Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: MGryglicki
Imię: Maciek
Skąd: Lubartów
O sobie: Emeryt.
Napisanych prac:
- nowości: 25
- wiersze: 4
- recenzje: 24
- artykuły: 6
- wywiady: 1
- proza: 20

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 252 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Greg (Opowiadanie Czwarte -..." 08.09.2009
"Oblężenie" 25.12.2008
"Harry Potter vs. World of..." 26.10.2008
"Noc" 14.08.2010
"Strumień świadomości (1)" 10.12.2010

Inne prace tego autora:
"Alchemik (1b)" 13.10.2008
"Elven wars (III, IV, V)" 26.10.2008
"Alchemik (1d)" 13.10.2008
"Harry Potter vs. World of..." 26.10.2008
"Elven wars (I, II)" 26.10.2008

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka
"Igraszka - I etap..." - Poziomka.
"Ćma - prolog" - Miao?

Greg (Opowiadanie Czwarte - retrospekcji część pierwsza)

I

- WODY! – krzyknął młody człowiek. Miał około czternastu, może piętnastu lat.
- Morda, smarku – mruknął niewiele na oko starszy od niego chłopak.
Pracujący na tym konkretnym polu u państwa von Kaislenów byli w większości młodymi ludźmi. Zbiory w tym roku zapowiadały się wyjątkowo obficie – nie brakowało ani słońca, ani deszczu. Ze zboża, jakie zbierze młodzież, częściowo powstanie najprzedniejsza gorzałka na północ od Kislev; część popłynie barkami do Erengradu.
Przed chcącym wody nastolatkiem stanął dystyngowany młodzieniec w eleganckim ubraniu i słomianym kapeluszu, podając mu bukłak.
- Dzię... – słowo zastygło chłopcu na ustach, w jednej sekundzie padł na kolano w niemym ukłonie.
- Wstań, wstań, Grigori. – powiedział szlachetka. Wprawdzie Grigorija irytowało, kiedy ktoś mówił do niego w ten sposób, ale dał sobie spokój. Znacznie bardziej wolał swój pseudonim: Greg. – Pracujcie w spokoju, dobrzy ludzie! – krzyknął jeszcze młody panicz, wskakując na konia i odjeżdżając.
Za to właśnie ludziska lubili von Kaislenów. Cała familia była po prostu... ludzka. Tak to przynajmniej określali mieszkańcy wsi leżących w ich włościach. Tak jak teraz młody panicz Henryk. Nie stał z batem, jak to wielu ludzi potrafi, poczęstował jeno wodą. Ba! miłego dnia pracy wręcz życzył.
Nad polem znów rozbrzmiały przyśpiewki, niektóre sprośne, inne tęskne, inne z kolei żartobliwe. Praca szła do przodu, kosy zataczały szerokie łuki, osoby, które były już na rżysku związywały kłosy w snopy. Wieczorem to wszystko pojedzie pod cepy, później zaś do gorzelni.
- Zapowiada się wspaniała wódka w tym roku, na, Prilik? – spytał jeden z chłopców nadzorcę, starszego, ogorzałego mężczyzną, smakującego kłos. Zagadnięty odpowiedział ochryple:
- Na, gorzałka dobra zawszyć.
- Jeno od Kaislenów najlepsza! – krzyknął kolejny pracownik. Śmiech poniósł się nad bujnymi łanami, ludzie na chwilkę przerwali pracę, zaczerpnęli z beczek wody, otarli pot z czół.

