Pseudonim: Szary sweter
Imię: Weronika
Skąd: Łódź
O sobie: "Pisać jest trudno, ale jeszcze trudniej byłoby nie pisać." - T. Breza
Napisanych prac:
- wiersze: 25
- proza: 4

Średnia ocen: 5.7
Użytkownik uzyskał: 141 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Ciche serce" 26.09.2011
"Guziki" 28.09.2011
"Wypominki" 04.02.2012
"Nie padało" 12.02.2012
"Lot na końcu siebie" 05.03.2012

Inne prace tego autora:
"Panta rhei" 26.06.2012
"Do człowieka" 17.10.2012
"Październik" 22.10.2012
"Ciche serce" 26.09.2011
"Wiem" 16.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Gra

Kawa. Brąz rozpływa się po wrzątku długimi, skręconymi pasmami, wirując i opadając na dno drżącą spiralą, kiedy brzuszek łyżeczki dzwoni rytmicznie o ścianę kubka. Porcelana jest gorąca pod delikatnym dotykiem ust, a napój ciepły i cierpki. Prześlizguje się po języku, by spełznąć wzdłuż gardła pozostawiając po sobie posmak – pierw słodki, później gorzkawy, a na końcu kwaśny. Helena unosi brodę, przemierza spojrzeniem długi blat drewnianego stołu i po jego drugiej stronie napotyka wpatrzone w nią migdałowe, błękitne oczy. Są matowe i puste jak uśpione jeziora o bladym dnie. - Jak się czujesz? Uśmiech, lekkie, subtelne wykrzywienie w górę kącików warg, będące raczej odruchem warunkowym, niż niosące ze sobą jakikolwiek ładunek emocjonalny. - Cudownie. Przez to pięć minut, które zdążyły upłynąć od twojego ostatniego pytania tej treści, moje życie w niewytłumaczalny sposób wykonało dynamiczny zwrot i stało się niepojmowalnie emocjonujące. - Bardzo zabawne. Pytałam serio. - Wiem, dlatego odpowiedziałem serio. Nie jestem ze szkła, Lena. - To nie zmienia faktu, że się martwię. - To też wiem. W zasadzie, jeśli się nad tym zastanowić, nie robisz nic poza zamartwianiem się o mnie bez najmniejszej przyczyny. - Bo cię kocham. - Tak. To wiele tłumaczy. Mrugnięcie. Ciemny pokój, krzesło, uniesione brwi, tak boleśnie znajomy wyraz twarzy. Podkrążone oczy, cienie, wyryte pod nimi dłutem czasu, których smugi splatają się z rzęsami na policzkach. Dotyk ciepłej dłoni, nieśmiały, delikatny. Mrugnięcie. Szczupłe palce zaciskają się na jej nadgarstku. - Dobrze, Lena. Światło wdziera się pod powieki, pędząc wzdłuż oczodołów i wysyłając płucom kłujący impuls. Poranny chłód wygarnia wspomnienia jak pierwszy wiosenny wiatr osuszający liście ze szronu. - Nie wypiłeś kawy. Chłopak spuszcza wzrok na swoje spłowiałe dłonie ściskające kurczowo zielonkawą, wyszczerbioną filiżankę. Po palcu wskazującym spływa kropelka brązowej cieczy, wsiąkając jak farba w płótno. Skóra ciasno obejmuje kłykcie, tak, że zdają się niemal przebijać miękką tkankę. Wzdycha. - Go... czka. - Zdaje się z trudem artykułować słowa, jakby przez spróchniałe gardło, ledwo trącając struny głosowe przywiędłe jak skrzydła owadów skropione deszczem. Dławi się przy drugiej sylabie i wygarnia ją językiem zza zębów z cichym cmoknięciem. - Gorzka. - Nie lubisz słodkiej kawy. Nie lubisz słodyczy, bo uważasz, że to zbędny nadmiar węglowodanów odkładający się w biodrach. Nie lubisz zachodów słońca, bo ich jaskrawe przebłyski rażą cię w oczy. Nie lubisz batonów orzechowych. Nie lubisz grzanek z dżemem truskawkowym, chyba, że akurat boli cię gardło. Nie lubisz Beatelsów. Nie chichoczesz. Nigdy. Denerwuje cię dźwięk, jaki wydaje słomiana wycieraczka przesuwana po mokrym od nocnego deszczu betonie. Lubisz zapach jej włosów. Lubisz, kiedy dotyka cię opuszkami palców pod biodrem, w tym płytkim zagłębieniu wciśniętym między wąskie kości, zawsze odrobinę cieplejszym niż reszta ciała. I nie uważasz, że to łaskocze. Poczuj to. Stop. - Nie... lubię? Helena zaciska zęby, przełykając równocześnie gorzką ślinę przesączającą się przez podniebienie. Skóra piecze, rozsiewając smak żółci po wnętrzu ust, a dziewczyna może niemal poczuć jak obślizgłe, dręczące wspomnienia osiadają na dnie jej żołądka. - Nie. Ale podsuwa mu cukiernicę. Chłopak chwyta ją w cienkie jak wierzbowe witki palce i przechyla nad filiżanką. Kilka kryształków opada na blat stołu. - Lena? Jego umykające spojrzenie goreje tym rodzajem gęstej pustki, jaką można dostrzec tylko w martwych oczach topielca. Serce dziewczyny zaciska się na ten widok, chociaż to tylko szarej codzienności znów udaje się przebić na powierzchnię dnia. - Słucham? Jej fałszywy uśmiech znika za porcelanową zasłoną kubka, kiedy dopija kawę i gdzieś tam przeobraża się w grymas bólu. - Lubię... lubię lody? - Słodkie gówno. - Daj spokój. Wszyscy lubią lody. - Ja nie. Śmietankowa, zimna, roztopiona breja z zepsutego mleka. Trzeba być niezłym fetyszystą, żeby to jeść. - Lecz się. - Sama się lecz. Chodź, skarbie. Pójdziemy na szejka. Ale lody są słodkie i podobno, jak twierdzi matka albo twierdziła babcia, dobre na wszystko. A jeśli nie pozostaje nic, czego nie można by zmienić, to choć zmiany tracą sens - przyzwyczajamy się do nich. - Oczywiście. Wszyscy lubią lody. - Ty...? - Tak. Ja też je lubię. - Kubek stuka cicho o metalowe dno zlewu, a w chwilę później dołącza do niego filiżanka. Szum wody odbija się echem od ścian. - Możemy dzisiaj zjeść, jeśli chcesz. Lody. - Chcę. Wstaje od stołu, po podłodze szurają zgodnie dwie pary butów. Chłód przedpokoju, przytrzymywany w objęciach zastanego powietrza popychanego przez grube, kamienne ściany starego budownictwa. Trzaskanie drzwiami. - Na jaki smak masz ochotę? Helena klęka na jedno kolano, czując jak zimno potłuczonej posadzki przenika przez nogawkę spodni i wsiąka w kości, rozchodząc się po skórze stłumionym dreszczem. Sięga sznurówek trampek, a kiedy chłopak podsuwa stopę, but ociera się mokrą podeszwą o jej nadgarstek. Nie lubisz malinowych. Nie lubisz waniliowych. Miętowych, truskawkowych, śmietankowych, straciatelli. Nie lubisz lodów. - Gdybyś mógł zawrzeć związek małżeński z przedmiotem ożeniłbyś się z tą struclą, prawda? - To nie jest jakaś tam strucla. To czekoladowa strucla. Czekoladowa, Lena. -... ekoladowe. Wspomnienia, które pchają się przez podświadomość do najmniej opornych zakamarków mózgu, nigdy nie dotyczą niczego istotnego. Po prostu są, przypominając swoją irytującą, niepokonaną obecnością prostotę minionych dni. Odgłos zasuwanego zamka. Helena prostuje kołnierz ortalionowej kurtki, delikatnie przesuwając po nim samymi koniuszkami palców. Materiał jest lekko ubrudzony na szwie, ale nie tak, by było to naprawdę widoczne bądź istotne w jakikolwiek inny sposób. Pięć guzików na długich, staromodnych rękawach i zgrzyt klucza w zamku, szuranie wycieraczką, cisza w miejsce stłumionego, zdegustowanego parsknięcia, które zdaje się przebrzmiewać w jej uszach, choć nie ma do tego prawa. Ulica. Samochody pędzą rozmoczonym asfaltem, to krzycząc piskliwie, to zwiększając prędkość i wzbudzając do lotu tumany kleistego kurzu. Przechodnie spieszą się, przemykając wąskimi chodnikami naciągnąwszy kaptury na zaspane głowy, utytłani rutyną i smrodem przyzwyczajeń. Białe BMW hamuje z piskiem na przejściu dla pieszych. Na ten dźwięk Helenie wysycha w ustach, a serce usiłuje wyrwać się z piersi. Język staje kołkiem, bezużyteczne, stwardniałe ciało obce. Chce go wypluć, ale suche torsje zasysają ślinę do wnętrza gardła. Zaciska palce na lepkiej, ciepłej dłoni. Oddech. Jeszcze jeden. Panika zalewa jej umysł falą tsunami, rozbijając się po kątach czaszki, sprawiając, że kolana miękną i uchodząc spomiędzy warg w zdławionym westchnięciu. - Lenka? Zaniepokojone brwi, wargi, nos, oczy nie. Palce przeczesują jej włosy, ale nie zna tego dotyku, tak niepoprawnie delikatnego, nieśmiałego, dziecinnego, nie, więc sapie i wyrywa się, wyrywa, wyrywa, aż rękaw trzeszczy i szorstki materiał rozchodzi się w ciasnym uścisku. - Lenka? - Lenka? Lenka? Czy...? - Le – Lenka? Ziemia pod stopami, twardy, przemoczony beton, przedzierający się wilgocią przez cienkie podeszwy butów. Zapach deszczu. Zapach waniliowego mydła. - Lenka? Lenka? Czy ty...? Trzask. Krzyk. Ból w klatce piersiowej. Światło. (…) Nie. - Wszystko... - Chwyta oddech otwartymi szeroko ustami, wciągając powietrze nosem, gardłem, całą powierzchnią ciała i przetaczając je do płuc przez wysuszone wysiłkiem oskrzela. - Wszystko w porządku. Znów to samo. - Wy-wy-wypadek? - Tak, tamten wypadek. Ale to już nieważne. Przepraszający uśmiech rozdziera jej serce i, kawałek po kawałku, rzuca je w kałużę żrącego kwasu. Krztusi się bólem, wspomnieniem bólu i prędko wybucha szaleńczym śmiechem, bo nie potrafi zrobić nic innego, żeby nie zapłakać. - Chodźmy już. - Kocham cię. -... odźmy. ~*~ Helena siedzi na łóżku z podkurczonymi nogami i dłońmi splecionymi pod brodą, a zimna kołdra wplątuje się między palce jej stóp. Odchyla głowę, muskając potylicą miękki, skórzany zagłówek i wpatruje się w sufit, licząc ciemne smugi. Jest ich sześćdziesiąt osiem. Dziewięć. Trze powieki, czując rzęsy ocierające się o gładką skórę, bierze głęboki oddech. I kolejny, kolejny, kolejny, tak przez wieczność, a może i dłużej jeśli nie będzie miała szczęścia. To gra. To wszystko. Gra podobieństw i różnic, iluzji i rzeczywistości, smaków i zapachów, i gestów, pozorów. Dla przykładu. Sypialnia pachnie tak samo, subtelnie: piżmem, kadzidełkiem i odświeżającym sprayem przeciwko roztoczom, a jego skóra smakuje solą i wanilią, tak samo. Oddycha w tym samym rytmie – raz dwa raz dwa raz raz, włosy mają tę samą fakturę, kiedy delikatnie przesuwają się po miękkim i wrażliwym wnętrzu dłoni. Ale gdyby otworzył oczy, byłoby inaczej. Byłoby inaczej, gdyby otworzył usta, gdyby dobył się z nich choć jeden drżący, świadomy dźwięk. Gdyby poruszył dłonią, miał zły sen. Helena zaciska wargi, mocno, przygryzając skórę aż do krwi, bo nie potrafi tak po prostu udawać, kiedy patrzy na jego zarumieniony policzek ufnie wtulony w poduszkę. Powiedzą wam, że z czasem ból mija. Że odchodzi w tył czaszki i tylko ćmi lekko, będą jedynie wspomnieniem, ledwo zauważalną słodyczą dawnych myśli. Odchodzi i już nigdy nie wraca, a wy zaczynacie śmiać się, tańczyć i kochać. Nie wierzcie im. Chłopak mamroce coś przez sen i mocniej przytula do piersi kołdrę, oplatając ją szczupłą nogą i przekręcając się na plecy. Helena nie pamięta, żeby wcześniej miewał koszmary. Nawet wystraszony, jest piękny. Zamknięty w dorosłym, męskim już ciele, o łagodnych, miękko nakreślonych konturach kończyn, z krótkimi włosami układającymi się w jasną, opadającą na czoło aureolę, pełnymi wargami i lekko zakrzywionym nosem. Wygląda niewinnie i niemal słodko, a zaciśnięte powieki nie przepuszczają ciemności jego pustego spojrzenia. Kiedy śpi, jego twarz jest taka sama, dokładnie taka sama jak kiedyś, poza białawą, głęboką blizną biegnącą wzdłuż szczęki groteskowo skręconą linią. Helena przesuwa po niej opuszką palca i jak zwykle zgrubiała skóra jest o kilka stopni chłodniejsza. Kolejna blizna znaczy jego szyję i gardło, przesuwa się wzdłuż obojczyków, długa i postrzępiona na końcach. Dziewczyna nie widzi żadnej z kolejnych, ale wie, że jeszcze dwie smugi przecinają pierś, a jedna z nich okrąża sutek, odznaczając się na zaróżowionej skórze i sięgając w dół, niemal do pępka. Druga jest krótka, ale szersza, wyryta tuż nad sercem. Skaz jest wiele. Biegną pod kolanem, po podbrzuszu, pod materiałem spodenek, wzdłuż łydki, krótkie i długie, niektóre pobladłe i ledwo widoczne, ale wszystkie kalające idealną gładkość alabastrowego ciała. Chłopak nie pamięta skąd się wzięły, choć Helena woli udawać, że zwyczajnie udaje, że nie pamięta. Wierci się, kiedy dziewczyna składa na nich pieszczotliwe, ledwo muskające skórę pocałunki. Łaskocze, mówi i chichocze cicho. Nie chichotał. Helena też udaje, że nie pamięta. Nie powinna pamiętać, nawet jeśli zdążyła się już nauczyć, że świat, który powinien istnieć rożni się znacząco od rzeczywistości – z każdym dniem bardziej. Nie, nie powinna pamiętać trzasku, krzyku, bólu w piersi, światła. Przecież zapomniała. Zapominała nie raz. Ale wystarczy impuls, jedna myśl... Oddychaj. - Oddycha, oddychaj, do cholery oddychaj, nie waż się przestać, kurwa, kurwa, kurwa, oddychaj! Żyj. - Żyj, o Boże, o Boże, o Boże, nie, błagam, żyj. Wspomnij. Trzaskkrzykbólświatłotrzaskkrzykbólświatłotrzaskkrzykbólswiatło cisza. Zapomnij. Chłodne palce na bliźnie przecinającej nadgarstek, jedynej. I od nowa: oddychaj. I tylko czasem, często, zbyt często „oddychaj” zmienia się w mgliste wspomnienie: - Nie oddychaj, przestań. Proszę. Nie dam rady, Boże przebacz, przebacz, ale nie oddychaj. Zbyt często. Wyciąga przed siebie drżącą dłoń i zaciska pięść na poduszce. Materiał jest chłodny i miękki, odrobinę chropowaty. Czuje to. Czuje jak gruba, gęsto wypełniona ptasim pierzem tkanina przyciśnie się do nosa i rozchylonych warg, drażniąc zapachem szamponu i wypełniając dwie pary płuc ciemnością. A potem nadejdzie spokój i już tylko on zostanie, bo te oczy nigdy się nie otworzą, nigdy nie dadzą świadectwa jak bardzo się myli. Na trzy. Raz. Dwa... Raz. Teraz. Raz. Dwa. T... Nie, nie pamięta. Nie pamięta. Nie, dopóki nie dostanie ostatecznego impulsu. Nie wolno łamać reguł gry. ~*~ Wrześniowe słońce razi przymknięte oczy, rozsiewając pod powiekami drobne okręgi czerwieni, wiatr świszczy w uszach, chociaż ledwo porusza pożółkłymi od nadchodzącej jesieni liśćmi drzew. Zbiera się na deszcz. Helena dojada czekoladowego loda w rozmiękłym, podstarzałym wafelku. Ma miękką, kleistą konsystencję i jest trochę zbyt słodki, ale liże go skwapliwie, wpatrując się w zamyśloną twarz chłopaka, który leniwie skubie podeszwę, przysiadłszy na najbliższym trawniku. Chwila byłaby swojska, może nawet beztroska, kiedyś, w dawnym świecie. Helena uśmiecha się do przebłysku wspomnień i kiedy krzyczy, w jej glosie pobrzmiewa nieskrywana radość, nienależąca do żadnej z rzeczywistości: - Hej, trawa jest wilgotna, zamoczysz spodnie! Chłopak odwraca się i otwiera usta, żeby jej odpowiedzieć, ale zanim udaje mu się dobyć głosu, podbiega do niego mała, na oko dziesięcioletnia, dziewczynka i szturcha w obnażone, wystające spod zsuniętego rękawa bluzy ramię. - Cześć – mówi wesoło, a jej brwi wyginają się w subtelne, niskie łuki, kiedy uśmiecha się krzywymi ząbkami. Złote warkocze lśnią w słońcu ocierając się o pucołowate policzki. To opuszczony skwer i Helena nie przypomina sobie, żeby widziała na nim kogokolwiek w ciągu ostatniego miesiąca, ale ta niska istotka, najwyraźniej chora na zespół Downa, wydaje jej się znajoma, podobnie jak sięgająca kolan cukierkoworóżowa sukienka. -... ej – odpowiada chłopak, wpatrując się w małą z intensywnym zaciekawieniem. - Jesteś upośledzony? Helena wciąga gwałtownie powietrze i wpycha do ust resztę wafla, podnosząc się z ławki. Dziewczynka wyciąga przed siebie krótką, grubą rączkę. - Nie... - Podaje jej dłoń i niepewnie ściska palce, zerkając na Helenę. - Ja... nie wiem. Ty? Jej uśmiech staje się jeszcze szerszy. - Tak sądzę. Jak masz na imię? Helena przemierza chodnik szybkimi, chwiejnymi krokami i dopada do chłopaka, chwytając go za ramię. - Chodź. Spogląda to na nią, to na dziewczynkę, wyraźnie zdezorientowany. Ściąga brwi, a na jego czole pojawia się maleńka zmarszczka. Dziewczyna kiwa na niego palcem, ale w tym samym momencie dziecko sięga jej rękawa i ciągnie lekko w dół, wznoszą obrzmiałą twarz do słońca. - Jak ma na imię? - powtarza pytanie. - Nijak – warczy, wyrywając rękę. Chłopak opiera się na jej ramieniu i przy drobnej pomocy dźwiga na nogi. Jest wyższy od niej o głowę, ale teraz wydaje się być dziwnie niski, przygarbiony. - Nie ma. Oczy dziewczynki otwierają się szeroko, a brwi podjeżdżają w górę czoła, aż znikają pod ciemną, rzadką grzywką. - Nie ma imienia? - Nie. Do widzenia. Odchodzą, krok za krokiem, jeszcze tylko kilka, mocniejszy uścisk i... Tupot mniejszych stóp dogania ich w mgnieniu oka. - Dlatego, że jest upośledzony? Helena odwraca głowę i słyszy, jak nieposłuszne słowo wymyka się spomiędzy jej zaciśniętych warg. - Tak. - To ma znaczenie? Kiwa głową, a włosy sypią się jej do oczu, których kąciki zaczynają lekko szczypać. - Wszystko ma znaczenie, głupie dziecko. - A zanim był to miał? - Głos dziewczynki jest wysoki i piskliwy, jednak to nie jego brzmienie sprawia, że Helenę bolą uszy. - Zanim był co, miał co? - No imię. - Cześć, jestem Helena. - Siemandero. Jestem... - Tak. Miał – odpowiada prosto, ale niepewnie, ciszej od tchnienia wiatru. Dziewczynka przekrzywia głowę, uśmiechając się do niego promiennie, ale chłopak tylko ciaśniej wtula się w oplatające go ramię. - Jak miał? - To... - Helena przełyka ślinę, dławiąc się niechcianym oddechem. - To nie ma znaczenia. - Wszystko ma znaczenie, głupie dziecko. Nie. Szarpie się, prze do przodu, chociaż potykają się o własne nogi, brnie przez chodnik nie omijając kałuż, ławka, altanka, klomby, ławka, kosz, klomby, brama... wdech. Wyhamowuje, zdyszana. Policzki chłopaka są zarumienione z wysiłku, a dłoń w jej ciasnym uścisku wilgotna. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale wydobywa się z nich tylko głuchy, zdławiony dźwięk. -...ny. - Co powiedziałeś? - pyta Helena między jednym a drugim chrapliwym wdechem. Odlicza w myślach od dziesięciu w dół. -...pośledzony – duka niepewnie, przesuwając po jej twarzy rozbieganym wzrokiem. - U-upośledzony. - Nie. Nie. Przestań. - Upośledzony, upośledzony, upoślepośledzonyupośledzupośledzonynynyny.... Niektórzy twierdzą, że jeśli bardzo długo, bez końca, powtarza się jakieś słowo, to w końcu traci ono swoje znaczenie. Jak, na przykład, „kiwi” (kiwikiwikiwkiwikiwikiwikiwikiwi) przestaje być twardym owocem o kwaskowym, zielonym wnętrzu, a zmienia się w mętny bełkot o zagranicznym brzmieniu. Dlatego Helena uparcie wpatruje się w dywan i zaciska palce na obiciu kanapy, bez ustanku poruszając wargami. - Upośledzony, upośledzony, upośledzony, upośledzony, upośledzony, upośledzonyupośledzonyupośledzonyupośledzony. I rzeczywiście, mijają minuty, godziny, a to słowo przestaje cokolwiek znaczyć, staje się bezsensownym, przydługim zlepkiem liter. Ale Helena zna wiele słów. Obłąkany. Pomylony. Psychiczny. Nie w pełni władz umysłowych. Chory. ŻYWY. - Upośledzonyupośledzonyupośledzonyupośledzony...? - Nie. Tak – jąka się, gryząc po języku i wnętrzach policzków. - To... to możliwe. Chłopak marszy brwi, pochylając czoło w lewo. - Wypadek...? - pyta niepewnie. - Możliwe. - Wypadekwypadekwypadekwypadek... To mogłaby być gra, ale Helena czuje, że nie ma już sił. - Przestań. Po prostu przestań. ~*~ Nie umie całować, nie tak, jak kiedyś. Dotknięcia jego ust są raczej mokre niż wilgotne, otwarte wargi zawadzają o zęby, a wszystko to jest cnotliwe i niewinne, niepobudzające. Kiedy kończy, ociera usta rękawem i uśmiecha się nieśmiało, obco, niewłaściwie. Ale nie zawsze jest cichy. Nie przez cały czas. Krzyczy i protestuje, gdy Helena przypiera go mocno do ściany, uderzając łopatkami w kafelki i wdziera się językiem pomiędzy wargi. Krztusi się i zaciska palce na włosach, swoich i jej, szarpie, przesuwa dłonie na ciasno oplatające skórę ubrania, a chociaż tkanina rozdziera się i odsłania bladą, kuszącą skórę, jego ciało nie reaguje. Helena jęczy z frustracji i zaciska powieki, przywołując wspomnienia, które nie chcą nadejść, a ich miejsce zajmują łzy, piętrzące się gdzieś za oczami, suchymi oczami, w charczącym oddechu i ciasnej przestrzeni pomiędzy dwoma parami warg. Gryzie, liże i ssie, ale opór nie ustaje, więc uderza na oślep pięścią, słyszy głuche stęknięcie, trzask, krzyk, ból w piersi, światło, ręce opadają jej wzdłuż ciała, a kolana grzechoczą o ziemię. Nie jej kolana, więc odwraca się i biegnie, aż wypada na balkon i nie widzi czerwonej smugi na zapadniętym policzku, strachu w szklistych oczach, nic, nic nie widzi, szarpie za balustradę, a wystające z niej krótkie kolce orzą jej skórę jak zakrzywione szpony. Wciąga powietrze nosem, ufając, że trafi do płuc, chociaż nie potrafi zlokalizować części swojego ciała. Wpada w rytm i zgodnie z nim zaciska i rozwiera powieki. Oddycha. Żyje. Gra. Stoi długo, dławiąc się nocą, ciemnością i śliną, aż jest w stanie odpalić zapalniczkę i ostatniego, wymiętego papierosa. Bardzo długo, ale nigdy wystarczająco. ~*~ Każdy dzień jest w podobny, w identyczny sposób denerwująco prosty. Helena wstaje wcześnie. Kuli się w sobie i przebiega palcami po chłodnej powierzchni lustra, przeklinając cienie pod oczami, jakby naprawdę miały znaczenie, ale zanim to nastąpi dwukrotnie przełącza budzik na tryb drzemki. Kopie kołdrę i maca dłońmi po skołtunionym prześcieradle, dopóki nie rozlegnie się głośny, wibrujący sygnał. Wtedy wstaje, dźwiga się na nogi i ubiera, przygląda swojemu odbiciu, przełyka gorzką kawę i długo szuka kapci. Kiedy je znajduje, zwykle pod komodą, człapie z powrotem do sypialni i budzi zakopanego w pościel chłopaka. Ma mocny, twardy sen jak przystało na mężczyznę, a kiedy podnosi głowę jego powieki są opuchnięte, a usta półotwarte jak przystało na upośledzonego. Musi zamrugać kilkakrotnie, zanim jego wzrok się wyostrza, a głos odnajduje drogę w górę gardła. Dzisiejszy dzień niczym nie zapowiada swojej przełomowości. Noc była ciepła, więc chłopak spał z jedną ręką ściskającą poduszkę, ułożony płasko wzdłuż koców, odkryty. Helena nachyla się nad nim i szturcha jego ramię, równocześnie twarde i zwiotczałe. Kiedy to nie skutkuje, przyciska usta do wgłębienia za uchem i mamrocze głośno: - Wstawaj, hej, wstawaj. Mruczy coś i zaciska palce na jej dłoni, przyciągając ją do siebie i przytulając do szczupłego, rozgrzanego ciała. Wykorzystując ten kontakt, dziewczyna podnosi chłopaka do pozycji siedzącej i ściąga przez głowę t-shirt. Jasne włosy elektryzują się w zetknięciu z cienką tkaniną i powoli opadają na czoło w splątanych pasmach. - Normalnie ucieszyłbym się na myśl, że tak chętnie mnie rozbierasz, wiesz, ale jest cholerna piąta nad ranem w dzień roboczy, więc musisz zrozumieć, że będę cóż, trochę... niechętny. - Tak w zasadzie, to jest dziewiąta rano w niedzielę. - W niedzielę? - Owszem. - Cóż, w takim razie sądzę, że możemy wrócić do rozbierania. - Dzień dobry – mówi cicho, pokrzepiającym głosem i rozciera jego ramiona, masując mięśnie. Chłopak posyła jej zamglone spojrzenie i lekko wygina w górę kącik warg, a ponieważ sen otula jeszcze nieodłączną pustkę w jego oczach czyniąc ją niewidoczną, to wygląda to prawie jak szczery, zdrowy uśmiech. -...obry – odpowiada niskim, chrapliwym głosem, który przywodzi jej na myśl chwile, o których wolałaby nie pamiętać, a potem całuje ją krótko w policzek mokrymi, otwartymi ustami. Wstaje i wyciąga z szafy parę dżinsów i koszulę z niskim kołnierzem, po czym rzuca je na łóżko. Wychodzi z pokoju, kiedy zaczyna się ubierać, nie dlatego, że reguły gry nie pozwalają jej zostać, ale dlatego, że nie pozwalają jej nic z tą obecnością zrobić. Wlewa wodę do ekspresu i wyciąga z kredensu filiżankę, stawiając ją koło swojego ubrudzonego już kubka. Myje łyżeczkę pod zlewem, obserwując jak struga wody odbija się od jej krawędzi i rozbryzguje na boki w postaci małych, lśniących kropelek. Bolą ją mięśnie, coraz bardziej zmęczone dźwiganiem szkieletu, który tak zapamiętale odrzuca od siebie chęć życia. Śniadanie smakuje dobrze i paruje jeszcze od wrzątku, więc jedzą je szybko, zagarniając owsiankę na płytkie łyżki i zapijając ją kawą. Helena udaje, że nie rozmawiają ze sobą, bo rozumieją się bez słów. „Kocham cię” mówi mu w myślach, kiedy wstaje i zbiera talerze ze stołu, obejmując je ciasno rękami i przyciskając do piersi, a potem na chwiejnych nogach zanosząc do kuchni. Dżinsy mają wystrzępioną i przybrudzoną nogawkę, ocierają się o podłogę. „Kocham cię” odpowiada jej kiedy wraca, nachylając się nad krzesłem z przerażająco niewinnym, pytającym wyrazem twarzy i cmoka ją w usta. Zaplata palce na jego karku, a w chwilę potem jak zazwyczaj wypycha jego język zaciśniętymi wargami. Złudzenia są częścią gry, ale nie wszystkie. I kiedy odgarnia mu włosy, muskając opuszką palca miękką skórę w zagłębieniu kości policzkowej zastanawia się, czy gdzieś tam, pod spodem, pod litrami skażonej krwi, uczucia nadal mają dla niego znaczenie. Zastanawia się, czy ktoś kto umarł za życia może mieć duszę, zakładając, że ma ją ktokolwiek. I zastanawia się też, czy jej własna szarpie się jeszcze, zamknięta w ciele, czy odeszła już dawno wraz z tą drugą, chłopięcą. Czasem boi się, że tak nie jest, że istnieje jakiś inny powód, dla którego czuje się tak przeraźliwie pusta. ~*~ Popołudnie wydaje się tak samo zwyczajne. Helena wraca z pracy po szesnastej. Wkłada klucz do zamka, ale okazuje się, że drzwi są otwarte, więc tylko naciska zimną, metalową klamkę i drewno ustępuje. Pielęgniarka siedzi przy stole, sącząc cienką herbatę, a chłopak przycupnął na podłodze przed nią, zawzięcie skrobiąc coś w swoim ukochanym, błękitnym brulionie. Czasem Helena gra, że pisze tam pamiętnik, w swoim własnym, niezrozumiałym języku, w którym wyznaje jak ciężko żyć zamkniętym w ograniczonym ciele, będąc równocześnie świadomym wszystkiego. Pielęgniarka jest niską, sympatyczną kobietą w średnim wieku, zawsze czeszącą się w wysokie, ciasne koki, w których jej nie do twarzy. - Jesteście wcześniej? - pyta, pochylając się na kuchenką i rozpalając gaz pod czarnym, emaliowanym garnkiem z pomidorówką. - Nie, przesunęli zajęcia na wcześniejszą godzinę. Wydaje mi się, że o tym wspominałam, ja... - W porządku. Jest pani wolna. Kobieta wstaje z krzesła otrzepując długą, falbaniastą spódnicę i odwzajemnia jej drobny uśmiech. Człapie do przedpokoju, podpierając się o framugę, prawdopodobnie przytłoczona wyciekającą ze ścian tego mieszkania rozpaczą i beznadzieją. Helena słyszy ciche trzaśnięcie drzwiami, w tym samym momencie, w którym stawia na stole dwa głębokie talerze z białej, ręcznie malowanej porcelany. Dno naczyń zdobią zygzakowate, przecinające i łączące się ze sobą szlaczki we wszystkich barwach tęczy. - Wstaniesz? - pyta chłopaka, który natychmiast podnosi się na nogi i zrównuje z nią, obejmując od tyłu w pasie, jakby dopiero teraz zauważył jej obecność i pragnął się przywitać. Odchyla głowę i wtula się ciaśniej w jego pierś, wdychając zapach wanilii głęboko w nozdrza. - Siadaj, jest zupa pomidorowa. Jedzą szybko, a Helena zaczyna układać w myślach listę zakupów na jutro, żeby nie błądzić po ścianach nieprzytomnym wzrokiem, uciekając przed otaczającymi ją wspomnieniami, kiedy nagle chłopak się odzywa. - Mamy rozmawiać – mówi, a wymowa tych słów jest tak czysta i prawidłowa, że Helena aż podskakuje na krześle, zszokowana, spodziewając się, że ktoś wszedł do kuchni. - Co... mówiłeś coś? - Ja... - Najwyraźniej gubi wątek, bo zostawia łyżkę w talerzu i podnosi dłoń do warg, pocierając je z frustracją. - Mamy rozmawiać. - Kto mówi, że mamy rozmawiać? - pyta niepewnie, czując dziwny ucisk w żołądku, jakby coś pęczniało wśród jej wnętrzności, usiłując wydostać się na zewnątrz. - To... ona. Ja... ja chciałem... - Warga mu drży, a oczy iskrzą, jakby miał się zaraz rozpłakać. Helena zapomina o trzymanej w dłoni łyżce i zrywa się na równe nogi, a sztuciec uderza z brzdękiem o podłogę, rozchlapując zupę. Opada na kolana i ściska dłonie chłopaka, rozcierając kciukami kłykcie i czując jak bezsilność nabrzmiewa jej w żyłach i łączy się z czającym się już tam strachem, odcinając dopływ krwi do członków. - Skup się – mówi, ufając, że jej głos brzmi łagodnie, chociaż potyka się o własne myśli. - Skup się, przypomnij sobie, co chciałeś powiedzieć. - Ja... amiętam. Pamiętam – duka cicho i szybko zagryza wargi, jakby wstydząc się własnych słów. Dziewczyna wplata wolną rękę we włosy, szarpiąc za nie w wybuchu jakiejś rozpaczliwej potrzeby, której nie rozumie. - W-więc... powiedz. - Jej głos teraz niemal tak samo bełkotliwy i niewyraźny jak jego. Chłopak patrzy na nią w milczeniu, z przekrzywioną głową, jakby wsłuchując się w rozpaczliwy pęd jej serca. Zaciska na moment powieki, rozwiera je, zaciska i znów rozwiera, żeby w końcu zaczerpnąć urywanie tchu i wyrzucić z siebie, ze strachem, ale znów poprawnie i czysto: - Kocham cię. - Kocham cię. - Kocham cię. - Kocham cię. Helena gwałtownie rozwiera palce i zrywa się na nogi, czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Puszcza się biegiem w stronę łazienki, wpadając po drodze na framugę, krzesło, szafkę, aż dopada do sedesu i nachyla się nad nim, dławiąc się i krztusząc. Kolana załamują się pod nią i uderza nimi o twardą, lodowatą posadzkę, a potem dołączają do nich jej łokcie i głowa, i więcej nie ma siły się podnieść, chociaż łzy i ślina i kwas, wytrząsane z jej ciała przez rytmiczne torsje nie mają końca. Nigdy, nigdy, nigdy. Czuje, jak ściany naciskają na nią ze wszystkich stron, sufit zbliża się do podłogi, a oddech ucieka z otwartych ust, nie chcąc wrócić. Wydaje jej się, że krzyczy, a może tylko szlocha, szarpiąc za włosy i wdychając ostry zapach wymiocin. Nie wolno łamać reguł gry. Nie wolno. Bo jeśli tak się stanie to oznacza, że... Z okrutną, mozolną powolnością dźwiga się na nogi. ~*~ - Uratowałem cię. - Nie chciałam, żebyś to zrobił. Nie miałeś prawa. - To ty nie miałaś prawa. To nie była twoja wina. Nie wtedy. - Wtedy nie. - Wypadki się zdarzają. Wybaczyłem ci. - Teraz nie. - Jesteś takim tchórzem, Lena. Uratowałem cię, uratowałem cię, uratowałem cię. Helena leży płasko na plecach. Pustka napiera na nią ze wszystkich stron, gniotąc, wżerając się w oczodoły i wgryzając w nadgarstki. Ktoś coś krzyczy, ale jej uszy są wypełnione lodowatą wodą, a ona sama tonie, nie próbując nawet złapać powietrza. Czuje łzy na policzkach i wymiociny wsiąkające w pierś, a także lepką, gorącą jeszcze substancję zastygającą na skórze dłoni. Czuje, jak coś z niej ulatuje, szarpie się i usiłuje wyrwać na zewnątrz, wreszcie wolne. - Nie uratowałeś mnie – charczy, a głos orze jej gardło, raniąc miękką tkankę aż do krwi. Przełyka ją, słodko-gorzką i oblizuje spierzchnięte wargi. Smakują kwasem i potem. - Jednak nie, jednak nie, dziękuję. - Żyje – słyszy nad sobą, pod sobą, ze wszystkich stron wypowiedziane zimnym, fachowym tonem, tnącym powietrze na idealnie równe kawałeczki. - Ale obawiam się, że to nie potrwa długo. Ma ochotę się roześmiać, przeciągle i głośno, ale udaje jej się tylko ugryźć w język. - Dziękuję. - Jesteś takim tchórzem. Powietrze dookoła pulsuje, a myśli pędzą, goniąc je i wyświetlając kilka ostatnich wspomnień. Widzi siebie, za mgłą i w monochromii, jak podnosi się z klęczek i ociera usta rękawem, a jej twarz wykrzywia straszny, przerażający grymas, którego się nie boi. Przemierza przedpokój, zataczając się i odpychając się rękami od ścian, aż wpada na jedną z nich i rani się boleśnie w ciemię. Kuchnia majaczy jej przed oczami, gorejąc i pulsując na krawędziach kształtów. Stawia stopę za stopą, powoli, ostrożnie, a przemierzenie przedpokoju zabiera jej dużo lepiącego się, ciągnącego czasu. Kiedy dociera do celu jest zdyszana i krztusi się śliną. Chłopak siedzi przy stole, w tej samej pozycji z wyrazem rozpaczy i przerażenia na twarzy, w bezruchu, więc to będzie łatwe. Nie odzywa się, mamrocze coś tylko do siebie, dławiąc się słowami, a Helena nie zważa na to i podchodzi do kredensu. Szarpie za szufladę i sięga do lekko zwilgotniałego wnętrza. Łyżki, widelce, widelczyki, noże. Obraz rozmywa się i czuje ćmiący, tępy ból w skroniach, kiedy zaciska palce na najcięższym ostrzu. Odwraca się z tą samą powolną, mrożącą krew w żyłach precyzją, z którą unosi rękę i robi krok w przód. - Nie ma cię – syczy, głosem cichszym od szeptu. Odpowiada jej jedynie gwałtowne, świszczące nabranie powietrza. - Nie było cię. Gdybyś był, trzymałbyś się reguł. Czuje, jak szaleństwo eksploduje jej pod powiekami. Nie ma zahamowań, ryz, zasad. Nie ma. Postępuje jeszcze kilka kroków do przodu, prawie sięga celu. Nachyla się nad szczupłym ciałem, a przerażone, choć nieświadome ramiona są jednak chętne i wyciągają się w jej objęcia. Tuli chłopaka do siebie, zaciskając dłoń na rączce noża, który nagle ciąży niemiłosiernie. Dusi się, więc przyciska usta do rozchylonych w jej stronę warg, błagając o oddech. Bardziej gryzie niż całuje, ale chłopak nie wyrywa się, jakby rozumiejąc więcej niż potrafi przyznać. Zęby stukają o zęby, a Helena kaszle i przełyka swoją, i cudzą ślinę, tak samo gorzką, tak samo ostateczną. Odsuwa się na milimetry i cedzi, niemal muskając wargami te miękkie, nabrzmiałe i wilgotne usta. - Nie ma cię tutaj, odszedłeś. Teraz... to... wiem. Drżący oddech ucieka jej spomiędzy warg, kiedy wtapia się ciaśniej w jego objęcia i ciągnie ciało na nogi, tuląc je mocniej, prawie łamiąc żebra i zasysając miękką skórę, pochłaniając go całą sobą, całą teraźniejszością, przeszłością i przyszłością. Gdzieś w kujących, ściskających żołądek przerwach powtarza cicho coś, co brzmi jak „do zobaczenia”, ale jest o wiele mniej sentymentalne, a o wiele bardziej sensowne, choć bełkotliwe. I wtedy zaciska powieki i mówi to, co ostatecznie drze na strzępu reguły, normy i odcina ostatni sznurek, który przywiązuje ją do życia. - Kocham cię, Damian. A potem zatapia palce, całe dłonie i rozdziera tkankę opinającą żebra, dokopuje się do pulsu, głaszcze krew, która pełznie jej po nadgarstkach i skapuje na podłogę, czuje pod palcami bicie serca i nacisk zębów na wardze, przyspiesza, naciska mocniej. Czuje, jak jej własne wnętrzności błagają o uwolnienie, jak coś szarpie się w jej wnętrzu, więc wytęża ciało i ześlizguje dłoń z cudzych pleców, wbijając ją w siebie. Czuje uderzenie kolan o uda, gorący oddech na szyi, rwący ból w brzuchu, w plecach, w ramionach, a potem już nic nie czuje, bo leży przyszpilona do podłogi i przygnieciona ciężkim ciałem, które wreszcie ma prawo do tego, by być puste. - Nie! - słyszy, wracając do teraźniejszości, wyrwana z amoku wspomnień, a jej klatka piersiowa staje się nagle lekka jak u ptaka. I choć nie wyrastają jej skrzydła, wyciąga ręce do nieba, chce je wyciągnąć, bo wie, że dziś to nie „nie” jest odpowiedzią. Tak, chce krzyknąć, czując zapach wanilii na swoim policzku, tak. Nie wolno łamać reguł gry. Nigdy. Ostatni oddech rozrywa jej oskrzela i uderza do głowy, kołacząc się po czaszce, goniąc powtarzające się w niej imię, jedno imię. Śmierć, kiedy nadchodzi, jest cicha i smakuje słodko jak krew. Nie wolno łamać reguł gry. Bo jeśli się to zrobi – game over. Gra skończona.



Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 21.08.2012r.

1     

Kurczak_Alojzy Użytkownik wpmt 25 08 2012 (00:25:09)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Świetny tekst, daję zasłużone 6 :) PS: naprawdę mi się podoba, jeśli coś jest doskonałe, to nie należy tego zmieniać:)

Anima użytkownik 23 08 2012 (21:25:23)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Jestem zaszokowana w bardzo pozytywny sposób. Wszystko brzmi pięknie, współgra z sobą. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń co do treści, strony technicznej. Jak na tak długi tekst prawie nie było błędów. Jeden interpunkcyjny i dwie literówki.
Widać, że dużo piszesz, kochasz to, dobrze się czujesz w tym, co robisz. Ta pasja jest bardzo widoczna.
Mamy bohaterkę, której życie w jednym, tragicznym momencie zmieniło się. Nie umie się z tym pogodzić. Codziennie wmawia sobie, że to już się skończyło, pewien etap opadł w sferę zapomnienia, ale jednak nie jest z tym całkowicie pogodzona. Nieszczęśliwa miłość ją wyniszcza. Ta kochana osoba ciągle musi wspierać się na Helenie, która nie jest bynajmniej taka twarda jaka chciałaby być. Każdy dzień stanowi wyzwanie.
Nie mam nic więcej do powiedzenia. Tego nie da się powiedzieć, trzeba Cię przeczytać. Na końcu popłakałam się, przyznaję się. Momentami miałam wrażenie, że piszesz jak Terakowska, może to taka tematyka, nieco podobna jak w jej książce "Poczwarka". Tam też w grę wchodzi osoba upośledzona.
Jest między nami dwa lata różnicy, ale mogę powiedzieć jedno: piszesz lepiej niż niejedna osoba dorosła.
Chylę przed Tobą czoła, od dziś zaliczam Cię do moich ulubionych twórców na portalu.
Szóstka. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(24): 24 gości i 0 zarejestrowanych: