Pseudonim: cichociemny
Imię: Michał
Skąd: tam gdzie czas zwalnia
O sobie: "Chciałbym obudzić się gdzie indziej w innym kraju, gdzie żeby uwierzyć w Boga nie musisz skończyć w raju(..)"
Napisanych prac:
- wiersze: 6
- proza: 18
- publicystyka: 6

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 121 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Szedłem" 20.04.2013
"Historia Przemocy -..." 18.06.2011
"Historia Przemocy -..." 19.06.2011
"Historia Przemocy -..." 24.06.2011
"Historia Przemocy -..." 30.06.2011

Inne prace tego autora:
"Złodziejski Honor [0.2]" 31.01.2013
"Złodziejski Honor [0.3]" 03.02.2013
"Historia Przemocy -..." 24.06.2011
"Historia Przemocy -..." 30.06.2011
"Osobisty monolog filozoficzny" 22.12.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Jeden zwykły dzień

Siedziałem na ławce w jednym z łódzkich parków czekając na koleżankę. Zerwał się lekki wiatr, który uniósł nieznacznie leżące gdzieniegdzie liście i pognał dalej, w znanym tylko sobie kierunku. Bryza zmierzwiła mi włosy, a pływające w powietrzu umarłe strzępy liści bezszelestnie opadły na moje spodnie. Zsunąłem je lekkim ruchem dłoni. Sięgnąłem po telefon. Za pięć dwunasta, jeszcze piętnaście minut. Wyciągnąłem książkę z plecaka, żeby w jakikolwiek sposób umilić sobie czas oczekiwania. Nieopodal mnie stał młody człowiek, jednak był nieznacznie starszy ode mnie. Wysoki, w czarnym tweedowym płaszczu z szarymi łatami na łokciach. Wiatr i jego przydługie włosy potargał, układając je w artystyczny nieład kruczoczarnych fal. Przez cienkie, pełne nieszczelności prześwity między gałęziami drzew leniwie sączyło się słoneczne światło, nagrzewając chodniki, które momentalnie oddawały ciepło parując zapachem ulicy, piachu i trawy. W oddali słychać było narastające odgłosy miasta, nadjeżdżające samochody, stukot tramwajowych kół uderzających o stalowe szyny, kroki mijających mnie ludzi, tułaczy, którzy szli przed siebie, zapatrzeni w cel, który tylko oni mogli dojrzeć w tym szarym mieście zbudowanym na tle szarobłękitnego nieba. Wieża stojącego nieopodal kościoła wybiła godzinę dwunastą. Gołębie zerwały się ze swoich wygodnych miejsc, wzbijając się w powietrze i na ułamek sekundy zasłaniając słoneczny blask, a trzepot ich skrzydeł poderwał wzrok dzieci bawiących się w parkowej piaskownicy. Ten, z pozoru, upiorny cyrk zbierze się ponownie gdzie indziej, żeby ponownie wezbrać się w sobie i powtórzyć ten rytualny koczowniczy lot. Ten sam chłopak stał cały czas w tym samym miejscu. Trzymał ręce w kieszeniach płaszcza, wiatr co i rusz zarzucał mu włosy na jasne czoło. Wydawało mi się, że w ogóle nie zwracał na to uwagi, jedynie przyglądał się jednej z alejek w parku, która znikała gdzieś w jego głębi, pomiędzy drzewami. Patrzył na koziołkujące na wietrze liście i plamy światła, które spomiędzy gałęzi spływały na ziemię i lizały trawniki oraz chodnik. Przechylił nieznacznie głowę w prawo. Na alejce wychodzącej z zasłony cienia i drzew wyłonił się mężczyzna. Po chwili podszedł do chłopaka. - Cześć – powiedział chłopak, jakby beznamiętnie. - Tomek. Odwrócił głowę. Nie byłem pewny, ale przed chłopakiem chyba stał jego ojciec. Chłopak przeniósł wzrok na szare niebo, zamrugał powiekami, wyciągnął ręce z kieszeni. - Chodź – powiedział i zaprowadził mężczyznę do ławki stojącej tuż obok mojej. Usiedli na niej oboje, najpierw chłopak, a potem mężczyzna, który robił to tak jakby niepewnie. Gdy już usiedli, mężczyzna rozejrzał się z wahaniem. Jego wzrok zatrzymał się na szybie jednego ze sklepów po drugiej stronie ulicy. Szkło obijało jego oblicze, jakby było niebywale odległe, zamazane i nierealne. Przeraźliwie jasno oświetlona twarz bez wyrazu, wodniste, półprzymknięte oczy i obwisłe wahadła skórnych fałd na policzkach. Nieznacznie poruszał rękami, przywołując na usta drewniany uśmiech. - Hej, chłopcze – powiedział. Chłopak siedział wpatrując się w swoje buty. Splótł ręce, rozłożył je i uniósł wzrok. - No, jak się masz? – mężczyzna zadał pytanie chłopakowi, jednak jego wzrok cały czas spoczywał na przeciwległej szybie, mijanej co i rusz przez bezimiennych ludzi tego wątłego miasta. - Jak widzisz. A ty? - Dobrze. Dobrze – odpowiedział. – Jak tam ci leci? - W porządku. Jak mnie znalazłeś? - Spotkałem wujka Roberta. Powiedział, że mieszkasz gdzieś w okolicy, to zacząłem szukać i znalazłem. Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie. Chłopak spojrzał na niego. - Powiedziałeś im, gdzie mieszkam? - Nie, nie – odrzekł. – Nie, to twoja sprawa. - W porządku. - Długo tu mieszkasz? Chłopak chłodno obserwował pobłażliwe rozbawienie, na jakie od jakiegoś czasu silił się mężczyzna. - Od kiedy wyszedłem – odparł. - No, nic o tym nie słyszeliśmy. Dawno to było? - Co to znaczy: my? - Ja nie słyszałem. To znaczy nie byłem pewien, czy już wyszedłeś, czy nie. - Wyszedłem dwa miesiące temu. - Dobrze, dobrze. To co, wynajmujesz czy jak? - Wynajmuję. - No to dobrze – mężczyzna znowu się rozglądał. - Co u ciebie? – chłopak odchylił się na ławce wystawiając twarz na słońce, a włosy na delikatne powiewy wiatru. - Nie mogę narzekać. Wiesz. Chłopak obserwował go jednym okiem. Mężczyzna wyglądał niczym aktor, którego ucharakteryzowano na wiele starszego od siebie. Miał siwe pasemka we włosach i twarz przypominającą glinianą maskę, pękniętą w lokajskim uśmiechu. - Dobrze wyglądasz – rzekł chłopak. - Próbuję dbać o formę. Cholerna wątroba nie jest już w najlepszym stanie – położył otwartą dłoń na brzuchu, poklepał się kilkakrotnie i spojrzał w górę, na korony drzew, a potem za siebie, gdzie cienie robiły się dłuższe. – Zimą miałem operację. Pewnie nie wiedziałeś. - Nie. - Oczywiście już z tego wychodzę. W wietrze dało się wyczuć zapach parującej trawy, skisły odór psich wydalin pomieszanych z oparami spalin, wiecznie wypluwanych z nadjeżdżających zewsząd samochodów, autobusów. Mężczyzna opuścił brew patrząc na chłopaka. - Widziałem się z matką - chłopak milczał. Mężczyzna wyciągnął papierosy i podsunął mu paczkę. – Papierosa? - Nie, dzięki. Mężczyzna potrząsną paczką. - Częstuj się. - Nie palę. - Kiedyś paliłeś. - Rzuciłem. Mężczyzna zapalił i wydmuchnął niebieskawy dym cienkim, żmijowym strumieniem za siebie. Dym zwinął się i rozpłynął się w żółtym świetle słońca. Mężczyzna uśmiechnął się. - Chciałbym dostawać złotówkę za każdym razem, kiedy rzucam palenie – powiedział. – W każdym razie wszyscy mają się dobrze. Pomyślałem sobie, że powinienem ci o tym powiedzieć. - Nie sądziłem, że się z nimi widujesz. - Spotkałem twoją matkę na mieście. - Już powiedziałeś. - No tak. Ale oczywiście nieczęsto tam bywam. Poszedłem na Boże Narodzenie. Wiesz. Zostawili dla mnie wiadomość w Spocie, żebym kiedyś wpadł, i nie wiem. Żebym kiedyś wpadł na obiad. Wiesz. Nie chciałem do nich jeździć. - Nie mam o to do ciebie pretensji. Mężczyzna nieznacznie przesunął się na ławce. - No, właściwie nie chodzi o to, że nie mogę się z nimi dogadać. Ja tylko… - Ty nie cierpisz ich, a oni ciebie. Przez twarz mężczyzny przemknął dziwny uśmieszek. - No – rzekł. – Ja chyba nie posunąłbym się tak daleko, żeby to powiedzieć. Chociaż oczywiście oni nigdy nic dla mnie nie zrobili. - Wiem coś o tym – odpowiedział ironicznie. - Pewnie tak – odparł kiwając głową. Zaciągnął się głęboko i zamyślił. – Chyba jesteśmy do siebie trochę podobni, co, chłopcze? - On uważa, że tak. - Szkoda, że nie poznałeś mojego ojca. Był wspaniałym człowiekiem – mężczyzna niepewnie przyglądał się swoim dłoniom. – Tak. – Powiedział. – Wspaniałym. - Pamiętam go. - Umarł, jak byłeś mały. - Wiem. Mężczyzna znów się zaciągnął. - Musisz wpaść kiedyś wpaść do Spotu – powiedział. – Mógłbym cię oprowadzić. - Pewnie tak. Chłopak oparł się wygodniej na ławce, która coraz bardziej była skąpana w słońcu, tak jakby niewidzialna kurtyna usuwała się przed rażącym obliczem złotoczerwonej tarczy. Zerknął za siebie, gdzie latały ptaki, a ich trel przewijał się gdzieś pomiędzy ulicznym zgiełkiem. - Zabawny jesteś, Tomek – powiedział mężczyzna przerywając ciszę. – Nie wyobrażam sobie, żeby znalazł się na świecie ktoś tak diametralnie różny od twojego brata jak ty. - Od którego? - Co? - Pytałem, od którego? - Co od którego? - Od którego brata. Mężczyzna zachichotał nerwowo. - Przecież masz tylko jednego, Kamila. - Nie mogli dać jakoś na imię temu drugiemu? - Jakiemu drugiemu? O czym ty mówisz, do cholery jasnej? - O tym, który urodził się martwy. - Kto ci powiedział? - Ja to pamiętam. - Kto ci powiedział? - Ty. - Nigdy w życiu. Kiedy? - Wiele lat temu. Byłeś wtedy pijany. - Nigdy w życiu nic takiego ci nie powiedziałem. - No dobrze. Nie powiedziałeś. - A co to za różnica? - Nie wiem. Zastanawiam się po prostu, dlaczego trzymaliście to w tajemnicy. Na co umarł? - Urodził się martwy. - Wiem o tym. - Nie wiem dlaczego. Po prostu nie żył i tyle. Obaj byliście wcześniakami. Przysięgasz, że to ja ci o tym powiedziałem? - Nieważne. - Nie powiesz im nic, dobrze? - Dobrze – zgodził się. – Po prostu trochę sobie o tym myślałem. Na przykład, co w takiej sytuacji mówi lekarz. Bo przecież trzeba zabrać ich obu do domu, tylko że jednego w torbie albo pudełeczku. Ale pewnie mają ludzi, którzy się tym zajmują. - Tylko nic im nie mów. Chłopak pochylił się, wpatrzony w swoje tandetne, rozlatujące się trampki, pozszywane gdzieniegdzie grubą, czarną nicią, na ubrudzone do czarności sznurówki, na starte podeszwy. - Boże, tato, nie bój się. Nie powiem. - Okej. - Nie mów im – chłopak odwrócił na niego wzrok. – A w szczególności nie mów matce, że mnie widziałeś. - Okej. Zgoda. Umowa stoi – odparł. – I tak się z nimi nie widuję. - Już mówiłeś. Mężczyzna znów przesunął się na ławce i długim żółtym palcem szarpnął kołnierzyk koszuli. - Mógł mi pomóc, wiesz. Nigdy o nic go nie prosiłem. Naprawdę nigdy, na Boga. Mógł mi pomóc. - No ale nie pomógł – powiedział chłopak. Mężczyzna skinął głową wbijając wzrok w popękany chodnik. - Wiesz, my naprawdę jesteśmy do siebie bardzo podobni – powiedział. - Nie wydaje mi się. - Pod pewnymi względami. - Nie – odpowiedział chłopak. – Nie jesteśmy podobni. - Wiesz, chodzi mi o to… - Mężczyzna machnął ręką. - To ich teza. Ale ja nie jestem taki jak ty. - No, wiesz o co mi chodzi. - Doskonale. Ale nie jestem taki tak ty. Nie jestem też taki jak Kamil. Jestem sobą. Nie mówcie mi, do kogo jestem podobny. - No zaraz, posłuchaj, Tomek, nie ma powodu… - A ja uważam, że jest. Ciebie też nie chce widzieć. Wiem, że oni cię nie lubią, że ona cię nie lubi. Niczego nie mam ci za złe. To nie twoja wina. Ja nic nie mogę zrobić. Mężczyzna spojrzał na chłopaka spod przymrużonych powiek. - Nie masz powodu, żeby tak na mnie wsiadać – odpowiedział. – Ja przynajmniej nigdy nie siedziałem w psychiatryku, do jasnej cholery. Chłopak się uśmiechnął. - W szpitalu dla umysłowo chorych, tato. To trochę co innego. Ale jestem kim jestem. Nie chodzę i nie rozpowiadam na lewo i prawo, że udzielałem się w gronie anonimowych alkoholików. - I co z tego? Nie twierdzę, że jestem abstynentem, jeżeli do tego pijesz. - Jesteś alkoholikiem? - Nie. Nie jestem alkoholikiem, do jasnej cholery. - Zawsze nazywali cię pijusem. Ale to może nie jest tak obraźliwe jak alkoholik. - Guzik mnie obchodzi, co o mnie mówią. Niech ich… - No, ulżyj sobie. Mężczyzna popatrzył na niego podejrzliwie, po czym pstryknięciem posłał maleńki niedopałek przed siebie na ulice, gdzie zaraz wpadł do studzienki kanalizacyjnej, gdzie znikł wśród setek podobnych sobie, żeby spłynąć kanałami dalej i dołączyć do ton innych śmieci i odpadków. - Posłuchaj – chłopka odezwał się, pochylając się do przodu. – Kiedy mężczyzna żeni się z kobietą z niższych sfer, jego dzieci też będę stać niżej od niego. O ile on w ogóle tak myśli. Może gdybyś nie był pijakiem, spojrzałby na mnie inaczej. Ale w tej sytuacji ja budziłem zawsze wątpliwości. Spodziewano się, że nie wyrośnie ze mnie nic dobrego, a mój dziadek mawiał, że krew z krwi, kość z kości. To było jego ulubione powiedzenie. Na co się patrzysz? Patrz na mnie. - Nie wiem, o czy mówisz. - Owszem, wiesz. Mówię o tym, że mój ojczym gardził mną, bo jestem z tobą spokrewniony. Bo jesteś moim ojcem. No chyba, że nie jesteś? - Nie wiem, czemu próbujesz obarczyć mnie winą za swoje kłopoty. Ty i te twoje idiotyczne teorie. Chłopak wyciągnął nieznacznie rękę, bo mężczyzna siedział tuż obok, i uspokoił jego rozedrgane, zwieszone dłonie. - Nie mam ci niczego za złe – odezwał się. – Chce ci tylko powiedzieć, jacy bywają ludzie. - Wiem, jacy są ludzie. Powinienem wiedzieć. - Niby skąd? Przecież ty uważasz, że mój ojczym i jego rodzina, to inna rasa człowieka. Możesz się śmiać z ich pretensji, ale nigdy nie kwestionujesz ich prawa do prowadzenia takiego życia, jakie prowadzą. - On wkłada spodnie dokładnie tak samo jak ja. - Gówno prawda, tato. Wcale w to nie wierzysz. - Powiedziałem, co powiedziałem, nie? - A jak sądzisz, co on myśli o swojej żonie? O mamie? - Żyją zgodnie. - Żyją zgodnie. - Tak. - Tato, ona jest gospodynią domową. A on w gruncie rzeczy nie wierzy nawet w jej dobroć. Nie zauważyłeś, że dostrzega w niej te same żałosne cechy, które widzi w tobie? Nawet jej najbardziej niewinny gest może mu cię przypominać. - Nie mów, że jestem żałosny – powiedział mężczyzna. - On pewnie uważa, ze nie skończyła w burdelu tylko dzięki jego łaskawej pomocy. - Uważaj chłopcze, mówisz o mojej żonie. - Byłej żonie – odparł chłopak. – To moja matka, płaczliwy pijanico. Na parkowej ławce zapadła nagła cisza. Mężczyzna wstał, cały się trzęsąc. - Mięli rację – powiedział niskim głosem. – Dobrze mi mówili. Mają rację co do ciebie. Jesteś okrutny. Podły i okrutny. Chłopak siedział z głową wspartą na rękach, a mężczyzna ostrożnie skierował się w stronę alejki, z której przyszedł. Jego cień padł na żwirową ścieżkę. Chłopak podniósł głowę. - Może to jak daltonizm – odpowiedział. – Kobiety są tylko jego nosicielami. Bo ty jesteś daltonistą, prawda? - Przynajmniej nie jestem wariatem. - Nie – odparł chłopak. – Nie jesteś. Zmrużone oczy mężczyzny zdawały się łagodnieć. - Niech Bóg ma cię w swojej opiece – powiedział. Odwrócił się i ruszył alejką. Gdy chłopak wstał i przeszedł kilka kroków, mężczyzna zakręcał za ścianę drzew, z której się wcześniej wyłonił, pogrążając się w cieniu. - Tato – zawołał. Mężczyzna obrócił się. Ale ten stary człowiek wydawał się tak pogrążony we własnym świecie, że chłopak tylko podniósł rękę. Mężczyzna skinął my głową, jak człowiek, który rozumie, o co chodzi, i poszedł dalej. Było już prawie wpół do pierwszej po południu. Słońce wyszło zza budynków, oświetlając ulicę i park, a cienie ławek i drzew kładły się delikatnie na chodnikach i trawie. Wiatr nieznacznie wzmógł się, podniósł kurzawę z ulicy i przeniósł na chodnik, zmuszając przechodniów, aby osłonili oczy przed miriadami drobin piachu. Zabłąkani pielgrzymi zmierzający do mekki ich umysłów i marzeń. Ludzie znikąd, wszyscy incognito wobec świata.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 6    
Data dodania: 31.03.2013r.

1     

subtelny demon Użytkownik WPMT 03 04 2013 (21:18:15)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Czuję potrzebę, by nie zgodzić się z mymi przedmówczyniami. Uważam, że tekst jest bardzo dobry. Spodziewamy się ciągłych fajerwerków od życia, ale ogień co noc mają tylko strażacy, że sparafrazuję JL Wiśniewskiego. Sam tytuł zapowiada ich brak, a mimo to dziwimy się, że jednak epitet "zwykły" nie okazał się jedynie podpuchą. Mamy gościa na ławce, który staje się świadkiem rozmowy ojca z synem. Rozmowy, bądź co bądź mocno wyrwanej z kontekstu - względem naszego bohatera, jak i czytelnika. Ale przecież nie chodzi o to, byśmy wcześniej mieli możliwość zapoznania się z kompletem informacji dotyczących fabuły. Chodzi o uczucia. Ten tekst ma szarpnąć, jak dobrze zrobiony dramat, i szarpie. Zarzut dotyczący dialogów jest śmieszny. Dialogi są świetne, bardzo naturalne i bezpretensjonalne. W tym miejscu należy się ukłon autorowi za niemą obserwację zdarzeń, bowiem to nie mecz piłki nożnej, by wszystko skrupulatnie komentować. Przeciwnie: komentarz, JAKIKOLWIEK, byłby personą non grata, nie na miejscu, wręcz nieelegancki. Dzięki "czystości", wręcz surowości dialogów, braku słowa od bohatera mamy niczym nieograniczoną możliwość interpretacji. Nikt nam nie mówi, nie sugeruje, co mamy czuć. Nikt nie moralizuje. Zmuszasz tym do refleksji. To jest to, czego się oczekuje od TAKICH tekstów. I, zastanawiając się teraz, myślę, że sklasyfikowałabym je jako (szeroko rozumiane) dzieła alternatywne. Jeśli wiesz, co mam na myśli.

Warto, myślę, wspomnieć również o Twoich krasomówczych opisach. W niesamowity sposób bowiem przeciwstawiasz je sobie z prostotą i leksykalną "ubogością" rozmowy. Udowadniasz tym samym, że tekst nie wyszedł spod pióra (palców) osoby niedoświadczonej.

Tekst wywarł na mnie duże wrażenie, brawo!

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (17:25:36)

Witaj,

opowiadanie zdecydowanie nie na Twoje możliwości. Sporo błędów interpunkcyjnych, o których moderowaniu Ratty Adalan chyba zapomniała. Pozwalam sobie więc poprawić. Na początku troszkę masło maślane, niepotrzebne dopowiedzenia, szyk przestawny. Na siłę chciałeś, by wyszło jak najlepiej i właśnie dlatego zmarnowałeś potencjał tej pracy. Paradoksalnie mówiąc (pisząc)za bardzo się starałeś.

Nie podobają mi się dialogi. Przypominają tasiemce, glisty ludzkie, jak zwał, tak zwał. Brakuje mi w nich wtrąceń, przemyśleń autora. Sa bardzo suche, a nie powinny takie być. Dodatkowo zjadło Ci akapity, a to źle- bez akapitów mamy kolejną glistę, ale tym razem bardziej pokrętną i dłuższą.

W moim mniemaniu powinieneś napisac to jeszcze raz. Zarówno Ty, jak i praca macie potencjał, jednak wszystko jest takie świeże, nieprzemyślane. Ciekawe refleksje, ładny sens, ciekawa puenta. Nie stawiam oceny. Powinnam dać trzy, ale praca równocześnie zasługuje i nie zasługuje (w pozytywnym sensie) na tę ocenę, w takim samym stopniu, jeżeli wiesz, co mam na myśli.

Pozdrawiam ciepło
Marzycielka :)

cichociemny Użytkownik wpmt 31 03 2013 (17:49:46)
Teraz tak gwoli ścisłości - zabieg z dialogami był jak najbardziej celowy, tzn.: chciałem jak najmocniej się dało oddać dialog zasłyszany na ulicy, dlatego też wygląda to jak wygląda. Co do reszty, to racja, pisałem to tak na szybko, chciałem sobie zrobić przerwę pomiędzy pisaniem czegoś innego :)

Tak czy inaczej, dziękuję.

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (19:59:31)
Wydaje mi się, że jakbyś dłużej nad tym posiedział, wyszłoby coś jeszcze lepszego. Ktoś mi ostatnio napisał, iż ,,pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł", więc wiesz... ;p

cichociemny Użytkownik wpmt 31 03 2013 (23:04:32)
Być może ;p ale w sumie ja nawet chyba chciałem, żeby to takie było. Krótkie i proste, od tak.

RattyAdalan Użytkownik wpmt 31 03 2013 (16:39:26)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witaj. Niestety rozczarowało mnie Twoje opowiadanie. Początek strasznie nudny, praktycznie opisujesz cały czas to samo zmieniając jedynie konstrukcję zdań. Co do bryzy, to wydaje mi się, że masz błąd, ponieważ bryza jest nad morzem. Dialogi są strasznie schematyczne, czasem zdarza Ci się zła konstrukcja składniowa i źle postawić przecinek. Popracuj jeszcze nad warsztatem, a będzie lepiej. Staraj się lepiej prowadzić akcję, nie skupiać się aż tak na detalach opisu, bo robi się tzw. wodolejstwo. W dialogach dopowiedzenia pisz bez kropki, chyba, że je kończysz.

"powietrzu umarłe strzępy liści bezszelestnie opadły na moje spodnie." - masz powtórzenia o liściach, usuń je, czytelnik domysli sie, że o nie chodzi. Do tego składnia. Powinno być tak: Pływające w powietrzu umarłe strzępy liści, bezszelestnie upadły mi na spodnie. Do tego przecinek.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam R.A.



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(28): 28 gości i 0 zarejestrowanych: