warto go przeczytać
Stał jak skała w szeregu wielu jemu podobnych. Wyciągnięta ręka była prosta i trwała. Wcale nie drżała, ani go nie ośmieszyła. Był ogromnie dumny ze swojej urody, postawy ciała, mimiki.
Zaraz, już za chwilę, miał pojawić się Major Katarenko, ich wielki przywódca. Nie widział go nigdy, był wtedy jeszcze na niskim poziomie. Dziś stał w szeregu wybranych, dobrych żołnierzy. Zrobił minę niewzruszonego strażnika prawa i narodu Polskiego.
Od drzwi dobiegł dźwięk fanfar i zaczął powoli rozchodzić się po ogromnej Sali.
Żołnierze, jeden po drugim, poddawali się oszołomieniu. Znikały miny niepokonanych, wracał strach.
Major Katarenko był kobietą. Kasztanowe włosy spływały jej kaskadami po plecach. W bladych dłoniach trzymała toczek, odziana w czarny płaszcz i takiegoż samego koloru spodnie. Przechadzała się krokiem powolnym, tuż ku niemu.
Wreszcie przystanęła niedaleko niego i spytała, lekko zalękniona:
- Który z panów jest osławionym wojakiem, panem Champogne?
Kiedy przebrzmiało jego nazwisko, starał się nie utracić dumy i animuszu. Zachował poważną twarz z lekkimi oznakami zaniepokojenia. Major Katarenko natychmiastowo nabrała umiejętności dyrygowania. Podeszła do żołnierza ze swoimi kpiącymi oczami i rzuciła ostrym tonem:
- Zostaliście wybrani na wyższe stanowisko. Będziecie dowódcą oddziału Generała Katarenko, mego ojca. Gratuluję – warknęła sucho.
- Naturalnie, pani Major. Jednak, czym sobie na to zasłużyłem? Czemu pani wybrała mnie?
Uśmiechnęła się kpiąco.
- To nie ja, a mój ojciec, Generał Katarenko. Jemu się podobacie.
- Śmiem przypuszczać, że i pani miała coś do powiedzenia. – odezwał się cicho, zniżając głos, aby go nie usłyszeli przyjaciele i koledzy.
- Niewiele. Gdybym miała wybierać…
- To kogo by pani wybrała?
- Nie pana – roześmiała się i zaklaskała w dłonie – Oto najnowszy dowódca brygady Generała Katarenko.
Wybuchły oklaski i głosy zawrzały w ogromnej, strojnej sali. Major Katarenko podeszła do niego jeszcze i szepnęła mu do ucha:
- Będziesz już przeklęty i dobrze o tym wiesz.
Uśmiechnął się, myśląc, że to żart, a jednocześnie ciarki przeszły mu po plecach. Zagruchotały, żartując sobie z niego.
***
Uroczysty obiad był bardzo piękny. Stara, ogromna sala zmieniła się w skupisko dziesięciu długich stołów dębowych, nakrytych obrusami i złotą zastawą. Ściany obito jedwabiami, zwykłe lampy jarzeniówkowe zastąpiono wystawnymi kandelabrami.
Widząc ten przepych, mężczyzna szczerze się zawstydził. Wszystko to z powodu jego awansu i przyjazdu Major Katarenko. Usiadł za stołem, wraz ze swym pułkiem, już żartował i naprawdę się rozluźnił, kiedy na salę ponownie weszła pani Major. Przeszła obok niego, wzmacniając cyrkulację powietrza. Jej włosy zatrzepotały w kandelabrach, zdając się płonąć żywym ogniem. Obrócił się szybko i zetknęli się uważnymi spojrzeniami. Zaśmiał się nerwowo i odwrócił. Major Katarenko szła spokojnie dalej.
***
Wyszedł z budynku wprost do ciemnego ogrodu. Nie zwracał uwagi na zasnute mrokiem kwiaty, na cienie drzew zsyłane przez księżyc i niebo. Dręczyła go tęsknota. Widział ją tylko dwa razy, ale to wystarczyło, aby zrobiła na nim kolosalne wrażenie. Nie miał pojęcia, skąd to się w nim wzięło. Dotychczas kobiety traktował jak wrogów. Oto wróg stawał się przyjacielem.
Poszedł dalej, uśmiechając się i śniąc na jawie o pięknej Major.
Wtem wyskoczyła zza rogu, z plantacji róż i plątaniny żywopłotu. Dotąd opanowana burza włosów była rozsypana. Oczy dziwnie promieniały, usta jaśniały, to ciemniały. Na myśl przywodziła mu fiołki. Poszukał ich wzrokiem, ale ogród obsiany był wszelakiego rodzaju kwiatami, jednak nie tymi, którymi być, wedle niego, powinny.
- O, pani, pozwól…
- Nie, ty posłuchaj – sprzeciwiła się łagodnie.
- Jak ci na imię? – warknął, nie panując już nad sobą. Szukał prawdy.
- Alicja – szepnęła pobladłymi ustami. – Chodź. To będzie nasze… tylko nasze!
Pociągnęła go za sobą niecierpliwymi rękami za róg, w stronę zacienionych drzew. Błoto i kamienie chlupały i chrupotały pod nogami. Księżyc to gasł, to się zapalał. Zdawał się wariować przez tą noc.
Zagarnęła go ramionami i zrobiła krok, jakby chciała, aby wplątali się w krzaki. Potem położyła mu palec na ustach, zakołysała biodrami i pobiegła w las. Niepokój i pożądanie zafalowały w nim i napełniły go dziwną, niespotykaną w jego dotychczasowym życiu, mieszanką. Oto nie mógł już czekać. W jednej chwili stał się zachłanny i popędliwy. Nie potrafił uciekać. Pragnął jak najszybciej ją odnaleźć, zgarnąć do pudełka i podziwiać. Zaczął biec, nawoływać jej imienia.
***
Alicja miała trochę magicznych mocy, które wykorzystywała, aby unicestwić mężczyzn. Na wpół wróżka, na wpół czarodziejka. Uroda doskonale pomagała jej wabić i zabijać. Teraz też uciekła, choć śmiertelny Kryspin szalenie ją nęcił. Jakże miło byłoby go trochę wykorzystać…
Mimo jej zachcianek, musiała uszanować kodeks mieszańców. Wielu miało w sobie krew mitycznych stworów. Przypisanym jej narzeczonym był Borys Poliakow, czterdziestoletni biznesman.
Pragnęła młodego, silnego mężczyzny, który byłby jej posłuszny. Młody Kryspin spełniał wszystkie warunki. Wreszcie odważyła się zakrzyknąć gromko swym iście syrenim głosem.
***
Pożądanie go spalało. Ona była piękna, zbyt piękna. Świat już nie szarzał, on rozkwitał. Wszędzie widział Major Alicję. Wtem dopadł go jej krzyk. Jakby wyśpiewywała jego imię. Ruszył za tym głosem, ruszył szukając po drodze dowodu na ułudę. Wszystko było prawdziwe. Więc Alicja także czekała na niego.
***
Już była gotowa go zabić. Przezwyciężyła niegodne jej myśli. Myślała tylko o ojcu, o ojcu biedaku schorowanym od nienawiści.
Ale przecież ona miała miłość. Miłość do niego…
Posłyszała szurgot paproci, szelest i wiatr, kolebiące się gałęzie. Zdjęta przerażeniem i nieco sparaliżowana, stała, ujmując nóż.
- Kryspinie – szepnęła, chcąc mu wyznać swe uczucia, które ogarnęły ją z nagła, szarpnęły do przodu i nie pozwoliły nic powiedzieć umysłowi. Serce zawładnęło jej ciałem.
- Alicjo… Zbyt długo, zbyt…
Nie słuchał jej. Nie zamierzał. Złapał za jej płaszcz i urwał guziki. Odrzucił go w trawę, w błoto, w korzenie – zapewne także w sferę zapomnienia. Ucałował czule jej kasztanowe włosy, jakby nic się nie stało. Gdy postanowiła złożyć opór, pchnął ją w krzaki. W cierniach odszukał jej bluzkę i starał się wyłuskać z niej piersi.
Gdy się zaspokoił, odrzucił ją w błoto i planował odejść, gdy ona, zakrwawiona i znękana, poderwała się na równe nogi. W ręku błyskał tajemniczo nóż.
- Alicjo… - próbował się usprawiedliwić. – Przecież chciałaś… widziałem…
- Nie tak. Miałam wrażenie, że to… że po Niepokoju przychodzi szczęście, nie euforia.
- Alicjo, nam potrzeba było...
- Nie tego. Jesteś jak inni. Mój błąd, nikogo więcej!
- Masz nóż. Dlaczego? – miał dziwnie zamroczony umysł, nie mógł normalnie myśleć.
- Czy możesz być tak naiwny? Ty?! – odwarknęła w odpowiedzi, czując coraz większą ochotę na zemstę.
Zamierzała pozyskać dla nich wieczną miłość, szczęście, radość, ale zanim zrealizowała swój plan, on ją ubiegł, a ona oddała się głupocie i przerażeniu. Teraz może to naprawić, ma niepowtarzalną szansę.
- Możliwe – odpowiedział wreszcie.
Nie czekała dłużej. Wbiła nóż w jego brzuch. Przerwał gładko skórę, wszedł miękko w tkanki. Jakby to była plastelinowa figurka. Coś, co możesz zbić jednym wyrzutem. Wreszcie pojęła prawdziwą kruchość ludzkiego życia.
- Doprawdy, to cud, że dotąd wszyscy żyjemy – mruknęła do siebie, zaśmiała się lekko ze swojej naiwności związanej z tym mężczyzną. Odrzuciła ciało w ciernie, błoto i okryła je liśćmi. Następnie odeszła w dal, aby znaleźć kolejne ofiary.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 31.01.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(19): 13 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Marionetka, EmptyCage, subtelny demon