***

Praca trwała do wieczora.
- Ha! Greg, jak tam ta twoja kobiecina, na?! – zakrzyknął do niego Siergiej, jego dobry kolega.
Po skończonym znoju zebrali się w stodole von Kaislenów na wspólny posiłek. Cepy wciąż młóciły zboże, oni jednak mieli już wolne. Każdy dostał solidną miskę kaszy ze skwarkami oraz dzban piwa. Obok dwóch miedzianych monet była to wystarczająca zapłata za dzień pracy dla tak młodych ludzi. A oni cieszyli się z tego, że mogą sobie coś niecoś odłożyć, przy okazji świetnie się bawić i poznać kogoś nowego.
Tak właśnie było z Grigorim i Hanką, córką sprzątaczki. Ludzie spoglądali na parkę na różny sposób, ale nigdy obojętnie. Mało jednak było osób – takie jak siedemnastoletni przyjaciel Grega – które patrzyły przychylnie. Większość spoglądała na parkę zawistnie lub z zazdrością. Nie przeszkadzało to jednak spotykać się samym zainteresowanym. Na początku były tylko spojrzenia, ściskanie rączki i ta niezręczna cisza. Kiedy pierwszy raz się dotknęli i pocałowali... Przysięgli sobie, że nie zapomną tego do końca życia. Po żniwach obiecali sobie, że przyjdzie czas na poważniejsze sprawy.
Hanka jednak postanowiła przyspieszyć bieg spraw i, kiedy zbierała kufle po piwie, mrugnęła do swojego kochanka znacząco.
W środku nocy, gdy wszyscy spali, Greg wymknął się ze stodoły. Nie miał z tym problemów, po wieczornym pijactwie wszyscy padli jak zabici. Poszedł za zabudowania, na miejsce ich zwyczajnych schadzek. Czekała już tam na niego, księżyc odbijał się w jej pięknych oczach, mdłe światło wybielało lico.
Idealna – pomyślał chłopak, podchodząc do niej.
- O co chodzi? – spytał, podchodząc.
- Och, myślałam. Chcę to zrobić, z tobą, tu i teraz. – powiedziała, spuszczając wstydliwie oczy, ale jednocześnie przysuwając się do niego bliżej. Objął ją w talii i zanurzył twarz w jej włosach. Pachniała wieczorem, trawą, lasem, świeżością i... czymś nieznanym mu wcześniej. Dopiero za kilka lat chłopak dowie się, że ten zapach nazywa się pożądaniem.
Rzucili się na siebie w szale popędu młodych, spragnionych ciał.

***

- To było wspaniałe – szepnęła mu Hanka na pożegnanie.
Grigorij jeszcze dygotał z emocji. Zawsze chciał to zrobić, ale... miał dopiero piętnaście wiosen! Nie za wcześnie? Wiedział, tak, w tym wieku panny idą już na wydanie, ale...
Naszło go wspomnienie przyjemnego ciepła, kiedy poruszał się w niej niesfornie ale delikatnie, tak, aby jej nie bolało. I ten dreszcz, kiedy doszedł. Pierwszy raz w życiu w kobiecie. Ciepło rozeszło się po całym ciele, poczuł, jak krew w członku znów pulsuje.
- Ogarnij się, chłopie! – mruknął na siebie gniewnie. Wśliznął się do stodoły bezszelestnie, opadł na siennik i z cichym westchnieniem zasnął.

***

Prace polowe trwały jeszcze tydzień. Przez ten czas Greg dorobił się nowych butów, porządnych, takich do połowy łydki, jak miał jego ojciec. Wraz z butami gratis dostał spodnie z porządnej, grubej tkaniny. Ostrzył właśnie nóż, kiedy przed jego dom przybiegł Siergiej.
- Greg! Greg! – wołał już z daleka.
- Siergi! Co ty tu robisz?! – spytał Greg, zaskoczony.
- Słuchaj, brakuje nam jednej osoby do załogi barki. Wchodzisz w to?
- Poczekaj, zapytam rodziców. Ile w ogóle płacą?
- Miedziaka za dzień. I wyżywienie.
- O tak! – krzyknął jeszcze chłopak, wbiegając do chaty. – Ojcze!
Jego rodzic, pochylony nad misą z zimną wodą zaciskał z bólu zęby.
- Ojcze? – jego entuzjazm nieco przygasł. Po chwilce spytał cicho – Znów się sparzyłeś?
- O... Tak. Witaj, synu. O co chodzi?
- Chcę wyruszyć do Erengradu barką panów szlachty.
- No cóż... Nie jestem temu przychylny, ale najwyższy czas, abyś zaczął pracować... Ruszaj. Weź tylko to – rzucił mu nóż własnej roboty. Ojciec Grega, Misza, był kowalem. Jego bronie może nie były doskonałe, ale po naostrzeniu stawały się naprawdę niezłe. Tak przynajmniej myślał wtedy Grigorij. Oglądał więc teraz najnowsze dzieło ojca z podziwem i wdzięcznością. Łzy zaszkliły się i po chwili pociekły z oczu śmiałym strumieniem. Syn rzucił się ojcu w ramiona, mężczyzna poklepał go po ramieniu. – No, już, już. Weź sobie jakieś jedzenie na drogę. – powiedział, odsuwając go delikatnie. Greg pociągnął nosem i wykrztusił przez łzy:
- Dziękuję, ojcze. – spakował szybko do torby podróżnej trochę suszonego mięsa, dwa podpłomyki i kilka suszonych grzybów. Zatknął za pas nóż, po chwili namysłu wziął ze sobą jeszcze spodnie na zmianę. Nie wiedział czego, ale tknęło go jakieś złe przeczucie. Pewnie to tylko strach, jak zawsze przed pierwszą podróżą – zbeształ się w myślach. Wraz z Miszą wyszli przed ich chatę.
- Opiekuj się nim, Siergiej. – powiedział ojciec Grega do jego przyjaciela. – Szczęśliwej podróży.
- Ostańcie w zdrowiu, panie Misza. – odpowiedział Siergi, odwracając się.
- Żegnaj, ojcze. Do zobaczenia! – młody chłopak jeszcze chwilkę machał rodzicowi na pożegnanie.
- Pewnie matka mu zrobi awanturę, na? – spytał Siergiej.
- Na. – odpowiedział czternastolatek.
Dołączyli do tłumu, zebranego przed stodołą von Kaislenów. Powitano ich okrzykami radości – większość ludzi znała syna Miszy i wiedziała, że jest silny, odpowiedzialny i zaufany. Mimo, że trochę miłośnik – dodawało do tego kilku z tych, którzy wiedzieli o jego romansie z Hanką.
Zresztą, już na barce, miała Grega dosięgnąć wiadomość, że jego dziewczyna jest w ciąży.

***

Przez pierwszy dzień miotały nim torsje. Nie był zupełnie przyzwyczajony do kołysania, jeszcze nigdy do tej pory nie stanął na pokładzie. Nie mógł nic jeść, więc wieczorem po prostu rozmawiał z kucharkami. Dowiedział się wtedy, że Hanka spodziewa się dziecka.
- C-co?!
- Ha! Zbrzuchaciło się dziewkę gdziesik na sianku, na? – mruknęła kucharka, starsza, otyła pani w fartuchu i z chustką na głowie. – Tera płacić przyjdzie, na? I strach za fiutka złapał?
- N-nie... T-to t-ty-y-lko... – dukał Greg.
- Na, ty mi nic nie mówi. Toć norma, jak się gzi po kątach, to i efekta są chybcikiem.
- T-tak... – przyznał cicho syn Miszy.
- No, nie gnęb się, dyć pracę masz, to i na utrzymanie będzie, na?
- T-tak. – przyznał automatycznie Grigorij. Kucharka machnęła ręką i odeszła.
Jego umysł był zupełnie rozbity. Z jednej strony cieszył się – spłodził swojego potomka. Z drugiej – jak on, u stu diabłów, zapewni przyszłość Hance? Poza tym, ona jest przecież o rok młodsza! Czy to nie będzie dla niej szok? A poród? Chłopak na dobrą sprawę nie miał pojęcia o tych rzeczach, dlatego tonął w najgorszych domysłach. Wkrótce jednak pragmatyzm wziął w nim górę i zastanawiał się tylko, jakim cudem utrzyma dziewczynę, siebie i dziecko. Miał cichą nadzieję, że może panicz Henryk – wszak był romantyczny – podaruje im coś na dobry początek.

Nazajutrz mdłości nie były już tak straszne, więc nawet przełknął kęs suszonego mięsa. Podeszła do niego ta sama kucharka z którą wczoraj rozmawiał i, wręczając mu dwa liście, powiedziała:
- Masz, zgryź. Będzie ci lepiej. – oddaliła się natychmiast, chłopak zaś spojrzał na dwa małe listki, pachnące dość świeżo, które trzymał w dłoni. Zaczął je gryźć od razu po zjedzeniu kawałka chleba i słoniny – ot, zwykłe chłopskie śniadanie. Poza tym starał się, na czas rejsu, zapomnieć o ciężarnej dziewczynie, która gdzieś tam nosiła pod sercem jego dziecko. ICH dziecko! Świadomość konieczności związania się z Hanką na stałe była wystarczająco przerażająca, a co dopiero piastowanie latorośli!
JESTEM NA TO ZA MŁODY!! – ostatnia, rozpaczliwa myśl przemknęła przez jego umysł, nim rozmową zajął go Siergiej.
W zasadzie chłopcy nie musieli robić wiele tego dnia – dopiero wieczorem ich zadaniem było sprawdzić olinowanie, pakunki, stan barki, słowem – wszystko. Kolejny, trzeci już dzień podróży okazał się ich – między innymi – zmianą przy wiosłach.
Mimo siły i wprawienia w machaniu cepem czy kosą, ani Greg, ani Siergiej nie wyobrażali sobie, że wiosłowanie może być tak ciężkie. Po godzinie – a w zasadzie nie robili wiele ponad utrzymywanie stałego kursu barki – ramiona im pękały. Jedynym pocieszeniem był kawał wędzonego mięsa, jaki czekał ich w zamian za cięższą pracę. Palący ból powoli rozlewał się na łopatki, skrzydła, przedramiona, barki, nawet brzuch i uda. Około dwunastej wszyscy ściekali potem, Gregowi wydawało się, że obraz majaczy mu przed oczami. Postanowił jednak się nie poddać, nie pokazać, że jest słabszy. Szczyty wyczerpania jednak przyszły wraz z przyklękiem słońca – chłopakowi zdawało się, że składa się z jednego, wielkiego bólu. Kiedy tylko skończyli zaczął chciwie pić wodę – i tak wypił chyba ze dwa razy więcej niż każdy inny wioślarz. Oczy miały wyraz niemalże obłąkańczego zmęczenia, ramiona zwisały luźno, barki opadły, twarz wykrzywiał nieokreślony grymas. Wzbudził tym nieco strachu, a nieco politowania – szczególnie, kiedy zaczął na bezdechu, chciwie, połykać kolejne kęsy tłustego boku wieprza. Siergiej trzymał się lepiej, ale niewiele.

Pobudka była straszna. Gregowi kręciło się w głowie, całe ciało paliło żywym ogniem, bólem, jakiego wcześniej nigdy nie czuł. Przekręcił się na bok, ktoś potrząsnął nim mocniej.
- Hej, malcziki, wstawać! – warknął jakiś głos. Chłopak poznał Wołodię, starego kolegę swojego ojca.
- Tak, już... – podniósł się powoli, ociężale.
- Na, dało w kość wiosło? Masz no, łyknij se. Lepiej ci się zrobi. – powiedział mężczyzna, podając mu piersiówkę. Chłopiec z trudem przełknął potężnej mocy bimber. Zakrztusił się, Wołodia dał mu wody do popicia.
- Ło masz ci los. – powiedziała, przechodząc obok, otyła kucharka. – Nie w smak, na?
- Przywyknie i on. – mruknął mężczyzna. – Poszło, babsko! – warknął na kobietę, na co ona odburknęła coś o chamstwie. – Ech to, na męskich sprawach się nie wyznaje, jęczeć ino umi. – szepnął za nią jeszcze mężczyzna.
- D-dziękuję. – wydukał Greg. Przez ten czas przełyk przestał palić gorzej niż reszta ciała, całe ciepło alkoholu spłynęło do żołądka, a na dodatek przestał już się krztusić. Problem zaczął się w chwili, kiedy okazało się, że żołądek wcale nie chce przyjmować alkoholu. Chłopak wychylił się nad wodę i z paskudnym charczeniem zrzygał. Podali mu wody, żeby nie zaczął wydalać żółci, ktoś klepnął go w plecy, chyba ta sama osoba na siłę napoiła i potężnie uderzyła w brzuch – ponowny spazm. Kiedy już wyrzygał wszystko, co mógł, spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Wymizerowana, blada twarz, podkrążone oczy. Otrząsnął się i przewrócił na plecy, pozwalając, aby poranny wiatr owiał jego ciało chłodem. Podniósł się powoli po około pół godzinie i stwierdził, że da radę coś zjeść. Jako że pora obiadowa minęła, poratował się tym, co zapakował w domu. Jadł trzęsącymi się rękami, wiosła naprawdę dały mu w kość. Nie okazał jednak słabości i czuł się z tej racji dumny.
Rozparł się na kilku workach, podszedł do niego Siergiej.
- Na, Greg, ręce bolą?
- Ano. – mruknął jego przyjaciel. – Pęcherze mi powyskakiwały.
- Mnie też. Cholerstwo piecze, na?
- Ano. – mruknął znów chłopak.
- Oj, coś ty nie rozmowny dzisiaj. Ostawię więc, zdrowiej, Greg, na?
Grigorij wymruczał coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Siergiej pokręcił głową i odszedł.
- Już niedługo. – powiedziała kucharka. – jeszcze góra jeden dzień.
Kolejne godziny spływu ciągnęły się niemiłosiernie. Słońce było w przyklęku, chłopcy sprawdzali liny. Wszystko było w porządku, więc załoga udała się na spoczynek. Zostało tylko dwóch ludzi na czuwaniu.
Greg nie mógł zasnąć, cały czas go mdliło. Nie wiedział dlaczego – może suszone mięso zawilgło i było już niedobre? Może to przez te kołysanie...? Czy ki diabeł? – takie myśli przeplatały się z wspomnieniem Hanki i świadomością, że będą mieli dziecko. Łapał wtedy Grigorija za gardło zimny strach i nieznośna, zimna gula rosła w żołądku, zaraz jednak spychał te, jak sam to określił, dyrdymały, na bok. Robiło mu się od nich jeszcze gorzej. Ponieważ leżał na samej krawędzi pokładu, wychylił się lekko i spojrzał na swoje odbicie. Przemył twarz zimną wodą.
Wiem! Może to przez te żółcie i ich fluktuacje? – pomyślał syn kowala. Uznał to za bardzo naukowe i mądre wytłumaczenie, więc przytaknął sobie w myślach. Tak, to musi być to. – powtórzył i przewrócił na plecy. Niebo było zachmurzone, ale chłopak nie miał wątpliwości, że północ już minęła. Kiedy większa chmura przesłoniła Bladą Twarz, jak w dzieciństwie nazywali Księżyc, usłyszał chlupot. Następnie coś świsnęło w powietrzu, dwa stłumione jęki rozdarły spokojną noc.
Siergiej poderwał się natychmiast – zawsze miał lekki sen – i oberwał w szczękę potężną maczugą. Przewrócił się na śpiącego obok Grega. Syn kowala uderzył skronią w kant skrzyni. Dla niego zapadła jeszcze ciemniejsza noc.
Napastnik nie zawracał sobie już nim głowy, myślał, że jest martwy. Zajął się innymi - bandyci zarżnęli wszystkich ludzi na barce i dobili do brzegu – wszystko przebiegło w niemalże zupełnej ciszy i bardzo szybko.
- Wszystko jak w planie, Marcusie!
- Doskonale, Syriuszu. Co tam mamy? – spytał wysoki mężczyzna z sygnetem ze srebra na palcu. Pozostali członkowie bandy mieli miedziane. Zapytany skrzywił się nieznacznie – widocznie nie lubił tego imienia. Twarze rabusiów były skryte pod maskami, każdy dzierżył jakąś krótką broń.
- Kilkadziesiąt worów zboża.
- Dziwi mnie tylko to – odezwał się jeden z bandy, ten, który zabił Siergieja. – Że płynęli bez obstawy. Nie jest to za łatwe?
- Jak coś jest łatwe, to korzystaj. – warknął inny, wylizując zakrwawione ostrze. Inni członkowie patrzyli na niego z przyganą i odrazą, a jednocześnie przyzwyczajeniem.
- Okoliczny władyka gwarantował. Poza tym to wciąż praktycznie są ziemie Kaislenów.
- Skurwysyny, nie przepuszczą. – stwierdził chłodno mężczyzna nazwany Syriuszem. – Zabierajmy towar i spalmy tę łajbę razem z trupami.
W tej chwili na plażę, gdzie przybili bandyci, zajechał drabiniasty wóz. Mężczyźni zostawili broń ruszyli załadować worki. Szkapa, która go ciągnęła, ledwie dawała radę.
Zanim wszystkie worki znikły z pokładu, zajechały jeszcze trzy identyczne wozy. Bandyci oblali barkę nie nadającym się do picia, mętnym bimbrem – używanym do koktajli – i spuścili ją na wodę.

Grega obudziło nieznośne gorąco. Przeszedł go bolesny skurcz, bolały płuca, skóra zaczynała parzyć. Przeraził się nie na żarty, gdy zobaczył pełgające dookoła płomienie. Odruchowo pomyślał o wodzie – czuł, że dryfuje – i zsunął się do niej. Mroźna kipiel spowodowała szok, przez chwilę ocalały nie mógł oddychać. Wychynął na powierzchnie, ciśnienie uderzyło do głowy, bolesny ucisk objął całą klatkę piersiową. Oddychał ciężko i boleśnie, ale żył. Rozejrzał się po okolicy. Widząc stojących na brzegu morderców, wpierw ogarnęła go zimna wściekłość, następnie jeszcze większe przerażenie. Schował się na tyle, na ile mógł, pod wodę.
Chyba mnie nie zauważyli. – pomyślał z ulgą. Po pewnym czasie, kiedy płonąca barka nie dawała żadnego światła, bandyci odeszli, dopiero wtedy Greg pozwolił sobie na poruszenie. Był przerażony do granic możliwości, to, co się wydarzyło, nie do końca do niego dotarło. Całe ciało miał zziębłe i odrętwiałe, myślał, że umrze jeśli się ruszy. Zmusił się jednak do minimalnego wysiłku i wpłynął w okoliczne szuwary. Tam złapał się jakiejś trzciny czy gałęzi, sam nie był pewien, i podciągnął się do brzegu. Jakimś cudem wylazł – i od razu tego pożałował. Noc była cholernie zimna, a on nie miał nic, żeby się ogrzać. Bał się jeszcze rozpalać ogień, skulił się więc w kłębek i pogrążył się w delirycznym koszmarze pełnym zabijania, krwi i ognia.

Obudziły go mocne promienie wczesnojesiennego słońca. Ocknął się, czuł nieznośny szum w głowie. Na brwi wymacał sporego strupa, całe ciało go bolało, od czasu do czasu trzęsły nim dreszcze. Przyłożył dłoń do czoła – było niesamowicie gorące lub równie zimne. Nie był w stanie określić nawet tego. Próbował się podnieść, nawet częściowo mu się to udało. Przekręcił się twarzą do ziemi, aby się unieść na klęczki – kiedy to zrobił, zwymiotował obficie. Leżał we własnej żółci, przetoczył się ku wodzie i przemył twarz. Zimna woda przyniosła częściowo ulgę, mógł zogniskować wzrok. Żołądek dalej podchodził do gardła, ale chłopak odniósł wrażenie, że nawet żółci w środku nie ma. Napił się wody i zwymiotował po raz kolejny. I jeszcze raz i jeszcze raz. Po czterech spazmach był tak zmęczony, że padł na ziemię bez tchu, za to żołądkowi znudził się bunt.
Grigorij podniósł się na klęczki, wstał chwiejnie. Zobaczył, że jest na niewielkim trzęsawisku. Widocznie rzeka zniosła go do jednego z wielu starorzecz, które w międzyczasie podmoczyło las. Trzymając się wątłej brzózki, zrobił krok do przodu. W głowie zahuczało jeszcze mocniej, wszystko dochodziło do niego jak przez mgłę. Mimo to dał radę skupić wzrok, a przez smród rzygowin doszedł go swąd palonego węgla.
Czyżby osada węglarzy? – spytał sam siebie i ruszył w tamtą stronę.
Po dłuższym czasie obijania się do drzewa spotkał małego chłopca. Dzieciak mógł mieć może osiem lat, był odziany w brudne łachy i patrzył na Grega wielkimi, zdziwionymi oczami.
- P-pomocy... – wymamrotał przybysz.
Dziecko widocznie przestraszyło się jego zachrypłego, słabego głosu, bo pobiegło do osady. Grigorij odbił się do kolejnego drzewa, chciał zrobić krok, ale zobaczył przed sobą dwóch potężnie wyglądających, nieco tylko od niego starszych, młodzieńców.
- Czego tu szukasz? – zapytali. Głowy wyrastały bezpośrednio z ich byczych karków, przerastali zwykłego mężczyznę o jakieś pół łokcia, a i tak wyglądali na krępych. – No?
- Po-omocy... – Greg zakrztusił się i zaczął kasłać.
- A kim jesteś?! – warknął drugi z nich. Zaczęli groźnie, miarowo uderzać bijakami w otwarte dłonie.
- Chłopem... – odpowiedział przybyły niepewnie. – obrabowali mnie... Nas... Bandyci.
- Taaaak? – przeciągnął ironicznie jeden z, prawdopodobnie, braci. – Nie wydaje mi się!
- A-ale to prawda! – wychrypiał syn kowala rozpaczliwie. – Okradli i spalili barkę, prze – znów się rozkasłał. Dopiero po dłuższej chwili dokończył. – Przeżyłem tylko dlatego, że straciłem na samym początku przytomność...
Oba byczki zlustrowały go dokładnie.
- Jak myślisz, kłamie?
- Nie. Jak coś to mamy przecież to. – ten z lewej wprawnie zamachał porządną, dębową pałką. – Idziesz z nami, synok. – Widząc, że przybysz się zatacza, wziął go pod ramię i poprowadził, a właściwie zawlókł.
Posadzili go na ławce przed jedną z chat i w zasadzie nikt się nim nie interesował. Tylko przechodząca kobieta spojrzała na niego przeciągle.
Minąwszy go, podeszła do swojej kumoszki.
- Na, Wanda, licho on mi się patrzy.
- Ano. Może go nakarmić, a? – odpowiedziała zagadnięta. Aktualnie patroszyła kurę na rosół, ale oderwała się od pracy i spojrzała na Grega. – Racja, marny malcziki. Cosik jakby nieobecny.
- Na, a może to jego dusza choruje?
- A kto się wyzna? Zaproś no go, no! – ofuknęła znajomą Wanda, sama jednak wytarła ręce w fartuch i, podszedłszy, zagadnęła:
- Chłopczyku, słyszyś? – spytała kobieta. – Wołają mnie Wandzia. Chcesz-li czegoś?
- W-wody. – przybysz obrócił pusty wzrok na wysoką, słusznej postury czterdziestolatkę. Z tego typu, co to ładuje bandytów wałkiem po mordzie.
- Jeść ci się nada! – przyłożyła mu swoją spracowaną, ciężką dłoń do czoła. – Aa! Parzy! Diabli nadali, choryś, malcziki!
- J-ja... – odrzekł chłopak, ale nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Wpatrywał się tylko tym swoim pustym, szklanym wzrokiem w Wandę.
- Nastka! Rychło! – zakrzyknęła kobieta i bez większego trudu dźwignęła młodzieńca. Wniosła go do swojej chaty i położyła na klepisku. Nakryty pledem, chłopak zupełnie nie reagował.
- Może opętany-ć? – spytała Anastazja.
- Wiem ja? Poczekać na starych, ot moja rada. A natenczas starunku nie szczędzić.
- Obiorę kurę za cię, a ty miej na niego oko. – powiedziała Nastka.
- Nawet oboje oków. – odpowiedziała Wandzia.
Tak więc postawna kobieta czuwała nad rozgorączkowanym, nie domyślając się nawet, co się z nim dzieje. A tymczasem młodzieniec przeżywał jeszcze raz dramat wczorajszej nocy. Przed oczami wyraźnie znów stanęła mu spalająca się powoli sylwetka Wołodii, Siergiej patrzył na niego ze stosu pogrzebowego wielkimi, wybałuszonymi oczyma. Okrutnie rozrąbana twarz barkowej kucharki przypominała makabryczną maskę. Wykrzywione w przerażeniu twarze, oczy pełne cierpienia, ciała wykrzywione w agonalnych spazmach tańczyły mu przed oczyma wyobraźni w opętańczym korowodzie, szczerząc zęby w dzikim skowycie, popatrując na niego, winiąc go za to, że przeżył. Jego przyjaciel wyciągnął oskarżycielsko palec i dźgnął go w pierś.
Greg przeżywał szok. Niczym lalka, automatycznie przełknął kilka łyżek rosołu. Płyn przyniósł ożywienie i wspaniałe, kojące ciepło w żołądku.
- Na, chłopcze, coć się z wami stało? – spytała go Wandzia.
- Napadli... ograbili... zamordowali... wszyscy... barka... te oczy... te oczy... Siergiej... Siergiej! – chłopak się rozpłakał. Cały horror nocy wrócił ze zdwojoną mocą. Kobieta przytuliła go do piersi.
- Na, już dobrze... Żyjesz, toć to się liczy... Masz do kogo wrócić, na?
- A...Ale...
- Nie mów ino nic. Sza-cichosza, na... Już... – kołysała go jak małe dziecko, aż wreszcie chłopak zasnął. – Wygląda na tak niewinnego... A taka okropność... – mruknęła do siebie Wandzia, jak już usnął.



Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 08.09.2009r.

1     

Sofie 09 09 2009 (18:30:37)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Wzruszyłeś mnie. To, że czytałam tylko jedną część (i to niecałą) Grega, nie sprawiło, że się zgubiłam. Plus. Drugi plus, za długość, która mnie przymuliła. Trzeci, za wzorowe słownictwo- a raczej jego odwzorowanie. Wręcz genialna, wciągająca fabuła, dziewczyna w ciąży, wieś- rejon tak dla mnie znany... Kurcze, aż nie wiem, co napisać. Podoba mi się. Masz ode mnie sześć.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(49): 42 gości i 7 zarejestrowanych: exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl