warto go przeczytać
II
Czerń ustąpiła miejsca nagłemu przebłyskowi światła.
Greg zerwał się z krzykiem z siennika. Rozejrzał się nieprzytomnie dookoła, ale nie zobaczył nic znajomego. Przez moment miał wrażenie, nie – chciał – aby wydarzenia ostatnich dni były snem.
Nie były. Znajdował się w sporej chacie, oczy czterech nieznajomych, starszych mężczyzn zwróciły się na niego.
- Chory na duszę. – powiedział najstarszy z nich, z siwą brodą i oczami zasnutymi bielmem. – Nijak inakszy nie rozjaśni stanu jego.
- Zapewne tragedia, jaką przeżył...
- O ile ją naprawdę przeżył...
- Zakładając, że przeżył – powiedział dobitnie jeden z mężczyzn. – to musiało się na nim wybić. To nie musi być od razu to...
- Mówię wam, dobre ludzie. On chory na duszę jest.
- Gdzieć tam chory! Ych ty, szalejuś się najadł, Bajarzu, i tyla. Pomożemy chłopakowi i do swoich odeślem.
Na tym stanęła rozmowa. Greg patrzył się dziwnie na zebranych.
- Witaj, młody człowieku. – powiedział oficjalnie i z dystansem jeden z zebranych, żylasty, suchy mężczyzna z kilkoma bliznami na twarzy i dostojnymi wąsami. Jak na gust Grigorija, dystans był zbyt duży. – Jestem Włokiszo, namiestnik osady. Tutaj widzisz Miksze, Bajarza oraz Syriusza, naszego przyjaciela. – namiestnik po kolei wskazywał grubszego, przysadzistego mężczyznę z pierwszymi siwymi pasmami, mężczyznę z bielmem na oczach oraz młodego, wysokiego i smukłego osobnika wyglądającego na wojownika.
- Kłaniam się... – odparł zmieszany chłopak.
- Witam. – powiedział z radością Syriusz. – Cóż cię sprowadza tutaj?
- A... n-napadli na nas... Spalili barkę i... wymordowali wszystkich, tylko ja przeżyłem... – przez twarz chłopaka przebiegł na mgnienie oka bolesny skurcz, coś chyba zaszkliło się w oku.
- Ach. To niezwykle smutne. – rzucił Miksza. Miał głęboki, uspokajający głos. Bajarz natomiast wyszedł bez słowa. – Opowiesz nam o tym?
- Nie no, panowie, nie zadręczajmy chłopaka! – zawołał jowialnie Syriusz. – Na pewno jest jeszcze skołowany... Tyle wrażeń jednej nocy, pozwólmy mu spać...
- D-dziękuję...
- Wiem! Może przenocujesz u mnie? Mam skromny szałas niedaleko, ale niczego mi tam nie zbytkuje. – po jego mowie można było poznać, że Syriusz pochodzi z daleka. Najprawdopodobniej z centralnej części Imperium.
- D-dziękuję... – znów chłopak zdołał wydukać z siebie tylko tyle.
- To idziemy! – Syriusz chwycił chłopaka za rękę i wywlókł z namiotu. Żaden ze starszych się nie sprzeciwiał – nikt do tej pory nie sprzeciwiał się uzbrojonemu, ale wszak przyjacielowi wioski.
Ruszyli szybkim krokiem, Greg niemalże biegł za mężczyzną. Dotarli w końcu na skraj osady, do sporego, zbudowanego z suchych gałęzi i gliny szałasu. Wyglądał przytulnie.
- Mój wynalazek – pochwalił się Syriusz, rozpalając w piecu. Do powały biegła pozwiązywana prowizorycznie kora z wielkiego drzewa, tworząc szyb kominowy.
- A co, jak pada? – spytał z głupia frant Greg.
- Zatykam górny otwór słomą. Ponieważ jest spadzisty, nie przepuszcza wody, a przepuszcza dym. – gospodarz promieniał dumą.
- To...
- ...wspaniałe! – dokończył za swojego gościa.
- Panie...
- Mów mi Sirius. Wprawdzie wszyscy mówią mi Syriusz, Syriusz”, ale mnie to irytuje. Nie lubię tego imienia.
- Siriusie... Wołają mnie Greg. – powiedział chłopak. Wyglądał na nieco ośmielonego. Spodobał mu się jowialny ton gospodarza i jego przyjazny stosunek. Przypominał co nieco Siergieja...
- No, wreszcie się czegoś o tobie dowiedziałem, Greg. – odparł gospodarz. Złożył właśnie na kupę swoje uzbrojenie. – Umiesz naoliwić kuszę? – spytał.
- Nie...
- No to natłuścisz miecz. Zgoda? Później zjemy.
- Na... – kiwnął głową Grigorij.
Obydwu im burczało mocno w brzuchach, kiedy skończyli czyścić i konserwować broń. Sirius wyciągnął dwie wielkie połcie wędzonego mięsa, trzy podpłomyki, bukłak z piwem. Podzielił sprawiedliwie odpowiednie porcje i zasiedli do jedzenia.
Gregowi chyba jeszcze nic nie smakowało tak, jak ten posiłek. Po skończonej wieczerzy, gospodarz rzucił mu nóż.
- Przyda ci się. – powiedział.
- P-przecież... przecież to nóż... m-mó-ój nóż... – wyjąkał chłopak, przerażony nie na żarty.
- Ano, twój nóż. Diablo nędzna robota, ale przynajmniej masz szansę się obronić.
W jednej sekundzie przebłysk zwierzęcego instynktu przetrwania zadziałał i Greg, rzuciwszy przeciwnikowi w twarz kubłem ze smalcem, zerwał się do ucieczki. Od początku mi coś nie pasowało, coś było zbyt pięknie... – przeszło mu przez myśl. Nie zabiegł daleko, w totalnej ciemności potknął się o korzeń. Usłyszał za sobą ciężki oddech, odwrócił się i zasłonił ramionami i nożem. Cios mieczem znad głowy spadł ze straszną siłą, ale pewnym brakiem wprawy w typowym rąbaniu, toteż chłopak zdołał częściowo zasłonić się nożem. Ostrze pękło z ogłuszającym dzwonieniem, klinga Siriusa wbiła się w czaszkę aż do kości, skośnie przez czoło aż do szczęki. Młodzieniec zawył, morderca szykował się do ostatniego cięcia. Podniósł miecz w górę, Greg skulił się w strachu i zmoczył.
Kiedy lśniące ostrze już-już miało spaść na kark bezbronnego, powietrze przeszył świst, następnie bandyta jęknął i upadł na kolano.
- Wiedziałem... – mruknął do siebie i splunął. – Wiedziałem, skurwysyny, że się domyślicie.
- Kiepskie widowisko. – rzucił spokojny, głęboki głos. Miksza. Miksza. Miksza! – tylko to docierało do mózgu Grega. Był ocalony!!
- A teraz odejdź. Nie chcemy tu bandytów. – chłopak rozpoznał głos Włokiszy, w oczach zakręciła się łezka.
Kusza niebezpiecznie celowała w Siriusa, więc ten powoli odszedł. Wpadł do swojego obozu, porwał sakwę i broń, gwizdnął przeciągle na ukrywającą się w lesie klacz Revenę i uciekł.
Greg, tymczasem, zemdlał.
- Pędem, musimy zabrać go do znachora! – wrzasnął Włokiszo.
Wrócili do wsi i wpakowali chłopaka oraz jednego z młodszych chłopców na konia. Wyruszyli tak szybko, jak pozwalała im na to pełna kolein droga.
- Trzymaj się, młody! – wrzasnął na niego może dwudziestoletni jeździec po drodze. – Dojeżdżamy!
Faktycznie, po niecałej pół godzinie szaleńczej jazdy byli pod bramami Erengradu.
- Kto zacz?! – warknął strażnik, słysząc pukanie do małej furtki w bramie.
- Beria, pociętego wiozę!
- Coś wa, panocki, drwa nocą rąbieta? – powiedział pachołek, wpuszczając ich do środka. Od razu jednak zreflektował się, widząc paskudnie rozrąbaną twarz rannego. – Szybko, tędy! Zajmie się nim koszarowy! – wpadł do stróżówki i kopniakiem obudził jednego ze strażników. – O-wa! Jędriej, dopilnuj wrót!
- Dyć nie mój...
- Rannego wieźli, cholero zatracona! Nie memłocz tylko stawaj na wachtę!
Wypadł jak poparzony z przybudówki, wziął chłopca z ramion wieśniaka i popędził. Osamotniony węglarz, w poczuciu dobrze spełnionej misji, wskoczył na konia i już miał odjechać, gdy usłyszał ze stróżówki:
- A na wódkę to nie zostaniecie, dobry panie?
Przybysz przez chwilę podumał i odparł.
- A, na wódkę to zawszeć. Nie nada się tak o suchym pysku wracać...
- No to złaź ze szkapy i siadajcie, dobry człowieku.
Tymczasem koszarowy lekarz opatrywał Grega.
- To cud, że przeżył – stwierdził bez ogródek, zakładając mu na twarz bandaże. – Będzie musiał uważać, żeby nie otworzyć ran, ale przeżyje. Ma cholernie twardą czaszkę.
- Ile będzie kosztowało wasze leczenie? – spytał pozornie obojętnie żołdak.
- Nie wiem jeszcze. Może po prostu dacie mi go jako chłopca na posyłki? Kto wie.
- To akurat jest do zrobienia. Bez problemu i z przyjemnością.
- Jak to?
- To przybłęda. – powiedział wartownik. – Nikt nie wie skąd się wziął. Podobnoż majaczył tylko o tym, że ktoś napadł na ich barkę... Takie tam bzdury.
- Ktoś napadł na ich barkę? To dość... niespotykane, nie uważasz?
- Dokładnie. Cóż, nic na to nie poradzimy...
- Cóż... – westchnął lekarz – jego leczenie zajmie cholernie dużo czasu.
- Więc, tam gdzie zwykle? – spytał żołnierz.
- Tak. Dopisz go do listy.
- Tak jest! – zasalutował żołdak. Obydwaj roześmieli się cicho i wyjątkowo paskudnie, po czym wojak wyszedł.
Rano Grega obudził nieznośny ucisk. Przypomniał sobie w jednym przebłysku wydarzenia poprzedniej nocy i chciał zerwać się i uciekać, jednak ból nie pozwolił mu się ruszyć. Uświadomił sobie dzięki temu przynajmniej, że żyje.
Przez mgłę zaczęły docierać do niego obrazy – powoli wracał wzrok. Był w nisko sklepionym pokoiku zrobionym z drewna lub drewnem wyłożonym. Zdziwił się temu, jednak w tej chwili najważniejsze było to, że żyje. Jeszcze żyje. Po zapachu wiedział, że nie znajduje się wśród węglarzy – nie czuł dymu. Domyślał się też, że nie jest raczej w mieście – nie otaczał go wszechobecny wśród ludzi smród potu, uryny i tym podobnych brudów człowieczego żywota. Poza tym z zewnątrz nie dochodziły go żadne hałasy. Domyślił się, że albo znajduje się za miastem, albo pod ziemią. Albo jedno i drugie.
Ponowił próbę wstania – tym razem powoli i z rozwagą. Udało mu się to częściowo uczynić i siadłszy, mógł dokładniej rozejrzeć się po pokoju. Deski, z których został zrobiony – lub którymi był wyłożony – okazały się być nieheblowanymi tarcicami, zresztą częściowo już spróchniałymi. Siedział zaś na pryczy, umocowanej do ściany za pomocą grubej liny. Greg nie mógł dostrzec wyjścia z pokoju – albo było doskonale ukryte, albo nie było go w ogóle. Poza tym w środku nie znajdowało się nic poza małą szafeczką obok posłania.
Zamyślił się głęboko i pochylił. Dopiero teraz poczuł, że coś uwiera go w twarz, oraz zauważył, że pole widzenia jest ograniczone. Dotknął dłonią głowy – była cała zabandażowana. Wzdrygnął się na wspomnienie potężnego cięcia na twarz, skrzywił się lekko, a to z kolei spowodowało okropny ból. Z trudem zmusił się do opanowania grymasu i walczył z bólem bez żadnych prób ekspresji.
Powoli wstał, zakręciło mu się w głowie. Pierwszy krok sprowadził go na ziemię, uderzył boleśnie nosem klepisko, krew pociekła szybko. Przycisnął mocniej bandaż, próbując ją zatamować.
Zwabiony widocznie łomotem, wszedł ubrany w tunikę knechta mężczyzna.
- O, obudziłeś się już? – raczej stwierdził niż spytał.
- T-tak. – wydukał chłopak. Wciąż czuł nudności, dawało mu się jeszcze we znaki wiosłowanie. Całe ciało miał obolałe i zastałe, ponadto dziwny ucisk w gardle i płucach informował o dość ciężkiej chorobie.
- Masz, twoje leki. – rzucił sucho chuderlawy chłopak w szarym ze starości fartuchu, przynosząc mu małą tackę z gorącym, ziołowym naparem i kieliszek wódki. – I marsz pod koc! – rozkazał, podnosząc grubą narzutę i rzucając na prycz.
- Gdzie jestem? – spytał Greg.
- W Erengradzkich koszarach, synek. – odpowiedział knecht. – Odratował cię nasz lekarz, stary Misza.
- Ma na imię jak mój ojciec. – wymamrotał Grigorij.
- Widzisz, to dobry znak. – żołnierz klepnął go w ramię i zapakował do łóżka.
- Masz, pij. – mężczyzna podał mu wpierw wódkę, później dopiero zioła.
- Co to? – spytał ciekawie leczony przed wychyleniem kielicha.
- Driakwia. – odparł sucho pomocnik lekarza. – Pij – rozkazał jeszcze raz. Chłopak posłusznie wychylił haustem cały kubek, krztusząc się przy okazji. – A teraz pod koc i wypoczywaj. Następnym razem jak się obudzisz to zawiadom strażnika, dostaniesz coś do jedzenia. – Powiedziawszy to wyszedł, zaraz za nim żołdak.
Greg położył się na pryczy i próbował zasnąć. Ciężko mu to jednak szło, wciąż miał przed oczami płonące ciała towarzyszy, później wykrzywioną wściekłością twarz Syriusza i ból – po raz pierwszy w życiu tak okropny ból. Znów pomacał się po obandażowanej głowie. Po chwili ponownie zajrzał do niego strażnik
- Co jest? Pospać się nie możesz?
- Noo... jakoś... tak... – wymamrotał Greg.
- Masz, napij się. Driakwie ci dają, malcziki, a gówno wiedzą. Dyć każdy dudek wie, że najlepiej wszystko oczyszcza zdrowiutki bimberek. Ludziska piją i co? Żywota dłuższe niż ta hochsztaplerska hałastra mają!
- A-alee... – próbował oponować chory, ale w dłoni strażnika już pojawiła się spora, metalowa piersiówka.
- Pamiątka po tacie – pochwalił się mężczyzna. – Masz, pij. – widząc, że chłopak się mocno krztusi, trzepnął go ręką w ramię i rzucił wesoło: - Cóż to, u was po wsiach bimberku nie żłopią?
Greg nie zdążył odpowiedzieć. Zapadł natychmiast w ciężki, deliryczny sen.
Kiedy się obudził, niemożebnie bolała go głowa. Zniknął za to ucisk w reszcie ciała oraz pieczenie rany na twarzy. Widocznie driakwia działała. Był wciąż w tym samym pokoju, zaczął się jednak zastanawiać, jak długo spał. Ciało ludzkie chyba nie regeneruje się tak szybko? – przemknęło mu przez myśl. Chciał zawołać strażnika, ale ze zdumieniem stwierdził, że nie może poruszyć ustami. Rozpaczliwie chciał wykonać jakikolwiek grymas, uśmiech, cokolwiek – nie udawało mu się. Chciał krzyknąć z przerażenia – gardło samo w sobie zareagowało, ale usta i język już nie i udało mu się dobyć jedynie charkliwy bulgot. Zaczął rytmicznie walić dłonią w stojącą obok szafkę. Do środka wszedł strażnik, pytając burkliwie:
- Czego tam?
Chłopak zaczął panicznie gestykulować, co zaniepokoiło mężczyznę. Uznał, iż pacjent ma swojego rodzaju atak i pobiegł po medyka.
Po chwili do pokoju, z twarzą wykrzywioną strachem i zadyszany wpadł podstarzały mężczyzna rachitycznej budowy oraz ze sporą łysiną.
- Co się stało?! – wrzasnął od progu. – Co ci jest? – przyskoczył gwałtownie do chłopaka. W odpowiedzi na to Grigorij zaczął jeszcze mocniej machać rękoma, pokazując usta i twarz i wykonując gest zaprzeczenia. Doktor popatrzył na niego dziwnie, przekręcił głowę – przypominał teraz zastanawiającego się psa z oklapłymi uszami. Następnie spytał:
- Możesz mówić? Jeśli nie, pokręć głową. – Greg wykonał energicznie gest przeczenia. – Możesz wykonać jakikolwiek ruch twarzą? – znów zaprzeczenie. – CO ZA DEBIL DAŁ MU WIĘCEJ WÓDKI?! – wrzasnął na całe gardło doktor, wziąwszy głęboki oddech. Strażnik, mimo iż nie mógł być winny – stróżował dopiero godzinę – skulił się w sobie i powoli wycofał do drzwi.
- Cóż, to teraz nieważne. – kontynuował doktor, uspokoiwszy się. – Jutro wszystko wróci do normy. Cóż, znów nie będziesz mógł nic zjeść. Wszystko przez jakiegoś idiotę. – westchnął pełną piersią, zrezygnowany. – Dopilnuję, żeby karmił cię dopóki nie wyzdrowiejesz. – dodał.
Greg spróbował westchnąć, udało mu się to zrobić nosem. Lekarz poklepał go po ramieniu i wyszedł. Żołądek chłopaka bardzo usilnie domagał się jedzenia, burczenie słychać było pewnie w połowie koszar. Chłopakowi chciało się krzyknąć JEŚĆ!” – tylko, że usta go nie słuchały. Ponownie westchnął i przekręcił się na drugi bok. Pusty żołądek nie sprzyjał rozmyślaniom – póki co wydedukował więc, że driakwia, którą mu podali, ujmowała ból, jednak jeśli wypiło się zbyt wiele – paraliżowała bolące miejsce. Chciał zastanawiać się, jakim cudem się to dzieje i dlaczego działa tylko obszarowo, ale żołądek przypomniał mu, że czas nie na myślenie, ale na jedzenie.
Spróbował zasnąć, nie wychodziło mu to jednak. Znów pomacał swoją twarz, a raczej bandaże na niej. Ze zdziwieniem i żalem przemknęło mu przez głowę, że już nigdy nie spodoba się dziewczynie. A reakcja Hanki?! Toż to będzie dla niej szok! Już go nie będzie kochać...
Tego typu niewesołe myśli przelatywały przez jego głowę, gdy wreszcie usnął.
Kiedy wstał wiedział, że odzyskał czucie w twarzy. Poinformowało go o tym pieczenie z rany. Właśnie, tylko pieczenie – to go zdziwiło. Próbował coś powiedzieć – z jego ust wydobył się lekki szept. Uderzył kilka razy dłonią w pryczę. W pokoiku natychmiast zjawił się strażnik, ten sam, który wtedy napoił go bimbrem.
- Dzień dobry! Wreszcie się obudziłeś! – zakrzyknął jowialnie, jakby w nadziei, że chłopak nie pamięta o jego wyczynie.
- Dzień dobry. – wyszeptał Greg. – Dajcie mi jeść.
- Jasne, się robi! – wykrzyknął służbiście żołdak i, wyprostowany, zasalutował w żarcie. Po kilku minutach wrócił z miską tłustego rosołu.
Greg jadł powoli, co chwila rozlewając. Nie do końca sprawne szczęki odmawiały posłuszeństwa, toteż knecht – Andrij, jak dowiedział się leczony – mu pomagał. Powoli udało im się wlać w gardło rannego porządną porcję jadła.
Chłopak padł na pryczę, klepiąc się po brzuchu.
- Co za uczta. – westchnął cicho. Rosół przyjemnie wygrzał jego trzewia.
- Skoro smakowało – to pomóc w czymś jeszcze? – spytał żołdak.
- Nie... w zasadzie to tak. – powiedział Grigorij. – Gdzie jestem i kiedy stąd wyjdę?
- Jesteś w koszarach Erengradu. Wyjdziesz... – Andrij na chwilkę się zaciął. – Wyjdziesz jak medyk pozwoli.
- Ale ja już czuję się dobrze. – chłopak położył wyraźny i nie znoszący sprzeciwu nacisk na słowo już”
- Słuchaj, mnie to nie dotyczy. – powiedział mężczyzna. Nagle wydawał się bardzo zdenerwowany. – Wyjdziesz jak doktor tak powie.
- Ale kiedy... – zaczął chłopak, jednak strażnik odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Andrij chlapnął drzwiami z całą siłą, oparł się o ścianę i ciężko westchnął.
- Lubię tego chłopaka... Cholera jasna, jak ja go lubię... To jeszcze podrostek, nie zasłużył na to! – żołdak zacisnął szczęki.
Każdego kolejnego dnia – a było ich jeszcze sześć – Andrij coraz mocniej dochodził do wniosku, że Grigorij nie zasłużył na bycie sprzedanym. Po prostu go polubił – tego prostego chłopaka ze wsi z ciężarną dziewczyną na karku. Z jego marzeniami, pragnieniami, planami, upodobaniami, zwyczajami. Polubił nawet to, jak chłopak krztusi się przy każdym łyku bimbru, który teraz – Greg nie dostawał już driakwi – pili w ilości około ćwierci litra dziennie.
W końcu podjął decyzję.
Kolejnej nocy – Greg nie wiedział, ile ich było – nagłe walenie w drzwi sprawiło, że chłopak poderwał się na równe nogi. Wstał i patrzył się zaskoczony w ciężkie odrzwia.
- Szybko! – do pokoju wpadł Andrij i rzucił mu na łóżko mundur, skradziony niższemu koledze.
- Co się... – chciał zapytać chłopak, ale żołdak mu przerwał:
- Nie pytaj! Chcieli cię sprzedać, ubieraj te łachy i wskakuj na konia! Jest przed chatą!
- K-konia?! CHATĄ?! – wrzasnął Greg. – Myślałem, że...
- Morda! I szybko! – Andrij wyrżnął chłopaka pięścią w brzuch – Gregowi odebrało oddech. Następnie zarzucił na niego niedbale tunikę i wytargał za bety z podziemnej celi.
A-ale... to miały być koszary... Erengrad... Oszukali mnie?!” – przemknęło przez myśl przerażonemu chłopakowi, kiedy szurał biodrami po kamiennej posadzce piwnicy. Kiedy Andrij miał go wtargać na schody, poderwał się i sam wbiegł na nie czym prędzej. Jeszcze nie docierało do niego to, co powiedział knecht – chcieli go sprzedać jako niewolnika na galerę. Strach ścisnął całe jego jestestwo, kiedy wybiegał na polankę i sprawnie jak nigdy wskoczył na sporą chabetę. Zaraz przed niego wskoczył żołdak.
Andrij okazał się być dobrym jeźdźcem. Bez problemu prowadził klacz przez ciemny las i wszystko wskazywało na to, że ucieczka się uda. Nie jechali wprawdzie szybko – była noc, jednak już wkrótce drzewa zaczęły się przerzedzać. Księżyc jasno świecił przez chmury, oświetlając dwóch uciekinierów.
Co ja robię?!” – przemknęło knechtowi przez myśl, jednak nie było już odwrotu. Złamał rozkazy, a za to mógł tylko dać gardło pod nóż – nie było żadnego tłumaczenia, ani żadnej litości.
Gdyby nie to, że księżyc świecił wyjątkowo jasno, Greg uznałby znikającą za drzewem sylwetkę dorosłego mężczyzny za omam. Jednak Blada Twarz” świecił zbyt mocno, aby mógł się pomylić.
W następnej sekundzie błysnęła mu przed oczami wykrzywiona wściekłością twarz Syriusza, ktoś mocno szarpnął lejce, koń gwałtownie wyhamował i zrzucił z siebie jeźdźców. Greg przeturlał się po korzeniach, upadek wypompował mu z płuc powietrze.
Nim obuch nabitej kolcami maczugi zmiażdżył Andrijowi głowę, zdążył on jeszcze pomyśleć: I dlaczego to robiłem...?”. Żołdak nie miał jednak do siebie żalu o to, co zrobił. Bardziej o to, że zostawi na świecie kochaną osobę i dwójkę dzieci. Jego dusza uszła z cielesnej opoki, zaś mózg rozbryznął się na wszystkie strony.
Grupka bandytów podeszła do Grega, szykując mu najokropniejsze tortury, jakie tylko mógł sobie wyobrazić. Na każdej twarzy widniał okropny, szeroki uśmiech, grymas sadystycznej satysfakcji i zadowolenia jednocześnie.
Ich miny zrzedły, kiedy mężczyźni usłyszeli za sobą tętent kopyt.
- Co u stu diabłów?! – wrzasnął jeden z nich. Odwrócili się jak na komendę, Greg zaś resztką sił skoczył w krzaki. Z ukrycia obserwował, jak mężczyźni w tunikach strażników miejskich wpadają szarżą między bandytów i jeden z nich ścina toporem najwyższego z kompanów Siriusa. Cieszył się z tego, że pomszczą śmierć jego przyjaciół z barki, i ta mściwa radość wypełniła jego pierś.
Dopiero kiedy walka dobiegała końca i tylko w oddali zabrzmiał ostatni krzyk uświadomił sobie, że jeźdźcy przybyli po niego i chcą go sprzedać jako niewolnika.
Zerwał się do szaleńczego biegu, gałęzie trącały jego głowę i szarpały jeszcze nie wygojoną bliznę. Syknął kilka razy z bólu, poczuł, jak po zimnym policzku spływają mu kropelki krwi. Uda zaczęły palić go żywym ogniem, oddech zablokował się i utknął w ślepym punkcie, złapała go kolka, uciskający ból w klatce piersiowej również zaczął się odzywać. Mimo to strach dodał mu skrzydeł i mimo śmigających za nim bełtów, w jednym kawałku dopadł otwartego terenu. Zaraz potem z lasu wynurzyli się jeźdźcy, nawołując do siebie i wskazując ostrzami w jego kierunku. Kilku z nich wystrzeliło, pociski minęły chłopaka o cale.
- Nie strzelać! – wrzasnął ktoś z konnych. – Ma być żywy! – nie wiadomo dlaczego, ale te słowa dodały chłopakowi otuchy. Mimo wszystko będę żył! – pomyślał.
Greg maksymalnie wydłużył krok, mimo to wiedział już, że popełnił błąd, który przypłaci za chwilę wolnością – przed sobą widział jaśniejszą wśród gęstej trawy strugę rzeki. W tym odcinku jej brzegi były strome i urwiste, nie miał jednak wątpliwości – to ta sama woda, na której płynął razem z przyjaciółmi i ładunkiem. Zaczęło mu się kręcić w głowie, koryto rzeki to się zbliżało, to oddalało, obraz zaczął falować, pusty żołądek zbuntował się i podchodził do gardła, uszy wypełnił mu jednostajny szum. Zastałe mięśnie nie wytrzymały wysiłku, jaki narzucał im ich właściciel, chłopak potknął się raz, drugi, później trzeci, w końcu upadł i przeturlał kilka metrów.
Spadał. Zdawało mu się, że spada całą wieczność, w jakiś dziwny niebyt pewnej śmierci i straszliwych mąk niewoli. Leciał wciąż w dół i w dół swojej nieświadomości i z dziwnego transu wyrwało go mokre, zimne uderzenie w plecy. Po chwili rwąca otchłań pochłonęła go całego, blokując oddech i unosząc coraz dalej. Chłopak poczuł silne szarpnięcie za ramie, ktoś pociągnął go w trzciny, ostre krawędzie liści cięły jego ciało. Tajemnicza ręka pociągnęła go w dół. Ostatnie, co słyszał z powierzchni, to rozkaz dokładnego obstawienia i przeszukania rzeki.
Nie miał pojęcia, ile czasu spędził pod wodą, wiedział, że się dusi i odpływa. Widział już w delirycznym omamie bramy niebios, otwierające się nad nim. Rozczarował się więc, gdy ponownie poczuł przytłaczający ciężar egzystencji. Ucisk w płucach był niesamowity, pierwszy haust powietrza bolesny. Zakrztusił się wodą i rozkaszlał. Obraz powoli się wyostrzał i zorientował się, że jest w małej jamie, połączonej z rzeką, jaką wyrzeźbiła woda. Ściany zostały wzmocnione palami, była to więc naturalna kryjówka, zaadaptowana przez człowieka na schronienie w razach takich jak ten. Świadomość życia spadła na niego z całą mocą i ucieszył się jak dziecko. Radość jednak minęła, kiedy usłyszał słowa powitania, zamiast niej jego trzewia wypełnił po same brzegi zimny, otumaniający wręcz i szaleńczy strach.
- Więc jednak znów się spotykamy. – powiedział zimno Syriusz, łapiąc młodzieńca za ramiona i obracając twarzą do siebie.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 29.09.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(50): 43 gości i 7 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał