warto go przeczytać
W Ministerstwie Magii panował niezwykły ruch. Otóż miał się stać cud... Już za chwilkę wpadnie do nich wielki Mag o straszliwej mocy, który raz na zawsze rozwiąże ich problemy...
Ubrany w granatowe jeansy i ciemną koszulę, długowłosy mężczyzna z kilkudniowym zarostem podszedł do obskurnego budynku. Przeszedł przez szybę.
Znalazł się w stosunkowo wytwornym gmachu. Wyłożona marmurem posadzka odbijała światło z ogromnych żyrandoli. Za szeroką ladą urzędowała podstarzała kobiecina.
- Co za fagasy – powiedział na głos Mag. – Mają problem z jakimś pedałem Voldemortem i nie strzegą głównej siedziby...
Kiedy przechodził obok lady do wąskiego przejścia dalej, stare, zniedołężniałe babsko warknęło na niego, ale unieruchomił je samym spojrzeniem. „Kogo oni zatrudniają w przeddzień wojny?” – pomyślał, zaprowadzając kolejnymi pstryknięciami porządek na korytarzach.
W końcu stanął w jakimś nie za wielkim pokoiku. Przed nim siedziało gremium trzech ubranych jak błazny, starszawych, łysych mężczyzn. No, może mężczyzn to za wiele powiedziane.
- A więc.... powiedziano nam, że się uporasz z Tym-Którego-Imienia....
- Voldkiem, czy jak mu tam. O! Voldemortem. – przerwał mężczyźnie Mag. – Dajcie no mi namiary i pięć minut.... – członkowie gremium pokiwali z powątpiewaniem głowami. Dali jednak nieszczęśnikowi adres zamieszkania Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Mag doszedł na jakiś mały cmentarz. Jakaś postać z twarzą węża właśnie pastwiła się nad piętnastoletnim chłopcem.
- Zostaw go, pedofilu! – krzyknął, podchodząc bliżej.
- Czego chcesz? – spytał domniemany pedofil.
- Gdzie jest...ten... no... Vol...Vol... Nie, nie o procenty w piwie mi chodzi... Volde-mort? Kurwa, nie możecie sobie wymyślać krótszych imion?
- To ja... – powiedział Voldemort, zirytowany.
- Aaaa... no cóż. Wiesz, nie mam nic do cię personalnie, ale zapłacili mi i wiesz.... – używając sfery Korespondencji teleportował się za Voldemorta. Użył jeszcze sfery Życia i po problemie. Teleportował się do Ministerstwa Magii.
- Cholera. Trzy sekundy spóźnienia. Starzejesz się, Chris. – stwierdził, odbierając nagrodę.
Ubrany w skórzane spodnie, barczysty facet z zielonym irokezem na głowie i kolczykami na całej twarzy przeszedł przez wrota Ministerstwa Magii.
- Za mało tu alternatywy. – powiedział, patrząc po idealnie rozłożonych ozdobach. – Za mało artystycznego chaosu. – powiedziawszy to, od razu zaczął wprowadzać ów chaos w życie. Pieszczocha zataczała szerokie kręgi, szorując posadzkę w wytrawny pentagram, rozsypana ziemia z doniczek posłużyła jako obramowanie, połamana lada płonęła, nadając wszystkiemu złowieszczego klimatu. – No. – rzekł. – Teraz to wygląda na siedzibę ludzi. – powiedział, przyglądając się pobojowisku. Po chwili przewrócił jeszcze ostatnią doniczkę.
- No, to gdzie ten, co go mam zachlastać?! – ryknął na cały głos. Ktoś cichaczem podał mu malutką kartkę. – AŻ TAM?! – wrzasnął. Po chwili się uspokoił. – No dobra... trza mieć kasę na Woodstock. Akcelerecja! – Brujah dosłownie wyparował z pomieszczenia.
Zawędrował do jakiegoś karłowatego budynku. Przeszedłszy przez naście sal, trafił w końcu na bandę walczących plebejuszy przebranych za czarodziei. Podszedł do jakiegoś przyzwoicie odzianego karzełka z błyskawicą na czole. Młody wypłakiwał się nad jakąś kotarą.
- SIEMA!! – krzyknął. – Fajna dziara!! Co się mażesz?!
W odpowiedzi Harry wydukał przez łzy „Syriusz...”
- A! kumpel cię odszedł?! Nie martw się, przed tobą jeszcze cała wieczność nieżycia!! – po czym uderzył go z całej siły w plecy. Niefortunnie miał za dużo siły, wgniecione żebra zmiażdżyły serce i płuca... – Ups.... – mruknął. – No DOBRA!! Który z was to Voldemort?
Na okrzyk Brujaha odpowiedziała cisza.
- No który tam to Voldi?! – jakaś przerażona staruszka w bordowej szacie pokazała mu drzwi. – Że co?! Że mam niby wypierdalać?! – źle zrozumiał ją wampir. – Masz farta, babo, bo takich nie bije! – wypiął dumnie klatę. – Mam swoje zasady!! No, idem szukać tego Vola.
Szlajał się, podziwiając widoki i wprowadzając w życie artystyczny chaos przez dobre pół godziny. Znalazł swój cel w wielkiej komnacie. Pojedynkował się z jakimś innym, starym czarozłodziejem.
- Suwaj dupę, dziadku – powiedział do tego w czarnej szacie. Do tego w białej rzekł. – Ty musisz być ten zły, Voldek czy coś tak?
- Nie, to on jest Lordem Voldemortem, panem zła i ciemności, który sieje śmierć i zniszczenie, Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. – powiedział Albus Dumbledore (cholera, znów te lewe imiona i nazwiska....).
- Aha. – wampir odwrócił się. – No to tego.... – przerwał mu krzyk:
- Avada kedavra!! – zielony płomień wystrzelił w stronę Brujaha i rozbił się o jego potężny tors.
- Jaka podagra? – zażartował wampir. – A tak poważnie to masz dziadku pecha, ja już jestem martwy! – powiedziawszy to, sprzedał czarozłodziejowi pierwszy raz „z dysi”. Po dwóch minutach było po wszystkim. – No, to ile mi się należy?! – wrzasnął i zaczął wprowadzać artystyczny chaos. Tak, kochał artystyczny chaos. Szczególnie wprowadzanie go.
Ocena: 5.077
Liczba komentarzy: 13
Data dodania: 26.10.2008r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(48): 42 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, Fał