Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Połączymy się na drodze..." 27.05.2010
"Na niebie ciemne chmury..." 06.06.2010
"Złe strony jasności" 28.09.2010
"Obdarci cz. 10" 18.06.2011
"Pogrzebana w jasności cz. 1" 04.08.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Grudniowa noc niepokoju

Małe, giętkie i lśniące płatki śniegu spadały powoli na bruk. Cicha uliczka na obrzeżach miasta zdawała się w tym wszystkim zanikać. Światła poustawianych gdzieniegdzie latarni wirowały powoli, majestatycznie i od niechcenia. Pora była już późna, dosłownie chwilę po północy. Noc wyjątkowa, bowiem czas właśnie wyrwał się z barier prozaicznego piątego grudnia i wkroczył w magiczny szósty dzień ‘‘miesiąca cudów’’. Zdawało się, że ta podniosła atmosfera, rozbrajające szczęście, tajemnica i oczekiwanie, pozostaną na zawsze, ich krąg trwać będzie nieprzerwanie i nie rozerwie się. Po tamtym wieczorze pozostała tylko tajemnica. *** Ciemna noc zdawała się nie mieć końca. Bał się, ale czuł, że nie ma wyboru. Nikt wokół nie chciał mu uwierzyć, że on, mały chłopiec, dokona czegoś wielkiego. Marzenia kiełkowały w nim od urodzenia. Wreszcie pęd wypuścił liście i tym samym uwalniał każdą nową cząstkę ‘’rośliny’’. Wskazówki zegara przesuwały się coraz szybciej, ale ‘’roślina’’ od pewnego czasu zaprzestała rozwoju. Może było tak, dlatego, że zbyt wiele osób traktowało niepoważnie jego marzenia, nie dawało im wiary. Mimo, że codziennie o nich wspominał, próbował ubłagać, aby pozwolono mu wzrastać. Wciąż go zbywano, niby traktowano z troską, a tak naprawdę odtrącano. Kimże jest człowiek, który hamuje pasje innych, tak często wypowiadane? ‘’Zabójcą. Dusz zabójcą’’. Teraz szedł wolno, ale z każdą minutą wzrastało jego podniecenie. Wiedział, że Mikołaj mu pomoże, wręczy spełnienie owinięte w złocisty papier. Siostry zakonne, które nieraz przychodziły do domu dziecka, wciąż opowiadały o brzuchatym, dobrotliwym staruszku w czerwonym wdzianku i złocistych aniołkach. Tylko im jeszcze wierzył. Odnajdzie Mikołaja i dostanie prawdziwe sztalugi! A co, marzenia muszą się wreszcie spełnić… *** Kroczył dostojnie, pełen nostalgii nie do zwalczenia. Uciekł. Na Boga, uciekł! Był wolnym człowiekiem, wreszcie miał prawo realizować najskrytsze pragnienia, nie napotykać ciągle zaniepokojonych spojrzeń konowałów. To, co było mu potrzebne, okazywało się tak trudne, tak złożone. Jednak walczył, opanowywał drżenie serca i szedł coraz wolniej. Wiedział, że jego wytarte, stare buty zostawiają ślady na aksamitnym puchu, jednak nic sobie z tego nie robił. W końcu była zima, noc Mikołajowa, coś jakby świętego, wedle tych ‘’świętoszków’’. Chciał uchodzić za włóczęgę, takiego, którymi zbyt często i niesłusznie się pogardza. Oni dokładnie obserwują świat, bywa, że za płaszczem gbura kryje się dociekliwy umysł. Rozumiał ich, bowiem parę lat temu doświadczył ich losu. Droga od bogacza do biedaka była prosta, zbyt prosta. Ktoś dobrotliwy usunął z niej wszystkie kamienie, jednak zapomniał o jednym, najważniejszym, tym w sercu. Zabójstwa były banalne. Używał wyrafinowanych narzędzi, tych z ulicy. Zaśniedziałe kuchenne noże, stare puszki po konserwach. Możliwości było tak wiele, a narzędzia zbrodni miały inne odciski, odciski byłego właściciela. On zakładał rękawiczki i trwał, żywiąc się duchem uchodzącym z ciała, jękami rozpaczy zranionego i słowami pożegnania ze światem. Było w tym coś mistycznego, pociągającego o wiele bardziej niż reszta rytuału. Jednak nieubłagany los postanowił zepsuć mu jego nowy, piękny i niespokojny świat. Jedna mała dziurka w rękawiczkach i znalazł się na komisariacie. A stamtąd niedługa droga – więzienie albo dom wariatów. Stwierdzono, że psychiatryk jest dobrym miejscem dla kogoś o jego zapędach. Tam musiałby zapomnieć. Pomylili się. Wytrzymał tylko pół roku. Pół roku z sesjami, ukradkowymi, kontrolnymi spojrzeniami i pomyleńcami wokół. Nie, to nie była jego bajka. On miał rozum niebanalny i dość genialny. A oni po prostu nie umieli tego zrozumieć. Wydostał się piwnicą. Kucharka nieopatrznie zostawiła otwarte drzwi, a ponieważ okienko było uchylone, wszystko było bardzo proste. Już od wczoraj wędrował ulicami, wchłaniając zapach przygotowywanych powoli ciast. Aromat drożdży umiejętnie mieszał się z zimnem szczypiącym nos, rozcieńczał domową atmosferę. To była jedyna rzecz, której żałował. Sam przed sobą nie umiał się przyznać, że mimo, iż życie włóczęgi jest ciekawe, to on zaczął łaknąć normalności. Jednak był na tyle tchórzliwy, aby ukrywać to przed samym sobą. Tej nocy wszystko zdawało się inne. Tylko jedna, jedyna rzecz się nie zmieniła. Nadal łaknął śmierci. Teraz potrzebował czegoś innego, swojego daru dla błyskających zachęcająco gwiazd i Świętego Mikołaja, który już od paru wieków przebywał w niebiosach. Powoli przesuwał nogi, wytwarzając jeden, długi ślad, przypominający pozostałości wędrówki sanek. Wreszcie zawędrował na peryferia miasta, do małej, pogrążonej w śnie uliczki. Nie wierzył, że kogoś tu znajdzie, ale coś go tu przyzywało. Głos obłąkanego serca jeszcze nigdy go nie zawiódł. Usiadł na zimnych, mocno oblodzonych, starych schodkach prowadzących do bloku i zaczął obmyślać kolejny ruch. Nikogo tu nie było, jednak serce wciąż szamotało się jak koliber i usilnie starało się go przekonać o swej racji. Wsłuchał się w odgłosy ulicy. Niemal bezszelestnie, czasem tylko kot miauknie, pies zaszczeka, wiatr zawieje, śnieg spadnie. Nagle, pośród tego wzniosłego oczekiwania i niepokoju, objawił się mu chłopiec. Stanął przed nim jak gdyby nigdy nic i spojrzał na niego bez lęku. Szeroko otwarte, orzechowe oczy, jawiły się mu jak jakiś cień poprzednich ofiar. Jakby to wszystko go goniło. - Widziałeś Mikołaja? – spytał cicho. - Nie, ja go nie widuję – stwierdził mężczyzna i uważnie przypatrzył się dziecku. Tak, ewidentnie dzieckiem było. Mógł mieć nie więcej niż dziesięć lat. Rysy delikatne, zbyt delikatne jak na przedstawiciela płci męskiej. Lecz czy w tych sprawach powinno się kierować takimi konwenansami? Większą wartość przedstawiały jego poglądy. Chciał je wybadać. - A co, czekasz na niego? - Yhm. - Czemu? - Bo on jest dobry i spełni moje marzenia. - A jakie są? - Chcę malować obrazy, a nikt nie chce mi dać potrzebnych rzeczy. - Pomogę ci. Zobaczysz Mikołaja. - Dlaczego? – zaciekawił się mały. – Nikt nie chciał mi pomóc. Chcesz kasy? – dodał nieufnie. - Nie, ja tylko chcę pewnego uczucia… Musi do mnie wrócić. Pomożesz mi? - Tak, jeśli ty mnie też. Mężczyzna wyjął z kieszeni szalik i dokładnie owinął nim szyję dziecka. - Będzie ci ciepło – rzekł delikatnie. Chłopiec nadal tylko patrzył, tak poważnie, tak ufnie. Ta ufność go poraziła. Jak mógł być tak naiwny, czyż nie domyślał się prawdy? Po chwili wspomnienia młodości powróciły. Znowu nie był sobą. Wyszeptał tylko parę słów i odszedł, zanosząc się łzami. Sine ciało chłopca spoczywało w śniegu. Ale ufność pozostała. Trwała w oczach. *** Noc szóstego grudnia zawsze była trudna. Święty Mikołaj musiał przebrnąć przez całą kosmiczną autostradę, aby wreszcie dobrnąć do zmożonych nocą domów, gdzie niecierpliwie oczekiwały na niego zaspane dzieci. Magiczne sanie (wyciągały ze trzysta kilometrów na godzinę!) były porządnie zapchane ciężkimi worami prezentów, co denerwowało elfy, które musiały to wszystko władować do owych sań. Niestety, tej nocy wszystko się opóźniło, bowiem niepokorne elfy urządziły sobie balangę w dniu poprzednim i po pijaku zastrajkowały. Zestresowany Mikołaj i jego oddana małżonka siłowali się z workami dobre parę godzin. Wreszcie mógł wyruszyć. Ta noc była mroźna, ale on już tego tak nie odczuwał jak kilkadziesiąt lat temu. Chłodna Laponia go zahartowała. O godzinie drugiej czterdzieści dotarł do Polski, a dokładnie malowniczego Krakowa, i z cichym piskiem antypoślizgowych zabezpieczeń, zaparkował w cichej uliczce. Niestety, hamulce okazały się być mocno zmaltretowane, bowiem Mikołaj z rozpędu uderzył lekko w potężny kontener, czym wywołał kocią arię. (A elfy ostrzegały, że hamulce już ledwo, ledwo działają!)Nie przejął się tym zbytnio, bowiem już zdarzały się takie sytuacje. Czasem ktoś otworzył okno i wydzierał się słynnym stwierdzeniem: ‘’Ej, cicho tam, degeneraci!!!’’, a potem noc była już cicha. Ta noc była cicha, zbyt cicha. Nie lubił takich. Uśmiechnął się na widok dużego, odrapanego budynku w kolorze burym. Tak, to był Dom Dziecka. Im najbardziej lubił dawać prezenty. Wiele dzieci było dziś rozpieszczonych, a ich rodzice nie dbali o wychowanie. Jedynie jednostki mające prawdziwy dom zachowywały się przykładnie. W Domu Dziecka zdarzały się typy niepokorne, wielu bowiem lubi się buntować w okresie dojrzewania, jednakże tam odsetek grzecznych dzieci był coraz większy. Miały ‘’dom’’, ale nie rodzinę. Prezent mógł przynieść im chwilową radość, a to było najważniejsze. Podchodząc do oblodzonych stopni, zauważył coś dziwnego w brudnym, szarym śniegu. Leżał tam chłopiec. Zziębnięte ciałko przykryte tylko puchową kurtką i… ta przemożna cisza. Mikołaj z trudem pochylił się nad dzieckiem i przez warstwę puchu zaczął szukać jego pulsu. Kiedy ciepła dłoń Mikołaja dotknęła czoła dziecka, chłopiec poruszył się nagle. Przerażony spojrzał na Mikołaja i zaraz się uspokoił. Mocno uścisnął jego dużą rękę. - Bałem się – wyznał spokojnie, jakby informował o pogodzie. - Dlaczego? - Był taki pan… Mówił miło, a potem wziął taki długi, ciepły szal. Przyciskał, a ja się dusiłem. Zdziwiony, ale i poruszony brodaty mężczyzna, podejrzliwie rozejrzał się wokół. Nigdzie nie było szala. - Może ci się to przyśniło? Chłopiec także zaczął lustrować wszystko wokół siebie. Domy nadal stały tak samo, księżyc spowijała noc, bezdomne psy i koty kręciły się wokół śmietnika, i było zimno, tak bardzo zimno. - Może – przyznało wreszcie dziecko. – Mikołaju… Ja chcę malować. Pomóż mi. Pisałem do Ciebie, a Ty nie odpisałeś. - Jest bardzo wiele dzieci, które mnie o coś proszą, ale o każdym myślę. W tym worku mam dla Ciebie sztalugi i zestaw pędzli oraz farb. Mam nadzieję, że będziesz prawdziwym artystą. - Będę – uśmiechnął się chłopiec i powoli podszedł do drzwi Domu Dziecka. – Ty naprawdę istniejesz, prawda? - Dla każdego inaczej. Idź już, idź… Mikołaj odprawił dziecko do pokoju i rozpoczął wędrówkę po domach. Chłopiec ulokował swoje skarby w bezpiecznym miejscu, na stryszku Domu Dziecka, po czym zapadł w błogi sen. Nie miał pojęcia, że spotkanie z nieznanym mężczyzną nie było snem.



        Dedykacja: Pracownikom gazetki pewnego krakowskiego gimnazjum - za wsparcie! Z góry uprzedzam, że opowiadanie było publikowane w gazetce, więc jeśli pojawi się w internecie, nie będzie to plagiat. ;)

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 22.12.2010r.

1     

Ridiculous Użytkownik 23 12 2010 (17:59:52)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Realnie się wzruszyłam. Miałam łzy w oczach.
Cudowna opowieść. Było w niej tyle prawdziwości i magii jednocześnie, która sprawiała, że człowiek przenosił się w inny świat, że klimat wyszedł przecudownie! Idealnie dopracowane, niedługie, niekrótkie - w sam raz. Treść zdominowała moje problemy do tego stopnia, że o nich zapomniałam. Najpierw poczułam ogromny smutek, sądząc, że chłopiec umarł, a potem... przyszedł Święty Mikołaj, pomógł mu i... kiedy rozmawiali, tak bardzo chciało mi się płakać! Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem!
Jedyne, co mi się nie spodobało, to "jedynie jednostki". Tak dziwnie mi zabrzmiało.
Poza tym - perfekt! Ale czy to twoje? Czy jeśli postawię szóstkę, to tobie, czy komuś innemu? Nieważne - dla mnie bardzo klimatyczny wzorzec!
Pozdrawiam,
Ridiculous.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(51): 51 gości i 0 zarejestrowanych: