warto go przeczytać
Światło latarni ulicznej paliło się za nim tak, że z perspektywy pomieszczenia jego twarz okrył cień. Przykucał za oknem, czekając na jej reakcję, a tymczasem ona czuła się, jak gdyby ktoś ją przywiązał do kanapy, na której jeszcze przed chwilą spokojnie spała.
Głuche uderzenia serca dudniły w uszach, a strach sięgnął niemal apogeum. Chciała krzyknąć, ale jej gardło wydało się być wyschnięte i piekło ją swoją suchą jak popiół fakturą. Oddech miała płytki i szybki. Czuła, jak jej nogi stają się coraz bardziej wątłe, podobnie ręce. W głowie miała kompletny chaos. Rozszerzone powieki nie pomagały jej w dojrzeniu twarzy przybysza. Uszy łowiły wyłącznie stukot. Ciało zaczęło wpadać w subtelne drżenia.
— Sun, otwórz, to ja! — krzyknął dziwny gość głosem nastoletniego chłopaka.
Na jej gładkim czole pojawiła się zmarszczka. W głowie, zamiast czarnej pustki, zaczęło mrugać światełko, jak w nieoświetlonym korytarzu. Jakieś ciemne obrazy, rozmyte gesty i głęboko usadowione dźwięki zaczęły przetaczać się po jej ogłupiałym umyśle, wytrąconym ze swojej przerażonej koncentracji. Czarny eter jął wypełniać łagodny zefirek.
Ten baryton znała, znała na pewno. Słyszała go niejednokrotnie, ale zdawało jej się, że to było w poprzednim życiu... A przecież ludzkie wspomnienia nie blakły wraz z przemianą — ich ostrość pozostawała niezmienna.
Spuściwszy wzrok na kanapę na czas kojarzenia, znów odwróciła głowę lekko do tyłu, do źródła swego stanu, który był niczym innym, jak zmieszaniem.
Po kilku sekundach ciszy kolejne stukanie przyprawiło ją o lekki podskok i nagłą zmianę tętna. Ku jej zdziwieniu, gość przemówił.
— Sunday, swojemu kumplowi nie otworzysz? — Pomimo zaciemnienia na jego twarzy, dojrzała uśmiech, okraszony bielą zębów.
I wtedy wszystkie obrazy i dźwięki złożyły się we wspaniałą całość. Widziała każdy detal jego twarzy, przypomniała sobie nawet, że miał pieprzyk na policzku, a na wspomnienie jego uśmiechu aż sama się odeń nie powstrzymała.
Wydało jej się nieprawdopodobnym, że o nim zapomniała. „O takich ludziach się nie zapomina!”, myślała sobie, szczęśliwa z wizyty przyjaciela. Mroczny strach odpłynął, jego miejsce zajęła cudownie barwna radość.
Czym prędzej zsunęła się z kanapy i podbiegła do okna. Odwróciła odpowiednio klamkę i zaraz potem strumień chłodnego, orzeźwiającego powietrza napłynął do jej pokoju, ożywiając go swoim rześkim zapachem i temperaturą. Pomieszczenie, pogrążone w cieple ogrzewania, zdawało się spać wraz z jego właścicielką.
Chłopak, wzrostem sięgający prawie metra osiemdziesiąt, zeskoczył prawie bezszelestnie z parapetu do środka, a Sunday szybko zatrzasnęła cicho za nim okno, po czym zostawiła je uchylone. Nie chciała być rozespana teraz, kiedy zapowiadało się na noc, wypełnioną rozmowami na każdy temat.
— Brandon! — Rzuciła mu się na szyję, a jej serce radośnie trzepotało w jej piersi, jak ptak w klatce, pragnący wolności.
Odsunęła się od niego, trzymając go za ramiona.
— Kurczę, ale się zmieniłeś! I urosłeś! — Faktycznie, teraz musiała zadzierać głowę do góry, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
Przy jej 165 centymetrach wzrostu wydawał się być olbrzymem.
Spojrzała w jego ciemnoniebieskie oczy. Ich kolor wszystkich intrygował, kiedy byli w szkole przejściowej. Były prawie magiczne, przyciągały uwagę jak żadne inne. Gdy się w nie zaglądało, miało się wrażenie, że jest się poddawanym hipnozie. Tęczówki zdawały się być płynną farbą z subtelnym, srebrnym pyłem. Miał taką łagodną twarz i pełen optymizmu uśmiech, który nigdy nie schodził z jego ciemnych ust.
Ze śmiechem zmierzwiła mu brązowe włosy, a on ją złapał za rękę. Drugą sama złapała jego. Przyciągnął ją do siebie i przytulił do piersi, gładząc po jasnych włosach.
— Ty też się zmieniłaś — mruknął. — I chyba ostatnio zrezygnowałaś z diety zwierzęcej, co? Widzę dawny błękit w twoich oczach.
Odsunęła się znów od niego, nie chowając uśmiechu.
Przytaknęła głową.
— Odechciało mi się polować — przyznała otwarcie. — Uganianie się za sarnami jakoś mnie nie bawi... Ale nie mówmy o tym, lepiej ty powiedz, co cię do mnie sprowadza. — Po tych słowach pociągnęła go za rękę na kanapę, gdzie usiadł naprzeciwko niej.
Westchnął, a jego radosny wyraz twarzy przybladł. W sercu Sunday zrodził się niepokój.
— Niestety, nie zjawiłem się tutaj wyłącznie dla... dla odświeżenia naszej zażyłości — odparł, uśmiechając się smutno, jakby sam siebie chciał tym pokrzepić. — Przynoszę smutne wieści. Zapewne Blaire powiedziała wam w Bractwie o tajemniczym wzroście liczby narodzin wampirów. Podobnie, jak wy i ona, sam miałem nadzieję, że to ucichnie samo, że to skutek może jakiegoś nieudolnego polowania młodych, którzy — kto wie — może założyli jakąś paczkę i usiłowali sobie poradzić w grupie, czego efektem był ten skok. Niestety, nasze nadzieje okazały się być płonne. — Nie patrzył jej w twarz, tylko na swoje palce, splecione na kanapie. — Fakt, ów wzrost znacznie przyhamował, ale na tym nie koniec. O ile wszystko działo się w sąsiednich stanach, o tyle teraz... — Wreszcie zdobył się na odwagę, by połączyć swoje pełne bólu spojrzenie z jej, zatrwożonym. — Sunday, ja ci w ten sposób próbuję nieudolnie powiedzieć, że jesteśmy w niebezpieczeństwie.
Teraz jej serce wystukiwało nierówny, ale szybki rytm, którego nie mogła zrozumieć. Jej ciało zdawało się znów samo wprawiać w dziwne dygotanie, wywołując u niej gęsią skórkę. W wyobraźni widziała armię młodych wampirów, z oczami jak burgund, a świecącymi nieznanym, groźnym blaskiem. Ich ostre kły, odkryte przez górną wargę, odciągniętą w skutek wykrzywienia twarzy w grymasie wściekłości, zwierzęcej wściekłości. Jak z ich gardeł wydobywa się złowrogi warkot... Potem mózg podsunął jej obraz tonącego we krwi miasta — opustoszałego jak po katastrofie, gdzie jedynym gościem jest wiatr, czasem pojedyncze ptaki... Gdzie domy są przygnębiająco puste, a z każdego z okien z wybitymi szybami, wyziera przyprawiająca o dreszcze pustka... Gdzie części ubrań, mebli, a czasem nawet zaschnięte kałuże krwi na asfalcie, są wszędzie... Jak przedmioty codziennego użytku, a raczej ich szczątki, leżą na ulicy, samotne, ściskając za serce... Przecież tutaj było życie, tętniło pełnią swej energii! A teraz, przez siejącą spustoszenie bandę nowo narodzonych wampirów, jest tak okrutnie żałosne...
Chciała jak najprędzej zsunąć te widoki na skraj świadomości, ale dokonała tego z trudem. Przygryzała dolną wargę. Była bardzo niepewna o dalsze losy Roseville.
— W sąsiednich miasteczkach zdarzają się przypadki niewyjaśnionych zgonów, których ofiary są zimne i blade, nie można im też pobrać krwi.
Milczała. Tylko cisza wydawała jej się stosowna w tym momencie. Każda inna opcja zdawała się uwydatniać straszny wpływ nocy, ściągać zło, wychodzące na wierzch pod jej osłoną.
Spojrzał na nią, wiedząc, jak żałośnie to wygląda. Nawet samego siebie nie potrafił pokrzepić, a co dopiero kogoś drugiego... Nie umiał wyrazić swojego bólu, który sam sobie zadawał, będąc świadomym wrażliwości natury Sunday. Tak niemalże alergicznie reagowała na skrajne wieści, że trzeba było przygotować się na każdą ewentualność. A teraz jedynie rozszerzone oczy i ogólne, wyczuwalne napięcie mogło poświadczyć o zmianie jej nastroju. Potrafiła się opanować dużo lepiej, niż dwa lata temu, kiedy widzieli się po raz ostatni.
Westchnęła i oparła się głową o jego klatkę piersiową. Wiedziała, że czeka ją czas wytężonej pracy i — wbrew swoim cichym nadziejom — nie będzie mogła nadrobić nieprzespanych nocy. A tak bardzo chciałaby kiedyś spokojnie zasnąć, nie poprzedziwszy tego czterogodzinnym patrolem lasu! To była zdecydowanie najgorsza wiadomość dla niej tego dnia.
Gdy przypomniała sobie obrazy sprzed chwili, poczuła falę zaniepokojenia. Czy tak miało skończyć niewielkie, ale urocze Roseville? Unurzane po czubek najwyższej swojej budowli we krwi, a potem przywodzące na myśl pustynię? Czy takie było — także jej — przeznaczenie?
— A czy nie ma na to jakiegoś sposobu? — spytała.
On ją gładził znów po włosach, chcąc przekazać jej ciepło swoich uczuć. Wiele by dał, by teraz się nie bała.
Kolejne westchnienie.
— Nie — odparł ze smutkiem. — Wszyscy podejrzewają, że to rzeczywiście musi być jakaś zgraja, bo nie wierzą, że tego wszystkiego dokonał jeden wampir. Szczerze mówiąc, i ja w to wątpię; co jak co, ale tak szybkie to nawet pełne wampiry nie są. Jeśliby nasza teoria się sprawdziła, to nieznany jest cel tego przedziwnego procesu. W końcu — na co komu tylu młodych? Pomijając ich wrażliwość na zapachy, nie są do niczego przydatni. — Zamyślił się nad tym najwyraźniej, bo zmarszczył czoło, milknąc na kilka minut.
I Sunday zaczęła się w to zagłębiać. Co innego mogłoby kierować taką grupą? Jakie cele, zamierzenia? Przecież młode wampiry są niezdarne i mają kłopoty z okiełznaniem swojej siły i szybkości. Miażdżą komórki w dłoniach, wpadają na ściany — a to wszystko przez przyzwyczajanie się do nowego wcielenia. Najgorzej jest, gdy taki osobnik nie ma bladego pojęcia, kim się stał, a wyrusza do miasta. Może właśnie dlatego Swanville, Dreamland i pozostałe miasta zyskały tyle przedziwnych ofiar?
— Musimy powstrzymać tę falę, tak, jak powstrzymuje się falę powodziową — odezwał się nagle, przerywając ciszę. — Ta sytuacja stanowi zagrożenie dla naszej tajemnicy.
Odpowiedziało mu milczenie Sun, które było poparciem. Ludzie świadomi obecności wampirów wokół? To nie mogło zdać egzaminu. Powtórzyłyby się średniowieczne palenia na stosie i inne obrzędy, mające na celu zniszczyć wszystko, co nieludzkie i niezwykłe.
— Hej, a skąd wiedziałeś, że jestem w domu? — spytała po chwili ciszy, zmieniając temat. Od razu weselsze wyrazy pokazały się na ich twarzach. — Przecież mogłam być na patrolu.
Uśmiechnął się łobuzersko.
— Mój talent tropicielski — odparł.
— Ach, no tak! — wykrzyknęła panna Privy, plaskając się w czoło. — Jak mogłam zapomnieć?
W istocie, Brandon posiadał umiejętność niezawodnego tropienia. Wystarczyło, że powąchał rzecz, którą ktoś miał tylko w ręku lub nosił na sobie — i po sekundzie wiedział, którą drogę wybrać. Była to niezaprzeczalnie przydatna dodatkowa umiejętność. W związku z tym, Sunday nasunął się pewien pomysł, który zamierzała mu przedstawić.
— Zdarza się. — Uśmiechnął się pobłażliwie.
Jeszcze tylko przez sekundę się zawahała, ale stwierdziwszy, że nie zrobi jej nic za samo złożenie propozycji, odważyła się zapytać:
— No właśnie... jak dobrze wiesz, należę do Bractwa Półkrwistych, a ty jesteś świetnym tropicielem, których my potrzebujemy i... nie chciałbyś do nas dołączyć? — Spojrzała na niego niepewnie, przygryzając dolną wargę.
O dziwo, Brandon roześmiał się na głos i całkiem serdecznie, odrzucając głowę do tyłu. Sun nie wiedziała, jak to odebrać — wyśmiewał jej propozycję czy może w ogóle jej nie słuchał i przypomniało mu się coś zabawnego?
Kiedy w końcu się opanował, skierował ku niej oczy z ciepłym uśmiechem.
— Wiedziałem, że mi to zaproponujesz — wyjaśnił, ukazując dwa rzędy białych jak śnieg zębów. — Niestety, bądź stety — twoja twarz dokładnie odzwierciedla emocje, trawiące cię od środka. Zapewne musisz dużo pracować nad zachowywaniem kamiennej miny pośród tylu ludzi w szkole.
Zmarszczyła brwi. Właściwie, to nigdy nie zastanawiała się nad swoim stoickim spokojem i brakiem uczuć, podczas codziennego pobytu w liceum — to się po prostu działo. Nie mając nikogo do rozmowy, zwyczajnie zamieniała się w poważną, młodą osobę, zdającą się odrzucać swoim niemówieniem, cichością, mającą w sobie nutkę niezwykłości. W oczach wielu swoich rówieśników widziała tę iskierkę zaintrygowania w oku, kiedy przemierzała niespiesznym krokiem korytarz, z wdziękiem stawiając stopy na kafelkowej posadzce. Była niewiele bledsza od swoich ludzkich współuczniów, a jednak budziła odrobinę zainteresowania odcieniem swojej skóry. Nie potrzebowała słów, by móc to zauważyć.
Z krótkiej refleksji wyrwał ją kolejny wybuch śmiechu Brandona.
— Sun, twoja twarz jest jak olbrzymi billboard na budowli w centralnym punkcie miasta — jasna i przejrzysta! — skomentował z rozbawieniem.
Uśmiechnęła się kwaśno, przysięgając sobie w duchu przyłożyć się do ćwiczeń z mimiki twarzy (które i tak musiałaby zrobić ze względu na przynależność do teatru).
— Ale obiecuję się zastanowić nad twoją propozycją — dodał, gdy doprowadził się do porządku.
Ich rozmowa trwała, a zegar wskazał godzinę zero. Cisza i ciemność spowiły osiedle Sunday, kładąc nań coś w rodzaju zasłony; wszyscy sąsiedzi dawno zgasili lampy, rozkoszując się ciepłem swoich kołder. Nawet ona, wraz ze swoim starym przyjacielem, nie potrzebowała oświetlenia — srebrna poświata księżyca kładła się wzorzystym (dzięki firankom) promieniem na podłodze, dając odpowiednią dawkę światła. Jednak nie włączyli żadnej lampy z innego powodu — nie czuli takiej potrzeby.
Ale piasek w klepsydrze nie przestał się równomiernie przesypywać, toteż wraz z nastaniem godziny trzeciej, przyjaciele się pożegnali, wyrażając głęboką nadzieję na szybkie, ponowne spotkanie. I dopiero, gdy zamknęła okno, odcinając sobie dostęp rześkiego, wczesno porannego powietrza, obserwując, jak Brandon znika smugą na ulicy, przypomniała sobie, co zrobiła, a raczej czego NIE zrobiła. Miała autentyczną ochotę uderzyć głową w szybę. Była jednak świadoma konsekwencji, które rodzicom raczej nie przypadłyby do gustu, więc powstrzymała, karząc się jedynie silnym plaśnięciem w czoło i cichym, gniewnym warkotem.
Gdy, wyjąwszy jedynie kołdrę z kanapy i jedną z jej fabrycznych poduszek, wgramoliła się na rzeczoną kanapę, poczuła, że czekają ją poważne kłopoty. W normalnych warunkach właśnie wracałaby z patrolu, a ona teraz zasypiała z ciążącą świadomością zaniedbanego obowiązku. Błagała wręcz Boga, żeby ktoś ją uszczypnął, chichocząc przy tym, że mamrotała przez sen, że zapomniała o swojej nocnej straży.
* * *
Krocząc jedną z wielu uliczek małego Roseville niemalże czuła, jak worki pod jej oczami ciągną w dół całą skórę wokół nich, tworząc makabryczny obraz na jej twarzy. Miała szczęście w nieszczęściu: z jednej strony, Blaire wciąż się nie odzywała w sprawie opuszczonej, przymusowej pracy, rodzice z dziadkami wyjechali o piątej nad ranem na weekend w góry, uprzątnąwszy cały dom, ale to ona musiała zrobić zakupy i samodzielnie zmierzyć się z własnymi problemami.
Marszcząc twarz od radosnych, jasnych promieni słonecznych, napływających wprost do oczu, stwierdziła, że jej niezadowolenie wzrasta z każdą minutą i że za chwilę wybuchnie, jeśli nie znajdzie się w miejscu, gdzie te „wścibskie lasery” nie mają dostępu. Niewielkim pocieszeniem był fakt, że nie cierpiała na żadną z charakterystycznych, wampirzych przypadłości słonecznych — od takich wiosennych spacerów nie bolała ją głowa, ani nie spalała się w takim świetle. Spotkała też w swoim siedemnastoletnim życiu dwóch wampirów, których skóra mieniła się dziwnym blaskiem przy takiej pogodzie.
No i zmęczenie. To ono było głównym prekursorem jej złego samopoczucia. Skumulowana seria nieprzespanych nocy zaczynała się powoli odbijać na jej funkcjonowaniu. Fakt, że nie potrzebowała zbyt wiele snu, nie oznaczał, że nie potrzebowała go w ogóle — musiała się wysypiać przynajmniej dwie godzinny dziennie, a wówczas tylko w połowie spełniała ten warunek.
Minęła maleńki rynek z fontanną, przyglądając się jej z niesmakiem.
Już dreptała umiarkowanym tempem po wąskim chodniku, kiedy jej senne powieki nagle rozwarły się, dostając sygnał z potylicy, jakoby oczy dostrzegły coś interesującego. A nawet można pokusić się o stwierdzenie, że rzecz miała się o wiele gorzej, przyprawiwszy dodatkowo biedną Sunday o niesamowite wręcz tętno.
Z naprzeciwka nadchodziła postać, którą przecież wyśmienicie znała; ba, ona by ją rozpoznała z końca świata. Była wyższa od niej o jakieś pół głowy, może całą. Miała lekko rozwichrzone, a jednocześnie idealnie ułożone włosy. Z rękami w kieszeniach, w lekkiej, kolorowej bluzie, jeansach i białych adidasach, ze słuchawkami w uszach i o odrobinę zdegustowanym spojrzeniu swoich niebywałych kolorem oczu, nadchodził jeden z instrumentalistów teatru, którego Camille bardzo sobie ceniła na wybitne umiejętności i solidność.
Sunday momentalnie zapomniała o swoim złym humorze i niemal w panice zaczęła szukać w szarym bruku chodnika ratunku. Najchętniej zniknęłaby w krzakach albo pod jednym z zaparkowanych po lewej aut, ale nie wypadało używać swoich nadprzyrodzonych zdolności w takich okolicznościach. Zwłaszcza, że obowiązywała ją ścisła tajemnica, a sytuacja nie zagrażała jej życiu, ani zdrowiu — wyłączając psychiczne.
Chociaż dotąd czuła się w sam raz w swoim popielatym płaszczyku, wówczas nagle doszło do niej, że zaczyna się gotować. Wraz ze zmniejszaniem odległości, zwiększała się temperatura pod jej odzieniem. Pomyślała sobie cynicznie przez ułamek sekundy, że to prawie jak definicja jednego z tysiąca praw fizycznych.
Wszelkie próby uspokojenia i pogłębienia oddechu spełzły na niczym. Musiała się pocieszyć faktem, że to nie wpłynie w żaden sposób na jej zdrowie.
Sunday była wpatrzona w zbliżającego się znajomego, ale ten zauważył ją dopiero po chwili i uśmiechnął się delikatnie. Dziewczyna miała dziwne poczucie, że nie było to całkiem szczere i poczuła się jeszcze gorzej — bo to oznaczało, że nie żywi do niej żadnych pozytywnych uczuć. Miała wrażenie, że wraz z tą informacją, jej worki pod oczyma znów się powiększyły.
Aż nastał ten niechciany moment, gdy odległość między nimi nie mogła być większa niż dwadzieścia centymetrów. Sun wydawało się, że jej serce oszaleje.
— Cześć — przywitał ją, nie zmieniwszy wyrazu swojej twarzy.
— Hej — wychrypiała i odchrząknęła. W gardle czuła suchość i pieczenie.
— Jak się czujesz? — zapytał, a ona miała nierozumną minę, więc sprecyzował: — No wiesz, po ostatniej próbie.
Szybko skojarzyła fakty, słusznie przypomniawszy sobie o swojej nieprawdziwej wymówce i spotkaniu.
— Ach, już dobrze. — Po raz pierwszy odważyła uśmiechnąć się do niego.
I przez ułamek sekundy zaobserwowała na jego twarzy zmianę mimiki. Odniosła dziwne wrażenie, że był jak zahipnotyzowany, zaskoczony. Jakby nie spodziewał się takiej miny, a już na pewno nie takiego uśmiechu.
Momentalnie jej policzki pokryły się rumieńcami, a wzrok powędrował ku brukowi.
— A... będziesz na próbie? — spytał.
Wówczas podniosła głowę, a po tej mieszance emocji nie było śladu, ostatecznie — był to chwilowy przejaw.
— Tak, postaram się — odparła, znowu uśmiechając się, ale już nie tak promiennie, jak przedtem.
— No to... cześć — pożegnał się, zmierzając powolnie w drugą stronę.
— Pa — mruknęła nieśmiało i poszła prosto, wydając z siebie pełne ulgi westchnienie.
* * *
Mimo godziny osiemnastej, las nie wydawał się być taki mroczny; marcowa pogoda sprawiała, że dni były coraz jaśniejsze i dłużej trwały, a co za tym szło — miejsce spotkań Bractwa nie trwożyło wyglądem swoich członków. Ktoś mądry pomyślałby, że przecież wampiry nie mogą się bać, jednakże zdecydowaną większość wśród Półkrwistych stanowiły tylko ich połówki, a na dodatek, nawet u pełnych istot tej rasy, pozostawały gdzieś w głębi ludzkie instynkty... nie ma przecież rzeczy zupełnie czarnych albo białych — wszystko ma swoje dobre i złe strony.
Sunday z dziecinną łatwością odnalazła okrągły uchwyt klapy i wskoczyła do pionowego tunelu, schodząc wzdłuż niego po drabinie. W Kwaterze Głównej odbywało się rutynowe spotkanie.
Gdyby trafił w to miejsce przypadkiem jakiś zwykły śmiertelnik, mógłby pomyśleć, że to dość ekscentryczna kawiarenka dla bogatych celebrytów albo niedoszłych gwiazd. Każda twarz była piękna i idealna, wszyscy poruszali się z gracją i polotem, stroje też były nienaganne, słowem — zjazd utopijnych postaci. Panował tu miły gwar — rozmawiano przy filiżankach krwi zwierzęcej lub zwykłej herbaty, o ludzkich, zwyczajnych sprawach i problemach, opowiadano dawne historie swojego życia, poznawano się. Nie wywołałoby to może jeszcze jakiegoś szczególnego zaniepokojenia u hipotetycznego towarzysza; dopiero przemowa Blaire potrafiłaby biedakowi namieszać w głowie.
O równej osiemnastej, czyli godzinie rutynowego spotkania Bractwa, panna Ringleader stanęła na niewielkim podwyższeniu, na którym stały biurka ze sprzętem nawigacyjnym. Wszyscy przerwali swoje sielankowe pogawędki i zebrali sie tłumnie przed nią.
— Kochani, zanim zacznę skrót informacji z ostatniej chwili, pragnę wam przedstawić nowego członka. Jego wiedza i umiejętności okazały się być bardzo przydatne, toteż sytuuję go wśród Półkrwistych na okres próbny. Brandon, proszę, podejdź do mnie.
Na dźwięk tego imienia pewien rodzaj znużenia, rozwijający się w Sunday, nagle zmalał do zera, a ta jakby wybudziła się z sennego transu, ożywając prawie natychmiast.
Istotnie, przez tłum przedzierał się jej własny przyjaciel, uśmiechnięty przyjaźnie. Stanął u boku przywódczyni, która była bardzo zadowolona z jego obecności i swojej decyzji — Blaire była na tyle szczerą osobą, że gdyby okazał się beznadziejny, powiedziałaby mu to w twarz, ale nie spisałaby go na straty — udzieliłaby mu niezbędnej pomocy, zapisując na treningi. Żyła w przekonaniu, że każdy wampir powinien umieć się bronić i panować nad swoimi emocjami.
— Brandon Wright ma wrodzoną zdolność doskonałego tropienia. Zrezygnował ze szkoły po przemianie i myślę, że byłby idealnym zastępstwem dla Sunday.
Dziewczyna znieruchomiała. Słyszała bicie swojego serca, które zaczęło przyspieszać.
Czy Blaire miałaby serce wyrzucić ją niespodziewanie i bez powodu? Chociaż... ostatnio zaniedbała patrol i...
Koszmar wydał jej się zbyt blisko. Na tyle blisko, że usiłowała go zepchnąć ze swojej świadomości i dopuścić do głosu nadzieję, ale na nic zdały się te próby.
Ale Ringleader tylko roześmiała się na widok miny swojej podopiecznej.
— Sun, miałam na myśli cotygodniową wymianę — w jednym tygodniu ty, a w drugim on patrolowałby nocą las.
Privy miała ochotę odetchnąć głośno z ulgą, ale zrobiła to tylko w duchu. Na zewnątrz posłała przywódczyni przyjazny uśmiech.
Brandon zszedł do swojej przyjaciółki taki radosny, że miało się wrażenie, jakoby chciał nań rzucić. Stanął tak blisko niej, że niemal ocierał się o nią ramieniem.
— Co do wzrostu liczby przemian — wiadomo tylko, że fala „narodzin” zbliża się w naszym kierunku. To jest pewna przeszkoda. Dlatego patrolom zalecam większy obszar pilnowania — to znaczy, u Sunday nic się nie zmienia, miałyśmy taką małą umowę, że ona już prędzej zacznie wytężoną pracę. Mało który wampir rodzi się w dzień i w dzień atakuje. Więc od dziś straż ma poważniejsze zadanie. Reszcie zalecam tylko mieć oczy szeroko otwarte i nadal sumiennie wykonywać swoje zadania. Na dziś to tyle. Do zobaczenia w piątek i — miejmy nadzieję — nie prędzej. Dobranoc!
Brandon i Sunday natychmiast spojrzeli po sobie ze znanymi uśmieszkami.
— Nocna pogawędka? — spytała.
— A na co liczyłaś? — odparł jej pytaniem.
Ta się roześmiała i już po chwili cała Kwatera Główna opustoszała.
A kolejna dusza rodziła się w bólu...
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 14.11.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(49): 42 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał