warto go przeczytać
Co decyduje, że jesteśmy w tym, a nie innym miejscu, dlaczego wczoraj byliśmy gdzieś, a dziś idziemy po krzywym chodniku?
Niebo opadło. Chmury odmalowały się granatem, skłębiły i na kształt pustyń znanych tylko z telewizji, odgrodziły wałem wiosenne słońce. Krople rytmicznie dudniły w kałużach, wygrywały uderzeniami w blaszane dachy garażów, jednolitą melodię. Samochody jechały. Zawsze jeżdżą, bo dla nich nie ma różnicy czy asfalt jest suchy, czy mokry. W koleinach płynące potoki na chwilę przytrzymywały koła, by później jak fale uderzyć w nierówne płyty chodnikowe. Ludzie szli z daleka od jezdni, szczelnie otulając się płaszczami, dzierżąc w ręku ostatni oręż w bitwie z niepokorną pogodą. Parasole pokryły zwały betonu i tylko oklapnięta zieleń miasta pozostała bez zmian.
Wielka woda z wielkich rzek wylała i odebrała to, co jej. Smutek i ludzki ból przepełnił ekrany telewizji, wieszcząc kolejne tragedie. Powódź odebrała domy, spokojne dzieciństwo i pola, na których kłosy ciężkie od ziaren sięgać miały ziemi. Wałów znów nie zbudowano, zbiornik kolejny rok jest nie gotowy i wszystko jakoś za późno.
Sprawiedliwości stało się zadość.
Jedynie ślepy bard pragnie melodię wygrywać na ulicy Floriańskiej. Skrył się pod okapem kamienicy, kapelusz wcisnął mocniej na głowę i szczelniej opatulił się zieloną kurtką. Zimno jest i palce mu drętwieją. Nie uderzają już tak sprawnie w struny gitary, ale melodia płynie. Bardziej deszczowa, spokojniejsza i cichsza, ale ta sama. Pudło osadził mocno między udami, siedząc ze skrzyżowanymi nogami, gryf zwisa swobodnie i czasami tylko topi się w sprawnych dłoniach. Stwardniałe opuszki jak pociski spadają na progi. Brudne drgania rozchodzą się po drewnie i wraz z pomrukiwaniami nieba, giną w przestrzeni rynku.
Ludzie niechętnie się zatrzymują. Czasami rzucają pieniądze, ale bard ma swój honor, swoją misję - oddaje je biedakom i bezdomnym. Zapachy unoszące się z budek i jego kuszą, ale to byłoby zbyt łatwe. Gdy mięśnie ramion odmawiają posłuszeństwa, wyjmuje z kieszeni kanapki. Wędlina, ser i ogórek ociekają w grubej warstwie masła. Pamięta jeszcze czasy, gdy babcia robiła mu takie kanapki na drugie śniadanie do liceum. To ona nauczyła go delektować się tą mieszanką smaków, to babcia powiedziała jak zawijać kanapki, w jaki papier by chleb nie nabrał posmaku opakowania.
Na ulicy znają go i gdy przychodzi pora przynoszą ciepłą herbatę. Trubadur dziękuje uprzejmie i młodej dziewczynie daje parę monet. Uśmiecha się i kobieta odwdzięcza się tym samym.
Z kapelusza spłynęła zimna woda za kołnierz i bard otrzepał się, gubiąc rytm.
- Wychodzimy z wprawy, maleńka - uśmiecha się do siebie i podkręca kluczem cienką strunę.
Głos jego jest cichy, ale mocny, pełen pasji i zrozumienia. Na gardle osiada chrypa i mężczyzna musi często odkaszliwać, ale gdy krtań jest czysta, wydobywa tony czyste i niskie. Mógłby śpiewać, ale uważa to za zbędne i niepotrzebne. Jego muzyka mówi sama za siebie.
Gdy dzieci proszą by grał znane ballady, zawsze odmawia. On i jego gitara tworzą całość. Myśl, pomysł i uczucia płynące z głębi jak tryskające źródło, są zaczątkiem piękna, piękna które stało się jego obsesją. Zawsze tworzy coś nowego i dzięki temu ulica Floriańska staje się co dnia trochę lepsza.
Uliczny grajek nie golił się od wielu lat. Szpakowata broda sięgnęła mostka i przestała rosnąć. Grube, sterczące włosy z czasem coraz bardziej falowały się, tworząc zwartą kopułę. Lata zatarły zdarzenia, które pod nią chował, człowieka, którym kiedyś był. Nie, to nie była wielka tragedia. Wstał i wyszedł z domu. Pytał potem samego siebie wiele razy:
- Czemu do cholery to zrobiłem?
Odpowiedzi nie udzielał, ale grał szybciej agresywniej, jakby był zły za brak wyraźnego celu. I tak trwał coraz rzadziej myśląc o tym co zostawił. Gitara była wdzięcznym pocieszycielem.
Mówiła dużo, ale rzadko się złościła, nigdy nie spoglądała spode łba, a każde zgrzytnięcie w mig obracało się w wartki potok nowej melodii. Ślepy Bard nie krzyczał. Zawsze był opanowany, spokojny i bardzo sobie cenił te cechy u swych przyjaciół, dlatego instrument był dla niego najważniejszy.
Dotykał szyjki gryfu z największą czułością, wsłuchując się w pomrukiwania przechodniów. Miarowy deszcz znudził go. Krople były do siebie tak podobne, a barwni turyści i szarzy mieszkańcy łatwo skupiali na sobie uwagę. Gdy ręka nieco odpoczęła, rozpoczął kolejną improwizację. Szybkie dźwięki przeplatały się, tworząc zwiewną tkaninę. Krótkie chwile ciszy cerowały obraz, którym trubadur zarzucał horyzont. Nikły brudne ulice, szare niebo, a przed oczyma miał złotą sawannę. Był przez chwilę myśliwym z srebrnym sztucerem wymierzonym w potężnego lwa. Później tempo muzyki się zmieniało i wspinał się na ośnieżone szczyty himalajskich ośmiotysięczników. Zamknięte oczy i drgające policzki zdradzały, w jakim jest stanie i nikt nie śmiał przerwać przedstawienia, które rozgrywał na Floriańskiej. Właściciele sklepów i mieszkańcy nieraz to widzieli, a czy przyjezdnych mógł zainteresować drobny brodaty facet skryty pod niemodnym kapeluszem?
Pogoń za niespełnionymi marzeniami czasami trwała godziny, a czasami jak podmuch wiatru zrywała się nagle, by równie nagle opaść w ciszę. Dziś za zimno i za mokro było na spokojne sny, więc melodia ucichła z wolna po kilku minutach.
- Zimno, może powinieneś już iść? - zapytał właściciel małej kawiarenki z lodami włoskimi.
- Za wcześnie jeszcze panie Antku.
- Dałbyś se spokój w taką pogodę.
- Ależ nie mogę - bard roześmiał się - mam misję, misję w taki pochmurny dzień jeszcze ważniejszą niż zwykle.
- Ty i ta Twoja misja - pan Antoni uśmiechnął się i dodał - czuję klienta, a i wieje jakby się wściekło.
Bard nic więcej już nie dodał. Zamknął zielone oczy i wsłuchiwał się w mowę starych murów. Zwykle milczały, ale gdy już odzywały się lekkimi drganiami, był pewny, że robią to tylko po to, by pochwalić jego dzieło. Celu nie zlecił Jezus, a zrodził się on sam w jego głowie. Nie bał się niepowodzenia, bo nic lepszego robić nie mógł. Nie uważał się za wybranego, a jeżeli już, to tylko przez samego siebie.
Noc jeszcze nie zapadła, ale chylące się słońce, zakryte ciemnymi chmurami, było zbyt słabe, żeby ostatnim tchnieniem zalać ulice nikłą szarością. Ślepy trubadur uwielbiał złote wieczory, gdy tylko cienka poświata wydobywała się zza starych kamienic, które ukochał. Dziś miał już dość mroku, więc wstał, rozprostował kości i przewiesił gitarę przez plecy. Ulewa przerodziła się w mżawkę, więc przynajmniej w drodze do siebie nie będzie mu się lało za kołnierz. Podniósł zieloną matę, na której siedział i zaniósł ją do sklepu z biżuterią.
- Dziękuję Aniu - uśmiechnął się, ukłonił i podał matę trzydziestoletniej uroczej brunetce.
- Nie ma sprawy, panie Bardzie - odwdzięczyła się, przygryzła wargę i zapytała - zimno panu na pewno, za chwilę zamykamy... więc - zrobiła krótko pauzę i dodała - może napiłby się pan ze mną gorącej czekolady, mieszkam na Pawiej, to nie daleko...
- Dziecko - uśmiechnął się dobrotliwie i dodał - innym razem może.
- Tak - zaczerwieniła się zawstydzona i kontynuowała - może innym razem - roześmiała się nienaturalnie i rzuciła nim Bard wyszedł ze sklepu - ale trzymam pana za słowo.
- Aniu - pokiwał głowę odsłaniając równe białe zęby i zniknął na ulicy.
Trubadur nie był niewidomy, a określenie ślepy jakoś samo do niego przylgnęło. Nie próbował szukać przyczyn, a godził się na ludzkie gadanie. Przyjmował wszystko z typową dla siebie pogodą ducha i wyrozumiałością. Uznawał, że zna na tyle ludzkie ego, aby dać sobie spokój z szukaniem prawdy.
Czymże jest prawda?
Spacer do miejsca, w którym nocował, wzbudzał zawsze lęk w ulicznym grajku. To na Floriańskiej czuł się jak u siebie, to tutaj był panem sytuacji, a na ciasnym, nie urządzonym poddaszu w wiekowej kamienicy był zaledwie pyłem, zdanym na wiatr ludzkiej woli. Woli, która bywała okrutna i zmienna. Bard nie spoglądał przed siebie, oczy wbijał w brudny bruk i obserwował ułożenie okruchów bądź kryształów. Zastanawiał się irracjonalnie nad ich genezą i przyczyną, jakby widział analogię do czegoś wznioślejszego, ważniejszego w jego istnieniu, ale nie próbował drążyć swych myśli. Blokował to, co było niewygodne i zastępował to muzyką.
Minął urwaną bramę i zatrzymał się, patrząc jak dwójka młodych ludzi trzymała chuderlaka w połamanych okularach. Wyższy ubrany w białe adidasy i czarny dres uderzył okularnika w brzuch i gardłowym, przepitym głosem powiedział:
- I czego pedale było się upierać? - uderzył jeszcze raz, ale tym razem w okolicę nerek - mówiłem, żebyś nie wchodził nam w paradę.
- Nie bij - wyszeptał chudzielec, osuwając się na ziemię.
- Cioto! - ryknął piskliwym głosem łysol.
- Nie lubimy tu takich jak ty - jasne adidaski splunęły, gdy zobaczyły barda, zwróciły się w jego stronę - Panie bard, chcesz pan pomóc?
- Nie tym razem chłopcy - Bard uśmiechnął się niepewnie i dodał - To nie moja misja. Co ten pan zrobił?
- To homoseksualista!
- Może chociaż zagra pan nam? - wydusił "dres" o piszczącym głosie.
- Pomocy - jęknął pobity facet, próbując wstać.
- Mamusia mówiła, że Bogu takie pedałki jak ty się nie podobają - szepnął poważnie ten bardziej wygadany i silne kopnięcia spadły na brzuch, plecy i twarz chuderlaka.
- Uważajcie chłopcy - powiedział niemrawo bard i ruszył w swoją stronę.
Wszedł na brudną klatkę schodową. Trzymał się ściany, wiedząc że zgniła poręcz może doprowadzić do tragedii. Zwykle sąsiedzi witali go, prosząc o drobne przysługi lub po prostu chcąc się wygadać. Skrzypienie schodów i deszcz hałasowały jak nigdy. Ile to już dni spędził na wsłuchiwaniu się w starą kamienicę? Tysiące? I jeszcze nigdy te ściany nie były zbyt głośne, żeby je zrozumieć. Nie dziwiło go to, bo przecież coś się zawsze kończy... i daje miejsce nowemu. Zastanowił się, kto mu przyjdzie wyjaśnić, o co chodzi. Potrzebował odpowiedzi na pytanie: "dlaczego". Jej brak pogrążał oczy w ciemnych dołach, które wykuł smutek i trudna misja czynienia świata piękniejszym. Skarcił się w myślach i przystanął. Zaczerpnął głębszy oddech i rzekł do siebie.
- Ci dobrzy ludzie nie wygnaliby mnie stąd. Lubili mnie... prawda, że lubili? - zmarszczył czoło.
Do góry ruszył po chwili. Jakiś dziwny niepokój i lęk ogarnął jego umysł. Chciał iść jak zwykle, jak gdyby nigdy nic. Był bardem, ulicznym grajkiem, który swoją misją sprawiał, że świat był piękniejszy, dlatego teraz nie mógł sobie pozwolić na chwile słabości. Nie pierwszy raz głucha cisza uprzedza go o ważnym zwrocie na drodze, którą obrał.
W drzwiach piętro wyżej już czeka na brodatego starca rozkrzyczana Zosia. Rodzice trochę piją, trochę nie pracują i mała jest trochę złośliwa. Chce wybiec na klatkę schodową i pożegnać nielegalnego lokatora szyderczym uśmiechem. Takim samym jak jej tata używał powszechnie. To dobra chwila by zobaczyć zmieszanie i niepewność ślepego barda. Nie raz musiała wysłuchiwać jego spokojnego głosu i szalonych mów o upiększaniu świata. Jakby interesowało ją, to, że gum do żucia nie można przylepiać na poręczy.
- Musisz się wynieść bardzie - mała uśmiechnęła się pogardliwie - Byli ze spółdzielni i poddasze będzie teraz remontowane na nowe mieszkanie. Pan Bard będzie musiał się wynieść.
- Dziękuję Zosiu - Trubadur uśmiechnął się dobrotliwie i dodał - ale nie będziesz lepić gum jak mnie nie będzie - położył rękę na głowie małej i dodał - prawda?
- Eee... - rozkrzyczana Zosia się zająknęła i nie wiedząc co powiedzieć, przytaknęła skinieniem głowy, a potem zawiedziona, uciekła do swojego mieszkania.
Na schody wyszedł jeden z mieszkańców, ale nim cokolwiek oznajmił, usłyszał spokojnie: "wiem".
- Naprawdę chcieliśmy, żebyś został, ale nic nie dało się zrobić.
- Dziękuję.
Nasz bohater usiadł przed szeroko rozwartym wejściem do swojego "domu", wyjął gitarę i zaczął grać. Melodia pomimo pozornego smutku, kryła w sobie pełne wigoru i siły akordy. Tony tworzyły harmonijną całość, drobne pauzy pozwalały dosłyszeć rytmiczne uderzenia stopy. Mieszkańcy starej kamienicy wychodzili na klatkę i słuchali w ciszy. Ojciec rozkrzyczanej Zosi oparł się o framugę i groźnym spojrzeniem przywołał ją do porządku, gdy próbowała zacząć śpiewać. Pani Sabina płakała, bo zawsze to robiła, gdy mogła to zrobić. Uważała się za wrażliwą miłośniczkę muzyki, więc nie mogła przepuścić okazji by to podkreślić. Gdyby stary Bard tylko widział tą scenę, pewnie uśmiechnąłby się pobłażliwie, ale on chciał być w innym świecie, lepszym i grał wciąż, trwając w swojej misji. Tak bardzo pragnął, by jego myśl rozeszła się drganiami i wlała w szare dusze szarego Boga.
Woda kapała jednak z nieba nieprzerwanie. Wiatr dmuchał zimny, jakby coraz szybciej chciał noc na swych niewidocznych barkach przyprowadzić do starego miasta, zalać nią bruki i asfalty, zmyć mrokiem to, co woda pozostawiła.
Melodia nie cichła, ale w głowie ślepego grajka jakby stała. Złote chryzantemy wcale na ulicach nie rozkwitły, wcale błękity po nutach na niebo nie wstąpiły. Ludzie stali, słuchali ostatniej melodii w wiekowych murach, ale deszcz padał złośliwie, a twarze pochmurne były wciąż obce.
I ucichło wszystko.
Wszystko zwaliło się, mieszkańcy wrócili do domów, a on wziął mały tobołek, zarzucił na przygarbione plecy i z gitarą w ręku odszedł. Dwaj "chłopcy", którzy jeszcze parę minut temu znęcali się nad słabszym, teraz oparci o sąsiednią klatkę pili piwo.
- Panie bard, może się pan napije? - zapytał właściciel piskliwego głosu.
- ... - bard pokiwał głową i szedł, nie zatrzymując się.
- Dokąd pan idzie? - odezwał się drugi.
- Na Floriańską chłopcy, na Floriańską - zamyślony nawet nie podniósł wzroku - Trzymajcie się - na chwilę tylko zerknął i rozpromienił.
- Pan też - szepnęli zgodnie i wrócili do picia piwa.
Szedł. Skręcał bez celu, bo pragnął samotności. Czuł się tak jak wtedy, gdy odszedł. Po prostu wyszedł z domu, jak gdyby nigdy nic, ale było tak, jakby nagle w jego duszy powstała pustka, którą musiał wypełnić.
Uliczki starego miasta zdawały mu się zbyt wąskie, zbyt ciemne, zbyt złowrogie. Znalazł się na rynku pełnym ludzi i blasku, ale lampy nie rozświetliły wrażenia, które mu towarzyszyło. Objął pewniej gryf gitary. Zawrócił, by obejść plantami jeszcze raz centrum Krakowa. Coś irracjonalnego zawładnęło nim i czuł się jakby ślepy bard umarł w świecie, który się nie ziścił. Taki nagi i maleńki, obcy w wielkim morzu słów bał się. To nie był pierwszy raz, gdy noc spędzał bez dachu nad głową, to nie była pierwsza noc, gdy nie miał się gdzie podziać, tylko jeszcze nigdy świata tak zapłakanym nie widział, a przecież tyle lat czynił go piękniejszym.
Czemu Ci głupi ludzie wrócili z głazami zamiast twarzy do swych mieszkań?
Było koło północy, gdy wtulony w murek przy schodach do jakiejś zamkniętej piwnicy, zasnął. Budził się z zimna, drżał przemoczony, a ranek wcale nie przyniósł słońca. Straż miejska widząc trubadura, przystawała, sprawdzając jedynie czy oddycha. Znali go i szanowali, bo przecież świat swoją muzyką czynił piękniejszy.
Ciężko było wstać i dusił go kaszel. Pomyślał o Ani, która chciała się nim zająć i żałował, że nie wykorzystał szansy. Ona też była częścią świata, więc i ją dotyczyła misja. Siadł pod drzwiami jej sklepu i zjadł kebaba, w zamian sprzątając lokal zaprzyjaźnionego Turka. Ciepłe jedzenie od dawna nie sprawiło mu tyle przyjemności. Uderzył kilka razy w struny gitary i przez moment wydało mu się, że słońce pojawiło się wśród ciemnych chmur i tylko rytmiczny szum deszczu przywrócił go do rzeczywistości.
Pan Antoni miał zły dzień. Źle spał i męczył go reumatyzm, a przez kapryśną pogodę interes kiepsko się kręcił. Przywitał się bez słowa z grajkiem siedzącym na schodach jubilera, który na afiszu dumnie reklamował się produktami Svarowskiego i stał, patrząc na kałuże, których wciąż przybywało.
- Skończy się kiedyś ten deszcz? - zapytał zmarzniętego i zwiniętego w kłębek Ślepego Barda.
- Kiedyś na pewno...
- Może zagraj jakąś melodię suszy, a ja zrobię taniec pogody do tego? - zakpił co miał w dość częstym zwyczaju.
- Antoni, nie mam takiej mocy - Bard rozpromienił się, ale bardziej z rutyny niż z szczerych chęci.
- I dalej pada - westchnął Antoni i wszedł na zaplecze.
Ania przyszła w spódnicy do kolan i w ładnym ciemnym żakiecie. Wyglądała elegancko i poważnie, a jedynie jej figlarne spojrzenie zdradzało radosne usposobienie. Spojrzała na barda i obdarzyła go pogodnym uśmiechem. Zrobiło mu się dziwnie, bo deszcz wydał się mniej deszczowy. Odwzajemnił radosne spojrzenie i wstał. Bez słowa wprowadziła go do lokalu i nagle chwytając za dłoń, zaprowadziła na zaplecze. Miała delikatną, ciepłą skórę i w trubadurze odezwały się szarpnięcia struny, którą już dawno uznał za zerwaną. Szedł za nią posłusznie, a ona jakby nie mogła oderwać od niego wzroku, odwracała się co róż, rozjaśniając swoje oblicze odsłoniętym ząbkami.
- Usiądź, piecyk zaraz będzie grzał.
- Dziękuję Aniu...
- Zaraz przyniosę jakieś rzeczy na zmianę. Niedaleko mieszkam i rzeczy po bracie powinny pasować. On już w tym nie chodzi...
- Ale...
- Poczekaj - przerwała mu w pół zdania po raz drugi i znikła za drzwiami, żegnając go przekręceniem zamka.
Bał się ruszyć. Onieśmielony, nie miał odwagi wstać i rozejrzeć się wśród złotych naszyjników i pierścionków z drogimi kamieniami, a poza tym przy piecyku było tak ciepło. Odzywała się w nim ciekawość, a właściwie kusiło go by dokonać czegoś zakazanego, wstać i wziąć coś co nie było jego. Myśli te szybko odegnał, a z dala od zimnego wiatru i ciągłych opadów poczuł znów siłę na grę.
Gdy jednak struny rozbrzmiały, dźwięki wydały mu się obce, nieswoje. Próbował, ale melodia, która zwykle sama płynęła, teraz rwała się lub niepokornie ciągnęła do ślepych zaułków fałszywych tonów. Walczył z dziwnym uczuciem, które pojawiło się nie wiadomo skąd. Zacięty nawet nie zauważył wpatrzonej w niego Ani. Jej czarne mokre włosy lśniły w blasku biżuterii. To były sekundy, a później minuty. Muzyki nie było, jedynie jej tępe, zaszklone spojrzenie, którego świadkiem mógł być jedynie sam Bóg. W końcu przemówiła:
- Przyniosłam ci rzeczy.
Cisza trwała na tyle długo, że pochmurne niebo wydało się jedynie mgnieniem.
- Dziękuję - uśmiechnął się, próbując ostatni raz wydobyć pogodę ducha ponad blade ciała.
- Odejdziesz? - Ania zapytała nie spodziewanie, z trudem powstrzymując płacz.
- Mam misję - Bard odrzekł po długim szukaniu właściwych słów.
Ania usiadła, rozchyliła wargi, jej oczy jaśniały, a Bardowi nasunęło się porównanie, że jaśnieją jak krople deszczu. Wziął rzeczy i wyszedł. W drzwiach minął młodą blondynkę. Przeprosił, gdy ją szturchnął i uśmiechnął się pogodnie. Spojrzała na niego z dziwnym skupieniem i podeszła do lady pytając o męski zegarek. Ekspedientka o lśniących od deszczu włosach grzecznie ją przywitała i zaczęła spod wystawy wyjmować kolejne modele czasomierzy. Klientka nie wydawała się zbyt zainteresowana i co rusz oglądała się na drzwi, w których spotkała ślepego barda. W końcu zerwała się i wybiegła ze sklepu, ale trubadura już nie zobaczyła. Rozglądała się gorączkowo szukając go wzrokiem i w końcu wróciła do zdezorientowanej jubilerki szepcząc pod nosem:
- Tato?
Na Floriańskiej ślepy bard się nie pojawił. Niektórzy mówili, że widzieli go wędrującego po miastach i tworzącego radosne melodie, piękne i dźwięczne, które czyniły świat odrobinę lepszym. Inni opowiadali o tym jak ktoś znalazł go martwego na jakiś schodach na jednej z ulic starego miasta. Ci, co znali go najlepiej, byli pewni, że gdzieś gra. Gra jak nigdy dotąd.
I deszcz przestał w końcu z nieba padać, a ziemia była gotowa wydać nowe plony.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 25.12.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(45): 39 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, Fał