużej cyklistówce. Przez ramię miał przewieszoną dużą, parcianą torbę, wypchaną czymś po brzegi. - Cześć, babciu! – powiedział, zdejmując płaszcz. – Mam dzisiaj około dwóch setek. - No to bierz się do pracy, ja zrobiłam prawie trzy setki mechanizmów – odparła staruszka, starannie zamykając. – Nikt cię nie śledził? Mały tylko popatrzył na nią z drobnym politowaniem, jakby uznał to za niezbyt śmieszny dowcip. Babcia pokiwała głową i wróciła do pracy. Chłopiec podszedł do butli, po drodze odpinając troki na torbie. W środku znajdowało się mnóstwo małych, kolorowych skrawków z gumy. Wygrzebał spod kółek zębatych na podłodze szpulkę sznurka. Otworzył skrytkę, gdzie przechowywał surowiec z poprzedniego dnia. Po chwili na zaworze butli został zamocowany pierwszy balonik – mały, różowy, jakie czasem nosiły małe dziewczynki. Po chwili było ich już pięć. I dziesięć. Kłębiły się, przywiązane sznurkiem do nogi stołu. Staruszka tymczasem odłożyła śrubokręt i ostatni mechanizm. Dzisiejsza partia została wyrobiona. Teraz należało przejść do następnego etapu pracy. Podeszła do piętrzących się pod ścianą kartonów, wybrała jeden i przeniosła na blat. W środku było mnóstwo małych ulotek związanych linką po kilka. Zaczęła precyzyjnie łączyć je z mechanizmami, a następnie przywiązywać do balonów, puszczanych potem pod sufit. Co jakiś czas zerkała na chłopca, nadal pracującego przy butli. - Nie powinnam cię do tego używać – stwierdziła cicho. – To zbyt niebezpieczne. - Babciu, czym ryzykuję? – odparł maluch, przewiązując kolejny balonik. – I tak nie ma mnie w rejestrze. Prawda, nie było go. Staruszki zresztą też nie. Oficjalnie pani Marianna Jeziorański nie żyła od wielu lat. Całe szczęście, nawet w obecnym systemie zdarzały się pomyłki. Z kolei Kubuś urodził się w tych korytarzach. Matka prawie nie miała brzucha podczas ciąży. Urodziła go w łazience, w swoim zakładzie pracy. Cudem przyniosła dziecko do domu bez wpadki. Sama umarła niedługo potem. Od tamtego czasu zajmowała się nim oficjalnie zmarła babcia, która, wykończona życiem w tym okropnym, nowym świecie, którego nie wytrzymało serce jej męża, szybko postanowiła przenieść się tam, gdzie nikt nie będzie jej szukał i gdzie kiedyś wraz z nim zbudowała swoje schronienie. Kubuś oficjalnie nie istniał. Nigdy. - Babciu, jak skończymy, mogę pooglądać książki? – spytał, naciągając kolejny balonik. - Jak zawsze, wnusiu – odparła staruszka. Następne godziny mijały w ciszy. Świece palące się na wbitych w ściany kołkach, stawały się coraz mniejsze. Na powierzchni dzień zamienił się już w noc. Ciemną, bezgwiezdną noc. Pomieszczenie wypełniało się balonami złączonymi z mechanizmem pani Marianny. Sufit, zawieszony o kilkanaście metrów nad nimi, był całkowicie zasłonięty. Co najmniej kilka warstw. Niesamowite kolory. Mechanizm złożony bez grama elektroniki, z zegarmistrzowską precyzją odliczał czas. Gdy upłynie ostatnia sekunda, mała igiełka przebije balon, a ostra jak brzytwa żyletka szybkim ruchem przetnie sznurki ulotek, na których została odbita stara, dawno nieaktualna mapa i przekreślony znak oka. Stary, nakręcany zegar wybił północ. Ostatni balonik został napełniony i podłączony do mechanizmu. - Dobra, wnusiu, otwieramy – nakazała babcia, ponownie ocierając pot z czoła swoją białą chusteczką z monogramem. Oboje podeszli do korb, wystających ze ścian i zaczęli kręcić. Sufit nad nimi powoli rozsuwał się na boki, ukazując czarne niebo. Setki balonów uciekały szybko w górę, a potem, niesione wiatrem, leciały nad odległe miasto, by zaścielić je śniegiem kartek. Sufit został zsunięty tak szybko, jak otworzony. - Chodź – powiedziała, biorąc Kubę ze rękę. – Pooglądasz sobie te książki. Droga na górę prowadziła przez prawdziwy labirynt, najeżony pułapkami. Ktoś niepowołany szybko by się zgubił i został zabity przez któreś z kolejnych tajnych mechanizmów, mających na celu właśnie pozbywanie się takich jak on. Pani Marianna była dumna z tego labiryntu. Dzieło życia jej i jej świętej pamięci męża. Zaczęli kopać, jeszcze gdy oboje byli nastolatkami i uznali, że coś zaczyna być mocno nie tak ze światem. Zbyt nie tak. Gdy codzienne wiadomości zaczęły brzmieć coraz groźniej. Gdy na ulicy coraz częściej pojawiało się wojsko. Gdy politycy zaczęli wygłaszać długie przemowy o potrzebie jedności narodowej. Wziąwszy po drodze kilka puszek konserw ze spiżarni, weszli do windy. Jak wszystko inne, nie zawierała grama elektroniki. Była na korbę, jak rozsuwany sufit. Dzięki masie przekładni i innych tajemniczych, zegarmistrzowskich rozwiązań, nawet Kuba mógł nią bez wysiłku zakręcić. Gdy wjechali na górę, staruszka uchyliła drewnianą ściankę. Przed nimi ukazały się wiszące płaszcze. Rozsunęli je i wyszli z szafy, starannie wstawiając jej tył na swoje miejsce. Znaleźli się w mieszkaniu babci. Było wypełnione po brzegi starymi książkami. Pod ścianą stał stary, wysłużony fotel, na którym aktualnie drzemał równie stary i wysłużony kot. Na dźwięk otwieranej szafy podniósł łeb, zaraz jednak wrócił do przerwanej drzemki. Kubuś zapalił świeczkę i złapał za swoją ulubioną książkę – gruby, wielki tom ze starymi mapami. Przedstawiały kraje, których dawno już nie było i miasta, które dawno temu zostały zdmuchnięte z powierzchni ziemi, by nigdy się nie odrodzić. Poza jednym. Tym jednym, jedynym. - Babciu, dlaczego Ona nadal jest? – spytał. Od dawna miał ochotę zadać to pytanie. Pani Marianna nie poprosiła o doprecyzowanie. Wiedziała, o co chodzi. - Nie wiem – odparła, biorąc kota na kolana i drapiąc po grzbiecie. – Ale Ona zawsze się odradzała. Po prostu coś w niej jest. Kuba pokiwał głową i przeniósł wzrok na inny tom. Ten prezentował ludzi, których dawno już nie było. Dziwnych mężczyzn w koronach. Innych w mundurach. A potem w garniturach. Babcia patrzyła w okno. Wiatr nie zmienił prędkości. Balony powinny być już u celu. Za parę chwil zostaną przebite i ulotki się rozsypią, przypominając ludziom, kim kiedyś byli. Robili to od lat. Drukowali ulotki, Kuba zdobywał balony. Marianna nie wiedziała, skąd je brał i często myślała, że woli nie wiedzieć. Ona robiła mechanizmy, wiązała kartki i łączyła to wszystko w całość. Tyle lat, a Władze wciąż nie zauważyły, skąd leci ta dywersancka propaganda. Zaśmiała się mimo woli. Balony! Mechanizmy robione z precyzją dawnych zegarmistrzów! Kto by pomyślał. A może wiedzieli, ale nie mogli nic zrobić? Kuba spokojnie przewracał kartki. Tu nie sięgały oczy wszechwidzących. Nikt nie zaprojektuje mu snów. Nie pójdzie do szkoły. Nie będzie pracował. Zawsze będzie gdzieś na marginesie. Ciekawe, czy do końca życia będzie przynosił balony i, gdy babcia w końcu umrze, sam tworzył mechanizmy. Gdy spadła pierwsza bomba, Marianna z małżonkiem zdążyli ukryć się w swoich podziemiach. Były już na tyle rozrośnięte, by uchronić ich przed apokalipsą. Nowe bomby były wielokrotnie silniejsze od zwykłych, jądrowych, poza tym nie zostawiały po sobie skażenia. Cieszyły się wielkim powodzeniem we wszystkich armiach. Gdy kanonada już się skończyła, a oni wyszli ze swego labiryntu, zobaczyli tylko pustkę. Na miejscu gruzów powstały nowe supermiasta. Ci, którzy przetrwali, założyli świat bez granic. I bez tożsamości. Powstały mega-metropolie. Każdy skrawek planety był obserwowany przez kamery – oficjalnie po to, by nie dopuścić do następnej takiej wojny. Na całym świecie zaczęto używać jednego języka. Wszystkie inne zanikły. Zanikły tradycje. Zwyczaje. Po pewnym czasie zaczęto prześladować tych, którzy wciąż ich przestrzegali, jako tych, którzy rozbijali jedność i siali zagrożenie. W końcu, tamto zaczęło się właśnie od narodów. Od granic. Od tego, że dla wielu były one za ciasne. Teraz wszystko już było pod całkowitą kontrolą. Nawet sny były projektowane przez urzędy. Wszyscy obywatele musieli być zapisani w rejestrze. W tym świecie nie było miejsca na tajemnice. Jednym miastem, które pozostało w swym charakterze, była Ona. Przyzwyczajona do burzenia. I nikt nie umiał odpowiedzieć, jak to się stało, że powstała znowu. Być może mury tym razem odbudowały się same, nie licząc na niczyją pomoc. Może podniosły się siłą ramion syreny trzymającej tarczę i miecz. Chciano ją wyburzyć znowu, by nie przypominała przeszłości i nie przywodziła głupich pomysłów, ale coś się stało. Wszystkie maszyny natychmiast przestawały działać, gdy wjeżdżały w jej granice. Bomby nie wybuchały. Przerażeni ludzie, przekonani, że mają do czynienia z siłą nadprzyrodzoną, uciekli. Nad Miastem rozpostarła się jakaś nieprzenikniona bariera, która nie pozwalała znowu zrobić mu krzywdy. Zostało tylko ich dwoje, kot i duchy dawnych dni. Czasem słyszeli je wśród pustych domów. Czasem w kałuży odbiła się twarz kogoś, kogo dawno już nie było. Czasem syrenka płakała. Balony, które Kuba brał nie wiedzieć, skąd, doleciały nad najbliższą metropolię, oddaloną od Miasta o ponad pół setki kilometrów. Zegar wybił godzinę. Mechanizm został wprawiony w ruch. Opadły ulotki z dawnymi granicami i przekreślonym okiem. Nazajutrz ludzie znowu przypomną sobie, że kiedyś nie musieli obawiać się, będąc przez całą dobę pod czujnym nadzorem kamer i satelit. Że kiedyś byli narodem. Że mieli swoją kulturę. Że mieli własne sny. I że to wszystko zostało im zabrane. I że wśród tysięcy jednolitych metropolii – a może już tylko jednego, wielkiego megalopolis? - tkwi, jak pomnik, jedna, jedyna Ona – ostatnie Miasto.



        Dedykacja: Słowo-klucz: balon. Płeć bohatera: kobieta.

Płeć: nieznana
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 16.05.2012r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 19 05 2012 (14:44:31)

Wyjątkowo raziło mnie jak na Ciebie pewna niedbałość o szczegóły w końcówce i pewna... nie wiem, naiwność tego fragmentu? Z drugiej strony bez względu nawet na to prezentujesz zupełnie inny poziom niż większość autorów i jak najbardziej to doceniam jako czytelnik. Pozdrawiam

Mozzie Użytkownik wpmt 18 05 2012 (11:18:14)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Jestem zachwycona. Naprawdę wspaniale wykorzystałaś dany Ci temat. Aż mi miło, bo widzę, że słowo-klucz Ci bardzo spasowało. Cała idea powojennego miasta, które przekształciło się w metropolię, w której życie ludzkie poddane jest ciągłej kontroli za pomocą kamer, gdzie każdy nasz czyn jest zarejestrowany i zapisany na jakimś dysku, jest dla mnie tak samo straszna, jak i tożsama dla naszego świata. Przedstawiłaś świat tak podobny do Ziemi... aż smutno, że niby czujemy się wolni i wydaje nam się, że wojna się skończyła, a cały czas ktoś patrzy na to, co robimy. Może w tym wypadku dobrze, że w Polsce technologia nie jest tak dobrze rozwinięta...

Pomysł balonu jako narzędzia wykorzystywanego do szerzenia propagandy bardzo mi się spodobał. Nie spodziewałam się, że w taki sposób wykorzystasz temat.
Oprócz tego opowiadanie jest bezbłędne. Twój styl jest bardzo miły dla oka, dopracowany. Cała praca przemyślana i ciekawa. Jestem pod wrażeniem. Nawet myślę o tym, że to opowiadanie również powinno znaleźć się w antologii. Co o tym myślisz?

Pisz więcej, bo miło jest po długich korektach innych prac, przeczytać coś tak idealnego.

Szóstka rzecz jasna.
Oby tak dalej!

Angelika596 Użytkownik WPMT 18 05 2012 (11:00:58)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Zadziwiające, co uczestnicy konkursu potrafią wycisnąć ze zwykłych słów. Cieszę się, że nie poszłaś w banały, że balon stał się jedynie pretekstem do opowiedzenia o wiele ważniejszej historii. Ważnej dla Ciebie, bo przekazujesz w niej wartości, które najwyraźniej są Twoim priorytetem. Wolność, ale też jedność w narodzie.
Pokazujesz świat niby przyszłości, ale tak naprawdę ten, w którym my żyjemy, tylko może trochę wyolbrzymiony. Ale to dobrze, przestroga jest lepiej widoczna. Przestroga przed tym, co nas czeka, jeśli zginą ludzie tacy jak babcia i wnuczek, drukujący ulotki.

Na początku miałam wrażenie, że babcia to jakiś przestępca, coś knuje złego i w dodatku wykorzystuje do tego dziecko. Patrzyłam wtedy, jak owa władza, o której piszesz. Dopiero później otworzyłaś mi oczy, nie tylko na tę konkretną historię.

Dojrzałe pisanie, dokładne i mające swój cel. Błędów nie było za wiele, czasami coś stylistycznie się gryzie, czasami za dużo na raz chcesz powiedzieć.

Życzę powodzenia. Ode mnie 6.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(71): 71 gości i 0 zarejestrowanych: