Pseudonim: Terila
Imię: Patrycja
Skąd: Wrocław
O sobie: "Wyryj to sobie w pamięci, chłopcze: świat wspiera się na czterech filarach... - [...] - Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i na waleczności dzielnych."
Napisanych prac:
- nowości: 2
- wiersze: 12
- proza: 41

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 235 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział XXV..." 27.04.2013
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012

Inne prace tego autora:
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"My w drodze" 09.05.2012
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział I "Mokra..." 17.12.2011
"Głównie Deszcz cz.5" 03.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Głównie Deszcz cz.9

Zerknąłem przez firanki na lśniącą w słońcu ziemię. Mimo bólu czułem błogi, wewnętrzny spokój. Znalazłem się na jakimś pustkowiu. Stres, presję oraz oczekiwania innych względem mojej przyszłości, teraźniejszości i przeszłości zostawiłem w oddali. Za tymi niezliczonymi górami, wzgórzami dzikich lasów pełnych nieoswojonego życia. To było moje miejsce, ten czas, z którego nie chciałem rezygnować. Oddychałem pełną piersią, przypominając sobie, jak skomplikowane mechanizmy organizmu pozwalają na tę wrodzoną, naturalną czynność. Na tamtą chwilę byłem wdzięczny. * * * Za rączkę złapała mnie mała Gil. Była to ta sama dziewczynka, która zaraz po moim niemrawym przebudzeniu wręczyła mi dzban z wodą i chustę. Jej twarzyczka promieniała szczęściem, jakbym samą swoją obecnością mógł spełnić wszystkie dziecięce marzenia. Milczała jednak, wiercąc tęczówki wzrokiem na tyle subtelnie, na ile potrafią brzdące. Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem. Jakieś niejasne przeczucie sprawiło, że zmarszczyłem czoło, nastraszając brwi. Poczułem w powietrzu siarkę. Podniosłem nerwowo głowę, rozglądając się we wszystkie strony. Żadnych krzyków, pisków, paniki ani dymu. Gil szarpała niecierpliwie moją rękę. - Co robisz? – Zapytała z czystym, niewinnym zaciekawieniem. Spojrzałem na nią, jakbym zobaczył w jej oczach otchłań słonego morza. - Zaczekaj tutaj – powiedziałem prawie szeptem. Ścisnęła mocniej moją dłoń. Zrozumiałem, iż nigdzie się beze mnie nie ruszy. Skinąłem głową, wypuszczając głośno powietrze. Pociągnąłem dziewczynkę w stronę wyjścia. Na piaskowym placu siało pustką. Niedołężna, kamienna studnia spoczywała w samotności, zionąc chłodem ze swojego wnętrza. Przez jedną sekundę zaschło mi w ustach. Zerknąłem na młodą damę u mojego boku. Przypominała o swojej obecności, wiernie zaciskając nasze palce. - Gdzie Papa ma stodołę? – zapytałem. Rozciągnęła usteczka w szerokim uśmiechu nasyconym dumą – ona wiedziała. - Pokażę ci. Ruszyliśmy przez podwórko, przyglądając się podłużnemu budynkowi w kolorze palisandru. - To nie tutaj – sprostowała natychmiast. Zza rogu wyłoniła się okrągła, piaskowa arena. Jej lewą stronę zajmowała stara, sypiąca się stodoła, konstrukcją bardziej przypominając wiejską szopę. Dwa wielkie skrzydła drewnianych drzwi zostały otwarte na oścież. Trafiliśmy tam w momencie, gdy Banbihari wytaczał okrągłą, osmoloną beczkę. Uporał się z nią sam, mimo że czerwona farba na jego czole zaczęła rozmywać się od potu. Westchnął ciężko, krzywiąc mięśnie twarzy w promieniach słońca. Wzrokiem pobiegł ku mnie. Uśmiechnął się niewymuszenie, jakby czynnik, który nas ze sobą połączył, nie miał w tej chwili żadnego znaczenia. Spotkałem Anokha. Byłem od nich o krok. Chyba o tym zapomniał. Spojrzałem w ziemię, bojąc się, że staruszek zobaczy moje niezadowolenie, brak satysfakcji z ucięcia rozmowy na temat tej grupy. Chciałem wiedzieć, z czym miałem do czynienia. Każdy na moim miejscu, by chciał! Oto czułem w środku niemy żal. Ze stodoły wyłoniło się dwóch chuderlawych chłopców. Zapierali się długimi nogami o glebę, pchając pokaźnie zrupieciały skuter. - Przecież to nie pojedzie! – Krzyknąłem do nich, na co przystanęli. Zacząłem się śmiać. Oboje podparli się pod boki, a Papa wyprostował się gwałtownie. - Jak to nie pojedzie, jak pojedzie?! – rzucił charczącym od chrypy głosem. - Patrz, ino nie dowierzaj! Kąciki ust brodacza podeszły do góry, zaraz jednak opadły, a sam właściciel pokaźnego zarostu odskoczył, wytrzeszczając oczy. Osłupiałem ze zdziwienia. Stojący niedaleko chłopcy pobledli. Wtedy to usłyszałem. Drepczące, głośne kroki. Ktoś biegł za moimi plecami. Poczułem mrowienie przeszywające ciało. Mała Gil zaczęła się trząść. Obróciłem się. Nikogo za nami nie było, ale chwila moment. Dziewczynka pisnęła. Odruchowo starałem się ratować własną psychikę. Tylko ci się wydaje, to jakieś chore wizje, majaki, jesteś przemęczony, zostałeś pobity, to dlatego… Inny głos natychmiast zaprzeczył w mojej głowie. Nie możemy widzieć tego wszyscy razem. Przed nami, w tę i z powrotem po linii prostej, mknęły nogi. Dokładniej, śniade łydki w czarnych, ciężkich butach. Zachwiała się pode mną ziemia. Kończyny wciąż biegały, jak w transie. - GDZIE JEST TUŁÓW?! - Nim się zorientowałem, wywrzeszczałem te słowa na głos. Mój ryk nie zrobił na tym zjawisku żadnego wrażenia. Łydki pędziły od lewej do prawej, od prawej do lewej. Nieugięcie, z wyczuwalną w powietrzu frajdą. Banbihari pozbierał się jako pierwszy. Zacisnął swoje palce na ramionach najbliżej stojącego chłopca, po czym kazał mu zabrać wszystkie dzieci i konia, i wóz; stary wóz, który kiedyś napełniali sianem. Nie było to istotne, ale dla Papy musiało być odwrotnie. W całym chaosie wrażeń, obejmującym nasze szare komórki, właśnie sentymenty ratowały zdolność staruszka do trzeźwego myślenia. Nowa fala przerażenia zawitała na pokłady mojego umysłu. - Chodź ze mną! – krzyknąłem do Gil. Do dziś nie rozumiem, dlaczego podniosłem głos, ale tak się po prostu stało. Może po prostu to przez ten szok. Ruszyliśmy ku Papie. Z okien willi buchnęło szkło. Coś trzasnęło na tyle głośno, że intuicja ponownie włączyła się do gry, każąc natychmiast paść na grunt. Tak też zrobiłem. Gwałtowny podmuch ognia unosił się nad nami, jak nieudany eksperyment fajerwerk, niby na pokaz, ale omal nas nie zabił. Przez chwilę pomyślałem, iż całe to zajście to jakaś mistyfikacja, ładnie zgrany pokaz iluzji, którym chciano wprowadzić nas w obłęd. Domysłami wybiegałem daleko na przód. Jeżeli uda nam się stąd wyrwać, to nikt nie uwierzy w historię biegających, smagłych łydek oraz strzelających fajerwerków ze starej, samotnej willi. Banbihari zaczął podnosić się, zawodząc. Nie mogłem na niego patrzeć. Zerwał się, ruszając w stronę frontu mieszkania. Stanąłem na nogi równie szybko, co on. - Uciekaj, uciekaj do wozu! – Pochyliłem się nad Gil, patrząc w jej przestraszone, puste oczy. Skinęła posłusznie głową, ale mógłbym przysiąc, że jedyne, co zrozumiała to: wóz. Nie chciałem zostawiać jej samej, lecz nie miałem wyboru. Przez chwilę zakręciło mi się w głowie. Miałem wrażenie, jakby potężna kopuła ciemnych chmur zataczała nad placem kręgi, by osiąść i zamknąć wszystko w napierającej beznadziei. Uderzałem się po twarzy. Świeciło słońce. Banbihari. Nie wiedziałem, co robić. Istniał tylko ten impuls, by biec za starym. Obraz stanął mi za mgłą, kiedy zobaczyłem przelatującego brodacza od ganku posiadłości prosto w oddaloną parę metrów ode mnie stertę drewna. Powietrze przeszył głośny, namacalny świst. Ze zgrozą obserwowałem niechlujny stos desek i niemrawo poruszające się ciało staruszka. Ktoś rzucił Papą przez plac. * * * Gil była bystrą dziewczynką. Szybko znalazła pozostałą część rodzeństwa, w panice pakującą się na wóz. Dwóch jej braci pośpiesznie zaprzęgało konia. Kiedy wszyscy bezpiecznie znaleźli się na drewnianym, zawalonym słomą pokładzie, pojazd ruszył wraz z gwałtownym rykiem zwierzęcia. Mała Gil zamknęła oczy, zaciskając obie dłonie jak w modlitwie. Jej myśli skierowane były ku Ajayowi. * * * Wysoki, rudy chłopak wyszedł z ciemnego przejścia, nonszalanckim gestem opierając rękę o filar. Mimo moich uprzedzeń pyszny uśmiech nie pojawił się na jego obliczu. Napastnik był bardzo poważny. Jego skupienie kazało trzymać się na baczności każdemu z moich zmysłów. Zaraz za rzezimieszkiem wyłonił się z mroku werandy Hindus, którego już widziałem. Wewnętrznie czułem budujący spokój. Cieszyłem się, że zdążyłem poznać swojego wroga przed tą chwilą, że wiedziałem do czego byli zdolni. W opanowaniu przyglądałem się patyczkowatym nogom unoszącym ich właściciela, na dystans paru bądź parunastu ustawionych rzędem skrzyń, w powietrzu. Wciąż nie wierzyłem, by było to możliwe. Widziałem w tym błąd systemu. Zatopiłem się w swoich myślach na tyle, że nie zauważyłem klęczącego przed Anokha, Banbihariego. Kiedy, u licha, zdążył tam podejść?! - Co ty robisz?! – Wrzasnąłem oburzony, a spojrzenia łotrów spod ciemnej gwiazdy niebezpiecznie powędrowały w moją stronę. Z willi wyszło jeszcze dziesięciu młodych - może o rok starszych ode mnie - mężczyzn. Zapadła grobowa cisza. Słyszałem oszalały rytm własnego serca. - AJAY! WYNOŚ SIĘ STĄD! – Darł się Banbihari, zdzierając gardło i płuca, jakby przygotowywał się na własną śmierć. Zanim zdążyłem zareagować, pochwyciłem wzrok Rudego, mówiący: wiesz, że nigdzie nie uciekniesz. Przez parę pulsujących w czasie chwil mierzyliśmy się spojrzeniami, a reszta lustrowała nas z zastygłą w żyłach, zimną krwią. Ogłuszył mnie huk oraz dzikie rżenie konia. Obróciłem się gorączkowo, z zaskoczeniem przyglądając się pędzącemu powozowi. - AJAY! – Dobiegł mnie krzyk, niewątpliwie Papy. Był błagalny, pełen prośby. Stał się ostatnim życzeniem przed wiecznym snem. Łzy utknęły mi w gardle, jakby ze środka brały swój początek. Nie wypuściłem ich na światło dzienne. Mijały ostatnie sekundy. Chwyciłem poręcz wozu, gdy jechał tuż przy mnie. Podźwignąłem się gwałtownie na rękach, wpadając między gromadę dzieci. Zanosiły się płaczem, wyły, piszczały. Tętent kopyt dudnił w uszach, budząc wewnątrz duszy narastający zamęt. Wszystko doprowadzało do szału i otumanienia. Były tylko emocje. Obejrzałem się za człowiekiem, który próbował ratować jakiekolwiek życie z wyjątkiem własnego. Działo się to wtedy, ale i o wiele wcześniej. Z każdym nowo przyjętym dzieckiem pod swój dach. Jego podopieczne konały, rozrywane na części, wydzierane z więzi między nimi a ojcem, opiekunem, bezpieczeństwem, kimś kto je kochał. Zamknąłem oczy i zagryzłem wargi. Papa nie zasługiwał na taki los. Wóz wytoczył się na aleję prowadzącą w odległe odmęty głuszy oraz dżungli. Poczucie winy przygniotło mnie do ziemi. Położyłem się, cicho łkając. Ostatnim, co zapamiętałem, była mała Gil. Siedziała naprzeciw mnie, podkulając do siebie nogi. Jej drobna sylwetka trzęsła się, nie przez turbulencje pojazdu. Schowała brodę w dłoniach, patrząc na mnie nieprzeniknionym wzrokiem. Oboje wiedzieliśmy, że to koniec, a zarazem bolesny początek czegoś nowego, trudnego, co jeszcze miało nam przynieść życie. Podniosłem się niezdarnie, po czym objąłem małą. Ukryła się, jakby już nigdy nie zamierzała stamtąd wychodzić. Sam nie śmiałem jej wypuszczać.



Płeć: kobieta
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 01.10.2013r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 10 02 2014 (21:15:22)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Drugi raz czytam tą część i wciąż jestem pod olbrzymim wrażeniem Twojego stylu. Momentami czuć pośpiech, jakbyś już chciała przejść do opisu następnego pomysłu, ale mimo to cały czas zachowujesz porządek. Nie lejesz wody, budujesz dramaturgie i umiejętnie operujesz tempem opowieści.

Vår Szef Prozy 07 10 2013 (19:52:20)

Użytkownik ocenił pracę na 4

witaj.

zacznę od kwestii technicznych już niemal tradycyjnie.
wiercąc tęczówki wzrokiem

słyszysz, jak to koszmarnie brzmi stylistycznie? już nie proszę, ale błagam o zmianę tego. czasami lepiej zrezygnować z "udziwnień" lub podniosłości na rzecz prostego przekazu, który wielokrotnie lepiej robi opowiadaniu.

"oto" zawsze piszemy razem.

Patrz, ino nie dowierzaj!
moim zdaniem powinno być "Patrz, ino nie nie dowierzaj!"

Obraz stanął mi za mgłą

tu też coś mi zazgrzytało stylistycznie. lepiej brzmi "obraz przysłoniła mi mgła".

Darł się Banbihari, zdzierając gardło
tu też stylistycznie nie gra. jest 'darcie się' i 'zdzieranie', za dużo wyrazów oznaczających podobne rzeczy.

objąłem małą w swoje ramiona.
- "objąłem małą".

tekst jest wciągający. nie przeczytałam wprawdzie poprzednich części, ale tą przeczytałam z przyjemnością. dobrze budujesz opisy i spodobała mi się realność przedstawionej sytuacji. bohaterowie są spójni, nic nie przyciągnęło mojej uwagi w negatywny sposób oprócz wymienionych potknięć i brakujących przecinków w niektórych momentach. przeanalizuj proszę oryginał i wersję poprawioną przeze mnie. w porównaniu z ostatnią pracą, którą miałam okazję czytać, poziom jest o wiele wyższy, co mnie cieszy. prosiłabym jednak o ciągły progress w interpunkcji. z plusem za wykonania.

pozdrawiam i życzę inspiracji :)

Terila Redaktor 09 10 2013 (20:16:26)
Jej, przyznam szczerze, że wiem o jakim wyczuciu łączenia ze sobą wyrazów mówisz, ale w ostatnim czasie naczytałam się setek książek wielu autorów. Po takiej mieszance i fali napływających kombinacji wyrazów zrobił się w mojej głowie mętlik. Zresztą chwytając za parę książek różnych autorów, można dojść do wniosku, że każdy pisze jak chce i te delikatne wyczucie języka, o którym mówisz, nie ma zbytnio znaczenia. Wielu pisarzy z tego nie korzysta. Dość często spotkałam się z infantylnością, niewyraźnymi bohaterami, brakiem autentyczności, poświęcenia po równo uwagi na fabułę, postacie i warsztat w wydanych powieściach. Wychodzi na to, że wszystko jest dozwolone.
Ta myśl namieszała mi troszkę w głowie. Pisarze wydają się nie trzymać żadnych reguł z wyjątkiem własnych, a mimo to, wydają książki dla ludzi. Wiesz... chciałam się czegoś nauczyć od tych doświadczonych. :D

Ok, mam oryginał na komputerze. Przy następnym swoim tekście postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, by wyeliminować te błędy. :)
Pozdrawiam i dziękuję za opinię. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(20): 20 gości i 0 zarejestrowanych: