Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: Ironiczna
Imię: Anna Łucja
O sobie: "„Praca polegająca na dobieraniu słów jest podobna do samotności. Szukanie słów, które mają w sobie siłę. Są jasne. Zmierzające we właściwym kierunku..."
Napisanych prac:
- wiersze: 163
- artykuły: 1
- proza: 137

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 582 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Nieumarły kwiat - I etap..." 20.05.2012
"Cztery dobre wróżby - epilog" 06.02.2012
"Cztery dobre wróżby -..." 03.02.2012
"Cztery dobre wróżby -..." 17.01.2012
"Cztery dobre wróżby -..." 03.01.2012

Inne prace tego autora:
"Pogrzebana w jasności cz. 1" 04.08.2010
"Rubinowe lato cz. 8" 31.10.2010
"Zebra - akt pierwszy" 17.04.2011
"Na niebie ciemne chmury..." 06.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 2" 04.08.2010

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka
"Igraszka - I etap..." - Poziomka.
"Ćma - prolog" - Miao?

Guzik na szynach

Jestem mężczyzną w średnim wieku, który spóźnił się na pociąg. Większość ludzi powiedziałaby to znane już słowo: ‘normalka’, ale nie ja. To słowo nigdy mi się nie podobało. Lubię ciche życie, z dala od trendów i wpływów głupiutkich gwiazd oraz ludzi. Żyję swoimi staroświeckimi zasadami, nawróconymi przed dwudziestoma laty poprzez pewne niemiłe wydarzenie. Jego wspomnienie to jedyny sposób na oczyszczenie. Po latach dojrzałem do tego, aby wreszcie wszystko opowiedzieć.

Agata szybko zapinała guziki brązowej bluzki. Farbowane na buro płótno skutecznie skrywało filigranową figurkę. Wąskie nogi już od dawna były okryte nowymi dżinsami z Zachodu. Był to dar od Marcina, jej światowego i wszędzie podziwianego chłopaka. Teraz dziewczyna musiała się pośpieszyć, aby zdążyć złapać go na przystanku i razem z nim ruszyć do ich znienawidzonego liceum. Szybko chwyciła swoją ulubioną, jedwabną apaszkę w kolorze burgunda i zawiązała ją na bladej szyi. Uwielbiała dokładać ją do każdego stroju, trochę nieumiejętnie kontrastować z różnorodnymi strojami. Przed trzema laty otrzymała ją w testamencie po babci, której nigdy nie znała. Mimo to ilekroć spojrzała na apaszkę, na nowo zyskiwała pewność, iż babcia była osobą niezwykle barwną. Dziś po raz kolejny potrzebowała blasku apaszki.
Byli parą już od roku. Parą w miarę spokojną, czasem namiętną i wrogą, chwilami uosobieniem niewinności i cnoty. Parą nieprzeciętną. Ich charaktery diametralnie się różniły, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Lubili się uzupełniać, uczyć siebie nawzajem pokory i szacunku. Agata bardzo często musiała oblewać się kubłem zimnej wody, zgrzytać po cichu zębami i zgadzać się na ekstrawaganckie pomysły Marcina. Wiedziała, że zbyt szybko się poddaje, ale przychodziły chwile, że szkolne kokietki z powrotem wkraczały do akcji ‘Wytropienie słabości Marcina’. Musiała czuwać. Nigdy nie pomyślałaby, że może być zaborcza, że może tak walczyć. A jednak walczyła. Kiedy poznała Marcina, wszystko uległo przeróbce. Ciemne barwy prędko się rozjaśniły. Chwilami tak, że aż parzyły oczy.

Tamten wieczór szczególnie zapadł w pamięć Agaty. Nawet nie z racji poznania wyjątkowej osoby, ale bardziej przez niewiarygodną, różowawo-zielonkawą barwę księżyca. Siedziała nad strumieniem, który ukryty w gęstwinie falujących od wiatru drzew, nie był w stanie ukazać się pobieżnym wędrowcom. Sowy pohukiwały ostrzegawczo, jakby próbując odwieść ją od wielkiego pragnienia wzbicia się w niebo. Wiewiórki przemykały cicho po gałęziach, pobudzając do życia wiatr. Jeże majestatycznie kroczyły między omszałymi pniami. Nocne życie było bardziej fascynujące. Toczyło się wolniejszym, bardziej dopracowanym rytmem. To taki las wolała Agata. Siedziała, kontemplując ciszę. Las wtórował jej bezgłośnie. Dzięki temu usłyszała czyjeś skradanie się. Natychmiast się zerwała, gotowa do ucieczki i jednocześnie przerażona. Chwyciła plecak i zarzuciwszy go sobie na plecy, stanęła w pozie obronnej i oczekiwała. Gęstwina drzew ukryła ją w sobie.
Ujrzała ciemną postać, idącą w skupieniu do strumyka. Przykucnęła i przemyła ręce. Jego rysy były dość nieregularne w świetle księżyca.
Agata dalej obserwowała nieznaną postać. Wreszcie zauważyła skrawek twarzy. Nieznane oczy zdawały się przenikać jej duszę. Natrafili na siebie wzrokiem. Agata postanowiła wyjść z ukrycia.
- Kim jesteś? – spytała nieznana osoba.
- A ty?
- Marcin jestem.
- Agata. Co tu robisz?
- Łaziłem sobie tu i tam. Pomyślałem, że tu jest przecież strumień. Chciałem przemyć twarz, bo noc dziś gorąca.
- Mówi się chodziłem – poprawiła prędko pedantyczna Agata.
- A czy to nie to samo?
- Nie.
- Dobra, poprawię się. Zawsze jesteś taka dokładna?
- Tak.
- A zimna?
- Zimna? Rzadko, ale może wyzwalasz we mnie to odczucie.
- Lubisz dowalać, no nie?
- Nie lubię i nie zamierzam się powtarzać.
- Więc się nie powtarzaj.
- Nie papuguj i nie kpij.
- Nie chcę kpić. Nie z ciebie.
- Nie kokietuj! Po prostu patrz.
- Na ciebie? To będzie ładny widok.
- Kontempluj piękno nocy.
- Co ty, poetka jesteś?
- Nie, nie nadaję się do tego, chociaż rozumiem przyrodę.
- Więc kim będziesz?
- W przyszłości? Biologiem. Chcę wszystko dobrze rozumieć. Współgrać.
- Dziwnie gadasz.
- Nie rozumiesz.
- Nie wszystko. Dziwnie gadasz.
- Idź, skoro nie wiesz.
- Wytłumacz mi.
- Siadaj i słuchaj.

Potem wszystko potoczyło się dość szybko. Parę przypadkowych spotkań, dyskusji i kłótni, aż wreszcie dwuznaczne, nieśmiałe słowa Marcina o wspaniałym filmie granym tamtego wieczoru. Ostatecznie skończyli w chińskiej, podrzędnej knajpce.
Widywali się poza szkołą, z dala od zawistnych koleżanek. Nie były to zaplanowane spotkania, tylko takie przypadkowe. Oboje mieli świadomość, że gdyby wszystko wyszło na jaw, mogliby naprawdę źle skończyć. Jednak los marzył o ich częstych spotkaniach. Stykał ich ze sobą przynajmniej raz dziennie.
Ostatecznie poprzysięgli sobie wierną, romantyczną i dość naiwną miłość. Stało się to w miejscu ich pierwszego spotkania.

Agata przybyła, aby odreagować domowy stres. Matka i ojciec niezwykle naciskali na oceny, nawoływali i napominali, aby zajęła się młodszym rodzeństwem, czteroletnimi bliźniakami.
Teraz strumyk mienił się zachodzącym słońcem. Jego blask oślepiał jej biedne, strapione oczęta. Niewiele myśląc, ukryła twarz w trawie i leżała tak, rozmyślając o przyjemniejszym temacie, słodkim uśmiechu Marcina podczas ich ostatniego spotkania. Nie miała pojęcia, jakim cudem ciągle na siebie wpadają, ale musiała przyznać, że to nawet piękne. Nie wiedziała, co odczuwa, myliła się w wielu sytuacjach. Nigdy nie miała daru wykrywania swoich emocji. Zawsze opóźniała się w dojrzewaniu; była emocjonalnym wyrzutkiem. Wokół niej szerzyły się pseudomiłości koleżanek, a ona przez te wiele lat spoglądała na nie ze wzgardą. Teraz miała już szesnaście lat i powinna była zacząć decydować. Postanowiła zadać sobie najważniejsze pytanie: ‘Kim jest dla niej Marcin?’
Trawa pachniała cudownie. Miała w sobie upajającą, wręcz narkotykową nutę. Była jej nowym, leśnym opium. Pragnęła połączyć ją z lekką wonią Marcina. Jako, że jego rodzina często wyjeżdżała za granicę, miał on naprawdę dobre kosmetyki i ubrania. W okresie PRL-u było to nie lada wyzwaniem. Nigdy nie zależało jej na rzeczach materialnych.
Usłyszała kroki, trochę tak jak wtedy, ale dziś były lżejsze i bardziej śmielsze. Jakby wiedział, że ona tu będzie. Delikatnie się podniosła i ujrzała jego twarz. Był jakiś nieswój, dziwnie zatroskany. Zwykle tryskał śmiechem i był duszą towarzystwa. Może to ta noc tak na niego działała?
- Maciek…- wyszeptała.
Spojrzał na nią jakby dopiero ją zauważył.
- Agata… Agata, jak to dobrze, że tu jesteś! A może… a może jednak źle… Sam już nie wiem…
- Co się stało? Wyglądasz jak cień!
- I tak się czuję. Nie, nie, to głupie, zupełnie głupie.
- Mów!
- Agata, ja wiem, że to wszystko zabrzmi śmiesznie… I tak to wygląda. Znasz Mańkę, prawda?
Wstrzymała oddech, nagle przypominając sobie modnisię Marię Guzikowską, zwaną Manią. Odkąd zaczęła liceum, ciągle spotykała się ze złośliwymi komentarzami ze strony owej damy. Dopiero teraz przypomniała sobie nazwisko dziewczyny.
- Guzikowska… Ty jesteś Guzikowski!
- To moja siostra. I… tak, wiem, że ci dokucza. Nie mogę nic zrobić, próbowałem, ale gdybym cię tak nagle obronił, mogłaby zrobić ci wielką krzywdę. Ona jest zdolna do wszystkiego. Wszystko powinno iść tak, jak ona zechce.
- Rozumiem…
- Nie, ty nic nie rozumiesz! Chciałbym cię bronić, będę chciał i jeśli się uda, będę to robił. Ale nie zawsze mi się uda… Aga, ja… Chciałbym ci pomóc, a nie umiem. Kocham cię, Aga.
Agata szybko podniosła głowę, przypadkowo zahaczyła spinką o bluzkę i zaczerwieniła się gwałtownie. Po chwili uwolniła się od wrednego problemu.
- Marcin… O Boże, dlaczego ty się tak tym zamęczasz? Ona dokucza mi rzadziej… Wszystko jest dobrze. Już czerwiec, za chwilę koniec roku.
- Nie zmieniaj tematu. To jak?
- Co jak?
- Kochasz mnie? – zapytał z trochę za pewnym siebie tonem.
- Nie chciałam o tym mówić, ja wiem, że musielibyśmy się unikać… Spotykać rzadziej, to byłby trudny związek… A teraz… teraz nie wiem! Myślisz, że tak od razu rzucę ci się w ramiona i będę szczęśliwa? Będę szczęśliwa ukrywając się?
- Czyli nie?
Chciał odejść, ale jej lekki dotyk zamroził go na parę sekund.
- Marcinie, ja nic takiego nie powiedziałam. Kocham cię. Możemy się ukrywać…
- Jesteś boska!
- Nie przesadzajmy…
- Nie przesadzam…
I ucałował jej usta, czarując biedną, naiwną dziewczynę. Przecież potrzebował pomocy z biologii.

A teraz z powrotem była w świecie czwartej klasy, dryfując po falach niewiedzy. Trzy lata wspaniałego związku. Marcin, ten kochany chłopak, który kaprysił, ale starał się to dawkować coraz mniej. Kochała go, ale chwilami miała już dość tego ukrywania się i nie ukrywała swej złości. Jego przerażona mina przywracała ją do rzeczywistości. Pragnął chronić ją przed plotkami i dokuczliwością. Musiała to zrozumieć.
Mijała sklepowe witryny, zastanawiając się, jaką minę będzie miał dziś Marcin. Pragnęła jego uśmiechu, który rozbijał pajęczyny smutków. Mknęła zakurzonymi ulicami, aby wpleść swoją rękę z jego i rozłączyć się kilkadziesiąt metrów przed liceum.
Wreszcie dotarła. Już z daleka lśniły jego oczy i koralowe usta. Wachlarzyki rzęs zdawały się delikatnie kołysać szmaragdowe oczęta. Rozjaśnili sobie twarze i zatonęli w ciepłych spojrzeniach.
- Cześć, Aga.
- Witaj.
- Autobus będzie za chwilę.
Odczekali tak chwilę, jednak tego dnia pech postanowił rozwinąć swoje sidła. W momencie, gdy wsiadali, obok autobusu przejeżdżała taksówka z Manią. Momentalnie przypudrowany nos przylepił się do szyby, a ciemne, wylakierowane włosy zjeżyły się jak u kota.
- Twoje niedoczekanie, Agatko szmatko, żebyś mi brata ukradła – warknęła.

Mania upewniła się, że dobrze widziała i poczekała na dogodną okazję. Marcin właśnie uczył się matematyki do matury. Ona nie musiała, wiedziała, że ściągi wystarczą. Prędko przeczesała włosy i z wrednym, lekko niewinnym uśmieszkiem wkroczyła do pokoju jak ciemny wyrok. Marcin wzdrygnął się na dźwięk skrzypiących drzwi.
- Czego chcesz? – mruknął, nie odrywając wzroku od podręcznika.
- Oj, może grzeczniej. Wiesz, poznałam twój sekret. I chyba dobrze trafiłam - roześmiała się.
- O co ci chodzi, Mańka?
- Ty dobrze wiesz, dobrze wiesz.
- Nie, nie wiem.
- Dlaczego ukrywałeś, że chodzisz z tą szmatą?
- Jaką szmatą? Z kim chodzę? Mańka, zwariowałaś?
- Nie kręć, idioto, ja wiem. Dzisiaj rano wsiadałeś do autobusu z Agatą Jankowską.
- A czy to zbrodnia?
- To i tak wielki minus w moich oczach. Ale poczekaj, debilu, poczekaj… Patrzyła na ciebie tak, że się zdradziliście. Ty też, tyle, że bardziej… tak, no…
-…powściągliwie? – mruknął znudzony, całą swoją energię wkładając w to, aby ukryć jak bardzo rani go Mania.
- Tak, tak. Ile już ze sobą chodzicie? Mów, braciszku, bardzo ciekawa jestem…
- Nie chodzę z nią!
- Nie udawaj, mam oczy. Więc ile? Tydzień czy dwa, żeby podkuć się z bioli, no nie?
- Nie.
- Kłamiesz i tyle, a ja cię dobrze znam. To jest taka szmata, ona nie zatrzymałaby cię na dłużej…
Marcin łatwo wplątał się w misterną sieć intryg Mańki. Pod wpływem impulsu i męskiej dumy udzielił wszystkich potrzebnych informacji.
- Nie! A właśnie, że nie! Trzy lata, Mańka!
Manię z lekka przytkało, ale postanowiła wziąć się w garść. Nie spodziewała się, że to tyle czasu. Zdała sobie sprawę, że jej plan może się wypełniać niezwykle trudno. Postanowiła zaryzykować.
- Hmm, ciekawe. Doczekacie do srebrnych godów? – zakpiła.
Marcin spojrzał na nią błagalnie.
- Proszę cię, zostaw ją w spokoju. Maniu, ja cię znam. Ty nie jesteś zła, tylko ludzie wokół cię zmienili.
- Pierdoły gadasz. Zakuwaj, ja muszę lecieć do Baśki – wybiegła, przysięgając sobie, że Agatkę dopadnie jej słodki wyrok.

Jednak plan musiał być misterny i powstawał długo. Tymczasem mijały tygodnie, a związek Agaty i Marcina cementował się coraz bardziej. Zachowywali coraz mniej środków ostrożności, gdyż wiedzieli, że już niewiele czasu spędzą w tychże murach. Jednakże los zachowywał ich jeszcze w ukryciu. Mimo to, gdyby ktoś ich przyłapał, bez żadnych skrupułów wyjawiliby mu całą prawdę. Marzyli o tym, aby się pokazać. Chcieli, żeby wszyscy wiedzieli, jak bardzo są szczęśliwi. Takie marzenia nie miały na celu chwalenia się. Marcin chwilami jeszcze uważał się za lepszego od Agaty. Jednakże tylko tego dnia chwilami, gdyż dawne cele szybko go opuściły, gdy wpadł w fascynację panną Jankowską. Snuli ciche i niepewne plany na przyszłość. Agata miała poświęcić się nauce, zostać wspaniałym naukowcem. Marcin obmyślił sobie życie jako przebiegły prawnik. Na początku mieli wynająć średnie mieszkanko w Warszawie, studiować, biegać na imprezy (pomysł Marcina), utrzymywać się z pieniędzy od państwa Guzikowskich i ewentualnie z tego, co zarobią w polskim mieście marzeń. Agata godziła się na te plany, ale w sercu marzyła o studiowaniu w romantycznym Krakowie, a nie zapchanej Warszawie. Jednak jej miłość do Marcina przezwyciężała wszelkie lęki. Kiedyś, w młodszych latach swego bytu, buntowała się przeciwko związkom. Z biegiem czasu zrozumiała, że człowiek bez miłości scapieje do cna. Teraz miała osobę, którą mogła wspierać i kierować nią w wielu sprawach. Prawda była taka, że Marcin dość często zachowywał się jak dziecko we mgle. Po trochu szpaner, marzyciel, zupełnie nieprzystosowany do realistycznego świata. To ona trzymała ster.
Tego dnia Agata i Marcin umówili się pod jedynym kinem w ich maleńkim mieście. Mieli obejrzeć jakiś nudny, wedle Agaty, film sensacyjny. Agata czekała już od pięciu minut, ale Marcin wciąż się nie pojawiał. Mimo to postanowiła dalej oczekiwać. Niepokój ciągle wstrząsał jej duszą, ale starała się go systematycznie tamować. Na szczęście przyszedł po pół godzinie.
Jego widok od razu wytrącił ją z równowagi i wprowadził serce w stan bliski omdleniu. Zwykle tak nie reagowała, ale dziś… dziś wyglądał tak dziwnie. Był szczerze przerażony i jakiś inny. Nigdy nie widziała go w tak złym stanie. Ruszyła ku niemu, jak zwykle opiekuńcza i gotowa zrobić dla niego wszystko. Wyciągnęła rękę, ale ją delikatnie ominął. Nie patrząc na nią, zaprosił ją do restauracji i poprosił o rozmowę. Kiedy znaleźli się w lokalu, wreszcie wyczuła dziwne wibracje w powietrzu. Ale jej, tak doskonale wykształcona intuicja, nadal szwankowała. Wreszcie Marcin przemówił.
- Dowiedziałem się czegoś… - zaczął powoli.
- Czego? – spytała od razu zniecierpliwiona Agata.
- Posłuchaj – warknął, ale zaraz się opanował. – Wiem, nie powinnaś się denerwować… Widzisz, doszły do mnie plotki… Nie, to nie są plotki, ale prawda. Wszystko na to wskazuje. Ja wiem, że tyle sobie obiecywaliśmy, ale teraz to już niemożliwe. Zawiodłaś mnie, złamałaś nasze przyrzeczenia i umowy…
- Kiedy je złamałam? – spytała zdziwiona, ale wciąż opanowana Agata.
- Parę miesięcy temu, nie wiem kiedy… To ty powinnaś to wiedzieć… Boli mnie, że to tak wyszło, ale nie potrafię żyć z kimś, kto mnie zdradził.
- Zdradziłam cię? Na litość Boską, o co ci chodzi?
- Szkoda, że się wypierasz, mimo tej szczerości, którą w tobie lubiłem. Wybacz, było miło, ale się skończyło.
- Skończyło się? Dlaczego ty mnie rzucasz?!?
- Przecież ci powiedziałem… Wybacz, zadzwonię za tydzień.
Odwrócił się z krwawiącym sercem, ale wiedział, że to najlepszy wybór. Jak to dobrze, że w porę się dowiedział. Lubił zdradzać, ale jego dziewczyny nie mogły tego zrobić.
Zrozpaczona Agata wybiegła za nim, ale otoczyło ją zimno marcowego wieczoru. Została z pogorzeliskiem samej siebie.

Uśmiechał się lekko, tak pięknie i łagodnie. Zupełnie jakby nic mu nie dolegało. Jemu nie, przecież porzucił ją tak szybko, bez wyjaśnienia i skrupułów. Jej zostawił ciężką ranę w sercu. Pragnęła go zrozumieć, ale wciąż nie znajdowała właściwych, racjonalnych argumentów. Znudził się i już… Coraz częściej mijała ironiczne, kpiące spojrzenia Mani. Kiedyś było ich mniej, a teraz wręcz ją bombardowano! Ilekroć próbowała porozmawiać z Marcinem, zbywał ją czymś i odchodził z miną pełną cierpienia. Agata, ta osóbka, która niegdyś potrafiła przetrzymać huragany, teraz płakała co wieczór, próbując zrozumieć. Mimo wszystkich zawirowań losu, jakie na nią spadły, zdała maturę i pozostało jej już tylko zaplanowanie swojej przyszłości. A teraz stała za drzewami i obserwowała Marcina, który z przerażeniem wpatrywał się w taflę strumyka. Nie mogła wyjść, musiała zachować pełną ostrożność i nie zdradzić się ani jednym szmerem.
Była zdziwiona. Jeszcze przed chwilą Marcin się uśmiechał, a teraz jego postawa uległa takiej zmianie. To było nie do uwierzenia. Czyżby ta rozłąka też kosztowała go wiele bólu? W całym swoim życiu Agata nigdy nie podejrzewała, że zwiąże się z kimś takim. A jednak. Dopiero teraz naprawdę dostrzegła całą jego postać. Był niezwykle rozpieszczony i egoistyczny. Ale przy niej zawsze się zmieniał, rozkwitał. Przy niej ukazywał całą swoją inteligencję i umiejętnie kierował ją w piękny świat. Dziś wszystko się zmieniło…
Zamyślona, nie zauważyła, że tuż obok niej łamie się gałąź. Głośny trzask automatycznie skierował wzrok Marcina ku kępie krzaków, z której wyzierała zamyślona twarz Agaty.
- Agata, co ty tu robisz? – spytał gniewnie.
- Przyszłam sobie posiedzieć.
- Aha.
- To przecież moje miejsce. Ty trafiłeś tu jako drugi.
- Żałujesz?
- Nie, niczego nie żałuję.
- No cóż, to mnie chyba upewnia w decyzji. Żegnaj, Agato.
- Żegnaj? – spytała z nieukrywanym przerażeniem.
- Jutro wyjeżdżam za granicę.
- Wyjeżdżasz… - powtórzyła otępiała jak jakaś głupiutka osoba.
- Tak.
- Daleko?
- Tak.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż Agata zdołała z siebie wykrztusić coś, co przesądziło sprawę.
- A napiszesz do mnie?
- Nie. Już nigdy więcej. Żegnaj, Agato.
- Do widzenia… - wyszeptała spuchniętymi ustami i zaczęła po cichu płakać.

Siedziała w kącie i starała się racjonalnie pomyśleć. Stanęła przed wyborem życia. Albo urodzi bękarta, albo zabije siebie i dziecko. Wiedziała, co powiedzieliby rodzice. Teraz studiowała w mieście swoich marzeń – Krakowie. Miała niepewny dach nad głową, czyli mieszkanko wynajmowane u pewnej miłej wdowy. Studiowała w tygodniu, a weekendami uczyła się i pracowała jednocześnie. Musiała to wszystko godzić. Ciąża zepsułaby cały porządek. I co teraz? Po raz któryś z kolei przypomniał się jej Marcin. Szczęśliwa twarz, która zdawała się wybuchać z nadmiaru pozytywnych emocji. Byli w sobie tak zakochani. A raczej ona w nim. On nigdy nie traktował jej poważnie. Teraz była zależna tylko od siebie, ale wciąż bała się opinii ludzi wokół niej i jej bliskich. To ją przytłaczało. Miała już dwadzieścia dwa lata, ale wciąż czuła się jak dziecko we mgle, które za chwilę skarcą.
Trzy lata temu, tuż po wyjeździe Marcina, dowiedziała się całej prawdy. Zrozumiała, dlaczego odszedł bez tłumaczenia. Ale nie miała siły wyjaśniać tej pomyłki. Zatonęła w studiach.

Wybiegła wczesnym rankiem, w tunice do kolan z kapeluszem na głowie. Promienie słońca wdzierały się za duże rondo kapelusza i skutecznie psuły jej uczucie chłodu. Kiedy dotarła do straganów, zobaczyła roześmianą Manię z jakimś chłopakiem. Automatycznie dostała drgawek, ale dzielnie ruszyła dalej, planując ją ominąć. Niestety, Mania chyba dostała jakiegoś ataku, gdyż zatrzymała ją z miłą miną, zupełnie bez podtekstów. Możliwe, że biedna Agata nie mogła się ich doszukać.
- O, dobrze, że cię widzę! Jak to znosisz?
- Co znoszę? – mruknęła Agata, usilnie próbując zgadnąć jak zamierza jej dokuczyć.
- Nie udawaj, ja wiem, że rzucenie przez chłopaka to jest straszna rzecz. Ale szybko się pocieszam… Widzisz? – Mania beztrosko wskazała palcem swojego towarzysza, który stał przy innym straganie.
- Widzę.
- Nie chcę być twoim wrogiem. Nigdy nie chciałam, ale to jakoś samo wyszło. Widzisz, nie powinnyśmy się już kłócić… Nie chcę. Zwłaszcza, że już nie ma o co. Zawsze bardzo kochałam mojego brata i byłam o niego w pewnym stopniu zazdrosna. Teraz nie ma już takiej potrzeby.
- Nie ma?
- Nie, on wyjechał do Anglii.
- Do Anglii, mówisz…
- Tak. Chciał innego życia. A skoro marzył, to mu dopomogłam.
- Nic mi nie powiedział.
- Słyszałam, że zerwaliście – powiedziała Mania niezwykle smutnym tonem.
- Owszem. Wybacz, muszę już iść.
Przepłakała całe dwa dni. Nic jej nie powiedział o wyjeździe, a jego siostra maczała w tym palce. To było zbyt wiele jak na jedną rozmowę. Omotała się jakimś pancerzem i porządnie ukryła. Odsłoniła go tylko przed pewnym subtelnym artystą, wolnym ptakiem, który po zakończeniu ich cichego romansu szybko się ulotnił. Głównie z winy Agaty, która znienawidziła związki. Po prostu chciała spróbować namiętności. Tamten artysta, Michaile, też kogoś utracił. Ona w namiętności przyzywała Marcina, on swoją Oksanę. Jednakże ich romans dał światu maleńką Olgę Gorczycę Jankowską. I Agata musiała sobie jakoś poradzić. Dziecko było problemem, gdyż niedokończone studia nie dawały jej żadnej perspektywy na przyszłość. Dziewczęcia całe lata pilnowała sąsiadka, a Agata zdołała ukończyć studia i rozpocząć pracę. Olga od dziesiątego roku życia oczekiwała popołudniami na matkę, a gdy wracała, otrzymywała od niej godzinę czy dwie wolnego czasu na rozmowy. Życie Agaty stało się jednym, wielkim ciągiem obowiązków. Umarła mając czterdzieści trzy lata.

Marcin rozejrzał się dookoła. Gwar ulic zwiększył się, wokół rozkwitły bary szybkiej obsługi, dziewczęta przeistoczyły się w bardziej pokrętne i porozbierane kobiety. Jednak Marcin nie miał zamiaru tego wszystkiego oglądać, przeżywać stratę tamtego pamiętnego miasteczka jeszcze za czasów socjalistów. Zerknął do komórkowego GPS i skierował się ku mieszkaniu Agaty. Jednakże już po chwili czekała go niespodzianka. Ona już tu nie mieszkała, rodzice od dawna nie żyli, nikt nie znał adresu. Istna klapa.

To przypadek ich zetknął. Trafem pokrętnego losu upuściła torbę właśnie tam, w tym miejscu, gdzie Marcin po raz pierwszy chwycił tornister Agaty. Na tą starą płytę chodnikową upadł skórzany sprzęt szkolny. Natychmiast przeniósł spojrzenie na niewinną dziewczynę, która gorączkowo zbierała produkty spożywcze z ziemi. Ciemne włosy stały do góry (zapewne na żelu) ukazując światu zatroskaną twarz anioła. Lazurowe oczy obramowane były długimi rzęsami, które rzucały łagodne, ledwo widoczne cienie na blade policzki. Marcin poczuł, że zaraz zemdleje. Dziewczyna była istną kopią Agaty. Niewiele myśląc, jak opętany, rzucił się do niej, podniósł z ziemi i mocno przytulił. Anielica okazała się silna, wyrwała mu się i spojrzała spode łba.
- Co pan robi? – warknęła ostro.
- Przepraszam, ale wyglądasz jak ona… - szepnął, nadal nic nie rozumiejąc. Jej wygląd zamroczył mu umysł.
- Jak to? Nie znam pana, proszę mi dać spokój!
- Nie mogę. Nie mogę… - szeptał dalej jak w malignie.
- Pan… pan jest chory? Zbladł pan. Niech pan siądzie – dziewczyna usadziła go na ławce, pozbierała resztę zakupów i usiadła obok niego.
- Jesteś aniołem. Jak ona. A może to wciąż ty? Jakim cudem zachowałaś młodość?
- Mam dopiero dwadzieścia dwa lata!
- Jak ci na imię? – wyszeptał resztkiem sił.
- Olga. Olga Gorczyca.
- Twoje nazwisko to Gorczyca?
- Nie, mama wymyśliła mi takie drugie imię. Ona bardzo cierpiała.
- Jak ci na nazwisko?
- To pana nie interesuje.
- Owszem, interesuje.
- Nie może i nie musi. Moje nazwisko to moja sprawa.
- Mieszkasz tu? – zaczął z innej beczki.
- Nie, nigdy tu nie mieszkałam. Mama czasem mnie tu przywoziła.
- Po co?
- Jak to po co? Na wakacje.
- Gdzie mieszkasz? – spytał ostrzejszym tonem.
- Co to pana obchodzi? Proszę mi dać spokój!
- Nie mogę! Jesteś jak ona! Jak ona!
- Uciekł pan z psychiatryka?
- Nie, znikąd nie uciekłem. Jestem z Anglii…
- Z Anglii? O Boże Przenajświętszy… - wyszeptała dziewczyna z oczami jak koła, ale szybko to ukryła.
- A co w tym złego?
- Ależ nic, proszę pana. Przykro mi, muszę już iść.
Patrzył jeszcze za nią, śledząc ruchy przygarbionej sylwetki. Nie była Agatą, tą majestatyczną, błogą Agatą. Była tylko podobna, ale charakter miała zupełnie inny.

Spotkali się ponownie. Nie w jakiś wymyślnych okolicznościach, ale po prostu na poczcie. Oboje wysyłali listy polecone. Ona do jakiejś przyjaciółki, on do Mani, która obecnie mieszkała na wybrzeżu Gdańskim. W jakimś ułamku wrzącej godziny spotkali się wzrokiem.
- To ty! – szepnął.
Ona dalej uciekała w swoją przepaść. Nie mogła wyjść, już wiele wyczekała, a list musiał pójść już dziś. Czuła jego spojrzenie, ale nie umiała zamknąć się w sobie. Odwzajemniła spojrzenie i uwolniła ciekawość. Miała swoje niejasne podejrzenia, które kiedyś musiała przecież rozwikłać. Skinęła na niego palcem. Opuścił swoją kolejkę i posłusznie do niej podszedł.
- Co pan tu robi? – warknęła.
- Przyszedłem wysłać list.
- Jak na kogoś, kto przebywał w Anglii, dalej mówi pan poprawnie po polsku.
- Tak, ale ja tego nie wyczuwam. Kiedy już wyślesz ten list, musimy porozmawiać.
- Ja niczego nie muszę.
- Proszę, to dla mnie bardzo ważne.
Widok jego poważnej miny wzbudził w niej wyrzuty sumienia.
- Niech będzie. Tylko oboje wyślijmy to, co musimy.
Dwadzieścia minut później usiedli na parkowej ławce. Ptaki ćwierkotały jak szalone, przekazując sobie nowinki dnia. Na betonowych alejkach dzieci szamotały się na rolkach, rowerach i hulajnogach. Rodzice korzystali z chwili odpoczynku i opalali się na opuszczonym i zdezelowanym placu zabaw.
- Całkiem ładny ten park. Nie licząc huśtawek – zaśmiał się Marcin.
- O tak, ma pan rację. Kraków to ładne miasto. Kocham je całym sercem. Przychodzę tu, kiedy szukam rozwagi.
- Studiujesz?
- Tak, dziennikarstwo.
- O, dziennikarka?
- Niekoniecznie. Chcę wydać własny tomik wierszy.
- Już od dawna chciałem się zapytać… Jesteś tak niezwykle podobna do pewnej osoby, którą znałem. A dokładniej kobiety…
- Nazywała się Agata, prawda? – wtrąciła dziewczyna z zamyślonym, ale łagodnym uśmiechem.
- Tak, skąd wiesz?
- Bo byłam pewna, że to nieuniknione. I wiem, bo to moja mama.
- Więc nazywasz się Olga Gorczyca… a jak dalej?
- Jankowska.
- Nazwisko matki?
- Tak, bo mama nie kochała tamtego faceta.
- Porzucił ją?
- Oboje się porzucili. Opowiedziała mi.
- Więc dotąd jest sama…
- Już nie. Teraz ma aż za wiele towarzystwa.
- Czyżby nowa miłość?
- Nie… - twarz Olgi zalśniła od tłumionych łez. – Ona już od roku nie żyje.
- Co? – Marcin zerwał się z ławki, a zaraz potem usiadł i zaczął gryźć parkowe drewno. Rozpacz powoli rozlewała się po ciele, niczym zbezczeszczona krew. Z oczu lały się nieprzerwane potoki łez. Więc jej już nie ma… Nigdy nie zdoła jej wytłumaczyć.
- To brudne, Marcinie.
Przerwał atak goryczy i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Skąd wiesz jak mam na imię?
- To całkiem proste. Opowiadała mi mama.
- O mnie? Ile?
- Bardzo wiele. W szkole byłeś szpanerem, ale przy niej odmieniałeś się. Twoja siostra Mania często jej dokuczała. Rozstaliście się z twojej winy. Ona tego nie rozumiała… Pewnego dnia, jakieś pół roku po twoim wyjeździe spotkała Manię i ona wszystko jej wytłumaczyła. Ale tak, żeby dokuczyć mamie. Wymyśliła bajeczkę o zdradzie mamy, o domniemanej ciąży i wynajęła świadków, abyś uwierzył…
- Ale przecież jesteś ty.
- Mama zaszła w ciąże trzy lata po waszym rozstaniu! Człowieku, ogarnij się! Dałeś się omamić swojej cholernej siostrze…
- Szlag by to! – jęknął Marcin i machinalnie wyjął fajki.

- Marcinie, Agata jest w ciąży. Spotkała na dyskotece pewnego kochasia i dała się zaciążyć. Mówię ci to, bo jestem dobrą siostrą. Za chwilę zdajesz maturę. Powinieneś rzucić tą zdradziecką sukę. Tą dziwkę!
- Mańka, ale skąd to wiesz? Masz pewność?
- Byłam świadkiem jak wychodziła. Paru ludzi też. Jest w ciąży. Za chwilę miasteczko zacznie o tym mówić. Weź pieniądze od rodziców, jedź do Anglii i załóż firmę. A potem bogać się i znajdź sobie godną siebie kobietę.
- Ale ja kocham Agatę… - wyszeptał zrozpaczony.
- Ja dobrze wiem, ale to zdradziecka dziwka. Musisz zapomnieć…

- A ja dałem się oszukać, Olgo! – rzekł, opowiedziawszy dziewczynie całą historię.
- No, wrobiłeś się w sam środek cholernego gówna! Czyli kochałeś mamę?
- Tak. Bardzo. Na początku zamierzałem mieć darmowe korki z biologii, ale potem zrozumiałem, że ją kocham. Za wygląd, za inność, za to, że tak świetnie rozumiała przyrodę i przesiadywała nocami w lesie nad strumykiem… Byłaś tam kiedyś?
- Tak, cztery lata temu. Piękne miejsce.
- Tak. I tyle wspomnień.
- Nie mogła stracić cnoty z tobą? Przecież wydajesz się całkiem w porządku. Dlaczego to durne życie jest tak niesprawiedliwe? Kurwa, kurwa, kurwa… Daj mi jeszcze zapalić!
- Olgo, nie denerwuj się tak…
- Kurwa, jak się nie denerwować! Mogłeś być moim ojcem. Byłabym inna, mniej popieprzona. A teraz co? Guzik na szynach tamuje przejazd.
- Ale Mania żyje, porozmawiam z nią.
- To nic nie da. Nie z takim typem debilki.
- Może i masz rację.
- Ja zawsze mam rację. Idź już, muszę pomyśleć.
- Spotkamy się jeszcze?
- Spotkamy. Daj numer, to do ciebie zadzwonię. Muszę czegoś poszukać.

Marcin z niepokojem chodził ulicami Krakowa. Olga obiecała, że zadzwoni, ale minął już tydzień. Może zwyczajnie chciała się go pozbyć? Wiedział, że musi wypytać ją o całe życie Agaty. Kto jak kto, ale córka wie najwięcej. Już zadzwonił do Mani z awanturą, ale siostra nie okazała skruchy. Wciąż opowiadała swoje bzdurne wersje.
Kiedy zobaczył Olgę doznał wielkiego szoku. Wciąż nie mógł zrozumieć jakim prawem dziewczyna jest tak podobna do matki. Przypominając sobie jej twarz ciągle się wzruszał. W Oldze odrodziła się Agata. Chciał jej tyle powiedzieć, wytłumaczyć… A teraz Agaty już nie ma, nie ma…
Zadzwonił telefon i swoją brutalną, podłą melodyjką skutecznie wytrącił go z zamyślenia. W głośniku zawibrował miękki, wzruszony głos.
- Niech pan tu przyjedzie, proszę – podała adres i wyłączyła się z głośnym szlochem.
Pół godziny potem chwycił ją w ramiona i mocno przytulił. Wtuliła się w niego, wyobrażając sobie, że to jej ojciec, którego w dzieciństwie nie miała. Po raz pierwszy od roku doznała bliskości. Poczuła z kimś nierozerwalną więź.
- Znalazłam jej pamiętnik – wyszeptała wreszcie przez łzy.
- Co takiego?
- Siadaj – mruknęła i usadowiła go na wygodnej, taniej sofie, po czym podała mi gruby zeszyt.
- A więc jednak…
- Znalazłam go w skrytce za biurkiem. Pisała od piętnastego roku życia aż do trzydziestych trzecich. Potem, jak to pisała, ‘nie czuła się już nastolatką’. Uważała się za matronę, a była pełna życia i blasku. Czasem tylko zanikała na chwilę w swoich myślach i płakała. Czasem przez sen mówiła Marcin albo Mania… Ale nie miała żalu. Czas go wypalił.
Marcin otworzył pamiętnik na pierwszej stronie.

"Jak mam to zacząć, żeby zabrzmiało jak początek? Zupełnie nie wiem, zbyt szybko się gubię i jestem podatna na wpływy. Na imię mi Agata Łucja Jankowska. Mam tylko piętnaście lat, ale czuję się taka dojrzała i dorosła. Nie przechwalam się, nie lubię. Ale myślę tylko o praktyczności, pracy i szkole. Chcę innym pomagać. Bardzo kocham przyrodę i jest dla mnie wszystkim…"

- Kochała przyrodę, ale wylądowała jako sekretarka w biurze! Tylko czasem kupowała sobie jakąś książkę o tym, co ją interesuje. W któreś wakacje, podczas urlopu, zapisałam ją na darmowe wykłady z biologii. Nie spędzałyśmy wiele czasu, ale jak jej oczy błyszczały! Widok niesamowity… - wtrąciła Olga.

"Przyroda to moje ja. Ale cóż, po co to mówię… Każdy, kto mnie zna, dobrze to wie. Nienawidzę facetów, kocham najnowsze doniesienia w sprawie emancypacji kobiet, jestem feministką. Nigdy nie wyjdę za mąż, ale może będę miała romanse i nieślubne dzieci, wzorem boskiej tancerki i wspaniałej kobiety, Izadory Duncan. W ‘Moim Życiu’ przedstawiła ten obraz niezwykle bosko i kusząco. Szkoda tylko, iż zapłaciła tak wielką cenę za swoje szczęście artystyczne. Ja jestem tylko ułamkiem nowej siebie. Będę się tworzyć i kreować, ale wiele moich poglądów pozostanie w oficjalnej wersji tymi samymi, tyle, że z niewielką obróbką. Będę wspaniałym, spełnionym biologiem…"

Marcin przewertował kartki i dotarł do kolejnego zapisku.

"Zawsze miałam go za rozwydrzonego, rozpieszczonego dzieciucha, ale on okazał się być wspaniałym, czułym człowiekiem. Potrafi okazać wrażliwość, jeśli odpowiednio się nim pokieruje. Może mam taką moc, że umiem to wyzwolić? Jesteśmy parą dopiero od dwóch miesięcy, ale ja czuję jakby upłynął już magiczny rok. Dbamy o siebie, żyjemy w konspiracji (on, bożyszcze szkoły – przed licznymi fankami; ja, cicha moralność – przed Manią Guzikowską, jego siostrą). Nasze ciała są już nierozerwalnie splecione. Nie wierzę, że ten związek przetrwa bez kłótni i rozstań. Zawsze będą i muszą być. Ale my do siebie wrócimy. Wrócimy jako dwie silniejsze osoby. Jako ostateczna jedność…"

Ze stoickim spokojem próbował tamować wzruszenie. Wreszcie tego dokonał, ale poprzysiągł sobie, że kiedy tylko opuści mieszkanie Olgi, wyleje z siebie wszystko. Czytał kolejną notatkę, jakieś trzydzieści stron dalej.

"Pokłóciliśmy się o słoik, to zupełna głupota. Pomagał mi wkładać konfiturę z róży, którą zrobiła moja babcia. Pomylił słoik, wziął ten, który babcia traktuje jako amulet i świętość. Uznał, że to nic takiego, ale ja starałam mu ukazać wielką symbolikę dla mojej babci. Biedaczka ma już dziewięćdziesiąt lat. Kiedy byłam mała, mogłam na niej polegać. Dziś też, ale to prędzej ona polega na mnie. Nie ma wiele siły, ale na te konfitury po prostu się uparła. Zawołałam Marcina na pomoc, ale okazał się zwykłym idiotą. Po jego wyjściu babcia mruknęła do mnie: ‘Potrzymaj go dwa dni o chlebie i wodzie, to będzie cię na rękach nosił. Dziadek też był taki rozpieszczony. Potem zrobił się uległy, ale wciąż była między nami ta boska namiętność i cudowny seks. ‘ Zdziwiłam się na to wyzwanie, bo staruszki są zazwyczaj cnotliwe. Moja babcia, jak widać, nie. Na polu znowu ktoś się wydziera. Pewnie te dzieciaki z bloku obok. Odkąd zbudowano tu osiedle mieszkaniowe, ta garstka domów obok nie ma spokoju. Ktoś woła Agatę. O cholera, jestem jedyną Agatą na osiedlu! Odsłoniłam zasłonę i widzę, że tam stoi Marcin. I co teraz? Mam iść i być uległą czy udawać niedostępną? Ale w sumie ja go kocham… A w miłości zdarzają się niewielkie kompromisy. Chyba pójdę, bo inaczej zedrze sobie gardło…"

"Nie wiem o co mu chodzi. Powiedział, że powinniśmy zerwać. Zachowywał się tak dziwnie. Nie wiedziałam co się dzieje… Zgodziłam się, chociaż teraz bardzo boli mnie serce. Nic nie rozumiem!"

"Tak długo nie pisałam, bo po prostu straciłam do tego chęć. Marcin wyjechał. Już go nigdy nie spotkam i nigdy się nie dowie, kim dla mnie był. Żałuję tylu chwil, a jednocześnie wiem, że muszę być silna. Przeistoczę się w stal i nikomu nie powiem, co przeżywam… To chyba najlepsze rozwiązanie."

"Nie wiedziałam, że można być tak nieczułym, aroganckim i wrednym! Mimo, że Mania często mi dogryzała starałam się ją szanować, choćby dlatego, że jest siostrą Marcina. Ale teraz przekroczyła wszelakie granice! Spotkałam ją na ulicy i wyznała mi wszystko. Takim dziwnym tonem. Niby życzliwość, a pod spodem… nienawiść. To wszystko zderzyło się z nieznośnym gwarem ulicy. Nie mogłam tego wytrzymać, słuchałam jej, myśląc, że to tylko sen. Wiem, że jestem niezwykle naiwna… Może i Marcin taki jest, skoro dał się nabrać jej podstępnym planom. Dziś nie wiem kogo osądzać. Może Boga? Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Niech ktoś mi da siłę!"

"Nigdy nie miałam nikogo bliższego niż Marcin… Miałam z nim stracić cnotę, oddać się namiętności i żyć po wsze czasy. Jak to pięknie, cholera, brzmi! Wzniośle, aż za wzniośle! Michaile przyznał mi rację. Po raz kolejny brnę w dziwny związek, ale mam dość tej pustki. Co noc czuję zimny wiatr, który bezlitośnie mnie owiewa i przywraca wspomnienia. W blasku księżyca odbija się jego twarz. W jeziorze, na niebie… Na polach słyszę jego kroki, jego bieg… Co noc chwyta mnie w ramiona i mówi, że to nieprawda. A ja co rano pragnę, aby to wszystko się skończyło. Od dziś jest tylko Michaile, który tak jak ja stracił kogoś kochanego…"

"Mam córkę. Nie chciałam nic pisać, tylko całą ciążę nasłuchiwałam najlepszego dotyku, lub mocnego kopniaka. Zbliżająca się chwila macierzyństwa napełniała mnie wzruszeniem i trwogą, ale myślę, że jakoś to przetrwałam. Bolało tylko to, że podczas USG byłam sama. Nikomu nie pokazałam wydruku. Możliwe, że po raz kolejny życie ma mnie dość… Ona nazywa się Olga Gorczyca i jest moim najmilszym kochaniem. Od dziś wiem, że będę żyła tylko dla niej. Tylko ona się liczy i jest blaskiem w życiu. Dla niej ja usunę się w cień i będę żyła z dnia na dzień, aż do śmierci…"

Marcin po raz kolejny nie wytrzymał i przesunął dalej kartki. Czytał fragmentarycznie, bojąc się niektórych, zbyt dosadnych myśli. To tak jakby zajrzał w głąb jej serca. Coś musiał jej zostawić na własność…

"Piszę ostatni raz, nie chcę i nie potrafię. Nie czuję się już nastolatką, jestem jak zwykła, posępna matrona. Mój blask gaśnie. Inne kobiety w moim Chrystusowym wieku rozkwitają, ale ja gasnę. Może mój czas się już zbliża? Nie chcę, nie chcę zwariować. Nie jestem już młodziutką trzpiotką, która pisze pamiętnik. Jestem poważną kobietą, która ma na głowie córkę. Olga ma jedenaście lat i jest niezwykle poważna jak na swój wiek. Nawet ja taka nie byłam. Czuję, że jej dojrzałość przewyższa to, co odczuwają inne dzieci. Nie umiem dobrze tego określić, opisać i ubrać w słowa, ale tak jest. Po prostu. Mam trzydzieści trzy lata i czuję się taka dziwna…"

Przez chwilę milczał, nadal trawiąc palące i poskręcane słowa. Miał wiórki kokosowe w żołądku. Lont stał niedaleko, gotowy do wystrzału dynamitowego. Wszystko gotowe, tylko co byłoby z Olgą? Olga jest tu ważna…
Przeniósł na nią wzrok. Miała pochyloną głowę i przenikliwym wzrokiem wpatrywała się w kształtne pismo nieboszczki matki. Potem przemówiła bezbarwnym głosem.
- Umarła zwyczajnie. Dla mnie to nienormalne, ale dla policji – owszem. Była tylko numerkiem w aktach. Wypadek samochodowy. Jakiś baran wjechał jej w bok. I to tak, że od razu umarła. Wracała znad waszego strumyka. Nawet do mnie dzwoniła, żebym na nią nie czekała, bo wróci późno. Poszłam wcześnie spać, a oni do mnie zadzwonili, żebym zidentyfikowała zwłoki. Była niezwykle ciężko ranna. Wraz z nią umarła jeszcze jakaś inna kobieta, druga pasażerka. I dalej nie wiem kim była…
- Cicho, cicho… Nie powiedziałaś mi wcześniej.
- Wydawałeś się obcy, tak bardzo obcy. Ale potem pomyślałam, że ona i tak mnie widzi. Niech chociaż będzie ze mnie dumna, że chcę ci wszystko powiedzieć i pomóc. Chociaż raz…
- Na pewno była z ciebie dumna!
- Chwaliła mnie, dużo rozmawiała i była kochana. Jednak chwilami miałam wrażenie, że niektóre nasze fragmenty są takie na siłę. Starała się aż za bardzo. A ja ją tak kochałam…
- Oboje ją kochaliśmy…
Olga poderwała się z kanapy i wpadła do swojego pokoju. Chwilę buszowała po szafkach, aż wydobyła jedwabną apaszkę.
- To burgundowa apaszka mamy. Ponoć jest po mojej prababci. I przynosi tęczowe szczęście.
- Tęczowe szczęście?
- Tak, mama zawsze tak mówiła.
- Z pamiętnika jest wyrwana jedna kartka… Jak sądzisz, co ona z nią zrobiła?
- Może napisała coś, czego się wstydziła…
- Nie wypadła gdzieś? Szukałaś?
- Szukałam. Nie ma jej nigdzie. Widocznie to było coś wstydliwego.
- Może.
- Idź już, muszę pomyśleć… - prawie wypchnęła go za drzwi. Kiedy ruszył na dół, zatrzymał go jej głos. Natychmiast wrócił się na górę.
- Co się stało?
Jej twarz nienaturalnie lśniła. Dziwną pewnością siebie, jakąś wzgardą i falującym zwariowaniem, które wyraźnie mieszało jej zmysły.
- Weź tą apaszkę, idź prosto nad rzekę i wrzuć ją do wody.
- Dlaczego? Olgo, dobrze się czujesz?
- Jak nigdy w życiu. Ona tego chce.
- Jesteś pewna?
- Tak, jestem pewna… Idź, spotkamy się jeszcze.
Kiedy wyszedł, Olga ponownie rzuciła się do szafki i spod starych sukienek wyjęła pomiętą, trochę potarganą kartkę. Kartkę z pamiętnika.
- Mamo, przepraszam – wyszeptała. – Nie mogłam mu tego pokazać. Po prostu nie. Apaszki już nie będzie, tak jak chciałaś…
Zerknęła na kartkę z przemożnym westchnieniem i przemieszaniem dziwnych myśli.

"Jestem pewna, że już go nie kocham. To jest koniec. Koniec mnie i jego. Koniec życia. Bo teraz wszystko nabiera nowego sensu. Z nim, z kimś innym… Guzik na szynach już nie będzie tamował przejazdu. Pewnego dnia zatopię apaszkę, a wtedy poczuję się prawdziwie wolna. Dopóki apaszka nie zazna wody, ja nie poznam smaku snu na jawie…"

Wiem, że to życie potoczyło się idiotycznie. Teraz jestem tego pewien. Spóźniłem się na pociąg do drugiego hrabstwa. Może to znak? Wszystko powinno się skończyć. Spóźniłem się z miłością, przyśpieszę śmierć. Agato, usunę guziki z drogi…



Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 22.07.2010r.

1     

Groszek 23 07 2010 (16:58:12)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Poświęciłam około dwóch godzin na edycję. Nie było dużo błędów, ale jak sama wiesz - długość jest imponująca, dlatego zajęło to tak długo. Jednak taka moja praca i dodam jeszcze, że samo czytanie było bardzo przyjemne, ale upały dotarły i do mnie i sama wiesz pewnie, jak to wpływa. Zarówno technicznie, jak i merytorycznie jest bezbłędnie, skupię się jednak na tym drugim. Opowiadanie jest niezwykle płynne, ciekawe i niebanalne. Przez cały czas dostrzegam głębię uczuć Marcina i Agaty, smucą mnie przeszkody, jakie jednak w końcu napotykają na drodze swej miłości i zakończenie Twojej opowieści. Czasem jeden element potrafi zburzyć całość - tak tu było z zazdrosną siostrą mężczyzny. Stanowiła jedynie fragment jej historii, niby tak mało istotny, a jednak nieprzychylny do tego stopnia, że zdołał rozdzielić ich na całe życie. Kobieta za życia nigdy nie wybacza mężczyźnie, chociaż może po śmierci, gdy jest zdolna go obserwować, spostrzeże, jak bardzo on żałuje. Mężczyzna prawdopodobnie nigdy nie pokocha już nikogo do tego stopnia, co ją. No, cóż jeszcze mogłabym powiedzieć? Żywe i realistyczne dialogi, piękne, doskonale zobrazowane opisy to zalety tej pracy. Wad nie odnalazłam, poza drobną sugestią, że myśli z pamiętnika umieściłabym w cudzysłowach. Jeśli chciałabyś, żeby to ostatnie zmieniła, napisz mi w profilu. Naprawdę zachwyciłam się, pięć plus :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(48): 41 gości i 7 zarejestrowanych: exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl