Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Obdarci cz. 8" 15.06.2011
"Rubinowe lato cz. 9" 03.11.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 17.11.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 16.12.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 22.01.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Herbata – Stwórz mnie [1,4]

Pierwszy dzbanek Ledwie wzeszło czerwcowe słońce i rozpoczęło swą wędrówkę po niebie, młoda kobieta otworzyła natychmiast oczy. Ogromnie lubiła wstawać muskana delikatnym światłem sączącym się przez cienkie, muślinowe firanki. Powoli uniosła się do pozycji siedzącej, wyciągnęła przed siebie ręce i rozciągnęła się nieco. Następnie wstała, starając się powstrzymać odruch szybkiego wstawania. Wówczas automatycznie zakręciłoby się jej w głowie. Jak zwykle, wypełniona po brzegi roztargnieniem, zapomniała o istnieniu fioletowych pantofelków i ruszyła boso w stronę okna. Ogarnięta czułą opieką firanki czuła się bezpiecznie obserwując podwórze przed swoją kamienicą. Wybrukowany, krągły plac z rzeźbioną studzienką na środku miewał się całkiem dobrze. Obecnie całkowicie pusty sprawiał bardzo dziwne, wręcz nierealne wrażenie. Kobieta wiedziała jednak, że już za godzinę, no, może godzinę i pół pojawią się pierwsi osobnicy. Niektórzy rozpoczną powolną wędrówkę do pracy, inni pośpieszą po świeże pieczywo, zaś dzieci – te wykrochmalone od stóp do głów istotki ze skórzanymi tornistrami na plecach – pomaszerują do szkoły. Młodszych osobników odprowadzą matki, jeszcze młode elegantki w jasnych bluzkach i wąskich spódnicach z obowiązkowym kapeluszem o szerokim rondzie. Starsi uczniowie będą wypełniać śmiechem całe podwórze i śmiało gestykulować prowadząc bardzo ważne rozmowy. Nagle poczuła się niezwykle staro. Niegdyś sama była taka podobna do gimnazjalistów. Do ostatniej chwili nie zdawała sobie sprawy, że oto już egzamin dojrzałości i bach, zakończą się przyjaźnie na śmierć i życie z dziewczętami z żeńskiego gimnazjum. Oczami wyobraźni zobaczyła nagle wszystkich sąsiadów i siebie pomiędzy nimi. Znała ich niemal doskonale, mogła przewidywać kto pójdzie w jakiej kolejności. Lubiła obserwować siedząc od godziny siódmej przy swoim biurku. Przed sobą trzymała zgrabną porcelanową filiżankę z ręcznie wymalowanymi malinami. Filiżanka była absolutnie wyjątkowa. Stanowiła dar kochającej, uzdolnionej plastycznie matki dla dziesięcioletniej wówczas córki. Po dziś dzień kobieta pamiętała swoją obietnicę, iż filiżanka zachowa się w stanie nienagannym. Wedle nauki matki elegancka młoda dama ma swoją filiżankę i ta kwestia nie podlega najmniejszej dyskusji. Kobieta znienacka oderwała się od okna i zamaszyście ruszyła do kuchni. Znienawidziła stan nostalgii. Należało brnąć tylko w to, co mogło przynieść jej zadowolenie. W jej przypadku była to praca. Prędko spożyła śniadanie złożone z niewielkiej ćwiartki wczorajszej chałki, obecnie już niezbyt zachęcającej, przebrała się w jedną ze swych zwykłych, ale nadal dość eleganckich sukienek. Dziś odziała się cała na granatowo. Suknia sięgała do połowy łydki, pięknie podkreślała talię kobiety, przy jednoczesnym lekkim poszerzeniu ramion. Stanowiła jeszcze pozostałość pięknych, paryskich czasów, kiedy niezależność była codziennością. Już od tak dawna nie czuła się wolna, mimo iż teoretycznie sama decydowała o sobie. Około ósmej, kiedy już prawie od godziny urzędowała przy swoim biurku bębniąc nerwowo w klawisze maszyny do pisania Adlera, rozległ się dzwonek do drzwi. Nieco zaskoczona odwiedzinami o takiej porze wstała energicznie i ruszyła prędko do drzwi. Na progu stała nieco pulchna kobieta o krótkiej, blond fryzurce. Nosiła bardzo modną spódnicę za kolano w odcieniu ecru oraz białą bluzeczkę z brązowym żakietem. Do tego obowiązkowe pantofle na całkiem wysokim obcasie. Roześmiała się radośnie i bez słowa weszła do środka. W przedpokoju delikatnie zdjęła obuwie i zajrzała szybko do brązowej, niewielkiej torebeczki. Z dumą wydobyła z niej pęk niezapominajek i podała je kobiecie. - Pomyślałam sobie, droga Lauro, że się ucieszysz. Ty zawsze je bardzo kochałaś... – oznajmiła z dumą, całkowicie przejęta swoim podarunkiem. Należała do kobiet, które przechwalają się nawet w najprostszych sytuacjach. Najbardziej cieszy je ich własna dobroć. - Rzeczywiście – uśmiechnęła się trochę, troszeńkę Laura. Jakoś nie mogła się przemóc do szczerego, prawdziwego uśmiechu. Nie dziś, nie jutro, chyba już nigdy. Po prostu. Mimo wszystko postanowiła wyrazić jednak swoje oburzenie. – Ale dlaczego niosłaś je w torebce? Bez dopływu powietrza, bez… - To tylko kwiaty – przerwała jej blondynka. Brązowowłosa westchnęła i mimowolnie pochwyciła swoje spojrzenie w wiszącym lustrze. Kredowobiała, z ogromnymi, niebieskimi oczami i małymi, ale ładnie zarysowanymi ustami, z tą powagą, jakby wpisaną w jej żywot od chwili narodzin, z włosami rozsypanymi w nieładzie na ramionach… Z tym wszystkim, z tym wszystkim, co ją wykańczało. Może dlatego zaniechała zwyczaju spoglądania w lustro. Wszystko czyniła wręcz automatycznie. Zapominała o konieczności kontrolowania mechanizmów kierujących ciałem. - Hmm… - mruknęła tylko, nie chcąc wdawać się w dyskusje. Wypadało jednak coś powiedzieć. – Miło mi, Karolino, że postanowiłaś mnie odwiedzić… Chodź, mam herbatę. Weszły do sporej, przestronnej kuchni, gdzie jeszcze kilka lat temu królowała gosposia rodziny Jerzmanowskich. Obecnie właścicielka przestronnego mieszkania w kamienicy jadała właśnie tutaj, nie przejmując się dawnymi zwyczajami. Jadalnia była używana niezwykle rzadko. Karolina zdążyła już przyzwyczaić się do obyczajów przyjaciółki. Uważała się za nią, sądząc, że samo to, iż bywa u niej w gości, doskonale mówi o ich głębokich relacjach. Tymczasem Laurę niecierpliwiły te wizyty. Czuła wówczas, że powinna udawać, być weselszą, a co za tym idzie także śmielszą. Przez jej nieszczęsną powagę, która przywarła jak niechciane kłęby kurzu, ludzie brali ją za nieśmiałą i cichą. Nie umiała inaczej. Ciężko było wyzbyć się powziętych raz przyzwyczajeń. Raz po raz spoglądała na Karolinę i dziwiła się jej beztrosce. Kobieta miała lat dwadzieścia pięć, a więc Laura ciągle górowała trzema. Możliwe, że to owa różnica pozwalała Karolinie Zagórskiej zachować młodość i hart ducha. Laura już dawno powzięła wrażenie, jakoby została skazana na wieczne potępienie i smutek. Nigdy nie odczuwała pociągu do religijności, która nakazuje ludziom wstawać o wczesnych godzinach i śpiewać psalmy, po łacinie wyznawać Bogu swoje uwielbienie. Tkwić w mroźnych kościołach, ażeby posłuchać kapłana, który, summa summarum, bywa zbyt ludzki. To nie przekonywało Laury, aczkolwiek kiedy tak przysiadła wieczorem na kanapce i popadła w zwykłą sobie zadumę, zaczynała patrzeć inaczej na sprawę. Coś w tym musiało być, skoro ludzie nieustannie lgnęli, bodaj już od wieków i wierzyli, wierzyli głęboko i ponadziemsko w Niepokalane Poczęcie, w Trójcę Świętą. Z jakiegoś powodu dzieci we Wrześni gorąco wojowały mocą swoich małych ciałek i ogromnych, wrażliwych serc. A przecież działo się to wcale niedawno! Dwadzieścia osiem lat temu. Prawie tyle lat temu, ile ona sobie liczyła. Nie była stara, nie mogła przecież być… Mogą ją sobie nazywać starą panną, mogą swatać i wychwalać przemykających się ulicami kandydatów, ale ona, ona sama, z własnego wyboru, będzie wolną! - Lauro, strasznie jesteś zamyślona… - dobiegła ją jasność słów Karoliny. Dotarło do niej, że oto stoi na środku kuchni i spogląda przed siebie, pochłonięta zwojami bezsensownych urywków myśli. W takich sytuacjach musiała być dla siebie surowa. Myśl winna być całością, całością, z której nic, absolutnie nic nie można uszczknąć. - Ach nie, zdaje ci się, moja droga – powiedziała uprzejmie i nalawszy wody do wazonu wstawiła do niego kwiaty. Następnie dobyła specjalnego słoiczka, szczelnie zamkniętego, ażeby nie uciekł aromat herbaty. Ledwie go otworzyła, kuchnię wypełniła szczególna woń, tak miła sercu panny Jerzmanowskiej. - Jaka to herbata? – spytała uprzejmie Karolina, chociaż nie była zainteresowana. Zwykle było jej wstyd przyznać się, iż ubóstwia kawę. Przy każdej innej osobie hardo wyraziłaby swoje zdanie, jednakże w Laurze tkwiło coś ogromnie dziwnego. Była niepoznana i bardzo zmienna. Zawsze miała inny humor, nawet jeśli minę podobną. Mieszały się w niej refleksje, smutek, porywista rozpacz i podmuchy pogody. Mimo wszystko potrafiła wykrzesać z siebie zainteresowanie i empatię dla każdego człowieka. Może to właśnie dlatego zapoznały się niegdyś, w czasach gimnazjalnych. Wówczas Karolina stanowiła nieco zahukaną część panienek, zaś Laura spacerowała, niekiedy prawie biegała po korytarzach wraz z nieodłącznymi trzema pannami, pełna roziskrzonej pogody. Zdawała się być nadzwyczaj piękna w tej swojej pierwotnej radości. Nikt nigdy nie wiedział z czego ona wynika. Wszyscy wiedzieli, iż pan Jerzmanowski jest niezwykle surowym ojcem, a jednak córka nigdy się nie skarżyła, nie wyrzekła najmniejszego słowa przeciw komukolwiek ze swojej rodziny. Pewnego dnia oczy Laury zwróciły się na Karolinę. Siedziała wówczas na ławce obok koleżanki, która wcale a wcale jej nie interesowała. Kiedy Laura przysiadła się obok niej, dziewczęta zrobiły wielkie oczy. Ale to właśnie z lekko nieśmiałą blondynką zaczęła rozmawiać panna Jerzmanowska. Trzeba było przyznać, że mimo pewnej różnicy charakterów umiały się porozumieć. Wkrótce wiedziano już, że ta Jerzmanowska i Zagórska, ledwie córka ważnego urzędnika, są w komitywie. Nikt nie zamierzał zadzierać z takim duetem. A jednak w Laurze kryło się tak wiele dobroci. Szkodzić komukolwiek – nie, to przeczyło ideałom dziewczyny. Sen rozkwitającej panny Zagórskiej urwał się nagle jak zgrzyt stalówki nielubianej nauczycielki geografii. Laura Jerzmanowska zdała maturę z wyróżnieniem i ku zdziwieniu wszystkich (wróżono jej bowiem karierę krajową, a najlepiej to małżeństwo i gromadkę dzieci) uparła się na wyjazd do stolicy Francji. Znalazła jednak odpowiedni powód, który całkowicie zadowolił ambitną rodzinę: intensywna nauka pięknego języka francuskiego na Sorbonie. Wkrótce cały Kraków wiedział, że potomkini Jerzmanowskich radzi sobie wprost wspaniale w kraju, który zdążył obrosnąć tysiącem legend. Jedna tylko Karolina otrzymywała niekiedy listy, z których wnioskowała, iż całe to piękno okupione jest czystą krwią. Wszystko co dobre zawsze musi się skończyć, dlatego po pół roku pobytu Laury listy przestały przychodzić. Karolina została zmuszona do odkrywania samej siebie. Z różnym skutkiem, ale jednak – rozwijała się. - Herbata? – tym razem to Laura stała twardo na ziemi, nie pochłonięta już żadną przykrą myślą. – Zielona. Dostałam od mojego kuzyna. Myślę, że pamiętasz. Fryderyk Winckler. - Syn twojej ciotki, która wyszła za Duńczyka? – skojarzyła natychmiast Karolina, potrząsając radośnie złotymi, misternie ułożonymi lokami. Historia zdawała się jej być niesamowicie romantyczna. - Tej samej. Wiesz zresztą jak wyglądało jej zamążpójście. Chyba ci kiedyś o tym wspominałam za czasów gimnazjalnych. - Jej ojciec robił interesy z Duńczykami i któregoś dnia dwoje młodych spotkało się… Laura roześmiała się gwałtownie, trochę nerwowo, bardziej mimowolnie niż z zewnętrznej potrzeby. - Nie, nie, Karolino. Strasznie przeinaczyłaś. Po prostu jej ojciec obmyślił sobie kolejną transakcję wiązaną. A ponieważ moja cioteczka, Agnieszka, za granicą nazywana Agnes, była nastawiona dość pesymistycznie, bardzo się zdziwiła, widząc, że świeżo poślubiony mąż traktuje ją z szacunkiem. - I nic się nie zmieniło? Panna Jerzmanowska uśmiechała się łagodnie, wspominając wizyty Wincklerów w ich niepołomickiej posiadłości. Ileż tam kłębiło się szczęścia, dobroci, zwykłej radości życia. Języki obce mieszały się z pysznym jedzeniem i cudowną atmosferą. Trzeba by się namęczyć, aby odtworzyć tamten wyjątkowy aromat. - Wincklerowie to doskonała rodzina – westchnęła tylko Laura, szybko zamykając wrota do wspomnień. - Czyli obecnie mieszkają w Anglii? – dopytywała się panna Zagórska. - Nie do końca, bowiem pan Anders Winckler zmarł przed trzema laty. Cioteczka jest obecnie nieco ponurą wdówką przebywającą stale w Londynie. Na szczęście Fryderyk mieszka stosunkowo niedaleko. To dobry chłopak. - Chryste, Laura! – Karolina wybuchła perlistym śmiechem, chwiejąc się nieco na krześle. – Mówisz jak starsza kobieta! W tej samej chwili panna Jerzmanowska podała dwie filiżanki świeżego naparu o idealnej temperaturze. Nigdy nie można było pozwolić, ażeby woda była wrząca; wówczas uwalniała się nieprzyjemna dla podniebienia goryczka. Herbata odpowiednio zaparzona pozwala ukoić zmysły, ratować podupadające zdrowie czy też działać terapeutycznie, stanowić chwilowy substytut dobrego człowieka. - Możliwe – przez usta Laury ponownie przepłynęła lekka elektryka. Cała jej twarz stanowiła misterne połączenie maleńkich kabelków, które razem miały ogromną siłę. Rzadko jednak zdarzało się spięcie. I oto – jest. Skutek: uśmiech. - Cóż z tobą zrobiły te lata? – dopytywała się Karolina, popijając napar z uznaniem. – Zmieniłaś się. Ponura, szara, przygasła. Laura pochyliła nieco głowę. Szczupłe, kruche palce owinęły się wokół uszka filiżanki i uruchomiły mechanizm unoszenia dłoni. Zachwiała się, zadrżała. A więc była słaba! Zbyt słaba! Ta myśl uwolniła całą złożoną reakcję. Laura poczuła, że oto wydało się najgorsze. Dopóki Karolina nie powiedziała tego głośno, można było jeszcze udawać, że to tylko zmiana charakteru, że jest powściągliwa, ponieważ zbyt wiele pracuje. - Laura? – spytała tylko Karolina, odkładając nieco głośno filiżankę. Wyciągnęła przed siebie rękę, wyjęła z rąk kobiety jej filiżankę i odłożyła cicho na spodek. Nawet się nie broniła. Tylko to zgarbione, pochylone ciało. Czarne włosy zsypujące się na stół jak rzeka, która już nigdy nie zawróci. Wszystko się zmieniło. To nie jest ta sama kobieta. - Tak, jestem teraz inna – przyznała znienacka Laura, unosząc powoli ciało. Kręg po kręgu. Wyprostowała się sztywno, wzięła głęboki oddech i musnęła wzrokiem ścianę. Gdyby ściany mogły o sobie decydować, byłyby żywe, ściana skruszałaby natychmiast i zawaliła się. A wraz z nią cała kamienica. - Czy to coś złego? Zdarzyło się tutaj czy w Paryżu? - Nigdzie – warknęła natychmiast panna Jerzmanowska. – I nic. Doceniam, naprawdę doceniam twoją troskę i wiem, że zawsze mogłam na ciebie liczyć, ale… przepracowałam się. I nie wiem, czy pamiętasz, ale jestem na tym świecie sama. Karolina rozpromieniła się mimowolnie. Orzechowe oczy stały się jaśniejsze, okrąglejsze. Od razu robiła się piękniejsza w tej swojej radości. A jednak czarnowłosa nie rozumiała, dlaczego blondynka tak się cieszy. Szybko poczuła się zła i rozczarowana, usłyszawszy słowa panny Zagórskiej. - Trzeba ci znaleźć męża! Nie ma nic lepszego niż mężczyzna, zapewniam cię! - Nie! – wrzasnęła Laura całkowicie nie kontrolując swoich emocji. Czyste przerażenie wzięło górę, wpędzając ją zaraz w ciemną plątaninę tuneli. Co gorsza, nie zamierzała się z nich wyplątywać. Chciała się pławić, tonąć, niszczyć wybrukowane ścieżki, ażeby zagarnąć sobie ostateczność. W ostateczności byłaby tylko literatura i wybrane, otoczone najczulszą opieką osoby. Na szczęście nie jej. Ona sama nie umiałaby zapewnić im dobrych warunków. Cieszyłaby się widząc, że dobrze im się żyje. Tylko tyle. Czy to są spore wymagania? - Nie rozumiem – zdziwiła się blondynka. – Doprawdy ani słowa. Za czasów gimnazjum miałaś powodzenie… Słyszałam, że także w Paryżu… A teraz nic, nic kompletnie. Siedzisz tylko w tym mieszkaniu, osowiała. Gdyby była tu twoja rodzina, byłabyś już mężatką. - Nie, nie byłabym – odparła Laura zdławionym głosem, tamując w sobie gorycz i złość. - Wiem, co mówię, moja droga. Córka Jerzmanowskich! - Gdyby oni żyli, nadal byłabym w Paryżu! - nie wytrzymała czarnowłosa i zachłysnęła się z rozpaczy. Nie powinna była mówić takich rzeczy o nieżyjącej rodzinie. Zginęli, zginęli wszyscy, a ona zamiast być strażniczką ich pamięci opowiada takie rzeczy. To kompletny brak poszanowania dla przodków, wartości, dla wszystkiego, co z takich zaangażowaniem wpajano jej od kołyski. - Żałujesz? – upewniła się tylko Karolina, pokorniejąc. Często przekraczała granice, była rozchwiana i lekkomyślna, ale teraz dotarło do niej, że Laura musi czuć się okropnie. Zawsze bardzo pilnowała spraw dotyczących rodziny. Nagle Karolinie przyszło do głowy, że cała ta sprawa musi mieć związek z Paryżem, że nie jest normalne, żeby człowiek zachowywał się tak nerwowo, kiedy mówi się o tak pięknym miejscu. – Co zostawiłaś w Paryżu? - Nic nie zostawiłam. To nie są twoje sprawy. Przez całe lata uwielbiałaś wtrącać się do nie swoich spraw, sądzić zanim uczynili to inni. Nie sądź mnie. Nie dziś! - Nie mam pojęcia, dlaczego reagujesz tak nerwowo – prychnęła Karolina, wstając z impetem z krzesła, przesuwając jednocześnie nieco do połowy pełną filiżankę. Herbata zachlupała cicho, co w takim napięciu wydawało się przywodzić na myśl dźwięk stali. – Co robiłaś w Paryżu jest twoją sprawą. Najwyraźniej nie traktujesz mnie, nigdy nie traktowałaś poważnie. Ale zastanów się jeszcze. Jesteś sama. Wyszła z kuchni, przemknęła korytarzem z prędkością światła i wypadła na ulicę. Laura obserwowała ją jeszcze chwilę stojąc w oknie. Dobrze było patrzeć i nie myśleć. Ani trochę. Myśli zniknęły i poczuła się dobrze, jakby pozbyła się uciążliwego bólu głowy. Nie wiedziała tylko, że to chwilowa złuda. Stłumione pragnienie posiadania kogoś, kto nie wypuszczałby pąków, jednocześnie trwając i dbając o rozwój. Drugi dzbanek Dochodziło południe, a Laura ustawicznie wybijała jakiś niepojęty rytm na swojej maszynie. Rzadko zwalniała tempo, prawie nigdy nie przestawała bić w klawisze i wywoływać ciszę w mieszkaniu. Hałas maszyny sprawiał, że było jej zwyczajnie, po ludzku – lepiej. Nawet zapomniała o istnieniu herbaty. Pochłonięta historią, która nie miała prawa nigdy się zdarzyć, nie wspominała swojej własnej, już dawno umarłej. Niestety, zamyślenie i praca nie były jej dane. Ktoś nieśmiało zastukał do drzwi. To stukanie zawsze budziło w niej najgorsze myśli. Jej mały braciszek, ledwie ośmioletni chłopiec, nigdy nie sięgał do dzwonka i zawsze pukał. A ona, niejednokrotnie ucząc się do egzaminów, odrywała się od biurka i w jakiejś zwiewnej sukni leciała do drzwi wyprzedzając służące. Brat zawsze był bardzo ważny. Odkąd przydarzył się ten nieszczęsny wypadek wskutek którego ostatecznie utraciła swoją rodzinę, rzadko słyszała takie pukanie. Była tylko jedna osoba, która potrafiła uczynić to w taki sam sposób. Pełna obaw, jak zawsze przed ich spotkaniami, nieplanowanymi zresztą, poszła otworzyć. Nie czyniła tego z takim pośpiechem, ale przejmowała się równie mocno. - Witaj – powiedziała spokojnie na widok ciemnowłosego chłopca. Rzadko spoglądała na niego dłużej niż minutę. Zdążyła jednak zauważyć, że brązowe włosy są mocne i gęste, duże oczy koloru dojrzałego orzecha mają smutne wejrzenie, zaś równie duże usta chwytają niekiedy uśmiech, najczęściej jednak powstrzymując się od elastyczności. - Dzień dobry – rzekł grzecznie chłopiec. Miał ledwie siedem lat, wyglądał jednak na sporo starszego. Może to jego przedwcześnie powzięta powaga nadawała mu takie wrażenie? Teraz, kiedy tak stał w tych drzwiach, zrobiło jej się go żal. Wbrew wszystkiemu, co niegdyś myślała. Ot, dziecko. Co ono komu winne? - I cóż, może napijesz się herbaty? – zapytała, kiedy wszedł do przedpokoju i zdjął buty. - Tej zielonej? – upewnił się chłopiec, patrząc na nią z wyczekiwaniem. - Czyżbyś wolał inną? – zmierzyła go nieco surowym spojrzeniem. No tak, ale czego mogła oczekiwać? Nie można wymagać od dziecka, aby lubiło wyrafinowane herbaty. - Nie. Tylko my… my zawsze robimy to samo… - urwał szybko, zawstydzony własną śmiałością. Weszli do kuchni, na szczęście pozostającej w stałym porządku. Panna Jerzmanowska pilnowała tego, obawiając się kłębów kurzu. Od czasu, kiedy utraciła wszystko, bardzo dbała o porządek. Tylko ład dawał jej poczucie jakiegokolwiek spokoju. Chłopiec usiadł i obserwował płynne ruchy Laury. Wydawała mu się bardzo piękna. W prostej, zielonej spódnicy i dopasowanej jasnej bluzce w kolorze, którego nie umiał określić. Dzisiaj, wyjątkowo, miała rozpuszczone włosy. Zawsze widywał ją z jakimiś luźnym warkoczem lub kokiem. A teraz po jej plecach płynęła czarna woda zdająca się nie mieć swego ujścia. Milczał, obserwując ją i czekając na jej słowa. Zauważył, że wolała sama zaczynać rozmowę niż odpowiadać na jego pytania. Nie chciał jej denerwować. - Nie lubisz już herbaty? – zapytała cicho Laura, odstawiając wreszcie wrzątek do ostygnięcia. Padła na krzesło bez tchu, naprzeciw chłopca i zajrzała mu na sekundę w brązowe oczy. Bała się ich wyrazu. Bała się tego, że nigdy nie znajdowała w nich wyrzutu. - Lubię – rzekł całkowicie szczerze chłopiec. – Zawsze podajesz mi zieloną w filiżance. - Wanda nie ma filiżanek? - Ma, ale nie takie ładne jak twoje. I nie pijemy zielonej herbaty. - Ach, tak – westchnęła mimowolnie Laura. - Mi chodzi o to, że… Ja przychodzę i siadamy. I ty mało do mnie mówisz. - Mam mówić dużo? – badała powoli panna Jerzmanowska. Nie mogła zrozumieć zachowania chłopca. Dotąd wszystko było względnie dobrze. Pojawiał się od czasu do czasu, wymieniali kilka zwyczajowych zdań, od niedawna pytała o szkołę i przyjaciół. Nigdy się nie skarżył. Nagle zaczęło mu to przeszkadzać? Kiedy zaczął widzieć tak wiele? Zerwała się ze stołka i ustawiła na stole dwie filiżanki. Następnie wrzuciła do czajniczka odrobinę liści. - Teraz trzeba poczekać trzy minuty. I tak drugi napar zawsze jest najlepszy. A ja akurat robię dzisiaj drugą… – powiedziała spokojnie, jak gdyby ich rozmowa się nie zdarzyła. – Dlaczego ty w ogóle nie jesteś w szkole? – zapytała z lekką złością, która wypłynęła z niej mimowolnie. - Przecież wczoraj zaczęły się wakacje. - A, prawda. Nie zauważyłam – potarła czoło, jakby chciała zmusić się do myślenia. - Nic dziwnego – rzekł chłopiec. - Dlaczego? - Ty bardzo często piszesz. Zawsze jak idę do ciebie, to słyszę tylko tę maszynę. Chyba to lubisz. - Tak sądzisz? – zapytała całkiem poważnie, nagle widząc go w całkiem innym świetle. Jak mogła nie dostrzec, że stał się pełnoprawną istotą? Ma wzrok, widzi jaka jest. Dostrzega ją. Wady i zalety. Ciekawe, co o niej myśli? Co dzieje się w jego głowie? - Wanda mówiła, że jesteś pisarką. I zna cię cała Polska, dużo osób cię czyta i lubi. Chciałbym kiedyś przeczytać coś twojego. - Lepiej nie – wyrwało się jej. - Umiem już czytać – oburzył się chłopiec, wbijając w nią oburzone, wielkie oczy. Odwróciła się i nalała herbaty do filiżanek. Podała ją na stół. Dziecko od razu złapało za uszko i zaczęło powoli pić. Musiała przyznać, że zachowywał się nienagannie. Nie mówił zbyt wiele, słuchał i nie przerywał, siedział prosto, łokci nie pchał na stół, sztućce też pewnie odróżniał. - Wiem – roześmiała się głośno. – Wolałabym jednak, abyś nigdy nie czytał tego, co pisałam. - Dlaczego? - Bo pisarze piszą straszne rzeczy. Wydaje im się, że mogą pouczać innych, przybierają moralizatorski ton, po czym okazuje się, że tylko mącą ludziom w głowach i wcale nie pomagają. Albo tworzą historie nieprawdopodobne i sprawiają, że ktoś zaczyna wierzyć w bajki. - A ty pisałaś bajki? - Chyba tak – usiadła i wzięła do ust spory łyk naparu. Poczuła się pokrzepiona. - To może ja wezmę jakąś dla Maryni. Ona ostatnio choruje. Poczytałbym jej trochę. - Niezła próba, Nikodemie – stwierdziła. - Wanda nazywa mnie Nikosiem. Marynia – Niko. Ty też możesz mnie tak nazywać. - Wolę Nikodema. Dbasz o tę swoją siostrę. To dobrze – popijała herbatę, jednocześnie usiłując się ratować. Coraz bardziej kręciło się jej w głowie. - To nie jest moja siostra – rzekł z nieco zaciętą miną i spojrzał na nią hardo. Za dobrze znała to spojrzenie. Czaił się za nim strach i upór. Sprawiała mu ból, mimo że wcale tego nie chciała. - Ale przecież tak ją traktujesz – powiedziała, siląc się na pogodny ton. Niestety, chłopiec nie dał się nabrać. Rzucił jej spojrzenie spode łba. Zaraz jednak jakaś myśl musiała przemknąć mu przez głowę, bo jego twarz nabrała neutralnego wyrazu. - Czy ja mogę nazywać cię… - zaczął, ale przerwała mu prędko. - Nie! – krzyknęła trochę za ostro. Widząc, że się spłoszył, dodała szybko spokojniej – Wiesz doskonale, że nie. I wiesz dlaczego. - Wiem, wiem – mruknął chłopiec, zerwał się od stołu, niechcący tłukąc filiżankę. Spojrzał na nią smutnymi oczami i pobiegł do korytarza. Prędko ubrał buty i wybiegł na ulicę. Natychmiast dopadła okna. Tą samą drogą szła kilka dni temu odtrącona Karolina. A jednak była mniej zraniona niż to biedne, słabe dziecko. Biegło przed siebie coraz prędzej, jakby chciało skryć się przed wszystkimi. - Zawiodłam ciebie, Hubercie – wyszeptała Laura, wiedząc, że on ją z pewnością usłyszy. Nie umiała już płakać. Łzy wyczerpały się dawno temu, kiedy straciła swój dom, swoją przystań. Zabrakło jej wody do rozcieńczenia barw. Już zawsze miało być ciemno. Nie odbuduje sobie kolorów. Sobie nie pomoże. Ale dlaczego mają cierpieć także inni? Odwróciła się gwałtownie od okna i złapała za słuchawkę telefonu. Na tarczy wykręcała niecierpliwie numer domu rodziny Zagórskich. Czuła, że naprawianie świata należy zacząć od przyjaciółki. Nikodem musiał otrzymać trochę czasu. Trzeci dzbanek Karolina stawiła się punktualnie o piątej. Laura obawiała się, czy panna Zagórska naprawdę przyjdzie na to spotkanie, ale na szczęście nie zawiodła. Już od progu wprawiła Laurę w zdumienie. - Co się tak patrzysz? – warknęła Karolina, wchodząc do środka. Przesunęła dłonią po swojej nowej fryzurze. Gdzieś zniknęły złote loki, bezpowrotnie ustąpiły krótkim, brązowym włosom. Nadały Karolinie poważniejszego wyrazu. - Nic, nic. Bardzo ci ładnie, Karolino – przyznała szczerze panna Jerzmanowska. – Chodź, proszę, do kuchni. Usiadły przy stole w całkowitym milczeniu, obserwując siebie nawzajem. Karolina zrozumiała, że będzie to poważna rozmowa. Laura robiła się coraz bladsza, wręcz przeźroczysta. Jakby po cichu wymykała się życiu, umierała w zwykłe, czerwcowe popołudnie. Ale aż tak źle być nie mogło. Nie, zdecydowanie nie mogło. - Tak bez herbaty? – zdziwiła się wreszcie Karolina. - Nie mam siły nawet wstać. Jeśli… jeśli chcesz, to… - W porządku, ja zrobię – Karolina zerwała się z krzesła, coraz bardziej obawiając się o Laurę. Nawet jeśli była na nią zła, ostatecznie musiała dokonać bilansu. A lata gimnazjalne były przecież bardzo piękne. Musiała mieć je na uwadze. - Zaprosiłam cię tutaj, ponieważ ukrywałam przed tobą całkiem sporo. I teraz… sądzę, że teraz przyszedł czas, abyś usłyszała o wszystkim. Nikt nic nie wie za wyjątkiem kilkorga osób, przed którymi nie mogłam tego ukryć. Karolina krzątała się po kuchni, szykując napar. Mieszały się w niej przeróżne skrajności. Głęboka złość, współczucie dla Laury, niezrozumienie… Nie wiedziała już, co myśleć. Postanowiła po prostu słuchać. - Mów, mów – mruknęła tylko. - Zaraz po maturze wyjechałam do Paryża, o czym doskonale wiesz, moja droga. Szybko przestałam do ciebie pisać, za co szczerze cię przepraszam, ale wówczas… byłam bardzo szczęśliwa… - Zbyt szczęśliwa, żeby do mnie pisać, rozumiem – stwierdziła zimno Karolina, wyciągając z kredensu odwieczne filiżanki. - Nie, nie! Spójrz na mnie, Karolino, proszę… - rzekła trochę błagalnie Laura. Panna Zagórska obróciła się ku niej i dostrzegła błękitne, przerażone oczy przyjaciółki. Kobieta rzeczywiście potrzebowała jej przebaczenia. Chciała, aby ją wysłuchać i nie osądzać. O to jej chodziło. Ufała właśnie jej. Nie powinna zawodzić tego zaufania. - Wyjaśniaj dalej – odpowiedziała spokojnie, z pewną dozą uśmiechu, aby pokrzepić Laurę. Kobieta obdarzyła ją wdzięcznym spojrzeniem i kontynuowała opowieść. - Obawiałam się, że coś powiem za dużo… Z tej radości, z tej strasznej radości… Bałam się, bo zbyt wiele dobra spadło na mnie znienacka. Bo widzisz… na uniwersytecie otaczało mnie mnóstwo ludzi, ale z nikim nie czułam więzi, nie czułam wspólnoty. I któregoś dnia spotkałam w kawiarni mężczyznę. Mężczyznę uroczego i przystojnego. Takiego, jaki powinien być. Nie idealnego, bowiem żaden taki być nie może. Ale on był dla mnie… Wiedziałam to doskonale. Nawiązała się rozmowa, sporo rozmów. Cała plątanina… Oboje się w tym zaplątaliśmy… On był starszy ode mnie… dwanaście lat różnicy. Powiesz, że dużo, ale mnie nie robiło to żadnej różnicy. I nie powiem ci zaraz, że było pokrewieństwo dusz… wiesz, że nie wierzę w takie rzeczy… Bawiły nas różnice w charakterach, poglądach… Wszystko obracaliśmy w radość, wszystko, poza sprawami poważnymi… - Skoro wszystko było radością, to co… co się stało? – przerwała jej Karolina, pełna fascynacji i niepokoju. Słuchała bardzo uważnie. - Można powiedzieć, że rozpętaliśmy lawinę. Odkryłam, że jestem w błogosławionym stanie… - Co? – Karolina odsunęła na bok filiżanki, do których miała już nalać herbaty i opadła na krzesło. Zaczęła rozumieć. - A tak – westchnęła Laura, a jej oczy zabłysły dziwnie. – On się tak bardzo cieszył… Naprawdę się cieszył. Tyle że jednocześnie dowiedziałam się kolejnych rzeczy. Po pierwsze, był profesorem Sorbony, jednak na innym wydziale. Nie miałam szans go widywać, dlatego go wcześniej nie znałam. - A druga? – zaszeptała Karolina. - Miał żonę. Był młodym małżonkiem, nie miał nawet dzieci… Nie stanowiło to dla niego problemu. Zamierzał ją zostawić i żyć ze mną. - Pewnie tylko tak mówił – warknęła panna Zagórska. - Ależ nie, naprawdę to zrobił. Przyszedł do mnie któregoś wieczoru z walizką i powiedział, że tylko tyle zabrał. Ona mu nie pozwoliła. Płakała i robiła sceny, aż w końcu puściła go wolno. A Hubert… - Hubert? – zdziwiła się przyjaciółka. – To nie był Francuz? Laura uśmiechnęła się jakoś dziwnie, promienniej. Najwyraźniej wspomnienia były dla niej bardzo żywe. - Był, był. Tylko że dopiero z drugiego pokolenia. Jego dziadkowie byli Polakami, przybyli do Francji w czasie Wielkiej Emigracji, aby zacząć tam nowe życie. Jego ojciec przyszedł na świat już w Paryżu. Nazywali się Wielosławscy. - A więc Hubert Wielosławski. I co z nim dalej? - Ledwo przyszedł, padł mi do stóp. Boże drogi, ja z tym wielkim brzuchem, w siódmym miesiącu, a on po prostu klęczał przede mną i tulił się do brzucha… Oczy Laury wypełniły się głębokim wzruszeniem. Nie płakała, nie znała już tego uczucia. Można się bowiem wzruszać całkowicie na sucho, nie półśrodkami, jednocześnie nie umniejszając rangi danego zdarzenia. - No dobrze, przyszedł i wszystko wskazuje na to, że dalej było w porządku. - Problem w tym, moja droga, że historie życiowe, w szczególności paryskie, rzadko miewają dobre zakończenia. A zresztą, co to byłby za dramat, gdyby zakończyło się dobrze? A przecież już wiesz, już się domyślasz, że coś się zdarzyć musiało… Obserwujesz mnie, rysy ci stygną… A ja patrzę na ciebie coraz spokojniej i wbrew temu, co sobie myślisz – nie umieram. Śmieszne… - roześmiała się w głos Laura, dygocząc jednocześnie na całym ciele. – Śmieszne, że dopiero teraz widzę wszystko pogrupowane w puzderka, pozapinane na guziki i przecudnie opakowane. Jasne, wyraźne. I ciemne barwy mi znikają. Nie ma plam! Wywabiłam! - Chryste, Laura! – warknęła przerażona Karolina, wyciągając ku niej swoją rękę. Chciała ją złapać, sprawdzić cokolwiek, zagarnąć. Niewiele rozumiała. Miała tylko przeczucia, ale czym one są wobec takiego stanu? Histeria? Psychoza? Kim właściwie była Laura Jerzmanowska? - Nie bój się, ja trwam. I już wyjaśniam, już, już… - czarnowłosa zaczęła delikatnie, powoli kiwać się całym ciałem w linii od oparcia do stołu. Odchylała się, falowała całą sobą, nie opadając w bezruch. – Nie pożyliśmy długo. Dla niektórych dosłownie. Tego samego wieczoru, kiedy jedliśmy już kolację, do mieszkania przyszła jego żona. Stanęła w progu w ciężkim futrze, doprawdy nie wiem, skąd ona je wzięła, przecież taki wykładowca nie zarabiał jakoś specjalnie dużo, ale nieważne, nieważne, ważne jest bowiem, że stała. Triumfująca i postarzała z tej nienawiści. Okazało się, że za plecami miała pistolet. Zaczęła coś mamrotać, nie do końca zrozumiale. Ale on ją jednak rozumiał, czułam, że rozumie, ale nie zamierzał mi nic mówić, wyjaśniać. Zaakceptowałam to. Czułam się, jakby postawił mnie na szachownicy. Jeden fałszywy ruch i wszystko stracone. Tymczasem Hubert jej nie przekonał. Coś jeszcze mówił i nagle spostrzegłam, że zaczyna krwawić. Dopiero potem był huk. Czerwień rozlewająca się po jego koszuli, po marynarce, po całej piersi… Wszystko w tej krwi… Ściekająca, ciepła, dosięgająca i mnie… Coś jeszcze powiedział, chyba o mojej ciąży. Zresztą, sama mogła zobaczyć. Przypominałam arbuz. On mnie tak nazywał. Soczysty, świeży arbuz. Że ja i ono stanowimy lato. Dla mnie to było głupie porównanie, ale tak właśnie o mnie mówił. Dopadłam do niego, sprawdziłam puls. Chciałam biec, biec coraz szybciej i wołać kogoś do pomocy. Wtedy ona strzeliła sama do siebie. Zatamowała mi drogę. Spadła przy futrynie. Udało mi się ją wyminąć. Zawołałam sąsiadkę i na szczęście pomogła mi… - Nie miałam pojęcia, że… - zaczęła i urwała z nagła Karolina. Co można powiedzieć w takiej sytuacji? Tym bardziej, że nie ma się wcale pewności, jak skończył się sen o dobrym życiu. Niedoszła rodzina rozpadła się w niepoznany dotąd sposób. - Odratowali go – wyznała Laura szeptem. Miała przymglone oczy, już się nie chwiała. Siedziała tylko sztywno wyprostowana. – Ale jego żona nie przeżyła. To do siebie strzeliła celniej. Tyle że życie Huberta stało się jakąś nieznośną wegetacją. Przynajmniej on to tak widział. Kula uszkodziła kręgosłup. Hubert został skazany na wózek inwalidzki. Odtąd siedział już godzinami bez ruchu, nie patrzył na mnie, na mój brzuch. Nawet nie spał. Przymykał oczy, aby je zaraz otworzyć. Nie mam pojęcia, czy przespał chociaż godzinę. To były urywane minuty, sekundy… Nie rozmawiał ze mną. Wiedziałam, że może mówić, że tylko już nie będzie chodzić. Skoro żył, czym była możliwość poruszania się? Powtarzałam mu, że najważniejsze jest życie. Nie miałam pewności, czy to do niego dotarło. Jakby świadomie nie chciał przyjąć tego do wiadomości… Jakby chciał odpokutować za swoją żonę, za to dziecko, które powołał do życia, może nawet za mnie… Wiedział, jaki los czeka mnie po powrocie do kraju. Panna z dzieckiem, córka Jerzmanowskich, którzy walczyli w powstaniu styczniowym, stracili tam majątek, którzy potem odbudowali ciężką pracą i zaufaniem społecznym. I oto córka – potomkini. Przedłużenie nadziei… Taki cienki sznurek… Wszystko zerwane, zbezczeszczone. Nagle umarł. Zwyczajnie. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się całkowicie szczerze. Jak dawniej. Zamknął oczy i ostatecznie mnie zostawił. Następnego dnia urodził się nasz syn. A ja nie umiałam go już kochać. Przestałam, kiedy umarł Hubert. Wystarczył jeden dzień. Widocznie moje uczucia są słabe… Zawodzę. Nikogo nie umiem kochać. Nie jestem zdolna! – powiedziała z całkowitym zaskoczeniem. W jej oczach pojawił się błysk zrozumienia dla własnego zachowania. Najwyraźniej do tego czasu wegetowała, starając się żyć z dnia na dzień. Możliwość opanowania pewnych schematów psychiki ludzkiej i siebie samej wiele jej ułatwiła. - Co ty mówisz – obruszyła się cicho Karolina. – Stworzyliście coś własnego, chociaż trochę… Zależało ci. - To dobre sformułowanie: zależało – parsknęła Laura. - Jak to się właściwie potoczyło? Nie wiedziałam, że masz syna. Wróciłaś, kiedy zginęła twoja rodzina… - Nie wydało ci się to dziwne? Po śmierci bliskich wracać do Krakowa? Zamiast zostać w świecie, gdzie można by ukoić ból? - To w Paryżu było więcej cierpienia – panna Zagórska powiedziała głośno to, co wiedziały już obie. Pewne prawdy wypowiedziane na głos może i robią większe wrażenie, ale także więcej uświadamiają. Chyba tego w życiu najbardziej potrzeba. - Wyprzedzając twoje kolejne pytanie, moi rodzice nie wiedzieli o dziecku. Podejrzewam, że nie mieliby szansy się dowiedzieć. Mój syn miał dwa miesiące, kiedy zginęli. - To był straszny wypadek – westchnęła brązowowłosa. - Daj im Boże spokojny odpoczynek. Tylko tyle i aż tyle. Zasłużyli. - Bałabyś się wracać, prawda? - Tak. Zresztą jak sama widzisz, nie wychowuję tego dziecka. Dopiero teraz Karolina uświadomiła sobie, że nie wie jeszcze więcej niż dotąd. Cała ta opowieść, wszystkie emocje z nią związane niewiele wyjaśniały. Sprawiały, że myślała więcej, miała ogromny mętlik w głowie. - Gdzie ono jest? – odważyła się zapytać. Aby ukryć jak wiele znaczy dla niej to pytanie, postanowiła przyrządzić wreszcie herbatę. Woda była już zimna, zbyt zimna. Liście nie chwytały, ledwo muskały, barwiły wodę. Nawet herbata się zepsuła. Świat oszalał – przestał łapać wszystko, co najlepsze. Całkiem jak ta nieszczęsna herbata. - Myślę, że go znasz – powiedziała Laura wyzywającym tonem. Wyraźnie czekała na ostre słowa, na atak. I najwyraźniej zamierzała na niego odpowiedzieć równie mocno. Szykowała jadowite naboje, brakowało jej tylko sygnału do ataku. Szykany chciała zwalczać przemocą, czymś, co ostatecznie zniszczyło jej pięknie zarysowaną przyszłość. - W takim razie znajduje się gdzieś blisko… - myślała głośno Karolina, wytężając umysł. Poddawała analizie każdy szczegół z zapamiętanych wizyt u Laury. Niestety, nie umiała dopasować rysów kobiety do młodych chłopców widywanych w kamienicy. - Ma brązowe włosy i oczy – podpowiedziała wreszcie panna Jerzmanowska. - Wychodził niegdyś od ciebie – skojarzyła nagle Karolina i przeraziła się tym odkryciem. Dziecko zawsze wywoływało w niej współczucie. – On jest smutny. Zawsze bardzo smutny. I wyglądało na to, że z pewnością wychodził od ciebie. - Tylko do mnie przychodził – potwierdziła zimno Laura. – Wcale nie chciałam, żeby tutaj bywał. Kiedy otrzymałam wiadomość o rodzicach, natychmiast wróciłam do kraju. Dziecko oddałam na wychowanie kobiecie mieszkającej całkiem niedaleko, nie na tyle jednak, aby ciągle wpadać na jej rodzinę. Sądziłam, że nie będę musiała z nim rozmawiać, myśleć o nim… Ale myślałam codziennie. Zajęłam się pracą, wydałam dwie książki. Minęło pięć lat. Sam do mnie przyszedł. Powiedział, że się dowiedział, że Wanda mu powiedziała… Gorliwa katoliczka, doskonała gospodyni, cudowna matka. Chodząca doskonałość wyjawiła mu oczywiście, kim jest jego matka. Zapytał, więc nie skłamała. Ten oto pięciolatek przyszedł do mnie i powiedział, że chce ze mną mieszkać. Ze mną, rozumiesz?! Czy ja mogłabym mu zapewnić coś stabilnego, kiedy sama się łamałam? Każdego dnia starałam się żyć jak te roślinki podtrzymywane przez tyczkę. Coraz słabsze palce wtykałam w szczeliny i chciałam tylko utrzymać się na powierzchni. Nie pozwoliłam mu na to. Miał przecież rodzinę. Przyszywaną siostrę. Ojca i matkę. Chciał mnie odwiedzać, więc, ostatecznie, wyraziłam zgodę. Teraz ma siedem lat… Chryste, siedem lat! – Laura odgarnęła z czoła opadające ciemne pukle. – Wiesz, że chciał nazywać mnie mamą? Prosił o to. Zabroniłam mu. Cierpliwie przychodził do mnie i nadal tu bywa. Nic nie czuję – znienacka warknęła, zmieniła ton. – Na własne życzenie złamałam reguły i zabiłam siebie. Zabiłam Huberta. Dla Nikodema jest nadzieja. On sobie poradzi… Laura coraz częściej wyłamywała sobie palce, nerwowo spoglądała we wszystkie strony. Nie umiała nigdzie dłużej zatrzymać wzroku. Ani razu nie spojrzała na Karolinę. Co mogłaby dostrzec? Ból, potępienie? Cóż jej z tego? Teraz, po tych wszystkich latach, odrzucenie już by nie bolało. Nie było ani jednej ważnej rzeczy. Panna Zagórska w jednej chwili przekonała się, że literatka popadła w pół-obłęd. Na szczęście odkryła również, jak wyrwać ją z tego stanu. Stwierdziła, że jeśli uda się uświadomić Laurze, że to dziecko potrzebuje prawdziwej rodziny, na horyzont zawita szansa na spokój ducha panny Jerzmanowskiej. - Twój syn nie przeżyje. Niebieskie, ogromne oczy Laury wbiły się jak sztylety w pulchną postać Karoliny. Jedna sekunda, a taki efekt. Tym prostym zabiegiem Karolina zrozumiała, że w psychice Laury kryje się więcej niż podejrzewała. Musiała jednak kuć żelazo póki gorące, zaklinać los, błagać Boga, żeby wspomógł ród Jerzmanowskich i Wielosławskich w ich ponownym wzlocie. - Co ty mówisz? Co za straszne rzeczy opowiadasz, Karolina – zaszeptały niemal białe usta Laury. - Nie do takich warunków było przewidziane wasze dziecko. Dziecko profesora i literatki. Niewielu będzie w stanie go zrozumieć. Będzie miał inne wizje, inny sposób myślenia. Zmarnieje. A ty z premedytacją dokonujesz mordu. - Przestań! – wrzasnęła przeraźliwie Laura zrywając się z krzesła i jednocześnie przewracając je. - Więc zacznij myśleć o przyszłości, o jego przyszłości, jeśli nie o swojej – powiedziała spokojnie Karolina i powstała z miejsca. Podeszła do czarnowłosej i bez słowa ucałowała jej czoło. Następnie opuściła mieszkanie, głęboko wierząc, że ta rozmowa wyzwoli w Laurze coś wyższego. Ciągle miała w pamięci smutne oczy siedmioletniego Nikodema Wielosławskiego. Zasługiwał na coś więcej niż kochająca rodzina, w której brak jednak akceptacji inności. Była pewna, że takie dziecko widzi więcej. Wszak było dzieckiem Laury. Czwarty dzbanek Nigdy nie lubiłam zaczynać listów od form grzecznościowych. Uważałam, że są zbyt oficjalne. To takie figlarne – zacząć jakby od środka. Zdałam sobie sprawę, że nigdy nie pisaliśmy do siebie. Nie było potrzeby. Widywaliśmy się ciągle. Teraz zaś nie widzę cię wcale. Uznałam jednak, że lepiej pisać niż mówić jak niegdyś. Źle by mi się mówiło. Usłyszałbyś mnie, ale czułabym się bardzo słabo. Pisanie – oto moja mocna strona. Jedyna. Hubercie! Pożegnałeś mnie uśmiechem, który zaraz zmazałam. Chciałeś mnie pokrzepić, a ja zawiodłam. To tak jakbym zaparzyła zieloną herbatę w temperaturze wrzenia. Sparzyłam liście. Nigdy nie wypiłbyś czegoś takiego. Byłeś przy mnie bez niczego i za wszystko. Jesteś nadal, a ja dotąd byłam tak beznadziejnie ślepa. Odtrąciłam jedyną materialną, widzialną pozostałość po tobie. Nikodem wygląda dokładnie jak ty. Zawsze boję się na niego patrzeć. Jego lęk znika przy mnie. Nie bywa na mnie zły. Do pewnego stopnia rozumie. Rozumie coś, czego nikt inny by nie rozumiał. A jednocześnie się miota. Miota tak samo jak my się miotaliśmy. On w rozpaczy, a my – w radości. I gdzie jest ten świat, który chcieliśmy tworzyć? Dlatego teraz, po raz ostatni, proszę cię – pomóż mi! Ufam ci! Z jakiegoś powodu usłyszałam te wszystkie słowa z ust Karoliny. Znasz przebieg rozmowy. Chcę podjąć właściwą decyzję. Proszę cię tylko, abyś mnie naprowadzał. Kieruj mnie tam, gdzie jest dobro. Już nie dla mnie. Z tego zdroju powinien czerpać nasz syn. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Milknę. 30.11.2013 - 26.12.2013



        Dedykacja: Bośniackiemu zespołowi Regina i B. - zawdzięczam Tobie bowiem tę cząstkę realizmu, którą pochwyciłam w dłonie jak dziecko i bawię się, tłumiąc w sobie marzycielstwo. Niech się wreszcie uda, tylko tyle...

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 28.12.2013r.

1     

Terila Redaktor 02 01 2014 (00:00:37)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Animo,
jak dla mnie, powinnaś tworzyć książki na półki w księgarniach. Spory czas temu czytałam coś tak dobrego, DOJRZAŁEGO emocjonalnie i pisarsko. W Twoim opowiadaniu nie ma nic, do czego możnaby się przyczepić. Wykorzystałaś możliwości, szansę, potencjał swojego pomysłu, jak i talent, w 100%.
Jedno proste słowo - herbata - a od tej pory już zawsze będzie kojarzyć mi się z Twoimi bohaterami, z historią, którą za sobą niesie.

Piszesz bardzo płynnie, kobieco, delikatnie, subtelnie, niekiedy figlarnie. Używasz i łączysz ze sobą słowa tak, że brzmią bajecznie, lekko, przywołują na myśl rozmarzenie, sentymenty do drobnych upominków, przedmiotów i związanych z nimi uczuć. Świat w Twoim opowiadaniu ukazany jest oczami pięknej kobiety.

Jeżeli chodzi o samą fabułę, to przyznam szczerze, że każda sytuacja, każde zdarzenie, dialog, moment łączy się wraz z uczuciami. To one wyciskają w duszy, jak piętno na skórze, pamiątkę po Twoim tekście. W Twojej pracy słowa=emocje.
Nie jestem w stanie przyczepić się żadnego niedopracowania postaci czy naturalności dialogu, sytuacji, ponieważ nic takiego u Ciebie się nie pojawia.
Jesteś autentyczna od pierwszego zdania, który przelewasz na papier.

Nie wiem, jak wielkie jest Twoje doświadczenie z ludźmi o podobnym stanie psychicznym, co Laury, ale wiedz, że opisałaś jej myślenie, zachowania, uczucia w sposób niesłychanie realny.
Uzasadniasz każdą ciężką do zrozumienia myśl, emocję, ruch.
Twoje postacie są żywe. Patrząc na Twój tekst, czuję ich wewnętrzną, niezależną energię. One się dzieją.
Kreacje wszystkich Twoich bohaterów godne są uznania. Tak powinno się tworzyć charaktery swojego opowiadania, powieści czy jakiegokolwiek tekstu literackiego.

Podzielenie tekstu na dzbanki, jak i napisany nie po kolei list końcowy, w Twoim wydaniu wypada uroczo.

Jesteś bardzo mądrym narratorem. Wiesz kiedy się pojawić, kiedy się odsunąć w cień. Nie próbujesz szokować, nie chcesz potrząsać czytelnikiem. Jesteś bardzo odpowiedzialna. Ukazujesz prawdę.
Twój tekst pokazuje cudowną osobowość pisarza, który po prostu bardzo szczerze podchodzi do swojej pasji. Jest to inspirujące, ale również pouczające.

Pragnę czytać więcej takich tekstów.
Pozdrawiam.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(36): 36 gości i 0 zarejestrowanych: